środa, 31 stycznia 2018

Rzeźnia numer dwa

Zieloni rzeźnicy (De Grønne slagtere)
Dania 2003
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Jeppe Kaas

Po obejrzanym w zeszłym miesiącu filmie Mężczyźni i kurczaki postanowiłem kontynuować moją filmową przygodę ze skandynawskimi czarnymi komediami. Tym razem udało mi się sięgnąć po kolejny film z Danii, który jednak pochodzi z wcześniejszej dekady niż przytoczony chwilę temu tytuł.


Svend (Mads Mikkelsen) i Bjarne (Nikolaj Lie Kaas) pracują jako rzeźnicy w rzeźni prowadzonej przez Holgera (Ole Thestrup). Mężczyźni są jednak niezadowoleni z tego, jak traktuje ich pracodawca więc zwalniają się i otwierają własną sklep mięsny. Na ten cel pozbywają się wszystkich oszczędności, poza tym Bjarne decyduje się na poddanie eutanazji swojego brata, który od lat pozostaje w śpiączce. Dzięki temu trafi do niego kolejna część spadku po rodzicach. Gdy udaje się w końcu otworzyć sklep interes nie idzie najlepiej. Przynajmniej do czasu, gdy Svend serwuje potrawę z...mięsa człowieka.


Ten kto oglądał wcześniejsze filmy Andersa Thomasa Jensena powinien szybko odnaleźć się także w nieco groteskowych realiach i tej produkcji. Reżyser wspomnianych już wcześniej Mężczyzn i kurczaków oraz Jabłek Adama serwuje po raz kolejny swoje autorskie kino oparte na miksie komedii, dramatu oraz pewnego rodzaju ironicznego absurdu. Po raz kolejny też oglądamy żelazny zestaw duńskich aktorów, którzy pojawiają się niemal w każdej znaczącej produkcji z tego kraju. Jest więc i Mads Mikelsen, który choć urodą normalnie nie grzeszy to w tym filmie ucharakteryzowany jest wręcz odpychająco, jest Nikolaj Lie Kaas czy też w jednej z mniejszych, choć znaczących ról pojawia się Nicolas Bro. Każdy z wymienionych panów jest dobrym aktorem więc i tutaj trzymają poziom dzięki któremu łatwo uwierzyć w opowiadaną w filmie historię.
W produkcji tej wszystko idzie dobrze, gdy realizowana jest ta makabryczno-komediowa jej część. Można się wtedy uśmiechnąć i z satysfakcją oglądać dalsze losy nieudaczników, jakimi są główni bohaterowie. Niestety ciężej ogląda się dalszą część filmu, który w pewnym momencie skręca z drogi komedii w ścieżkę dramatu rodzinnego. Może i poruszany temat jest ważny, jednak trochę kłóci się z trupio-lekką formą pierwszej części filmu. Gdyby twórcy szli dalej drogą komediową tylko trochę wplatając dramatyczne wstawki myślę, że osiągnęliby więcej. A tak mamy w rezultacie film tylko niezły. Choć fani skandynawskich filmów z pogranicza komedii i dramatu powinni go jak najbardziej obejrzeć.





Krew na śniegu

Wind River. Na przeklętej ziemi (Wind River)
Kanada, USA, Wielka Brytania 2017
reż. Taylor Sheridan
gatunek: thriller
zdjęcia: Ben Richardson
muzyka: Warren Ellis

Nigdzie nie znalazłem danych dotyczących premier kinowych w Polsce. Nie licząc pokazów festiwalowych, tylko regularnie wyświetlanych w multipleksach i kinach studyjnych. Myślę, że może być ich około 350-400, raczej nie mniej, może nawet więcej. Duża część (szczególnie w kinach wielkopowierzchniowych) to bajki, które mnie nie interesują, a ich rynek rządzi się własnymi prawami. Odliczając je zostaje pewnie ponad 300 innych tytułów. Relatywnie dużo. Dlaczego więc znajduje się w tej liczbie miejsce dla kompletnych zagranicznych bubli (polskie buble przeboleję) a nie da rady emitować porządnego kina, takiego jak omawiany właśnie film?


Na terenie rezerwatu Indian tropiciel Cory Lambert (Jeremy Renner) odnajduje zwłoki młodej dziewczyny. Wkrótce by zbadać sprawę przybywa na miejsce młoda agentka FBI, Jane Banner (Elizabeth Olsen). Przybyła z południowych stanów kobieta prosi o pomoc w śledztwie Lamberta, który umie poruszać się po miejscowych pustkowiach oraz co równie ważne zna lokalną społeczność.


Film ten jest reżyserskim debiutem Taylora Sheridana (a w zasadzie kinowym debiutem, wcześniej był twórcą niszowego horroru sprzed lat i jakiejś produkcji telewizyjnej). Nazwisko to może mało co mówić polskim widzom. Jednak jeśli napiszę, że facet ten odpowiadał wcześniej za scenariusze w takich filmach, jak Aż do piekła i Sicario czyli filmy w naszym kraju znane i zapewne cenione to już spojrzą na niego inaczej. Sheridan także i tu odpowiada za scenariusz, także ludzie znający wymienione powyżej filmy powinni mniej więcej wiedzieć, z jakiego typu filmem będą mieli do czynienia. 
Nie pisząc jeszcze nic o fabule i postaciach zacznę od samej scenerii tytułowego rezerwatu Wind River (swoją drogą kto dodał ten głupi polski podtytuł do edycji DVD? podtytuły w polskich wersjach to ostatnio jakaś plaga). Majestatyczne, groźne oraz spowite gęstym śniegiem i zamieszkałe przez dzikie zwierzęta okolice cieszą oko oglądających ale wielka w tym zasługa operatora. Zdjęcia są naprawdę przednie i spełniają swoje zadanie budując klimat filmu. W mało którym filmie tak dobrze czuć zimę.
Jeśli zaś chodzi o fabułę Sheridan znowu buduje opowieść opierając się na stylistyce współczesnego westernu. Mamy tu męski świat do którego trafia nieprzygotowana kobieta, jest trup i tajemnica, którą trzeba rozwikłać, są też nawet,a może przede wszystkim Indianie oraz ich hermetyczna społeczność, do której bohaterowie muszą dotrzeć, by rozwiązać zagadkę. Aktorsko nie jest zaś źle, bohaterowie zagrani zostali dość wiarygodnie, choć są niestety trochę grubo ciosanymi charakterami pasującymi do wymagań gatunku. Podobał mi się w mniejszej roli Jon Bernthal, czyli etatowy ostatnimi czasu amerykański szwarccharakter. Wszystko to sprawia, że film ten jest wart obejrzenia. Szkoda, że nie na sali kinowej (świetnie by wyglądał na dużym ekranie) ale chociaż w domowym zaciszu.





poniedziałek, 29 stycznia 2018

Zdrajcy metalu

Gotowi na wszystko. Exterminator 
Polska 2017
reż. Michał Rogalski
gatunek: komedia
zdjęcia: Kacper Fertacz

Ostatnimi laty ciężko było oglądać polskie komedie. Kiedyś nasi filmowcy wręcz z nich słynęli i rokrocznie pojawiały się filmy, które potrafiły bawić widza. Niestety kilka ostatnich lat to czerstwe produkcje komediowe o twarzy Karolaka, Szyca, Adamczyka i im podobnych. Doświadczenie minionych lat podpowiada więc, aby do polskich filmów komediopodobnych podchodzić ostrożnie.



Marcyś (Paweł Domagała) na pogrzebie dawnego kolegi spotyka swych dawnych znajomych: Jaromira (Krzysztof Czeczot), Lizzy'ego (Piotr Żurawski) i Makara (Piotr Rogucki). Wszyscy panowie wraz z denatem w czasach młodości byli członkami metalowej kapeli Exterminator, jednak przez liczne antagonizmy we własnym gronie zespół rozpadł się, a mężczyźni pozostają w oschłych stosunkach. Sytuacja ta może się zmienić, gdy burmistrz miasteczka (Dominika Kluźniak), w którym żyją oferuje solidną sumę pieniędzy za reaktywację zespołu...


Zwiastun tego filmu, który od kilku miesięcy można było zobaczyć w kinach nie zachęcał. Przypominający komedię romantyczną gniot o metalowcach śpiewających hity De Mono. To nie mogło się udać. Dodać do tego pokraczny tytuł (skąd oni wzięli to Gotowi na wszystko? Sam Exterminator by nie wystarczył?), który zastąpił wcześniejszy Exterminator. Faceci pragną bardziej. Kuriozum dopełnia zaś fakt, że  pierwszy polski filmie fabularnym o metalowcach doczekał się dedykowanej mu piosenki wykonanej przez znany polski zespół death metalowy Feel. Tak, ten z Piotrem Kupichom.
Dodając to wszystko do kupy jeszcze przed obejrzeniem filmu można było założyć, że to się nie może udać. Paradoksalnie jednak nie jest tak źle. Tylko trzeba oglądać ten film z odpowiednim dystansem i nastawieniem. Nie spodziewać się mimo pewnych zapowiedzi hardcorowego filmu o metalowcach, bo to nie o tym jest film (w sumie już trailer powinien rozwiać wątpliwości), a potraktować go jako niejaką podróż sentymentalną w lata młodości. Film pokazujący wczorajsze marzenia w dzisiejszych realiach. Dodatkowo z wiernie odwzorowaną przaśną polską prowincją z idealnie pokazanymi scenami małomiasteczkowych lub wiejskich festynów. Kto był na takim choć raz od razu załapie co i jak. Dodatkowo w sumie można posłuchać kilku fajnych polskich piosenek (dobrze, że znalazło się miejsce dla TSA) oraz być świadkiem niezłej gry aktorskiej. Przynajmniej męskiej części obsady. Tutaj brawa należą się też Erykowi Lubosowi i świetnemu choć niewykorzystanemu w swej roli Januszowi Chabiorowi. Chętnie poszedł bym na jakiś spin-off z udziałem jego postaci. Niestety zaś postaci kobiece odegrane przez Agnieszkę Więdłochę i Aleksandrę Hamakało trochę nie dają rady i zbliżają produkcję do niesławnego grona typowych polskich komedii. Wydaje mi się, że bez tego wątku romantycznego, oparty fabularnie tylko na trudnej przyjaźni film wypadłby lepiej. Można byłoby w miejsce scen tego wątku opowiedzieć lepiej historię bohaterów lub dać więcej czasu dla postaci Chabiora. Generalnie nie jest jednak wcale tak źle. Jak najbardziej można oglądać!







sobota, 27 stycznia 2018

Pociąg pod specjalnym nadzorem

Pasażer (The Commuter)
USA 2018
reż. Jaume Collet-Serra
gatunek: thriller
zdjęcia: Paul Cameron
muzyka: Roque Baños

I oto pierwszy film obejrzany przeze mnie film, który jako swą datę produkcji ma wpisany bieżący 2018 rok. Tak się złożyło, że trafiłem na produkcję, w której główną rolę grał znany i lubiany Irlandczyk Liam Neeson. Także chyba już wiecie jakiego typu jest to film.


Ledwo wiążący koniec z końcem Michael MacCauley (Liam Neeson) zostaje zwolniony z pracy. Gdy po raz ostatni wraca z niej koleją podmiejską, z której codziennie korzysta od lat dosiada się do niego tajemnicza kobieta, Joanna (Vera Farmiga). Zleca mu ona zadanie zlokalizowanie i wskazanie osoby, która jego zdaniem nie powinna znajdować się w pociągu. Michael w zamian otrzyma okrągłą sumę potrzebnych mu pieniędzy. Jeśli zawiedzie - on, jego rodzina i pasażerowie pociągu mogą stracić życie...


Lubię oglądać Neesona na ekranie. Przez lata aktorskiej kariery wcielał się w zróżnicowane postaci, które przyciągały uwagę widzów. Niestety z wiekiem zaszufladkował się w klimacie bardzo jednorodnych filmów akcji, gdzie on jako postać X jest zwykłym człowiekiem, który musi ratować swoją rodzinę (czasem jest też emerytowanym agentem służb, emerytowanym płatnym zabójcą lub chociaż emerytowanym policjantem). Chyba sam Neeson nie pamięta już ile razy musiał ratować swoją filmową rodzinę. Niestety w tym filmie musi robić to ponownie. Co nie dziwi jeśli popatrzy się na postać reżysera. Hiszpan Jaume Collet-Serra współpracował już z Irlandczykiem z Północy przy takich podobnych do siebie hitach, jak Non-Stop, Tożsamość czy Nocny pościg. Ostatni z wymienionych filmów nawet mi się podobał. Opisywany teraz zaś jest mocno zbliżony do Non-Stop, oczywiście ze zmianą środka transportu z samolotu na pociąg. 
Gdyby nie było wymienionych wcześniej filmów czy trylogii Uprowadzona na pewno spojrzałbym na ten film przychylniej. Niestety odtwórczość jest tutaj ogromna, tego kotleta odgrzano już za dużą ilość razy. Jeśli ktoś nie oglądał wcześniej żadnych filmów akcji z Neesonem (są tacy?) to może spokojnie zasiąść przed ekranem i obejrzeć ten film. Generalnie jest to przyzwoicie skonstruowana sensacja z raczej kiepskimi efektami specjalnymi ale nadrabiająca solidnym aktorstwem (warto pochwalić dalszoplanowych Rolanda Møllera i  Patricka Wilsona). Jednak jeśli widzieliście już więcej niż dwa filmy akcji z Irlandczykiem zadajcie sobie pytanie: czy chcecie oglądać to jeszcze raz? W takim wypadku to produkcja tylko dla fanów gatunku.




czwartek, 25 stycznia 2018

Przygoda w dżungli

Dżungla (Jungle)
Australia, Kolumbia 2017
reż. Greg McLean
gatunek: biograficzny, thriller, przygodowy
zdjęcia: Stefan Duscio
muzyka: Johnny Klimek

Coraz bardziej podoba mi się postpotterowa kariera Daniela Radcliffe'a Wciąż młody aktor próbuje wymknąć się z zaszufladkowania i chętnie wybiera w tym celu ucieczkę w kino niekomercyjne. Choć dla pewnej części szczególnie niedzielnych kinomanów zawsze pozostanie Harrym Potterem. Do ciekawych ról Brytyjczyka po występach w m.in. Człowieku scyzoryku czy Kobiecie w czerni dołącza rola w tym filmie. 


Lata 80. ubiegłego wieku. Grupa znajomych z Izraela podróżuje po Ameryce Południowej. Jeden z nich, Yossi (Daniel Radcliffe) spotyka tam w pewnym momencie tajemniczego Karla (Thomas Kretschmann), który proponuje mu wyprawę w wciąż dziewicze rejony dżungli oraz odwiedzenie nieznanym światu Indian. Yossiemu udaje się namówić przyjaciół (Alex Russell i Joel Jackson) na wyruszenie z Karlem.


Bardzo lubię filmy (oraz książki), które przedstawiają niedostępne lądy, puszcze czy dżungle oraz zamieszkujące je cywilizacje lub prymitywne ludy. Generalnie tego typu filmy są jednym z moich ulubionych motywów w kinie. Dlatego z dużym zadowoleniem przyjąłem wieść, że na ekrany naszych kin zmierza film o takiej tematyce. A co ciekawe jest to film oparty na faktach (choć widz oglądając go może mieć inne zdanie, a jednak to się zdarzyło).
Należy na pewno pochwalić rolę Radcliffe'a i to, co musiał wykonać na potrzeby filmu. Bardzo męcząca i eksploatująca organizm rola. Za podobne ekstremalne zaangażowanie Leonardo DiCaprio w filmie Zjawa dostał m.in. Oscara. Na pewno brytyjski aktor nie doczeka takiego uznania za ten film, jednak warto zaznaczyć, że ta wymagająca rola go nie przerosła.
To co zachwyca w tym filmie to tytułowa dżungla. Wraz z bohaterami wsiąkamy w nią, czujemy tą niezbadaną przez człowieka przestrzeń. Dżungla jednocześnie kusi, cieszy oczy swym widokiem ale też przeraża. Natomiast gdy już zaczyna się survivalowy moment filmu ta pierwotna knieja zaczyna widzów wręcz przytłaczać. Wszystko to zostało natomiast świetnie nakręcone,  a żwawa fabuła nie pozwala się nudzić. Na takie filmy warto chodzić do kina!



środa, 24 stycznia 2018

Ranking Roku 3

Ponad trzy tygodnie po terminie, w którym powinien powstać ale ważne, że jest. Oto ranking przedstawiający moje ulubione filmy, które obejrzałem w 2017 roku. Muszę zaznaczyć, że nie jest to w żaden sposób zestawienie filmów, które powstały lub miały swoją premierę w zeszłym roku, a po prostu zbiór filmów, które miałem okazję obejrzeć na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy. Choć oczywiście filmów z 2017 roku jest tutaj dość sporo (a jest też miejsce na taki, który na polską premierę jeszcze czeka). Także bez zbędnych wstępów, oto czołowe filmy z tych 160, które miałem przyjemność obejrzeć w minionym roku.

P.S. TUTAJ obejrzycie Ranking Roku 2015, a TUTAJ Ranking Roku 2017. Na pewno znajdziecie w nich coś dla siebie :)



Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że musical wyląduje u mnie na pierwszym miejscu wśród filmów zobaczonych na przestrzeni całego roku zapewne bym go wyśmiał. A jednak tak się stało, musical podobał mi się najbardziej. To jeden z tych nielicznych filmów, które w cudowny sposób pokazują całą magię kina. Nie ma w nim słabych stron. Przynajmniej dla mnie. 



Możliwe, że tak wysokie miejsce jest trochę na wyrost. Jednak chciałbym nim wyrazić szacunek dla twórców za lata mozolnej pracy nad namalowaniem tego filmu (i wcześniejszym zagraniu go przez aktorów). Tak płynne ożywienie wielu obrazów van Gogha to prawdziwa sztuka. Film na pewno z przewagą formy nad treścią, jednak jak nikt inny może dać orgazm przez oczy. Liczę na Oscara!



Po czasie wydaje mi się, że to najlepszy film autorstwa Farhadiego. Może nieco wtórny względem wcześniejszej twórczości Irańczyka, jednak uderzający w swym przekazie w inne struny niż poprzednie produkcje. Liczne nagrody dla twórców mówią same za siebie. Choć niektórzy przekonują, że drugi Oscar dla reżysera był poniekąd polityczną zemstą na Trumpie to sam się na z tym nie zgadzam. Klient zasłużył na wszystko co dostał.



Jeden z tych niepozornych, intymnych filmów, które jednak potrafią zostać z człowiekiem na zdecydowanie dłużej, niż spodziewałby się przed seansem. Melancholijna opowieść tocząca się wolnym rytmem podupadłego miasteczka, nieśpiesznie odkrywane fabularne komplikacje z przeszłości (mające duży wpływ na teraźniejszość oraz przyszłość) oraz świetne aktorstwo. Kino depresyjne, małe ale i wielkie zarazem.



Klasyka, która się nie zestarzała. A skoro nie zestarzała się przez sześćdziesiąt lat to możliwe, że już nigdy tego nie zrobi. Ponadczasowy humor potrafi wciąż bawić do łez. Niektóre cytaty (choćby ostatni dialog w filmie) to czołówka filmowych dialogów wszech czasów. Do tego jeden z najlepszych występów ikony tamtych czasów. Czego chcieć więcej?




Jeden z najbardziej depresyjnych filmów ostatnich lat. A przy okazji bardzo trafny w swym przekazie. Zwiagincew idealnie i uniwersalnie pokazuje nietrwałość współczesnych rodzin, egoistyczne podejście jednostek oraz ofiary tego systemu - niechciane dzieci. Trudny, ważny film o tematyce społecznej.



W tym filmie nie ma słabych stron. Może nie licząc niezbyt udanego polskiego tytułu. Pod pretekstem (tragi)komedii twórcy potrafili pokazać zakłamanie współczesnych ludzi, którzy łatwo skrywają swoje tajemnice przed najbliższymi. Jest śmiesznie, ale i do refleksji. A do tego jak zagrane.



Jak na tę chwilę mój ulubiony film Yorgosa Lanthimosa. Artystycznie, symetrycznie zrealizowany, posiadający złożony problem oraz świetnie zagrany. W czasie seansu trudno nie wsiąknąć w świat, jaki serwuje nam Grek. Ciężki, wymagający od widza, ale równie dużo dający w zamian.



Najnowszy film Kim Ki-Duka opowiada o przeciętnym rybaku z Korei Północnej, który przypadkowo wpływa swą łódką na teren sąsiedniego kraju. I wtedy, wraz z dopłynięciem w granice wolnego świata zaczyna się dla niego koszmar. Koreański reżyser pokazał dla wielu nieprzyjemny ale realny problem represyjności koreańskich służb, który dotyczy systemu nie tylko na północy, ale i na południu półwyspu.



Domalewski idzie tropem Smarzowskiego i przedstawia nam ciemne strony współczesnych Polaków. W filmie tym, jak w zwierciadle odbija się nasza smutna rzeczywistość. Właśnie za tą prawdziwość, choć wyolbrzymioną warto docenić ten film. Ale to nie jedyna silna strona całości.



Takiego filmu wojennego jeszcze nie było. Nolan zrezygnował z jakiejś epickiej fabuły, uczynił głównymi bohaterami niemal anonimowe postaci. A przy okazji świetnie odtworzył stan nieustannego zagrożenia ze strony niewidocznych Niemców. Oraz świetnie odzwierciedlił sceny walk na lądzie, morzu i w powietrzu. Szkoda tylko, że producenci licząc na obniżenie kategorii wiekowej zrezygnowali z krwi i realistycznych dialogów.



Scorsese próbował stworzyć ten film przez znaczną część swojej długiej reżyserskiej kariery. I wreszcie się udało. Wydaje się, że film ten nie został doceniony na tyle, na ile zasługiwał. A w rezultacie przeszedł bez echa. Naprawdę mocna opowieść o religii, inności kulturowej, poszukiwaniu Boga i tym, jak żyć, gdy okaże się, że go brak. Wszystko to na tle interesującej epoki.

Warto zobaczyć również: 









wtorek, 23 stycznia 2018

Ranking Miesiąca 34

I oto, trzy tygodnie po terminie udaje mi się wreszcie zakończyć rok 2017 na blogu. I tak spodziewałem się, że nastąpi to później (przy skali zaległości). Oczywiście symbolicznym końcem mojego filmowego roku 2017 będzie Ranking Roku, ale to dopiero jutro. Tymczasem lista filmów, które najbardziej podobały mi się zeszłego miesiąca.





























Jeszcze gorszy Mikołaj

Zły Mikołaj 2 (Bad Santa 2)
USA 2016
reż. Mark Waters
gatunek: komedia (?)
zdjęcia: Theo van de Sande
muzyka: Lyle Workman

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody. O ile pierwsza część Złego Mikołaja mogła się podobać, zapełniła ówcześnie pewną lukę w kinie, wykreowała ciekawą postać to jednak twórcy sequela nie zauważyli, że przez te trzynaście lat świat się zmienił, poszedł do przodu. A oni zaserwowali znowu to samo.


Willie (Billy Bob Thornton) dziaduje kolejny rok z rzędu. Za jedyną pociechę życiową ma kolejne butelki alkoholu. Tymczasem jego dawny wspólnik, karzeł Marcus (Tony Cox) po wyjściu z więzienia pierwsze kroki kieruje właśnie do byłego partnera w zbrodni. Tym razem ma on plan, w który zaangażował już wyrodną matkę Willie'go, Sunny (Kathy Bates). Trójka ma obrabować w czasie świąt organizację charytatywną, którą kieruje atrakcyjna Diane Hastings (Christina Hendricks).


Generalnie nie jestem zwolennikiem powstawania sequeli, jednak przyznam, że czasem wychodzą udane kontynuacje, a część nawet przebija swoich poprzedników. Problem z tą akurat kontynuacją jest taki, że chyba kompletnie nikt na nią nie czekał. A na pewno nie ponad dekadę po ukazaniu się pierwszej części. Trzeba było kuć żelazo póki gorące. Zły Mikołaj był zły, jego sequel niestety jest jeszcze gorszy. W zasadzie po raz kolejny dostajemy wulgarną opowiastkę o seksie i grzaniu wódy. Niezbyt wyszukane aluzje seksualne są obecne w każdym dialogu, ich poziom zaś zniechęca do oglądania przygód bohaterów (wśród których jest też jedna z najbardziej drażniących postaci filmowych wszech czasów, czyli grany przez Bretta Kelly'ego Thurman Merman). Warto dodać, że jak na film z gatunku heist movie motyw napadu jest tu niemal nieistotny.
Szkoda tylko idealnie pasującego do roli zniszczonego życiem Thorntona, który swoją obecnością choć trochę ratuje film. Film, który jest zrealizowany rzemieślniczo przyzwoicie od strony technicznej, jednak całkiem zrujnowany w innych aspektach.




Upadek

Śmierć prezydenta
Polska 1977
reż. Jerzy Kawalerowicz
gatunek: dramat, biograficzny, historyczny
zdjęcia: Jerzy Łukaszewicz, Witold Sobociński
muzyka: Adam Walaciński

Postać Gabriela Narutowicza jest w Polsce a co gorsze wśród samych Polaków mało znana. Wszyscy znamy pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zaś wielu ludzi w Polsce nie wie nic o pierwszym prezydencie własnego kraju. Sytuacja w USA nie do pomyślenia. Dlatego też dobrze, że przed czterdziestu laty powstał ten film, który przybliża postać Narutowicza i burzliwe czasy, w których żył (a przede wszystkim musiał umrzeć).


W polskim Sejmie trwają ostre dyskusje na temat wyboru historycznego, pierwszego prezydenta niepodległego kraju. Sytuacja jest patowa, gdyż każde stronnictwo opowiada się za swoim kandydatem. W kryzysowej sytuacji lewica i ludowcy proponują wystawienie w wyborach ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych, Gabrielowi Narutowiczowi (Zdzisław Mrożewski). Ten niechętnie zgadza się kandydować, z czego otwarcie niezadowolone są środowiska prawicowe.


Film Kawalerowicza jest niemal dokumentalnym zapisem ostatnich dni życia Gabriela Narutowicza. Skupia się nie tylko na osobie ministra i późniejszego prezydenta ale pokazuje też nastroje społeczne, które panują w Warszawie zimą roku 1922. Wydaje się, że film ten będący aktorską wersją prawdziwych wydarzeń sprzed stu lat powinien być dla współczesnego widza nie tylko lekcją historii a przestrogą. Przestrogą przed skrajnościami i nienawiścią polityczną, która od lat trawi Polskę. Widząc co spotkało nieszczęsnego prezydenta może warto pomyśleć nad tym, gdzie są granice konfliktu politycznego.
Film mimo powstania w poprzednim ustroju wydaje się uczciwie i wiernie pokazywać zdarzenia z początku funkcjonowania II Rzeczypospolitej. Wydarzenia na ekranie śledzi się jak kronikę, a oglądanie gry aktorskiej dostarcza przyjemności. Doskonale została nie tylko poczciwa postać prezydenta została zagrana przez Mrożewskiego, ale i świetnie wpasował się w rolę marszałka Piłsudskiego Jerzy Duszyński, który nie tylko wygląda ale i mówi, jak odgrywana przez niego postać. Warto zaznaczyć też emocjonalną, wyrazistą rolę Marka Walczewskiego, który wcielił się w mordercę Eligiusza Niewiadomskiego. Generalnie ciężko znaleźć tutaj słaby punkt aktorski. Co ważne nie tylko dobrze odwzorowano postaci historyczne ale i zadbano odpowiednio o wskrzeszenie Warszawy roku 1922. Kostiumy, dekoracje, przedmioty, oręż wojskowy - przywiązanie twórców do detalu świetnie wprowadza w klimat minionych czasów.
Reasumując jest to film trudny. Na pewno część osób może się oglądając go zacząć wstydzić za Polskę (i jej niechlubną przeszłość, która niestety miała miejsce w czasie zawartym w filmie). Jednak uważam, że każdy mieszkaniec naszego kraju powinien obejrzeć ten film. Może nawet w szkole. 




poniedziałek, 22 stycznia 2018

Mięsolubni

Mięso (Grave)
Belgia, Francja, Włochy 2016
reż. Julia Ducournau
gatunek: thriller, horror
zdjęcia: Ruben Impens
muzyka: Jim Williams


W ostatnich latach narodził się ponadnarodowy trend filmowy, który popycha do przodu nurt transgatunkowych filmów z pogranicza thrillera i horroru. W wielu krajach można zauważyć trend powstawania ambitniejszych hybryd gatunkowych, ich twórcy aspirują zaś wyżej niż horrory klasy B wyświetlane późną nocą w maratonach filmowych multipleksów. Do listy tych aspirujących autorów dopisała się też Francuzka Juli Ducournau. 


Należąca do rodziny ortodoksyjnych wegetarian Justine (Garance Marillier) udaje się szlakiem swojej starszej siostry Alexii (Ella Rumpf) na studia weterynaryjne. Tam jako pierwszoroczniaczka szybko wraz z rówieśnikami staje się ofiarą studenckiej fali. W pewnym momencie dziewczyna zostaje poddana inicjacyjnemu zadaniu w postaci zjedzenia surowego mięsa. Justine po raz pierwszy zasmakuje mięsnego pokarmu...


Podoba mi się odwrócenie priorytetów w tym filmie. Reżyserka świadomie porzuca stosowanie tanich horrorowych chwytów, jak na przykład stosowanie jump scarów na korzyść kreowania kina artystycznego. Oczywiście hardcore'owi fani horrorów z góry uznają, że nie tędy droga i odwrócą się od filmu, uznając go za nudny i co najważniejsze nie straszny. Jednak ścieżka obrana przez Docournau (podobna do tej, którą kroczyli twórcy Czarownicy) jest dużo bardziej wysublimowana, intryguje nie tanimi efektami, a klimatem, który powoli wchłania widza w świat wykreowanego obrazu. Film ten jest wykonany z dużym artystycznym zacięciem. Każdy kadr jest tutaj dopieszczony, wydaje się, że nie ma nic przypadkowego. Czy to scena podróży polną drogą, czy grzebanie w krowim odbycie - zdjęcia są perfekcyjne i po prostu piękne. Cieszy także gra aktorska. Młoda Marillier daje radę, często wręcz urzeka na ekranie, z ciekawością będę obserwował rozwój jej przygody z filmem (a może rozwinie się to do pełnoprawnej kariery?). Także partnerująca jej, nieco starsza Ella Rumpf dobrze wpasowała się w rolę i z przyjemnością obejrzę inne filmy z jej udziałem.
Film ma swoje wady, czasem wydaje się nielogiczny (skala uczelnianej fali jest przesadzona, także imprezy kampusowe bardziej przypominają głupią amerykańską komedię niż coś aspirującego do realizmu), a i sama tematyka i bezkompromisowe sceny gore mogą razić wiele osób (choć dla mnie są plusem). Na pewno trzeba oglądać to z nastawieniem, że bliżej temu do lekko niepokojącego slow cinema, niż pełnoprawnego horroru czy nawet thrillera. Inaczej można się rozczarować. 





niedziela, 21 stycznia 2018

Chore społeczeństwo

Obłąkany świat (Yi Nian Wu Ming)
Hongkong 2016
reż. Chun Wong
gatunek: dramat

.Film ten nie trafił (i zapewne nigdy nie trafi) w Polsce do szerokiej dystrybucji kinowej w multipleksach, ani nawet w kinach studyjnych. Prawdopodobnie nie zawita też w wydaniu DVD (chyba, że jakiś alternatywny wydawca się o to pokusi ale raczej wątpię). Jednak ten hongkoński kandydat do nieanglojęzycznego Oscara (wiadomo już, że tak jak nasz Pokot film ten nie ma szans na nominację) zawitał do naszego kraju w ramach Festiwalu 5 Smaków, także kilku szczęśliwców mogło go obejrzeć w Warszawie na dużym ekranie.


Film opowiada historię Tunga (Shawn Yue), który właśnie opuszcza szpital psychiatryczny po leczeniu choroby dwubiegunowej, która to zrujnowała jego karierę zawodową. Nie mający gdzie się podziać mężczyzna trafia pod opiekę swojego ojca (Eric Tsang). 


Film przedstawia trudny temat choroby psychicznej (nawet już kontrolowanej, a może i zaleczonej), który jest tematem wstydliwym w każdej kulturze, ale chyba w Azji Wschodniej ostracyzm względem chorych jest stosunkowo największy Także film pokazujący perypetię Tonga ma pełnić pewną terapeutyczną funkcję w tamtejszym społeczeństwie. Wątek fabularny dzieli się na dwie części - pokazuje relacje Tunga z ojcem (odbudowa zaufania i stosunków między rodziną to ciekawsza część filmu) oraz z dawną narzeczoną (Charmaine Fong) (ten wątek akurat nie przypadł mi do gustu) oraz nieufny, bojaźliwy stosunek społeczeństwa do powracającego do domu mężczyzny (tu bywają lepsze i gorsze momenty).
I choć fabularnie nie jest moim zdaniem perfekcyjnie i czasem jest więcej minusów niż plusów to film najwięcej zyskuje dzięki scenografii i pracy kamery. Przyzwyczailiśmy się do traktowania Hongongu jako enklawy bogaczy, jednak trzeba sobie zdać sprawę, że w tym wielkim mieście jednak przeważa biedota, która na tych bogaczy robi. W mieście panuje olbrzymi tłok, a wszyscy gdzieś muszą mieszkać. Trafiamy więc z kamerą do mającej kilka metrów kwadratowych klitki, gdzie pokazana jest skromna egzystencja ojca Tunga (oraz samego Tunga). Czuć to poczucie klaustrofobii i przytłoczenia bohaterów w czterech ścianach. Operatorowi udała się sztuka odpowiedniego pokazania rzeczywistości w tego typu budownictwie mieszkalnym. I choćby dlatego warto było obejrzeć ten film. 






sobota, 20 stycznia 2018

Dystopia

Kieł (Kynodontas)
Grecja 2009
reż. Yorgos Lanthimos
gatunek: dramat
zdjęcia: Thimios Bakatakis

Po obejrzeniu dobrze przyjętych zarówno przez krytyków, jak i przeze mnie (oraz moją żonę) Lobstera i Zabiciu świętego jelenia postanowiłem sięgnąć po wcześniejszy film z dorobku greckiego reżysera: kontrowersyjną produkcję wyprodukowaną jeszcze w jego rodzimej Grecji, z udziałem tamtejszych aktorów oraz języka. 


W okalanym wysokim murem domu gdzieś na przedmieściach mieszka bardzo nietypowa rodzina. Ojciec (Christos Stergioglou) i Matka (Michelle Valley) całkowicie izolują w nim od świata swoje córki (Aggeliki Papoulia i Mary Tsoni) oraz syna (Hristos Passalis). Dzieci pary nie wiedzą nic o realnym świecie poza murami domostwa.


Grecki reżyser w tym filmie z 2009 roku nie ma jeszcze tego samego stylu, jak w dwóch ostatnich anglojęzycznych produkcjach (na przykład brak tutaj barokowej, wżerającej się w mózg muzyki) jednak i tak specyficznie wyróżnia się w budowaniu struktury świata przedstawionego w obrazie. A świat bohaterów zamkniętych w domu jest światem na pewno niezwykłym, choć niezwykłość ta z całą pewnością nie jest zbyt dobra. Tak jak w swych późniejszych filmach Yanthimos bazuje na niedopowiedzeniach, zadaje pytania, które nie doczekują się w czasie sensu odpowiedzi. Nie wiemy dlaczego zamożni rodzice izolują swe dorosłe dzieci i serwują im brutalną edukację (według swojego, dość specyficznego rozumowania). Czy oni chronią swoich potomków przed współczesnym światem czy po prostu są chorymi psychopatami więżącymi swoje dzieci? Każdy w czasie seansu musi sobie sam odpowiedzieć, bo reżyser nie wyłoży odpowiedzi na tacy. 
Oglądając ten film czułem się źle. Widz patrząc na filmową rodzinę wychodzi ze strefy komfortu, czuje swego rodzaju niepewność, czasem oglądanie wręcz boli. Jest to jeden z tych filmów, którego nie umiem jednoznacznie sklasyfikować - podobał mi się czy nie? Sean Kła jest pewnego rodzaju przeżyciem, które nie musi przynosić przyjemności, jednak chyba wypada obejrzeć. Nawet jeśli wraz z napisami końcowymi zostaniemy z pustką w głowie.



Gender story

Wojna płci (Battle of the Sexes)
USA 2017
reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris
gatunek: biograficzny, sportowy
zdjęcia: Linus Sandgren
muzyka: Nicholas Britell


Druga połowa zeszłego roku obrodziła w filmy o tematyce sportowej. Biorąc pod uwagę wcześniejsze lata 2017 okazał się wyjątkowo szczęśliwy dla filmowego prezentowania tenisa. Nie tak dawno pisałem o Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem, który to mimo głupiego polskiego podtytułu okazał się niezłym filmem, by po kilku tygodniach ukazał się w kinach kolejny film o tematyce okołotenisowej. 


Rok 1973 - trwa walka o prawa kobiet w tenisie, który ówcześnie bardzo nierówno traktuje sportowców i sportsmenki. Najlepsza zawodniczka tamtych czasów, Billie Jean King (Emma Stone) zostaje wyzwana na tenisowy pojedynek, z dawnym mistrzem,a obecnie emerytem Bobby'm Riggsem (Steve Carell). Równocześnie obserwujemy rodzący się romans zamężnej Billie Jean z fryzjerką Marilyn (Andrea Riseborough).


Ten film naprawdę miał potencjał na to, aby być filmem dobrym. Umiejscowienie historii w ciekawych czasach, pokazanie rodzących się z dużym trudem zawodowych kobiecych rozgrywek tenisowych i medialny mecz topowej tenisistki z podstarzałym ex-mistrzem - szowinistą. Do tego obsadzenie w głównych rolach znajdującą się w najlepszym momencie dotychczasowej kariery aktorskiej Emmy Stone oraz lubianego, kojarzonego z rolami komediowymi Steve'a Carella. To naprawdę mogło się udać. Niestety scenarzyści obstawili nie te karty, które powinni. Ukierunkowując historię na lesbijski romans pomiędzy King a Barnett scenarzyści weszli na minę. Nie tylko światopoglądową ale i mogącą zniszczyć cały film. Udający się do kina mogli liczyć się z genderową opowieścią o pewne zrównanie praw zawodników i zawodniczek (co jest okej, bo jednak przepaść gaż była wcześniej ogromna) jednak nie spodziewali się tego, że twórcy przez większą część filmu serwować będą homoseksualne love story. To bardzo rzutuje na całość.
Na szczęście film ratuje sam background opowieści - tenisowy świat lat siedemdziesiątych, podejście mężczyzn to sportsmenek tak, jakby były one gorszym gatunkiem (szczególnie zapada w pamięć scena, gdy reporter telewizyjny protekcjonalnie obejmuje swą rozmówczynię podczas rozmowy na żywo). Także aktorzy dają radę. Emma Stone jest odpowiednio pobrzydzona i wpasowuje się w rolę. Całe show kradnie jednak postać Riggsa grana przez Carella - mimo jego szowinistycznego (chyba jednak na potrzeby zrobienia zamieszania wokół swojej osoby, a nie z realnych poglądów) nastawienia jest postacią, której ciężko nie lubić. Kiedy tylko pojawiał się na ekranie od razu rosła też moja sympatia dla filmu. Gdyby przerobić przeważający wątek homoromansowy, odpowiednio go skrócić i skupić się na innych aspektach, które twórcą wyszły byłoby lepiej. A tak jest średnio. 




Born to run

Najlepszy
Polska 2017
reż. Łukasz Palkowski
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
muzyka: Bartosz Chajdecki


Szeroka publiczność lubi filmy budujące, dające nadzieję. Filmy, które zainspirują widza do walki o lepsze jutro. Tworząc historię z cyklu od zera do bohatera lub od bohatera przez zero do znowu bohatera można podnieść na duchu dużą część społeczeństwa. Nic dziwnego, że za oceanem jest to jeden z najczęściej produkowanych typów filmu. Palkowski zaś próbuje przenieść go na polski grunt. 


Oparty na prawdziwej historii film pokazuje koleje losu Jerzego Górskiego (Jakub Gierszał), który w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku przeszedł długą i trudną drogę od narkomana do zwycięzcy prestiżowego turnieju triathlonowego. 

Po udanych Bogach i pierwszym, cenionym sezonie serialowego Belfra Łukasz Palkowski powrócił do kin z fabularnym pewniakiem. Po raz kolejny serwuje nam film biograficzny w amerykańskim stylu, co w polskim półświatku filmowym wydaje się być pewniakiem. Film sprzedał się w kinach całkiem dobrze, zebrał dobre oceny widzów i generalnie był chwalony przez krytyków. W wielu aspektach zasłużenie, bo zrobiony jest na odpowiednio wysokim poziomie realizacyjnym: dobra praca kamery Sobocińskiego, niezła gra aktorska Gierszała (który początkowo nie pasował mi do tej roli) oraz partnerujących mu plejady aktorów z wyróżnieniem Arkadiusza Jakubika, Kamili Kamińskiej, Anny Próchniak, Janusza Gajosa, Adama Woronowicza i Szymona Piotra Warszawskiego. 
Nie jest źle, jednak do ideału też dużo brakuje. Niestety sama historia cierpi na to samo głupie podrasowanie, co Gwiazdy. Samo życie Górskiego jest na tyle ciekawe do zobrazowania, że niekoniecznie trzeba było dodawać kolejne wymyślone epizody, które jeszcze bardziej udramatyczniają historię. Także te oklepane motywy monologów ze swoim złym alter ego, które Gierszał prowadzi z odbiciem w lustrze źle wpływają (moim zdaniem) na całość. Oczywiście w pewnym momencie jest też scena rozbijania lustra. Ogólnie Górskiemu ciągle rzuca się kłody pod nogi. Cały film to schemat problem->upodlenie->podnoszenie się ->problem-walka z przeciwnością->już jest na prostej -> jednak nie, bo problem -> rozwiązywanie problemu etc. Ciągle coś stoi na przeszkodzie happy endu. A ostatnia scena przy finiszu finałowego biegu to już woła o pomstę do nieba Wszystkie te braki i minusy moim zdaniem sprawiają, że jest to film tylko niezły. Choć oczywiście warty obejrzenia. Gdyby twórcy nie szli na schematową łatwiznę byłoby z pewnością tylko lepiej, bo potencjał był na coś więcej.