Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 stycznia 2018

Krew na śniegu

Wind River. Na przeklętej ziemi (Wind River)
Kanada, USA, Wielka Brytania 2017
reż. Taylor Sheridan
gatunek: thriller
zdjęcia: Ben Richardson
muzyka: Warren Ellis

Nigdzie nie znalazłem danych dotyczących premier kinowych w Polsce. Nie licząc pokazów festiwalowych, tylko regularnie wyświetlanych w multipleksach i kinach studyjnych. Myślę, że może być ich około 350-400, raczej nie mniej, może nawet więcej. Duża część (szczególnie w kinach wielkopowierzchniowych) to bajki, które mnie nie interesują, a ich rynek rządzi się własnymi prawami. Odliczając je zostaje pewnie ponad 300 innych tytułów. Relatywnie dużo. Dlaczego więc znajduje się w tej liczbie miejsce dla kompletnych zagranicznych bubli (polskie buble przeboleję) a nie da rady emitować porządnego kina, takiego jak omawiany właśnie film?


Na terenie rezerwatu Indian tropiciel Cory Lambert (Jeremy Renner) odnajduje zwłoki młodej dziewczyny. Wkrótce by zbadać sprawę przybywa na miejsce młoda agentka FBI, Jane Banner (Elizabeth Olsen). Przybyła z południowych stanów kobieta prosi o pomoc w śledztwie Lamberta, który umie poruszać się po miejscowych pustkowiach oraz co równie ważne zna lokalną społeczność.


Film ten jest reżyserskim debiutem Taylora Sheridana (a w zasadzie kinowym debiutem, wcześniej był twórcą niszowego horroru sprzed lat i jakiejś produkcji telewizyjnej). Nazwisko to może mało co mówić polskim widzom. Jednak jeśli napiszę, że facet ten odpowiadał wcześniej za scenariusze w takich filmach, jak Aż do piekła i Sicario czyli filmy w naszym kraju znane i zapewne cenione to już spojrzą na niego inaczej. Sheridan także i tu odpowiada za scenariusz, także ludzie znający wymienione powyżej filmy powinni mniej więcej wiedzieć, z jakiego typu filmem będą mieli do czynienia. 
Nie pisząc jeszcze nic o fabule i postaciach zacznę od samej scenerii tytułowego rezerwatu Wind River (swoją drogą kto dodał ten głupi polski podtytuł do edycji DVD? podtytuły w polskich wersjach to ostatnio jakaś plaga). Majestatyczne, groźne oraz spowite gęstym śniegiem i zamieszkałe przez dzikie zwierzęta okolice cieszą oko oglądających ale wielka w tym zasługa operatora. Zdjęcia są naprawdę przednie i spełniają swoje zadanie budując klimat filmu. W mało którym filmie tak dobrze czuć zimę.
Jeśli zaś chodzi o fabułę Sheridan znowu buduje opowieść opierając się na stylistyce współczesnego westernu. Mamy tu męski świat do którego trafia nieprzygotowana kobieta, jest trup i tajemnica, którą trzeba rozwikłać, są też nawet,a może przede wszystkim Indianie oraz ich hermetyczna społeczność, do której bohaterowie muszą dotrzeć, by rozwiązać zagadkę. Aktorsko nie jest zaś źle, bohaterowie zagrani zostali dość wiarygodnie, choć są niestety trochę grubo ciosanymi charakterami pasującymi do wymagań gatunku. Podobał mi się w mniejszej roli Jon Bernthal, czyli etatowy ostatnimi czasu amerykański szwarccharakter. Wszystko to sprawia, że film ten jest wart obejrzenia. Szkoda, że nie na sali kinowej (świetnie by wyglądał na dużym ekranie) ale chociaż w domowym zaciszu.





sobota, 13 stycznia 2018

Mała liga

Liga sprawiedliwości (Justice League)
USA, Kanada, Wielka Brytania 2017
reż. Zack Snyder
gatunek: akcja, sci-fi
zdjęcia: Fabian Wagner
muzyka: Danny Elfman

Mam jakiś niedorzeczny sentyment do filmów ze świata Uniwersum DC i jego bohaterów. Tak jak nie znoszę filmów traktujących o amerykańskich superbohaterach lubię sobie popatrzeć na herosów rodem z DC. Chociaż każdy kolejny film wypuszczany taśmowo przez Warner Bros jest słabszy to pewnie i tak wybiorę się na następne tego typu produkcje. Po co? Sam nie wiem. 


Bruce Wayne jako Batman (Ben Affleck) w związku ze zbliżającym się zagrożeniem dla istnienia Ziemi (za sprawą niejakiego Steppenwolfa (głosu użycza Ciarán Hinds)) postanawia zebrać rozsianych po świecie ludzi posiadających nadzwyczajne umiejętności: Wonder Woman (Gal Gadot), Aquamana (Jason Momoa), Flasha (Ezra Miller) i Cyborga (Ray Fisher). Przydałby mu się także Superman (Henry Cavill), który jednak zginął w poprzednim odcinku...


Już sam opis filmu wydaje się w wystarczający sposób pokazywać infantylny charakter tej opowieści na kanwie komiksów dla dzieci. Jednak sposób, w jaki go zrealizowano jest jeszcze bardziej infantylny, nudny, sztywny, po prostu głupi. Po raz kolejny w ostatnich latach widzimy na ekranie papkę dla dzieci za ponad miliard złotych. Naprawdę można było te pieniądze wydać na coś przyzwoitego: nakarmić głodnych, uleczyć chorych czy chociaż nakręcić kilka przyzwoitych filmów. Albo jeden przyzwoity film.
A tak dostajemy kolejną snyderowszczyznę, gdzie połowę filmu to slow motion (nie muszę dodawać, że w większości niepotrzebny), niezapadający w pamięć czarny charakter działający bez żadnej motywacji, kiepsko rozrysowane postaci (z emo Cyborgiem na czele), których nie chce się oglądać (możę z wyjątkiem ładnej Gadot) ani słuchać (kto pisał dialogi?). Naprawdę ogląda się to z rosnącą mieszanką znudzenia i zażenowania. Jest kilka scen, które wypadają nieźle, ale to tyle. Ale nowy rok przyniesie nam kolejne filmy tego pokroju, które zarobią więcej niż fajne, mądre produkcje, które będę wypuszczane w tym czasie do kin...Mundus est novis.




wtorek, 2 stycznia 2018

Dorównać legendzie

Blade Runner 2049 
USA, Kanada, Wielka Brytania 2017
reż. Denis Villeneuve
gatunek: sci-fi
zdjęcia: Roger Deakins
muzyka: Hans Zimmer

W 1982 roku Ridley Scott dał światu Łowcę androidów, czyli film na podstawie klasycznej książki science fiction Philipa K. Dicka Czy androidy śnią o elektrycznych owcach z 1968. Filmowe dzieło z Harrisonem Fordem szybko dorobiło się statusu kultowego. Więc kiedy po 35 latach na ekrany wchodzi sequel autorstwa innego reżysera to musi paść pytanie nie tylko jakość nowego dzieła, ale i o sens jego powstania. 


Od wydarzeń z poprzedniej części mija trzydzieści lat. Śledzimy losy nowoczesnego androida K (Ryan Gosling), który zajmuje się wykrywaniem żyjących wśród społeczeństwa starych wersji maszyn, które ma za zadanie zlikwidować. Jego obecność w świecie ludzi kręci się wokół pracy oraz nielicznych chwilach spokoju w domu, gdzie korzysta z posiadanego kobiecego hologramu, Joi (Ana de Armas). W pewnym momencie odkrywa spisek, który może pogrążyć świat w chaosie (jeszcze większym niż dotychczas)...


Moja pierwsza opinia może będzie mało popularna ale jednak ją napiszę: Łowca androidów z 1982 roku nie przypadł mi do gustu. Mimo wielu zachwytów z różnych stron mnie ten film do siebie nie przekonał, oprócz w sumie fajnego pokazania świata (miasta) i ciekawej postaci Forda nie znalazłem tu tego, czego oczekiwałem. Także kolejny film osadzony w tym świecie nie budził we mnie większych fanowskich emocji, poszedłem na niego bez wewnętrznego kultu tej serii. I generalnie muszę powiedzieć, że film wyreżyserowany przez Villenueuve spodobał mi się dużo bardziej. 
Po raz kolejny największym plusem jest scenografia i klimat, jaki buduje pokazane dystopijne miasto przyszłości. Długi metraż filmu (ponad dwie i pół godziny) pozwolił pokazać dużo zakamarków tego nieprzyjaznego świata i dzięki fenomenalnym zdjęciom Deakinsa możemy przesiąknąć do środka tego uniwersum. Scena audiowizualna filmu jest tutaj na pierwszym miejscu, ale jednak kilka innych sfer tej produkcji staje na wysokości zadania. Fajnie ogląda się duet Ryana Goslinga z uroczą Aną de Armas, cała historia, choć trochę pokręcona potrafi wciągnąć, a i miło obejrzeć starego, dobrego Ricka Dekarda. Szkoda tylko, że postać grana przez Harrisona Forda trafiła na pierwszy plan promocji całości. Po plakacie można spodziewać się, że do aktora należy co najmniej połowę filmu. Tak nie jest, bo Dekard pojawia się na ostatnie kilkadziesiąt minut, a i wtedy widzimy go łącznie może trochę ponad kwadrans. Jak na 162 minuty to trochę mało. Także niezbyt zachwycony jestem postacią Niandera Wallace'a granego przez Jareda Leto - sceny z jego udziałem po prostu nużyły. Dobrze za to pokazała się Robin Wright, którą miło oglądało się na ekranie. 
Film nie sprzedał się najlepiej, zamiast zarobić chyba jednak trzeba było do niego wręcz do niego dołożyć. Podobno widzom nie spodobało się wolne budowanie akcji i niespieszne tempo całości. Jak dla mnie jednak to slow cinema przysłużyło się filmowi i udanie zbudowało jego klimat, zwracając uwagę na przeróżne detale. Wydarzenia w filmie mogą nieśmiało sugerować chęć stworzenia kolejnej części, jednak czy tak będzie przy niesatysfakcjonujących dochodach ze sprzedaży 2049? Ciężko spekulować, ale znając dzisiejszy rynek - raczej nie.

 


sobota, 9 grudnia 2017

Wysokie płoty tato grodził

Płoty (Fences)
USA, Kanada 2016
reż. Denzel Washington
gatunek: dramat
zdjęcia: Charlotte Bruus Christensen
muzyka: Marcelo Zarvos

Chyba wszyscy kojarzą Denzela Washingtona jako aktora. Nie każdy jednak zapewne wie, że Amerykanin okazjonalnie zajmuje się też reżyserowaniem filmów (w których to też sam się później obsadza). Najnowszym dziełem duetu reżysersko-aktorskiego Denzel Washington - Denzel Washington jest właśnie ten doceniony w kraju powstania, a całkowicie olany przez naszych rodzimych dystrybutorów film. 


Akcja filmu została osadzona we wciąż rasistowskich Stanach Zjednoczonych lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Poznajemy losy czarnoskórej robotniczej rodziny Maxsonów; Troya (Denzel Washington), jego żony Rose (Viola Davis), ich wchodzącego w dorosłość synów Lyonsa (Russell Hornsby) i Cory (Jovan Adepo) oraz niepełnosprawnego intelektualnie brata Troya, Gabriela (Mykelti Williamson).


Niezbadane są koleje losów zagranicznych filmów (również tych made by USA), które to wypuszczane są na rodzimy rynek do dystrybucji kinowej. Każdego tygodnia widzów pojawiających się w piątkowe popołudnia w multipleksach czy kinach studyjnych czekają filmy-pułapki o wątpliwej wartości zarówno komercyjnej, jak artystycznej, które to często z nieznanych nikomu przyczyn pozostają na afiszach przez kilka tygodni. Przy okazji wiele perełek jest kompletnie przeoczonych. Z oczywistą szkodą dla widza. Tak mamy też i w tym wypadku. Najnowszy film Washingtona nigdy nie zawitał do polskich sal kinowych i o ile mogę zrozumieć decyzję, by nie puszczać tego filmu w multipleksach, to fakt, że obraz został kompletnie pominięty w kinach studyjnych jest dla mnie niezrozumiały. Nawet po sukcesie oscarowym (statuetka dla Violi Davis za rolę drugoplanową oraz nominacja do najlepszych filmów roku) nikt nie zainteresował się tym, by pokazać go w polskich kinach. A szkoda, gdyż film jest naprawdę wart obejrzenia. Odchodząc nawet od samej historii, która choć nie jest skomplikowana, to ogląda się ją bardzo dobrze (a przy okazji ma się możliwość dowartościować intelektualnie), to wszystko inne jest równie warte obejrzenia i poznania. A może nawet i bardziej. Washington stworzył kameralny film, który śmiało mógłby zostać zrealizowany, jako sztuka teatralna, a nie pełnometrażowy (140 minutowy) film kinowy, jednak odpowiedni scenariusz, dobre zdjęcia, a przede wszystkim idealna wręcz gra aktorska wszystkich postaci (do wymienionych już wcześniej należy dodać też rolę Stephena Hendersona. Naprawdę warto obejrzeć ten film i delektować się każdym dialogiem i kadrem. 





środa, 1 lutego 2017

Dom grozy

Zemsta po latach (The Changeling)
Kanada 1980
reż. Peter Medak
gatunek: horror
zdjęcia: John Coquillon
muzyka: Rick Wilkins

Przyzwyczajony do powstających współcześnie taśmowo podobnych do siebie, schematycznych filmów grozy postanowiłem sięgnąć do produkcji sprzed lat, gdzie horrory wydawały się być trochę bardziej wysublimowane (żeby przytoczyć chociaż Omen, Ducha, Byt czy Egzorcyzmy lub Dziecko Rosemary). Jednak tym razem wybrałem seans trochę mniej znanego filmu.


Kompozytora Johna Russella (George C. Scott) spotyka życiowa tragedia - jego żona i córka giną na jego oczach w wypadku drogowym. Po kilku miesiącach zdruzgotany mężczyzna postanawia się przeprowadzić. Zajmująca się wynajmem zabytkowych nieruchomości Claire Norman (Trish Van Devere) znajduje mu przestronny, stary dom. Wkrótce Russell odkrywa, że posiadłość jest nawiedzona...


W obecnych czasach, w których od kilku dekad dominuje kult młodości bohaterami horrorów są przeważnie nastolatki, ewentualnie młode mamy etc. Opisywany właśnie klasyczny film grozy za głównego bohatera ma dorosłego mężczyznę po pięćdziesiątym roku życia. Jednak to chyba jeden z niewielu elementów wyróżniających ten film, dzięki którym jest on inny niż te powstające obecnie. Bo jeśli chodzi o wszystkie zabiegi i schematy mamy tutaj do czynienia z typowym horrorem typu dom, w którym straszy. A Russella i widzów straszy się tu za pomocą takich nowości, jak otwieranie drzwi, skrzypienie podług, hałasy ze strychu, walenie po rurach czy kołysanie się sufitu. Wychodzi na to, że oglądając jeden tego typu film można założyć, że widziało się już wszystko. Sama historia też jest bardzo prosta, choć jak na standardy gatunku całkiem przyzwoita. Chociaż dziwi mnie dlaczego samotny mężczyzna, po traumie straty rodziny wprowadza się do domu, gdzie mógłby spokojnie zamieszkać cały tabor Cyganów? Film broni się też scenami z medium, które wypadają przekonująco i ogląda się je dobrze. Muzyka, choć standardowa, jak dla gatunku też jest plusem dodatnim. Atmosfery strachu czy zaszczucia bohatera jednak specjalnie się nie odczuwa. Jest to raczej film dla zapalonych miłośników gatunku, niż dla wszystkich. Także fani horroru mogą się dobrze bawić i czuć, jak u siebie...w domu. Dla innych niekoniecznie. 





czwartek, 26 stycznia 2017

Zombieland

Resident Evil 2: Apokalipsa (Resident Evil: Apocalypse)
USA, Francja, Kanada, Niemcy, Wielka Brytania 2004
reż. Alexander Witt
gatunek: horror, akcja
zdjęcia: Derek Rogers
muzyka: Jeff Danna

Niedawno opisałem pierwszy film z serii adaptacji gier Resident Evil i przy tej okazji napisałem o powodach, dla których porwałem się na seans. Teraz realizując obietnice tam zawarte szybko zabrałem się za drugą część tej serii.


Alice (Milla Jovovich) wydostaje się z Ula i laboratorium korporacji Umberlla i wychodzi na powierzchnię Racoon City, które jest pogrążone w chaosie spowodowanym trwającą właśnie apokalipsą zombie. Wkrótce spotyka Jill Valentine (Sienna Guillory) i razem z nią próbuje wydostać się z miasta...


Będzie to jedna z krótszych notek na blogu. Uważam, że film, który posiada więcej państw koproducenckich niż punktów w ocenie od 1 do 10 nie zasługuje na zbyt długie rozpisywanie się. W dalszym ciągu jest mało klimatycznie, głupio, źle zagrane i równie marnie sfilmowane. Efekty specjalne są o jakieś dwie dekady opóźnione i całość całkiem nie dorównuje grze. Mimo wszystko według mnie druga część jest nieznacznie lepsza niż poprzedniczka. Może dlatego, że tutaj posiada choć trochę szczątkowej fabuły (w małym stopniu nawiązującą do gier, choć znany z trzeciej części Nemesis tutaj jest tylko marnym cieniem siebie) i mało wyszukany lecz występujący humor. Jednak dalej jest to po prostu słaby film, do którego lepiej nie zasiadać. Nie wiem czy wytrzymam kolejną część. 






wtorek, 22 listopada 2016

Odyseja kosmiczna

Interstellar
USA, Kanada, Wielka Brytania 2014
reż. Christopher Nolan
gatunek: science-fiction

Christopher Nolan to istny Midas współczesnej hollywoodzkiej kinematografii. Wydawać by się mogło, że wszystko, co dotknie zmienia się w filmowe złoto - nie tylko to kasowe wyrażane w milionach dolarów pozostawionych w kinie przez widzów, ale i to wyrażane w nagrodach filmowych. Autor trylogii Batmana, Memento czy Incepcji moim zdaniem nawet jeśli zawsze znosi tylko złote jaja, to nie wszystkie z nich są nadzwyczaj strawne. A jak więc jest z opisywanym filmem?


W niedalekiej przyszłości Ziemi grozi zagłada. Większość instytucji publicznych zwija się, a ludzkość przeżywa wielki regres cywilizacyjny oczekując marnego końca. Były pilot jednostek kosmicznych, Cooper (Matthew McConaughey) przypadkowo odnajduje tajny ośrodek NASA, w którym przygotowuje się plan ewakuacji Ziemian na inną, zdatną do zamieszkania planetę. Mężczyzna zostaje przekonany przez nadzorującego program profesora Branda (Michael Caine), by pilotował on kosmiczną ekspedycję. Cooper udaje się więc w kosmos, między innymi wraz z córką profesora (Anne Hathaway). Tymczasem na Ziemi zostaje jego córka, Murph (Mackenzie Foy i Jessica Chastain)... 


Nie chcę tego filmu oceniać pod względem naukowym, gdyż na temat fizyki teoretycznej kwantowej czy jakiejkolwiek innej mam tyle pojęcia, co Neandertalczycy o trójpolówce. Z trudem przeczytałem pół Krótkiej historii czasu Hawkinga, z czego zrozumiałem może 1/5, tak więc musiałbym być bardzo zarozumiałym ignorantem, żeby stawiać się w pozycji wiedzącego lepiej, niż autorzy, których konsultantem był sam Kip Thorne, czyli ekspert od m.in. teorii tuneli czasoprzestrzennych. Czytając jednak naukowe teorie w odniesieniu do filmu eksperci twierdzą, że część z nich jest przedstawiona okej, część zaś jest tylko pseudonaukowym bełkotem na potrzeby filmu. Jednak chyba widzowie są w stanie wybaczyć to, gdyż jeśli chciałoby się oglądać tylko 100% realne filmy wybrałoby się te, o facecie w łódce (np. Śmierć w Wenecji) niż o facecie w statku kosmicznym poruszającym się po wszechświecie za pomocą dziur czasoprzestrzennych. 
Bardziej jednak razi mnie w tym filmie niekonsekwencja w działaniach jak najbardziej rzeczywistych, tych typowo ludzkich. Takich, jak na przykład wiele nieścisłości i głupich zachowań bohaterów: dla przykładu Cooper zjawiający się w tajnej bazie dostaje bez przeszkolenia ważną misję mającą uratować gatunek. Nie spojlerując napiszę tylko, że takich głupich rzeczy jest więcej. 
Wizualnie film stoi na naprawdę dobrym poziomie, efekty specjalne stworzone są fachowo (doczekały się Oscara), wszystko wygląda bardzo profesjonalnie i pasuje do podgatunku space opery. Także aktorsko produkcji nie można nic zarzucić, szczególnie zaś jestem pod wrażeniem dobrej roli młodej Foy. Chociaż uważam, że Hathaway nie została obsadzona zbyt trafnie, aktorka ta niezbyt pasuje mi do takiej roli. 
Fabularnie zaś jestem różnie. Sam wątek podróży i naukowej otoczki jest okej, chociaż autorzy niezbyt wiedzą czy chcą być bardziej science czy jednak fiction jednak te płaczliwe monologi i dylematy bohaterów są frustrujące. Film wydaje się być też odrobinę za długi. 2:50 godz to dużo, myślę, że 2:30 by w zupełności wystarczyło. 
Reasumując film ten jest imponujący w sferze wizualnej, próbuje być inteligentnym kosmiczną fantastyką (chociaż klimatem klaustrofobicznej podróży na statku nie dorasta do pięt Obcemu), w dość przystępny i atrakcyjny sposób pokazujący widzowi niektóre teorie naukowe. Jest tu jednak też sporo nieścisłości, zbyt dużo dłużyzn i przynudzających scen. Tak więc jest przyzwoicie, jednak szału nie ma. 





środa, 5 października 2016

Epoka hipokryzji

Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (The Witch)
Kanada, USA 2015
reż. Robert Eggers
gatunek: horror

Kto choć przelotnie śledzi filmy, które mają swoje pokazy na Festiwalu Filmowym Sundance, ten wie, że na kontynencie amerykańskim istnieje kinowe życie poza Hollywood. Odbywający się od 1978 roku w Salt Lake City festiwal filmów niezależnych ostatnio przeżywa swój najlepszy czas, rokrocznie dostarczając widzom prawdziwe niekomercyjne perełki, które mają szanse na sukces artystyczny, ale też komercyjny. To na tym festiwalu swe żniwo sukcesu zaczął zbierać Whiplash, to także tutaj doceniony został opisywany właśnie film, który pobił na świecie wiele rekordów kinowych. W naszym kraju zaś nie doczekał się kinowej premiery. A szkoda. 


Rok 1630, Nowa Anglia. Z purytańskiej osady wygnany zostaje za ekstremizm religijny William (Ralph Ineson). Wraz ze swą żoną Katherine (Kate Dickie) oraz piątką dzieci (w roli najstarszych Anya Taylor-Joy jako Thomasine oraz Harvey Scrimshaw wcielający się w Caleba) opuszcza plantację i osiedla się na skraju lasu. Gdy najmłodsze dziecko małżeństwa znika w dziwnych okolicznościach, a płody rolne niszczeją narasta podejrzliwość członków rodziny wobec siebie.


Jeśli ktoś szuka horrorów w stylu trupów wypadających z szaf, taniego efekciarstwa czy epatowaniem krwią, wykrzywionymi zmutowanymi ciałami to nie jest film dla nich. Jeśli jednak połączenie zwrotów takich jak horror, XVII wiek, purytanie, zabobon, wiedźma wzbudza w was ciekawość, a ciężki , unikalny klimat cenicie bardziej od tanich chwytów to warto zastanowić się nad seansem. 
Pierwsze co rzuca się w oczy to świetne aktorstwo wykreowane przez głównych bohaterów filmu. Ich naturalność sprawia, że postaci, które odtwarzają jawią się nam niczym naturalne osoby z epoki. Do świetnej gry aktorskiej dodać fakt, że duża część tekstów wypowiadanych przez postaci jest zaczerpnięta (przynajmniej zdaniem autorów) z autentycznych ksiąg zachowanych z okresu, w którym dzieje się akcja filmu. 
Mamy tutaj na pierwszy rzut oka wzorową, religijną purytańską rodzinę, która swój czas dzieli na modlitwę, pracę oraz umartwianie się. Wszyscy tutaj żyją ascetycznie oddając się woli Pana i prosząc go o życie wieczne, jednak jak się okazuje te ciągłe modły to nieustanna gra pozorów, a hipokryzja postaci po kilku nieszczęściach spotykających rodzinę wyjdzie na jaw bardzo szybko. Po porównaniach się do losu Hioba równie szybko rozpoczęte zaś zostanie wewnątrzrodzinne polowanie na czarownice i szukanie diabła. A z tego nie może wyjść nic dobrego.
Film ten urzekł mnie swym klimatem. Sugestywne, surowe kadry, piękna choć mroczna lokalizacja, pieczołowicie dobrana charakteryzacja, ekipa aktorska wczuwająca się w rolę, niespieszna, wolna narracja, która świetnie podgrzewa atmosferę z każdą początkowo wlekącą się minutą do wprost do efektownego sprintu fabularnego - naprawdę jest się w czym zakochać. 
Jeśli mają powstawać horrory, to proszę, by jak najwięcej było takich jak właśnie ten film. Polecam.




czwartek, 29 września 2016

Bieg po godność

Zwycięzca (Race)
Francja, Kanada, Niemcy 2016
reż. Stephen Hopkins
gatunek: biograficzny, dramat

Letnie Nowożytne Igrzyska Olimpijskie do tej pory odbyły się trzydzieści jeden razy. Część z nich z pewnych powodów nie została szybko zapomniana i przykryta kolejnymi imprezami tego typu lecz historia tych zmagań żyje do dziś własnym życiem. Jednym z najbardziej pamiętnych Igrzysk są te XI, które odbyły się w 1936 roku. I to nie tylko z powodu kraju - gospodarza oraz faktu, że na stadionie olimpijskim wydarzenia bacznie śledził sam fuhrer, Adolf Hitler.  


Lata 30. ubiegłego wieku. Czarnoskóry Jesse Owens (Stephan James) dzięki wspaniałym wynikom sportowym wybiera się na studia. Poznaje tam trenera Larry'ego Snydera (Jason Sudeikis), który za cel stawia sobie doprowadzenia Jesse'ego do medalu olimpijskiego w Berlinie. Owens musi sobie jednak radzić z wszechobecną segregacją rasową.


Dobrze, że powstał film, który pokazuje historię jednego z najwybitniejszych biegaczy wszech czasów. Co ciekawe mimo że z udziałem amerykańskich aktorów to nie został on wyprodukowany przez USA. Z jednej strony to dziwne, z drugiej patrząc na odważną wymowę filmu nie dziwi, że nie wyprodukowali tego Amerykanie. Biorąc pod uwagę fakt, że w kilku miejscach postawiono do dzisiaj kontrowersyjne porównanie nazistowskiego szowinizmu i rasizmu do rasistowskich praktyk, do których dochodziło wówczas w USA jasne jest, że nie pokazaliby tego w taki sposób skłonni do epatowania patosem i zamiatający trudne sprawy pod dywan amerykańscy producenci. 
Bardzo cieszy mnie też to, że Jason Sudeikis znany przeważnie z lekkich i często głupkowatych komedii wreszcie zagrał rolę dramatyczną. W wieku 40. lat ale jednak. To dobry aktor i chętnie zobaczę go w innych ambitnych filmach. Także dobra rola znanej z Gry o tron Carice van Houten w roli legendarnej reżyserki Leni Riefenstahl.
Dla nieznających prawdziwej historii Owensa widzów film sprawi wrażenie rzetelnego i przedstawiającego dobrze aspekty jego życia. Jednak jeśli ktoś wcześniej wczytał się w jego życiorys dopatrzy się wielu nieścisłości, luk czy po prostu przekłamań. Takich jak na przykład to, że Adolf Hitler nigdy nie pogratulował Owensowi. Sam biegacz przyznał, że takie gratulację dostał (nawet z pamiątkowym zdjęciem fuhrera), zaś nigdy nie doczekał się gratulacji ze strony prezydentów USA. Te błędy i koloryzowanie jest moim zdaniem minusem filmu i to dużym, bo historia biegacza jest na tyle dobra, że zasługuje na przeniesienie niemal w skali 1:1, bez zakłamań i widowiskowych dodatków.
Mimo wszystko warto obejrzeć ten niskobudżetowy film Hopkinsa, zarówno dla poznania historii olimpijskiego multimedalisty, wczucia się w klimat przedwojennych igrzysk olimpijskich, jak i obejrzenia strasznie krzywdzącej i niesprawiedliwej polityki amerykańskiej wobec Murzynów w latach 30. ubiegłego wieku. Warto, choć niektóre wydarzenia z życia Owensa oglądać z rezerwą.





sobota, 26 marca 2016

Wędrówki z neandertalczykami

Walka o ogień (La Guerre du feu)
Francja, Kanada 1981
reż. Jean - Jacques Annaud
gatunek: przygodowy, dramat

Od dawna zabierałem się za obejrzenie tego kultowego obecnie filmu Jeana - Jacquesa Annauda Kilka lat przed świetnym Imieniem róży francuski reżyser zabrał się za ekranizację książki belgijskich prekursorów science fiction, braci tworzących pod pseudonimem J.-H. Rosny traktującej o przygodach prehistorycznych praludzi.


W filmie cofamy się o 80 tysięcy lat wstecz. Na mieszkających w okolicy jaskini neandertalczyków napadają przypominające homo erectusa małpoludy doprowadzając do wygaśnięcia przechowywanego w jaskinie ognia. By znaleźć nowe ognisko w świat rusza trójka młodych wojowników (w tych rolach Everett McGill, Ron Perlman, Nicholas Kadi). Wkrótce dołączy do nich uratowana przed kanibalami kobieta z gatunku homo sapiens (Rae Dawn Chong).


Do filmu pod żadnym pozorem nie należy podchodzić jak do filmu historyczno - dokumentalnego. Zarówno obyczaje, jak i porozumiewanie się bohaterów nie jest specjalnie udokumentowane, także samo występowanie obok siebie społeczności gatunków ludzkich na tak odmiennych stopniach rozwoju jest dyskusyjne. Jednak film ten nie aspirował zapewne do bycia poszerzeniem podręcznika prehistorii, a za zadanie miał dobrze bawić. Z tego zaś wywiązuje się znakomicie. 
Pierwsze co rzuca się w oczy podczas seansu to fakt, że film ten w ogóle się nie zestarzał. Laureat Oscara za charakteryzację ma już 35 lat, jednak wciąż olśniewa i zachwyca swym wyglądem. To żywy dowód na to, że da się zrobić wyglądający realistycznie film bez masy tanich efektów specjalnych, czym karmi nas większość nowoczesnych produkcji, Mamuty tu wyglądają jak żywe, choć nie zostały wyprodukowane komputerowo. Do tego świetnie wypadają plenery wykorzystane podczas kręcenia. 
Uhonorowana wieloma nagrodami charakteryzacja też stoi na poziomie wykraczającym swoje czasy. Pomijając Rona Perlmana, który raczej żadnej charakteryzacji do roli nie potrzebował to jakość i dbanie o detale, by przystosować wygląd bohaterów do realiów prehistorycznych jest zdumiewająca. Także pokazanie ich stopnia rozwoju, w sposób trochę edukacyjny został pokazany bardzo dobrze (choć nie powiem, że wiarygodnie). Z radością oglądałem wędrówkę neandertalczyków po wrogim świecie, gdzie wszystko chce człowieka zabić i zjeść. Samo patrzenie na ich niezbyt inteligentne oblicza dostarcza masę satysfakcji. 
Film z pewnością nie jest dla wszystkich, dialogów tu praktycznie nie uświadczymy (a nawet jeśli za takie uznamy pokrzykiwania praludzi to i tak nikt tego nie przetłumaczy), prehistoryczne kino drogi też może nie zachwycić każdego, dla mnie to jednak powiew świeżości i temat niewyeksploatowany w filmografii. Dla mnie to naprawdę dobre kino i polecam wszystkim cofnięcie się dziesiątki tysięcy lat w czasie, aby poznać historię walki o ogień. 




środa, 2 marca 2016

Mój jest ten kawałek podłogi

Pokój (Room)
Irlandia, Kanada, 2015
reż. Lenny Abrahamson
gatunek: dramat

Film ten chciałem zobaczyć już od jakiegoś czasu, zanim to dowiedziałem się o oscarowych nominacjach, które to nigdy nie były dla mnie wyznacznikiem dobrego filmu (dla szukających dobrej filmowej różnorodności polecam bardziej europejskie festiwale w Cannes, Wenecji lub Berlinie) jednak tak się złożyło, że z powodu wejścia filmu do polskich kin w weekend poprzedzający oscarową ceremonię zobaczyłem produkcję w kilkanaście godzin po tym, jak grająca tam Brie Larson otrzymała swoją statuetkę. Czy słusznie? 


Joy (Brie Larson) mając 17 lat została porwana przez człowieka, którego nazywa Starym Nickiem (Sean Bridgers). Mężczyzna ten więzi ją od siedmiu lat w szopie na terenie swojej posesji. Razem doczekali się mieszkającego wraz z matką potomka, który w momencie rozpoczęcia filmu właśnie kończy pięć lat. Dla małego Jacka (Jacob Tremblay) tytułowy pokój jest całym światem. Chłopiec nie zdaje sobie sprawy, że poza pomieszczeniem, w którym znajduje się wraz z matką istnieje coś jeszcze. Tymczasem Joy zamierza ponownie spróbować wydostać się z szopy...


Dostajemy film, który naprawdę nieźle potrafi działać na ludzkie emocje. Będące adaptacją książki dzieło potrafi sprawić, że widz w skupieniu pomyśli o życiu bohaterów, jak i pewnie swoim. Kameralne, klaustrofobiczne sceny życia w małym pomieszczeniu, które oglądamy przez dużą część filmu są bardzo sugestywne, a całość została nakręcona z dbałością o najmniejsze detale. Wraz z posiadającymi ziemistą cerę bohaterami widzowie niemal duszą się w obskurnej szopie, która dla Joy i Jacka jest całym światem. Sceny w pokoju to na pewno najlepsze momenty filmu. Filmu, który wzrusza i zmusza do refleksji, który pokazuje zarówno jasne jak i ciemne elementy ludzkiej duszy. 
Ogólnie całość fabuły trzyma się niemal wszędzie kupy, jednak do kilku scen i zdarzeń miałbym wyraźne znaki zapytania. Nie będę tu tego zdradzał, niech każdy sam obejrzy we własnym zakresie i może wyłapie o co mi chodzi, jednak w filmie jest kilka wyraźnych nieścisłości. 
Wszyscy zachwycają się rolą Brie Larson i w sumie nie widzę w tym nic złego, gdyż naprawdę dobrze odegrała postawioną w trudnej sytuacji matkę dziecka z gwałtu - do tego wciąż przetrzymywaną w nieludzkich warunkach. Jednak dla mnie pozytywnym zaskoczeniem jest rola młodego Tremblay'a. Porównując innych dziecięcych aktorów, jakich znamy z polskich filmów i seriali mamy dosłownie przepaść dzielącą nasz grajdół, a to co pokazał Jacob. Tak naturalnej roli dziecięcej nie widziałem od dawna. Całość wrażenia tej postaci psuje fakt, że chłopak nie ma pięciu czy nawet sześciu lat, a prawie dziesięć (więc niemal dwa razy więcej niż postać, w jaką się wciela). No ale znaleźć pięciolatka do takiej roli to pewnie mission impossible. 
Całość ogląda się naprawdę dobrze, jest to film który powinien być stawiany jako przykładowa dobra produkcja. Nie wznosi się na ponadprzeciętność jednak w każdym aspekcie prezentuje równy poziom powyżej normy. Chciałbym sobie życzyć więcej filmów tego pokroju. A wszystkich, którzy jeszcze się wahają zapraszam do odwiedzenia Pokoju.







czwartek, 25 lutego 2016

Problematyczne miłości

Wyśnione Miłości (Les Amours imaginaires)
Kanada 2010
reż. Xavier Dolan
gatunek: melodramat

Niektórzy uważają Xaviera Dolana za reżyserskiego geniusza młodego pokolenia i za dowód na to stawiają między innymi film Mama, od którego przy pierwszej próbie seansu szybko się odbiłem oraz właśnie opisywaną produkcję, którą Kanadyjczyk nakręcił mając zaledwie 20 - 21 lat. O ile mogę się zgodzić, że nakręcenie w miarę profesjonalnie jakiegokolwiek filmu w tym wieku to już pewna sztuka, to jednak po tym co zobaczyłem o wielki talent i filmowy geniusz Dolana bym jednak nie posądzał. 


Fabuła jest banalnie prosta i do opisania w kilku słowach. Poznajemy parę dobrych przyjaciół: Marie (Monia Chokri) i Francisa (Xavier Dolan). Pewnego razu poznają oni awangardowego Nicolasa (Niels Schneider), z którym zaczynają się spotykać. Wkrótce zarówno Marie jak i Francis zakochują się w nowym znajomym i zaczynają rywalizować o jego względy...


Nie wiem czego oczekiwałem po tym filmie, jednak miałem nadzieję, że w miarę głośna produkcja złotego dziecka kanadyjskiego kina do tego oparta na kontrowersyjnej wydawać by się mogło fabule, że całość będzie wyglądała całkiem znośnie. Niestety srodze się zawiodłem. Nie znalazłem w sumie ani jednego elementu (może od biedy Chokri) który jako tako mi się spodobał. Sama głośna fabuła okazała się mało absorbującą historią, jakich wiele w każdym nowym numerze Bravo Girl. Może zachwyci ona gimnazjalistów jednak jak dla mnie to bardzo pretensjonalne i słabe. Równie słaby był według mnie montaż filmu, który to całkowicie nie przypadł mi do gustu. 
Reasumując nie wiem co mógłbym więcej o tym filmie napisać, gdyż mimo że nie była to najsłabsza produkcja jaką widziałem w ostatnich miesiącach to swoją nijakością zostawiła we mnie bardzo mało pozostałości po sobie w mej pamięci. Nie polecam chyba, że jesteś w gimnazjum.





niedziela, 22 listopada 2015

Dwa światy

Naznaczony (Insidious)
USA, Kanada 2010
reż. James Wan
gatunek: horror


Tym razem przyszła kolej na kolejny horror opisywany na tym blogu. Niestety większość oglądanych filmów tego gatunku przeze mnie w ostatnim roku (dzięki czemu mogły zostać tu opisane) miała według mnie dość niską jakość przez co i oceny były niezbyt wysokie. Ostatnimi dobrymi filmami z tego gatunku jakie widziałem i mogę z czystym sercem polecić to Mama i Kobieta w czerni. Można też zobaczyć Obecność. Ta ostatnia jest dziełem reżysera, który dał światu szokującą pierwszą Piłę, a także jest reżyserem opisywanego właśnie filmu. To wydaje się odpowiednią gwarancją, by uznać że Naznaczony będzie czymś wartym uwagi.


Poznajemy młode małżeństwo z trójką dzieci. Josh (Patrick Wilson) i Renai (Rose Byrne) wraz z potomstwem wprowadzają się do nowego domu. Pewnego dnia ich najstarszy syn, Dalton (Ty Simpkins) spada z drabiny na strychu, po czym zapada w śpiączkę. Od tego czasu Renai jest świadkiem zjawisk paranormalnych, które nie ustają mimo kolejnej wyprowadzki. Po radzie matki Josha (Barbara Hershey) małżeństwo postanawia skorzystać z pomocy medium (Lin Shaye).


Wan w tym filmie zastosował chyba 80% pomysłów występujących w gatunku jakim jest horror. Czego tu nie znajdziemy: zamykające się same z siebie drzwi, poruszająca się niewidzialną siłą klamka, szmery i stuki, pojękiwania w nawiedzonym złym domu, zjawy poruszające się w pobliżu, demony, pogromców duchów, krwawe odbicia rąk na białych prześcieradłach, równoległy świat duchów etc. Do wyboru, do koloru. Jest tego aż za dużo i przesyt tych strachów zamiast powodować lęk wzbudza śmiech (przynajmniej u autora tych słów). Czerwonomordy demon, który powinien być głównym złym (i w założeniu jest) całego zamieszania powoduje salwę śmiechu zamiast choć grama przerażenia. Film w ogóle nie straszy, a raczej aspiruje do bycia niespełnioną komedią. 
Do tego postaci duchów są tak marnie zrobione, że wzbudzają nie paniczny lęk a co najwyżej wyrazy politowania. No bo kto boi się zjaw wyglądających jak figury woskowe wyciągnięte wprost ze sławnego gabinetu madame Tussauds? 
Ogólnie sama fabuła też raczej do odkrywczych (jak zresztą przeważnie w horrorach) nie należy i sam fakt, że ktoś postanowił jeszcze odcinać kupony i nakręcił dwie kolejne części zakrywa o niesmaczny żart. Najgorsze jest to, że filmy te zwróciły się pewnie w kilka pierwszych godzin wyświetlania w kinach. Ja w każdym razie nie mam zamiaru ich oglądać. Nie po tym co zobaczyłem w części pierwszej, podobno najlepszej. 




piątek, 20 listopada 2015

Fatalne zauroczenie

Chloe
USA, Kanada 2009
reż. Atom Egoyan
gatunek: thriller

Lubię oglądać na wielkim (jak i małym) ekranie postaci kreowane przez Liama Neesona. Oczywiście świadczy to też i o tym, że lubię samego aktora. Mimo że w ostatnich latach w wieku przedemerytalnym wciela się przeważnie w różnego pokroju twardzieli (choćby cykl Uprowadzona czy Nocny pościg) to jednak w swym aktorskim portfolio ma naprawdę sporo różnorodnych ról. Jako że aktor wystąpił w wielu produkcjach (76 filmów) to siłą rzeczy nie wszystkie z nich były przyzwoite. Teraz właśnie trafiłem na mniej chlubny film z jego dorobku.


David Stewart (Liam Neeson) jest szanowanym nauczycielem akademickim. Gdy wracając z wykładu z innego miasta spóźnia się na samolot i nie wraca do domu w chwili, gdy jego żona Catherine (Julianne Moore) urządza mu przyjęcie urodzinowe - niespodziankę ta zaczyna podejrzewać to, że mąż ma romans. W celu sprawdzenia jego wytrzymałości na powab młodszych kobiet wynajmuje luksusową prostytutkę Chloe (Amanda Seyfried), by ta spróbowała go uwieść...


Thrillery mają to do tego, że powinny z założenia wprowadzić efekt napięcia, podnieść adrenalinę u widza i sprawić, że do samego końca z wypiekami na twarzy będzie śledził emocjonujące wydarzenia na ekranie. Niestety. Tu tego nie ma. Fabuła jest strasznie liniowa,a jedyne twisty fabularne są tak przewidywalne, że praktycznie od samego początku zawiązania intrygi będzie można domyślić się o co chodzi. Może to efekt samej narracji czy niezbyt dobrego montażu, nie wiem. Ale wiem, że takie dreszczowce się nie sprawdzają. 
Druga sprawa to fakt, jak napisane zostały postaci. Z całym szacunkiem dla Nesona, który w sumie wypadł dobrze, ale jego rola jest tu jednak drugoplanowa i dla Moore, która jest dobrą aktorką, nawet dla młodej Seyfried, która gdyby nie żabie oczy mogłaby być uznawana za ładną - ich gra nie jest słaba ale to co muszą zagrać słabe już jest. Postaci Catherine i Chloe są strasznie nienaturalne i sztuczne. Żona Stewarta jest tak odpychającą postacią, że gdybym miał możliwość zdradziłbym ją nawet z autobusem Arabów - po prostu tak niefajnej postaci dawno w kinie nie widziałem. Nikt jej nie lubi, do wszystkiego się czepia, we wszystkim widzi zagrożenie a przy okazji ma ciągoty do sterowania ludźmi. Ciężko czuć do niej jakąkolwiek sympatię. Za to postać grana przez Amandę jest naprawdę dziwna - przesłanki jakie nią kierują są tak naciągane i nierealne, że naprawdę można się tylko załamać.
Ogólnie jest to film słaby i ciężko mi go komukolwiek polecić. Chyba, że dla zobaczenia kilku pikantnych scen z nagimi ciałami bohaterek. Ale od tego jest porno.





niedziela, 2 sierpnia 2015

The Beatles: Genesis

John Lennon. Chłopak znikąd (Nowhere Boy)
Wielka Brytania, Kanada 2009
reż. Sam Taylor-Johnson
gatunek: biograficzny, dramat, muzyczny

Popularni do dziś, 45 lat po swoim rozpadzie Beatlesi nie mieli jakiegoś większego filmu poświęconego fabularyzowanemu pokazaniu ich historii. W zalewie filmów biograficzono - muzycznych opisujących każdego od Ritchy'ego Valensa, Jima Morrisona, Hendrixa czy Casha zespół, który wpłynął na przebieg całej dekady w Zachodnim (choć nie tylko) świecie nie doczekał się czegoś takiego. I ten film także nie przybliży nam historii zespołu. Ale rzuci trochę światła na jego kreację. 


Fabuła kręci się wokół tytułowego chłopaka znikąd, Johna Lennona (Aaron Taylor-Johnson), którego poznajemy jako wychowywanego przez konserwatywną ciotkę Mimi (Kristin Scott Thomas) zbuntowanego wobec świata nastolatka, którego głównym idolem jest Elvis Presley. Lennon postanawia po latach odnowić znajomość z matką, mocno hipisową Julią (Anne-Marie Duff), co doprowadza do niezadowolenia ciotki. Matka wprowadza go w świat muzyki rock'n rollowej, co inspiruje Johna do założenia zespołu rockowego. Wkrótce poznaje 15 letniego Paula McCartneya (Thomas Brodie-Sangster).


Szczerze mówiąc oczekiwałem po tym filmie trochę czego innego. Mając przed oczyma wizerunek muzycznego wizjonera - pacyfisty film rozwalił go niemal całkowicie serwując nam cynicznego, wulgarnego gówniarza nie stroniącego od używek. Do tego zmarginalizowano sam motyw muzyczny dotyczący rodzenia się muzycznej pasji i zakładania najpopularniejszego zespołu wszech czasów. Produkcja skupia się na rozterkach egzystencjalnych młodego Johna oraz jego relacjach z patologiczną matką i jej całkowitym przeciwieństwie w postaci ciotki, z którą mieszka Lennon. To także odkrywanie przez niego swojego pochodzenia oraz wiele ckliwych scen, które mają za zadanie doprowadzić niewiasty do płaczu. Biorąc pod uwagę fakt, że reżyserką jest autorka ekranizacji samych 50 twarzy Graya zbytnio nie dziwi. Dziwi natomiast, że mający podczas premiery filmu grający Lennona Aaron poślubił szybko 48 letnią obecnie reżyserką, z którą już w 2010 miał pierwsze dziecko. No ale nikt nie ogarnie realiów show biznesu nim do niego nie wskoczy. Sam film ma mimo kilku drobnych błędów (typu picia piwa ze szklanek, których jeszcze pod koniec lat 50. nie wynaleziono) całkiem dobre ukazanie realiów epoki, za co duże brawa, czujemy się jakby po przeniesieniu w czasie o ponad pół wieku. Nie jest to jakieś wybitne kino, ku mojej rozpaczy skupia się na relacjach rodzinnych, ale dzięki niemu niedzielny fan twórczości Lennona i jego zespołu może wyłowić kilka ciekawostek. Tak więc w sumie to warto zobaczyć. 




środa, 24 czerwca 2015

Dzieci wojny

Wiedźma wojny (Rebelle)
Kanada 2012
reż. Kim Nguyen
gatunek: dramat, wojenny

Tym razem wziąłem się za kanadyjski film opowiadający o wykorzystywaniu dzieci do walk w krajach afrykańskich. Oprócz poruszania ważnej dla świata tematyki film ten został zauważony i doceniony za walory artystyczne, czego rezultatem była między innymi nominacja Oscarowa dla filmu nieanglojęzycznego, liczne nagrody najważniejszego niemieckiego festiwalu Berlinale 2012 (Srebrny Niedźwiedź dla Rachel Mwanzy, nagroda ekumeniczna i nominacja do Złotego Niedźwiedzia), Satelity, Camerimage czy Czarne Szpule oraz wiele, wiele innych. Czy liczne nagrody festiwalowe idą tym razem w parze z dobrym seansem?



Poznajemy dwunastoletnią dziewczynkę Komonę (Rachel Mwanza), której wioska zostaje zaatakowana przez rebeliantów Wielkiego Tygrysa (Mizinga Mwinga). Ludność osady zostaje wybita, a ocalałe dzieci wzięte w niewolę, by służyć zbrojnie w oddziałach walczących z rządowymi wojskami rebeliantów. Przed dołączeniem do bandy Komona jest zmuszona zastrzelić swoich rodziców, w innym przypadku zostaliby oni zabici maczetą w boleśniejszy sposób, a ona szybko podzieliłaby ich los. Okazuje się, że Komana ma dar, dzięki któremu przed walką ukazują jej się duchy mówiące jej o zagrożeniach. Szybko dowiaduje się o tym Wielki Tygrys, który chce mieć Komanę w swoim oddziale. Dziewczyna walczy w jednym oddziale z młodym magikiem - albinosem (Serge Kanyinda). Po jednym ze starć z armią razem decydują się uciec z oddziału i zacząć nowe życie...


Film zabiera widza w ogarnięte wojny tereny Demokratycznej Republiki Kongo, gdzie zwiedzimy z bohaterami lokalne dżungle, miasta (z dzielnicą albinosów włącznie), wsie i inne egzotyczne lokacje położone w sercu Czarnej Afryki. Film nieprzypadkowo odebrał nagrodę Camerimage dla najlepszych zdjęć. Nakręcono go w fenomenalny sposób i z wielką przyjemnością obserwowałem lokacje dostępne w produkcji. 
Jest to film wojenny, jednak nie pokazano tu specjalnie dużo tej wojny. Mamy kilka chaotycznych scen walk, gdzie ktoś strzela do kogoś, panuje wszechobecny chaos i desperacka wymiana ognia. Wiemy, że strzelają do siebie armia i rebelianci, jednak nie poznajemy motywacji żadnej ze stron. Nikt nie mówi dlaczego rząd jest zły czy jakie powody ma Wielki Tygrys do rozpoczęcia powstania. Wszystko to jednak jest jakby nieistotne, mamy wszak do czynienia z fabułą pokazaną ze strony dziecka, które nie jest wmieszane w politykę, zostało siłą zmuszone do walki i nie musi wiedzieć co, gdzie, z kim i dlaczego. W filmie nie zobaczymy widoku krwi, co w scenach strzeleckich jest pewnym minusem, który mnie irytował w czasie wymiany ognia.
Całość jest nakręcona w duchu afrykańskiego realizmu magicznego. Dominuje wiara w czary, wszechobecny szamanizm, talizmany, bohaterkę nawiedzają duchy (pomalowani na trupiobiało czarni ludzie robią zaskakująco dobre wrażenie). 
Ogólnie film oprócz scen walk, brutalności oddziałów rebelianckich (którzy po zabiciu rodziców dają dzieciom kałasznikowy mówiąc, że od dzisiaj to ich mamusia i tatuś) pokazuje też rytm życia afrykańskich wsi i miasteczek. Dla człowieka Zachodu jest on bardzo daleki od tego, z czym mamy do czynienia w swojej rzeczywistości, lecz dzięki temu przyciągający i ciekawy. Aż szkoda, że na życie codzienne poświęcono tak mało miejsca (sam film trwa w sumie 90 minut). 
Reasumując polecam ten film, jako wart obejrzenia zarówno od strony wizualnej, artystycznej jak i dydaktycznej, Oczywiście są tu pewne uproszczenia, film kierowany był do Zachodnich odbiorców więc pokazano go tak, by był dla nich w łopatologiczny sposób zrozumiały. Jednak warto, naprawdę warto. 


wtorek, 5 maja 2015

Strasząc szpetotą

Silent Hill: Apokalipsa (Silent Hill: Revelation)
USA, Kanada 2012
reż. Michael J. Bassett
gatunek: horror

Silent Hill jest uznaną marką komputerowo - konsolowych horrorów. Co prawda najlepsze, początkowe części cyklu są już dawno za nami i w ostatnich latach trwa w najlepsze odcinanie kuponów po Piramidogłowym i przyjaciołach to wciąż Ciche Wzgórza uchodzą za synonim dobrej (i strasznej) horrorowej wirtualnej zabawy. W 2006 roku popełniono ekranizację serii, nawiązując trochę fabularnie do pierwszej części gry. O dziwo film ten i jako eGRAnizacja jak i straszak prezentował się dobrze i miał kilka naprawdę niezłych, klimatycznych momentów. Dlatego z dużym oczekiwaniem zasiałem przy drugiej filmowej opowieści z Silent Hill. Niestety.


Poznajemy losy nastolatki Heather (Adelaide Clemens), która wraz z ojcem (Sean Bean) tuła się od miasta do miasta. Dziewczynę nawiedzają koszmary, w których wciąż powtarza się nazwa miejscowości Silent Hill. Ojciec jednak przestrzega ją przed odwiedzinami tego miejsca. W nowej szkole dziewczyna poznaje Vincenta (Kit Harington znany lepiej jako Jon Snow). Chłopak przejawia duże zainteresowanie Heather. Gdy tajemnicze siły porywają jej ojca postanawia odszukać go przy pomocy Vincenta w tytułowym mieście. Tam dowiaduje się o sobie wiele ciekawych rzeczy...


Fabularnie film w pewnym sensie bazuje na bohaterce trzeciej części gry. Filmowa Heather wygląda podobnie do Heather growej oraz nawet podobnie się ubiera. Fabuła tego filmu jest. Jest i...jest głupia. To najwłaściwsze określenie. Nie ma potrzeby nawet się rozpisywać nad tym tematem. W porno zdarzają się lepsze scenariusze. Serio.
Także gra aktorska jest często drewniana i sztywna niczym pielęgniarki ze szpitala w Silent Hill. A wydawałoby się, że obsada aktorska jest niczego sobie. Niektóre teksty głównej bohaterki są tak drętwe, że swym poziomem dorównują podstawówkowym jasełkom. 
Sam horror w tym filmie ogranicza się do prezentowania wszelkiej obleśności i szkaradności. Jest to szpetne,ale nie wiem czy specjalnie straszne. Raczej nie. 
Sam film może nie jest 1/10, ale jednak nie warto się tym zajmować. Są o wiele lepsze filmy gatunku. Ewentualnie zagrać w Silent Hill 3.







czwartek, 2 kwietnia 2015

Zniszcz TEN dziennik!


Wschodnie obietnice (Eastern Promises) 
 Kanada, USA, Wielka Brytania 2007
reż. David Cronenberg
gatunek: dramat, thriller 

Współczesny Londyn to magiel wielu kultur. W sumie w wielu miejscach można spotkać praktycznie wszystkich, oprócz Anglików. Piegowaci i rudowłosi autochtoni przeważnie pochowali się w mniejszych miasteczkach czy wsiach, aby w swej stolicy zrobić miejsce dla Murzynów, Arabów, Hindusów czy w coraz większej ilości obywateli państw byłego Układu Warszawskiego, w tym Polski. A czy wszyscy przyjezdni zajmują się legalną pracą i spokojnym życiem? Niekoniecznie. Fakt zjedzenia przez naszych rodaków chronionych na wyspach parkowych łabędzi jest jednak o wiele mniejszym przewinieniem, niż to co wyprawiają przeliczne działające tam emigranckie gangi. W opisywanym filmie zaś poznamy londyńską diasporę rosyjską.
Mająca rosyjskie korzenie Anna (Naomi Watts) pracuje w jednym z londyńskich szpitali jako położna. Pewnego razu na jej oddział trafia młoda dziewczyna, która zaraz po urodzeniu umiera. Anna chcąc dowiedzieć się czegoś o denatce, aby oddać rodzinie pozostawione dziecko znajduje w jej rzeczach dziennik spisany po rosyjsku. Znajduje w nim wizytówkę do rosyjskiej restauracji. Równolegle więc oddaje pamiętnik do tłumaczenia wujkowi Stepanowi (Jerzy Skolimowski) oraz zanosi przeskanowane strony dziennika właścicielowi restauracji - Semionowi (Armin Mueller-Stahl). Jak pokaże czas zaniesienie dziennika jest błędem, gdyż nie tylko okazuje się, że Semion jest bossem lokalnej mafii rosyjskiej, ale także ojcem dziecka zmarłej dziewczyny. Życie Anny wydaje się być zagrożone, ale z pomocą przychodzi szofer syna mafijnego bossa, Kiryła (Vincent Cassel) - Nikołaj (znany wszystkim z jednej roli (Viggo Mortensen).


 Fabuła jest dość przewidywalna i mocno stereotypowa, jednak mimo to film ogląda się miło i przyjemnie. Nie ma tutaj zbyt wielu zwrotów akcji, a wydarzenia biegną jasno wytyczonym torem od punktu A do Z.
Mamy w filmie kilku dobrych aktorów, którzy wykazali się niezłym kunsztem. Ich postaci całkiem nieźle potrafią oddać klimat całej produkcji. Nie chcę tutaj wnikać w poziom zaawansowania wstawek używanych po rosyjsku, gdyż ekspertem nie jestem ale wydaje mi się, że na pewno brzmi to lepiej niż czasem w zachodnich filmach używany język polski (strasznie kaleczony i nienaturalny).
Poczynania filmowych bohaterów po prostu dobrze się ogląda, mimo pewnej archetypowości ich postaci. Mamy spokojnego i wyważonego bossa, który potrafi surowo ukarać, porywczego awanturnika i pijaka, jako mafijnego dziedzica oraz stojącego na uboczu żołnierza mafii, który wszystko przyjmuje ze spokojem. Rola Nikolaja jednak nie ogranicza się jednak tylko do bycia kierowcą. Zajmuje się on także przygotowaniem zwłok do odbycia ostatniej podróży. Przeważnie jest to podróż na dno Tamizy, poprzedzona obcięciem palców (brak palców = brak linii papilarnych) i wybiciem zębów. Szofer to też twardy wor (złodziej), który to zapalonego papierosa potrafi sobie bez grymasu zgasić na własnym języku. Naprawdę podoba mi się rola Mortensena w tym filmie. Na pochwałę zasługuje fakt, że przed rozpoczęciem zdjęć wybrał się na kilka miesięcy do Rosji, samotnie podróżując od Petersburga po Ural, by poznać tamtejsze obyczaje, zwłaszcza kryminalne.
Jako, że mamy tutaj realia europejskie a nie USA, bohaterowie, mimo że zatwardziali kryminaliści nie posługują się bronią palną. W Wielkiej Brytanii ciężko o pistolety, a kary za posiadanie takich są dość restrykcyjne. Dlatego filmowi kryminaliści posługują się legalnymi (a to dopiero miłośnicy prawa i sprawiedliwości!) krótkimi nożami.
Ogólnie film jest warty polecenia. Nie przejdzie on do historii kina, w Polsce w ogóle do żadnego kina nie zawitał nawet, jednak ma kilka dobrych punktów (aktorstwo, nawiązanie do rosyjskiej symboliki więziennej, scena w łaźni) dla których warto spędzić z nim te 100 minut. Dobry pomysł na ponury wieczór, jakich teraz wiele.


 

poniedziałek, 23 marca 2015

Powrót do przeszłości


Jaskinia zapomnianych snów (Cave of Forgotten Dreams) 
Francja, Kanada, Niemcy, USA, Wielka Brytania, 2010
reż. Werner Herzog
gatunek: dokumentalny 

Dzisiaj zamieszczam pierwszy, historyczny wpis poświęcony debiutującemu na łamach bloga filmowi dokumentalnemu. Doszedłem do wniosku, że co pewien bliżej nieokreślony czas, zapewne dość nieregularnie pojawiać się będą tutaj też krótkie opisy obejrzanych przeze mnie filmów dokumentalnych. Nie będą to zbyt obszerne notki, jednak będzie wynikało z nich, czy zachęcam do zobaczenia danej produkcji, czy też nie. Dokumenty nie będą liczyły się także w żadnych rankingach czy to tygodniowych, czy też innych. Na pierwszy ogień idzie film znanego reżysera, jakim jest Werner Herzog. 


Film w głównej mierze zabiera nas w podróż do francuskiej Jaskini Chauveta. Od początku widzimy, że jest to miejsce niezwykle. Ta odkryta całkiem przypadkowo w 1994 roku jaskinia bowiem poprzez zmiany otoczenia, które doprowadziły do zawalenia do niej naturalnego wejścia uczyniły zamknęły do niej dostęp dla żywych istot na około 30 tysięcy lat. W środku zaś czekały na odkrycie pierwsze wytwory sztuki skalnej oraz zachowane ślady ludzi i zwierząt z okresu paleolitu. 
Reżyser zachwyca się najstarszymi odkrytymi do tej pory przejawami sztuki, jakie stworzył człowiek. Obserwując naskalne wizerunki bizonów, koni, jeleni i innych zwierząt Herzog zastanawia się kim byli ludzie, którzy ponad 30 tysięcy lat wcześniej odwiedzali to miejsce. Widz przez półtorej godziny może zmierzyć się z majestatem jaskini i ozdobami, którymi uraczyli ją ludzie z epoki kamienia łupanego. Osobiście patrząc na te prymitywne początkowe przejawy ludzkiej sztuki dałem się oczarować temu co widzę. Prehistoryczne malowidła mają w sobie dziwną, pierwotną moc, która potrafi zaciekawić odbiorcę. Dzięki Herzogowi natomiast można poczuć się tak, jakby się było w jaskini osobiście. 
Oprócz samych malowideł mamy możliwość podziwiania pięknej, tajemniczej jaskini, w której to porozrzucane są wciąż czaszki dawno wymarłych zwierząt, a także zachowane są w świetnym stanie ich oryginale ślady. Dla wielu może być to mało interesujące jednak wrodzona ciekawość świata sprawiła u mnie, że czasem oglądając wnętrze jaskini nie mogłem oderwać wzroku od tego cudownego miejsca. 
Autor oprócz samej podróży wgłąb półkilometrowego tunelu serwuje nam rozmowy z naukowcami, którzy zajmują się badaniem wnętrz jaskini oraz samą kulturą paleolitu. Ludzie ci zarzucają reżysera, a także nas dość interesującą wiedzą na temat kultur pierwotnych, jak i samej jaskini. Niestety często Herzog stawia im będące nie na miejscu pytania. Żaden naukowiec przecież nie może mu odpowiedzieć 'o czym śnili' ludzie pierwotni. Jednak reżyser najwidoczniej postawił sobie za cel bardzo metafizyczne potraktowanie twórców pierwszych dzieł sztuki w dziejach ludzkości. 
W filmie poznamy też strzępy informacji na temat ogólnego życia praludzi z tego okresu. Trochę tego mało, jednak wiadomo, że nie to stanowiło clue programu.


Reasumując mamy do czynienia z bardzo ciekawym tematem. Myślę, że obejrzenie tej produkcji powinno rozwinąć horyzonty każdego odbiorcy, a także skłonić do refleksji nad historią ludzi jako gatunku. Autor w przystępny sposób podchodzi do tematu, nie zarzucając nas skomplikowanym nazewnictwem czy teoriami. Nie jest to film, który wyczerpuje temat, jednak stanowi dobry background do dalszego brnięcia w tę frapującą erę z życia człowieka dla chętnych, a także zaspakaja w wystarczającym stopniu ciekawość wiedzy na ten temat dla zwykłych odbiorców. A to chyba w filmie dokumentalnym najważniejsze. Z mojej strony jak najbardziej polecam, dziewięćdziesiąt minut, w czasie których można wynieść trochę ciekawych rzeczy a przy czym patrząc na wnętrze jaskini przeżyć swoisty orgazm przez oczy.