Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A. Taylor - Johnson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A. Taylor - Johnson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 listopada 2016

Nocna lektura

Zwierzęta nocy (Nocturnal Animals)
USA 2016
reż. Tom Ford
gatunek: thriller

Amy Adams przeżywa w ostatnich latach okres swojego aktorskiego prosperity. Urodzona we Włoszech 42-latka jest obecna w filmie od końcówki XX wieku, jednak dopiero niedawno przedostała się na trwałe do hollywoodzkiej pierwszej ligi, dzięki czemu załapała się do filmowego uniwersum DC (m.in Batman vs Superman), malowała Wielkie oczy, partnerowała American Hustlerowi, a w tym miesiącu widzieliśmy ją próbującą porozumieć się z kosmitami w Nowym początku. Aktorka też firmuje swą twarzą opisywany film Toma Forda.  


Prowadzą niezbyt prosperującą galerię sztuki Susan Morrow (Amy Adams) ma przy okazji nieukładające się życie osobiste. Pewnego razu dostaje przesyłkę od swego byłego męża, Edwarda (Jake Gyllenhaal), w której znajduje zadedykowaną jej powieść. Znudzona kobieta zaczyna czytać książkę stopniowo wsiąkając w życie bohatera, Tony'ego (Jake Gyllenhaal), którego życie zmienia się za sprawą napotkanych przy drodze na pustkowiu psychopatów (m.in. Aaron Taylor-Johnson i Karl Glusman).


Film dzieje się na kilku płaszczyznach: mamy więc filmową realną współczesność, oglądamy książkową fabułę oraz filmową realną przeszłość w kilku perspektywach czasowych. Jednak filmowy świat realny i świat wykreowany w filmowej książce dzięki świetnym zabiegom reżyserskim oba światy się przenikają, są spójne i wydają się idealnie symetryczne wizualnie (choćby sceny łóżkowe rzeczywistej Morrow i fikcyjnego Tony'ego - poezja!). Właśnie warstwa wizualna prezentuje się w filmie najlepiej. Oglądanie dzieła Forda jest niekłamaną przyjemnością, to jak ten świat wygląda to czysta rozkosz dla oczu! Równie świetnie prezentują się aktorzy, których dobrali producenci filmu - mamy oprócz wymienionych tutaj postaci mamy tu też, co odebrałem z wielkim entuzjazmem znanego z genialnej w moim odczuciu roli w Zakazanym imperium Michael Shannon. Plusuje u mnie także Abel Korzeniowski za świetną, klimatyczną muzykę, jaką skomponował do tego filmu.
Żeby nie było tak różowo zawiodłem się na samej warstwie fabularnej, czyli adaptacji książki Tony i Susan autorstwa Austina Wrighta. Zarówno historia nieszczęśliwego życia Susan, jak i fikcyjnego Franka, którego przygody przypominają tani sensacyjny kryminał klasy B nie odcisnęły na mnie oczekiwanego piętna i raczej szybko zapomnę o tych bohaterach.  Oczywiście można próbować szukać korelacji pomiędzy wydarzeniami zawartymi w książce,a życiu Susan i Edwarda, jednak tylko to nie ratuje całościowej fabuły.
Tak więc mamy prawdziwy wizualny majstersztyk, zrealizowany z odpowiednim smakiem i melancholijnym klimatem, mający cieszącą ucho muzykę oraz stojące na wysokim poziomie aktorstwo, jednak moim zdaniem kulejący fabularnie. Także po pewnym hype'ie krytyków oczekiwałem czegoś ponadczasowego - arcydzieło to jednak nie jest. Dostajemy jednak niezły film mający swój specyficzny klimat. Tylko tyle, lub aż tyle. 


niedziela, 2 sierpnia 2015

The Beatles: Genesis

John Lennon. Chłopak znikąd (Nowhere Boy)
Wielka Brytania, Kanada 2009
reż. Sam Taylor-Johnson
gatunek: biograficzny, dramat, muzyczny

Popularni do dziś, 45 lat po swoim rozpadzie Beatlesi nie mieli jakiegoś większego filmu poświęconego fabularyzowanemu pokazaniu ich historii. W zalewie filmów biograficzono - muzycznych opisujących każdego od Ritchy'ego Valensa, Jima Morrisona, Hendrixa czy Casha zespół, który wpłynął na przebieg całej dekady w Zachodnim (choć nie tylko) świecie nie doczekał się czegoś takiego. I ten film także nie przybliży nam historii zespołu. Ale rzuci trochę światła na jego kreację. 


Fabuła kręci się wokół tytułowego chłopaka znikąd, Johna Lennona (Aaron Taylor-Johnson), którego poznajemy jako wychowywanego przez konserwatywną ciotkę Mimi (Kristin Scott Thomas) zbuntowanego wobec świata nastolatka, którego głównym idolem jest Elvis Presley. Lennon postanawia po latach odnowić znajomość z matką, mocno hipisową Julią (Anne-Marie Duff), co doprowadza do niezadowolenia ciotki. Matka wprowadza go w świat muzyki rock'n rollowej, co inspiruje Johna do założenia zespołu rockowego. Wkrótce poznaje 15 letniego Paula McCartneya (Thomas Brodie-Sangster).


Szczerze mówiąc oczekiwałem po tym filmie trochę czego innego. Mając przed oczyma wizerunek muzycznego wizjonera - pacyfisty film rozwalił go niemal całkowicie serwując nam cynicznego, wulgarnego gówniarza nie stroniącego od używek. Do tego zmarginalizowano sam motyw muzyczny dotyczący rodzenia się muzycznej pasji i zakładania najpopularniejszego zespołu wszech czasów. Produkcja skupia się na rozterkach egzystencjalnych młodego Johna oraz jego relacjach z patologiczną matką i jej całkowitym przeciwieństwie w postaci ciotki, z którą mieszka Lennon. To także odkrywanie przez niego swojego pochodzenia oraz wiele ckliwych scen, które mają za zadanie doprowadzić niewiasty do płaczu. Biorąc pod uwagę fakt, że reżyserką jest autorka ekranizacji samych 50 twarzy Graya zbytnio nie dziwi. Dziwi natomiast, że mający podczas premiery filmu grający Lennona Aaron poślubił szybko 48 letnią obecnie reżyserką, z którą już w 2010 miał pierwsze dziecko. No ale nikt nie ogarnie realiów show biznesu nim do niego nie wskoczy. Sam film ma mimo kilku drobnych błędów (typu picia piwa ze szklanek, których jeszcze pod koniec lat 50. nie wynaleziono) całkiem dobre ukazanie realiów epoki, za co duże brawa, czujemy się jakby po przeniesieniu w czasie o ponad pół wieku. Nie jest to jakieś wybitne kino, ku mojej rozpaczy skupia się na relacjach rodzinnych, ale dzięki niemu niedzielny fan twórczości Lennona i jego zespołu może wyłowić kilka ciekawostek. Tak więc w sumie to warto zobaczyć.