Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biograficzny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biograficzny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2018

Czas honoru

Czas mroku (Darkest hour)
USA, Wielka Brytania 2017
reż. Joe Wright
gatunek: dramat, biograficzny, historyczny
zdjęcia: Bruno Delbonnel
muzyka: Dario Marianelli

Oglądając zwiastun tego nagrodzonego dwoma Oscarami filmu w reżyserii twórcy m.in  ekranizacji Dumy i uprzedzenia pierwsze (i możliwe, że jedyne), co się rzuca w oczy to osoba głównego bohatera. Otóż objawia się nam, niemal jak żywy Winston Churchill, a co najlepsze pod kilogramami charakteryzacji gdzieś tam w środku ukryty jest sam Gary Oldman. I to on robi ten film. 


Fabuła nawiązuje do jednego z kluczowych fragmentów II Wojny Światowej toczonej na Zachodzie, a mianowicie wydarzeń w Dunkierce. Kamera koncentruje się jednak nie na walkach, lecz na sytuacji, w jakiej znalazł się brytyjski rząd i parlament, ze szczególnym uwzględnieniem osoby premiera Churchilla (Gary Oldman), którego obserwujemy zarówno jako polityka, jak i męża Clementine (Kristin Scott Thomas).


Niemal w jednym sezonie do kin wyszyły dwa udane filmy, które koncentrują się na wydarzeniach rozgrywających się w Dunkierce w roku 1940 oraz na operacji Dynamo. O ile jednak film Nolana Dunkierka koncentruje się na alianckim poświęceniu militarnym na lądzie, w powietrzu i na wodzie, to film Wrighta przenosi nas w ciasne, duszne sale parlamentu brytyjskiego i w jego kuluary, gdzie władza ustawodawcza mierzy się z dylematem, co zrobić w sytuacji, jaka spotkała żołnierzy uwięzionych na francuskiej plaży. I co ciekawe mimo tego, że zamiast argumentów siły mamy tu siłę argumentów to film ogląda się w pewnym napięciu (choć siłą rzeczy wie się, jak wszystko się skończy). Zasługa tutaj w bardzo precyzyjnym scenariuszu, który niemal sekunda po sekundzie relacjonuje nam napiętą sytuację polityczną tamtych dni. Ktoś zrobił dobrą robotę korzystając zapewne z materiałów, jakie zostały po owych wydarzeniach w Londynie. Drugim wielkim plusem jest charakteryzacja i scenografia, która wiernie odtwarza wygląd ludzi, jak i wnętrz. Film ten jest swoistym wehikułem czasu, który cofa nas niemal osiemdziesiąt lat wstecz. Kolejnym, może największym plusem jest gra aktorska, głównie Oldmana, który przebija się swą mimiką przez grubą powierzchnię warstw charakteryzacji ale także dobrą robotę robią otaczający go ludzie, ze Scott Thomas czy Ben Mendelsohn w roli króla Jerzego. Reasumując film ten to solidna, dwugodzinna dawka kinowej lekcji historii, która powinna usatysfakcjonować każdego kinomana. 







wtorek, 9 października 2018

Twórca niechciany

Disaster Artist (The Disaster Artist)
USA 2017
reż. James Franco
gatunek: biograficzny, dramat, komedia
zdjęcia: Brandon Trost
muzyka: Dave Porter

Oczekując na premierę tego filmu specjalnie dzień przed jego obejrzeniem obejrzałem sprawcę całego zamieszania, czyli kultowy film - porażkę The Room. Wszystko po to, aby być jak najlepiej przygotowanym na to, co stworzył James Franco.


Film opowiada prawdziwą historię niejakiego Tommy'ego Wisseau (w tej roli sam reżyser) i jego perypetii przy tworzeniu swego magnum opus czyli filmu The Room. Niezbyt utalentowany aktorsko Tommy nie mogąc załapać się na castingu do jakiejkolwiek roli postanawia sam nakręcić film. Pomaga mu w tym dużo młodszy znajomy, Greg Sestero (brat reżysera, Dave Franco).


Nie jestem szczególnym fanem dorobku filmowego Jamesa Franco i całej jego stajni aktorsko-kumpelskiej, w skład której oprócz jego młodszego brata Dave'a wchodzi między innymi Seth Rogen. Panowie choć czasem mają błyskotliwe pomysły kojarzą mi się z tym co może być najgorsze w zwrocie amerykańska komedia. Jednak mając na uwadze, że starszy z braci Franco wciąż stara się działać (z różnym skutkiem) w niekomercyjnych projektach, a sam pomysł zekranizowania biograficzno-komediowej epopei o nakręceniu jednego z najpokraczniejszych filmów w historii wydawał mi się ciekawy uznałem, że na akurat ten film tej ekipy warto czekać. I generalnie rzecz biorąc nie zawiodłem się. Team Franco pokazuje, że może działać w kręgach okołokomediowych bez oklepanych pseudo żartów o pierdzeniu, upalaniu się i analnych żartów. Prezentowany film wydaje się bardzo wyważony pod względem komediowo-dramatycznym. Często jest śmiesznie, czasem smutno i nostalgicznie. James Franco naprawdę przygotował się do roli i niemal staje się odtwarzanym przez siebie bohaterem (nawiasem mówiąc sam Wisseau, któremu ten film dał drugie życie pojawia się na chwilę na ekranie). Nie spodziewałem się wiele, ale dostałem zaskakująco solidny, a nawet dobry film o marzeniach, przyjaźni, dążeniu do celu, pasji i graniczącej z manią. Jamesie Franco, Dave'ie Franco i ty, Seth'cie Roganie! Idźcie tą drogą! Idźcie!






niedziela, 25 lutego 2018

Showtime

Król rozrywki (The Greatest Showman)
USA 2017
reż. Michael Gracey
gatunek: musical, biograficzny
zdjęcia: Seamus McGarvey
muzyka: Joseph Trapanese, John Debney

Przy każdej możliwej okazji podkreślam, że nie jestem zwolennikiem filmowych musicali. Jednak dodaję też, że są pewne wyjątki, które polubiłem (jeden nawet został moim ulubionym filmem poprzedniego roku!) więc nie jest tak, że podchodzę do tego gatunku z uprzedzeniem. Dobry film obroni się sam, bez względu na gatunek. Dlatego też z pewną dawką optymizmu wybrałem się na ten film.


Trafiamy do Ameryki XIX wieku i poznajemy historię biednego P.T. Barnuma (Hugh Jackman), który zamierza zarabiać pieniądze na masowej rozrywce. Wspierany przez swą żonę Charity (Michelle Williams) oraz pogardzany przez krytyków z wyższych sfer zaczyna przyciągać klientelę dzięki pokazom dziwaków. Pełny sukces osiąga jednak dzięki kontaktom z wpływowym utracjuszem Phillipem Carlyle'em (Zac Efron) oraz europejską piosenkarką Jenny Lind (Rebecca Ferguson)...


P.T. Barnum stworzył podwaliny współczesnej rozrywki masowej i tego, co dzisiaj nazywamy cyrkiem. Także już za samo to jego postać zasługiwała na film biograficzny. Dodając do tego ciekawe życie osobiste i fakt, że jest do dzisiaj rozrywkową ikoną Stanów Zjednoczonych wydawałoby się, że film powinien być dobry. Patrząc na oceny recenzentów i widzów zobaczyłem wielki entuzjazm. Ludziom ten film się ewidentnie podobał. A ja od niego odbiłem się jak od ściany.  Mogę docenić ładne kostiumy czy po hollywoodzku dobrą stronę techniczną i często dobre aktorstwo w scenach gadanych jednak niczym innym dla mnie ten film się nie broni. Jako musical powinien mieć kilka wpadających w ucho piosenek. I mimo że jakiś motyw z filmu dostał nawet oscarową nominację to według mnie żadna piosenka nie była chociażby dobra. A co szczególne żadna nie została w pamięci dłużej niż chwilę po jej odśpiewaniu przez aktorów. Wszystkie były jakieś takie nijakie oraz generalnie bardzo podobne do siebie. Ogólnie było też za dużo śpiewania. Te musicale, które lubię opierają się na podziale między sekwencjami taneczno-wokalnymi, a normalnie mówionymi. Tutaj niestety prawie wszystko jest odśpiewywane. Niestety. Dodać do tego należy też podejście do postaci po macoszemu. Fabuła filmu jest zbyt cukierkowa, nie oddaje prawdziwego życia postaci i nawet przy założeniu, że takie są prawa gatunku jakim jest musical to nie jest to film aspirujący do bycia czyjąś biografią. Także wszystkie dziwaki zostały przedstawione płasko, jednowymiarowo. Niestety duża negatywna niespodzianka według mnie. 




czwartek, 8 lutego 2018

Odkrywca

Zaginione miasto Z (The Lost City of Z)
USA 2016
reż. James Gray
gatunek: biograficzny, przygodowy
zdjęcia: Darius Khondji
muzyka: Christopher Spelman

Bardzo żałuję, że ten film (jak zresztą wiele dobrych filmów zresztą, co udowadniam na blogu) nie doczekał się polskiej premiery kinowej. Już nie chodzi o tematykę eksploracji dżungli, spotkań z prymitywnymi tubylcami i świetnym do filmowania klimatem początku XX wieku bo rozumiem, że nie wszyscy mają takie same gusta jak i ja. Jednak zarówno całkiem znany reżyser i rozpoznawalni w naszym kraju aktorzy powinni spowodować, że film ten pojawi się choćby w kinach studyjnych. Z niewiadomych przyczyn tak się nie stało.


Początek XX wieku. Percival Fawcett (Charlie Hunnam) dostaje propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia. Ma udać się jako kartograf do środkowoamerykańskiej dżungli, by stworzyć jej wiarygodne mapy, które w niedalekiej przyszłości przysłużą się Imperium Brytyjskiego. W zamian odbuduje prestiż rodziny, która odzyska tym samym honor i należne jej miejsce. Mężczyzna postanawia więc pożegnać się czasowo z żoną (Sienna Miller) i rusza w nieznane. W misji towarzyszy mu niejaki Henry Costin (Robert Pattinson). W trakcie pomiarów Fawcett znajduje pozostałości po nieznanej dawnej cywilizacji. Odszukanie starożytnego miasta staje się jego obsesją...


Wprawdzie jest to film przygodowy, w którym dużą rolę pełni eksploracja dżungli pod kontem odszukania zaginionej cywilizacji jednak zawiedzie się na nim ten, kto podejdzie do niego z oczekiwaniami zobaczenia wartkiej akcji na pograniczu przygód Indiany Jonesa i Lary Croft. Film Graya uderza w całkiem inne struny. Akcja jest tutaj niespieszna, napięcie jeśli już jest budowane to mozolnie, powolnie i z pewną dawką opieszałości (choć są też pewne dynamiczniejsze sceny, choć jest ich tylko kilka). Powolne tempo buduje jednak klimat nieznanej dżungli, a surowość zdjęć i formy zachęca do wtapiania się w historię. Stajemy się niejako niemym towarzyszem bohatera uczciwie zagranego przez  Hunnama. Jego niezłej grze aktorskiej przyzwoicie sekunduje (nie)sławny Pattinson jednak aktor kojarzony z sagi Zmierzch jest tylko przystawką do głównego bohatera, dodatkowo skrytą pod krzaczastą brodą. Może taki był plan twórców, którzy chcieli na pierwszym planie wyraźnie pozostawić duet dżungla-Fawcett. 
Oglądałem ten film siedząc na kanapie w mieszkaniu i naprawdę przykro mi, że nie miałem możliwości zobaczyć go na dużym ekranie. Mimo że jest to produkcja skrajnie nieefektowna ale za to efektywna. Jednak żeby zanurzyć się w przedstawionym świecie potrzeba odizolować się od świata realnego, wyciszyć i wyłapywać dawane przez film bodźce. Ciemna, sterylna sala kinowa jest do tego idealnym miejscem. Niestety ani mi, ani nikomu w Polsce (chyba, że ma prywatne kino) nie będzie to pisane, więc mogę tylko polecić obejrzenie filmu w domowych pieleszach. Myślę, że warto.






czwartek, 25 stycznia 2018

Przygoda w dżungli

Dżungla (Jungle)
Australia, Kolumbia 2017
reż. Greg McLean
gatunek: biograficzny, thriller, przygodowy
zdjęcia: Stefan Duscio
muzyka: Johnny Klimek

Coraz bardziej podoba mi się postpotterowa kariera Daniela Radcliffe'a Wciąż młody aktor próbuje wymknąć się z zaszufladkowania i chętnie wybiera w tym celu ucieczkę w kino niekomercyjne. Choć dla pewnej części szczególnie niedzielnych kinomanów zawsze pozostanie Harrym Potterem. Do ciekawych ról Brytyjczyka po występach w m.in. Człowieku scyzoryku czy Kobiecie w czerni dołącza rola w tym filmie. 


Lata 80. ubiegłego wieku. Grupa znajomych z Izraela podróżuje po Ameryce Południowej. Jeden z nich, Yossi (Daniel Radcliffe) spotyka tam w pewnym momencie tajemniczego Karla (Thomas Kretschmann), który proponuje mu wyprawę w wciąż dziewicze rejony dżungli oraz odwiedzenie nieznanym światu Indian. Yossiemu udaje się namówić przyjaciół (Alex Russell i Joel Jackson) na wyruszenie z Karlem.


Bardzo lubię filmy (oraz książki), które przedstawiają niedostępne lądy, puszcze czy dżungle oraz zamieszkujące je cywilizacje lub prymitywne ludy. Generalnie tego typu filmy są jednym z moich ulubionych motywów w kinie. Dlatego z dużym zadowoleniem przyjąłem wieść, że na ekrany naszych kin zmierza film o takiej tematyce. A co ciekawe jest to film oparty na faktach (choć widz oglądając go może mieć inne zdanie, a jednak to się zdarzyło).
Należy na pewno pochwalić rolę Radcliffe'a i to, co musiał wykonać na potrzeby filmu. Bardzo męcząca i eksploatująca organizm rola. Za podobne ekstremalne zaangażowanie Leonardo DiCaprio w filmie Zjawa dostał m.in. Oscara. Na pewno brytyjski aktor nie doczeka takiego uznania za ten film, jednak warto zaznaczyć, że ta wymagająca rola go nie przerosła.
To co zachwyca w tym filmie to tytułowa dżungla. Wraz z bohaterami wsiąkamy w nią, czujemy tą niezbadaną przez człowieka przestrzeń. Dżungla jednocześnie kusi, cieszy oczy swym widokiem ale też przeraża. Natomiast gdy już zaczyna się survivalowy moment filmu ta pierwotna knieja zaczyna widzów wręcz przytłaczać. Wszystko to zostało natomiast świetnie nakręcone,  a żwawa fabuła nie pozwala się nudzić. Na takie filmy warto chodzić do kina!



wtorek, 23 stycznia 2018

Upadek

Śmierć prezydenta
Polska 1977
reż. Jerzy Kawalerowicz
gatunek: dramat, biograficzny, historyczny
zdjęcia: Jerzy Łukaszewicz, Witold Sobociński
muzyka: Adam Walaciński

Postać Gabriela Narutowicza jest w Polsce a co gorsze wśród samych Polaków mało znana. Wszyscy znamy pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zaś wielu ludzi w Polsce nie wie nic o pierwszym prezydencie własnego kraju. Sytuacja w USA nie do pomyślenia. Dlatego też dobrze, że przed czterdziestu laty powstał ten film, który przybliża postać Narutowicza i burzliwe czasy, w których żył (a przede wszystkim musiał umrzeć).


W polskim Sejmie trwają ostre dyskusje na temat wyboru historycznego, pierwszego prezydenta niepodległego kraju. Sytuacja jest patowa, gdyż każde stronnictwo opowiada się za swoim kandydatem. W kryzysowej sytuacji lewica i ludowcy proponują wystawienie w wyborach ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych, Gabrielowi Narutowiczowi (Zdzisław Mrożewski). Ten niechętnie zgadza się kandydować, z czego otwarcie niezadowolone są środowiska prawicowe.


Film Kawalerowicza jest niemal dokumentalnym zapisem ostatnich dni życia Gabriela Narutowicza. Skupia się nie tylko na osobie ministra i późniejszego prezydenta ale pokazuje też nastroje społeczne, które panują w Warszawie zimą roku 1922. Wydaje się, że film ten będący aktorską wersją prawdziwych wydarzeń sprzed stu lat powinien być dla współczesnego widza nie tylko lekcją historii a przestrogą. Przestrogą przed skrajnościami i nienawiścią polityczną, która od lat trawi Polskę. Widząc co spotkało nieszczęsnego prezydenta może warto pomyśleć nad tym, gdzie są granice konfliktu politycznego.
Film mimo powstania w poprzednim ustroju wydaje się uczciwie i wiernie pokazywać zdarzenia z początku funkcjonowania II Rzeczypospolitej. Wydarzenia na ekranie śledzi się jak kronikę, a oglądanie gry aktorskiej dostarcza przyjemności. Doskonale została nie tylko poczciwa postać prezydenta została zagrana przez Mrożewskiego, ale i świetnie wpasował się w rolę marszałka Piłsudskiego Jerzy Duszyński, który nie tylko wygląda ale i mówi, jak odgrywana przez niego postać. Warto zaznaczyć też emocjonalną, wyrazistą rolę Marka Walczewskiego, który wcielił się w mordercę Eligiusza Niewiadomskiego. Generalnie ciężko znaleźć tutaj słaby punkt aktorski. Co ważne nie tylko dobrze odwzorowano postaci historyczne ale i zadbano odpowiednio o wskrzeszenie Warszawy roku 1922. Kostiumy, dekoracje, przedmioty, oręż wojskowy - przywiązanie twórców do detalu świetnie wprowadza w klimat minionych czasów.
Reasumując jest to film trudny. Na pewno część osób może się oglądając go zacząć wstydzić za Polskę (i jej niechlubną przeszłość, która niestety miała miejsce w czasie zawartym w filmie). Jednak uważam, że każdy mieszkaniec naszego kraju powinien obejrzeć ten film. Może nawet w szkole. 




sobota, 20 stycznia 2018

Gender story

Wojna płci (Battle of the Sexes)
USA 2017
reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris
gatunek: biograficzny, sportowy
zdjęcia: Linus Sandgren
muzyka: Nicholas Britell


Druga połowa zeszłego roku obrodziła w filmy o tematyce sportowej. Biorąc pod uwagę wcześniejsze lata 2017 okazał się wyjątkowo szczęśliwy dla filmowego prezentowania tenisa. Nie tak dawno pisałem o Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem, który to mimo głupiego polskiego podtytułu okazał się niezłym filmem, by po kilku tygodniach ukazał się w kinach kolejny film o tematyce okołotenisowej. 


Rok 1973 - trwa walka o prawa kobiet w tenisie, który ówcześnie bardzo nierówno traktuje sportowców i sportsmenki. Najlepsza zawodniczka tamtych czasów, Billie Jean King (Emma Stone) zostaje wyzwana na tenisowy pojedynek, z dawnym mistrzem,a obecnie emerytem Bobby'm Riggsem (Steve Carell). Równocześnie obserwujemy rodzący się romans zamężnej Billie Jean z fryzjerką Marilyn (Andrea Riseborough).


Ten film naprawdę miał potencjał na to, aby być filmem dobrym. Umiejscowienie historii w ciekawych czasach, pokazanie rodzących się z dużym trudem zawodowych kobiecych rozgrywek tenisowych i medialny mecz topowej tenisistki z podstarzałym ex-mistrzem - szowinistą. Do tego obsadzenie w głównych rolach znajdującą się w najlepszym momencie dotychczasowej kariery aktorskiej Emmy Stone oraz lubianego, kojarzonego z rolami komediowymi Steve'a Carella. To naprawdę mogło się udać. Niestety scenarzyści obstawili nie te karty, które powinni. Ukierunkowując historię na lesbijski romans pomiędzy King a Barnett scenarzyści weszli na minę. Nie tylko światopoglądową ale i mogącą zniszczyć cały film. Udający się do kina mogli liczyć się z genderową opowieścią o pewne zrównanie praw zawodników i zawodniczek (co jest okej, bo jednak przepaść gaż była wcześniej ogromna) jednak nie spodziewali się tego, że twórcy przez większą część filmu serwować będą homoseksualne love story. To bardzo rzutuje na całość.
Na szczęście film ratuje sam background opowieści - tenisowy świat lat siedemdziesiątych, podejście mężczyzn to sportsmenek tak, jakby były one gorszym gatunkiem (szczególnie zapada w pamięć scena, gdy reporter telewizyjny protekcjonalnie obejmuje swą rozmówczynię podczas rozmowy na żywo). Także aktorzy dają radę. Emma Stone jest odpowiednio pobrzydzona i wpasowuje się w rolę. Całe show kradnie jednak postać Riggsa grana przez Carella - mimo jego szowinistycznego (chyba jednak na potrzeby zrobienia zamieszania wokół swojej osoby, a nie z realnych poglądów) nastawienia jest postacią, której ciężko nie lubić. Kiedy tylko pojawiał się na ekranie od razu rosła też moja sympatia dla filmu. Gdyby przerobić przeważający wątek homoromansowy, odpowiednio go skrócić i skupić się na innych aspektach, które twórcą wyszły byłoby lepiej. A tak jest średnio. 




Born to run

Najlepszy
Polska 2017
reż. Łukasz Palkowski
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
muzyka: Bartosz Chajdecki


Szeroka publiczność lubi filmy budujące, dające nadzieję. Filmy, które zainspirują widza do walki o lepsze jutro. Tworząc historię z cyklu od zera do bohatera lub od bohatera przez zero do znowu bohatera można podnieść na duchu dużą część społeczeństwa. Nic dziwnego, że za oceanem jest to jeden z najczęściej produkowanych typów filmu. Palkowski zaś próbuje przenieść go na polski grunt. 


Oparty na prawdziwej historii film pokazuje koleje losu Jerzego Górskiego (Jakub Gierszał), który w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku przeszedł długą i trudną drogę od narkomana do zwycięzcy prestiżowego turnieju triathlonowego. 

Po udanych Bogach i pierwszym, cenionym sezonie serialowego Belfra Łukasz Palkowski powrócił do kin z fabularnym pewniakiem. Po raz kolejny serwuje nam film biograficzny w amerykańskim stylu, co w polskim półświatku filmowym wydaje się być pewniakiem. Film sprzedał się w kinach całkiem dobrze, zebrał dobre oceny widzów i generalnie był chwalony przez krytyków. W wielu aspektach zasłużenie, bo zrobiony jest na odpowiednio wysokim poziomie realizacyjnym: dobra praca kamery Sobocińskiego, niezła gra aktorska Gierszała (który początkowo nie pasował mi do tej roli) oraz partnerujących mu plejady aktorów z wyróżnieniem Arkadiusza Jakubika, Kamili Kamińskiej, Anny Próchniak, Janusza Gajosa, Adama Woronowicza i Szymona Piotra Warszawskiego. 
Nie jest źle, jednak do ideału też dużo brakuje. Niestety sama historia cierpi na to samo głupie podrasowanie, co Gwiazdy. Samo życie Górskiego jest na tyle ciekawe do zobrazowania, że niekoniecznie trzeba było dodawać kolejne wymyślone epizody, które jeszcze bardziej udramatyczniają historię. Także te oklepane motywy monologów ze swoim złym alter ego, które Gierszał prowadzi z odbiciem w lustrze źle wpływają (moim zdaniem) na całość. Oczywiście w pewnym momencie jest też scena rozbijania lustra. Ogólnie Górskiemu ciągle rzuca się kłody pod nogi. Cały film to schemat problem->upodlenie->podnoszenie się ->problem-walka z przeciwnością->już jest na prostej -> jednak nie, bo problem -> rozwiązywanie problemu etc. Ciągle coś stoi na przeszkodzie happy endu. A ostatnia scena przy finiszu finałowego biegu to już woła o pomstę do nieba Wszystkie te braki i minusy moim zdaniem sprawiają, że jest to film tylko niezły. Choć oczywiście warty obejrzenia. Gdyby twórcy nie szli na schematową łatwiznę byłoby z pewnością tylko lepiej, bo potencjał był na coś więcej.








wtorek, 9 stycznia 2018

Wielka gra

Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem (Borg/McEnroe)
Dania, Finlandia, Szwecja 2017
reż. Janus Metz
gatunek: biograficzny, sportowy, dramat
zdjęcia: Niels Thastum
muzyka: Vladislav Delay

Lubię sport. Obecnie bardziej oglądać niż w nim aktywnie uczestniczyć ale jednak. Czy to koszykówka (najczęściej na żywo), czy piłka nożna, MMA, boks na dobrym poziomie czy lekkoatletyka lub tenis. Kiedyś oglądałem wszystko jak leci, obecnie już jestem trochę bardziej wybredny jednak nie zmienia to faktu, że rytm roku to rytm wydarzeń sportowych. Paradoksalnie zaś w porównaniu do prawdziwego sportu i rywalizacji nie jestem fanem filmów o tematyce sportowej. A dzisiaj przychodzi mi opisać właśnie tego typu produkcję. 


W filmie śledzimy tenisowe rozgrywki na Wimbledonie roku 1980. Niekwestionowanym faworytem jest zwycięzca kilku poprzednich edycji turnieju, Szwed Björn Borg (Sverrir Gudnason), który najbardziej obawia się zmierzenia z nieobliczalnym Amerykaninem Johnem McEnroe (Shia LaBeouf). Jeśli oboje będą wygrywać swoje mecze nieuchronnie spotkają się w finale londyńskiego turnieju.


Moim zdaniem cały sens sportu to emocje generowane na żywo. Oglądając zmagania sportowców czy to z trybun, czy z poziomu telewizora w czasie rzeczywistym uczestniczymy w wydarzeniu tu i teraz. Znając wyniki śledzenie powtórek nie jest nawet w jednej dziesiątej tak emocjonujące. Tym bardziej wyprane z emocji wydaje mi się oglądanie aktorskich wersji wydarzeń sprzed lat. Inaczej wypadają wielkie kampanie wojenne, rozgrywki polityczne czy historycznych morderców, a inaczej odtworzony po latach mecz. Nie ta skala emocji. Jednak co jakiś czas twórcy decydują się na tego typu zagrywki, dużo osób w sumie chce je oglądać, a skoro część jest uczciwie przedstawionych, dobrze nakręconych i jeszcze lepiej nagranych, to nawet okej. W sumie warto przypominać trochę zapomnianych już herosów sportu. 

W opisywanym filmie podobało mi się to, jak pokazano postaci głównych antagonistów. Skandynawowie dobrze przeprowadzili casting, gdyż nie dość, że obaj sportowcy są dobrze odwzorowani pod względem fizycznym to jeszcze aktorzy odpowiadają im charakterologicznie (LaBeouf to przecież taka aktorska wersja McEnroe'a). Dodatkowo kilka drugoplanowych kreacji aktorskich wypada nieźle, szczególnie niezawodny Stellan Skarsgård. Cieszy fakt, że w filmie używa się wielu języków, Szwedzi mówią ze sobą po Szwedzku. ludzie z krajów anglojęzycznych po angielsku, Francuzi po francusku etc. W wielu filmach razi wszechobecne zangielszczenie całości. Trochę zaś wnerwia mnie samo tłumaczenie filmu. Po cholerę polscy dystrybutorzy dodawali zbędną końcówkę Między odwagą a szaleństwem? Inaczej ludzie nie wybraliby się do kina? Bez sensu. 

To co w filmie szczególnie mi się podoba to taka gra nerwów ukazana między dwoma całkiem odmiennymi postaciami. Także background sportowców został ciekawie przedstawiony, wraca się często do wspomnień z życia sportowców, które to ukazują dlaczego obaj są tacy, jacy są. Może zbyt często kamera cofa się do przeszłości pokazując drogę, jaką obaj przeszli no ale dzięki temu lepiej poznajemy motywacje bohaterów. 

Nie jest to może film aż tak dobry, jak niektórzy by chcieli, jednak jak na film sportowy stoi na całkiem niezłym poziomie. Twórcy przypominają jeden z najciekawszych pojedynków w historii tenisa i umiejętnie ukazują postacie, które w nim wystąpiły. To już dużo. 




poniedziałek, 20 listopada 2017

Koniec Króla Słońce

Śmierć Ludwika XIV (La mort de Louis XIV)
Francja, Hiszpania, Portugalia 2016
reż. Albert Serra
gatunek: biograficzny, dramat
zdjęcia: Jonathan Ricquebourg
muzyka: Marc Verdaguer

Postać Ludwika XIV jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych dzisiaj osób zasiadających na francuski tronie. Oprócz może znanego z m.in. wojen krzyżowych Filipa Pięknego oraz ostatniego króla Francji, ściętego po rewolucji imiennika bohatera opisywanego filmu i może także nieudolnego króla Polski Henryka Walezego. Ludwika XIV historia zapamiętała jako silnego i pełnego życia władcę absolutnego. Film portugalskiego reżysera jednak pokazuje tego człowieka w całkiem innym świetle. 


Wiekowy król Francji Ludwik XIV (Jean-Pierre Léaud) zaniemaga na zdrowiu. Przetransportowany przez służbę do swej komnaty zalega w łóżku, nad którym o zdrowiu króla i ewentualnych sposobach jego ratowania rozmyślają przeróżni eksperci. 


Nie jest to film dla wszystkich. W sumie raczej zainteresuje tylko nielicznych. Całość akcji (ponad sto minut) rozgrywa się w pokoju sypialnym króla, gdzie obserwujemy jego łoże śmierci i debaty nad tym łożem toczone. Normalnie rozumianej akcji filmowej w tym filmie praktycznie nie ma, są za to długie kadry, w których oglądamy samotność króla i jego pogłębiające się cierpienie oraz przysłuchujemy się rozmowom lekarzy, doradców i szarlatanów, którzy przybywają ocenić stan zdrowia monarchy. To jak Serra ukazuje półboskiego wręcz króla trzeba uznać za plus całości. Tutaj Ludwik jest przedstawiony bardzo po ludzku, widzimy w jego odmawiającym posłuszeństwa ciele zwykłego człowieka, a nie bezwzględnego władcę, jaki jawi się w podręcznikach do historii. I ten bezwiednie leżący w łożu Ludwik nie jest tu już najbardziej wpływowym człowiekiem swych czasów, a słabym śmiertelnikiem, który nieubłaganie zbliża się do wydania ostatniego tchnienia. Śmierć jest bardzo demokratyczna, i jednakowo upomina się o bogatych i biednych więc normalne ukazanie cierpień starego króla jest tutaj jak najbardziej na miejscu. 
Mimo wolnego tempa i bardzo skromnego umiejscowienia należą się brawa za kostiumy, grę aktorską i dobrą pracę kamery (naprawdę ciężko jest nakręcić film toczący się niemal w całości w jednym pomieszczeniu, tutaj się to udało na tyle, na ile mogło się udać). Także historia ostatnich dni króla, a właściwie uniwersalna historia umierania jest warta obejrzenia - nie jest to rzecz z gatunku tych przyjemnych, jednak nieuchronnych, a Serra dobrze przedstawia ostatni etap życia na przykładzie postaci historycznej. Dla ludzi szukających w kinie czegoś innego niż rozrywki - jak najbardziej. Do refleksji.





czwartek, 10 sierpnia 2017

Gwi(a)zdy

Gwiazdy 
Polska 2017
reż. Jan Kidawa - Błoński
gatunek: biograficzny
zdjęcia: Michał Englert
muzyka: Dariusz Kowalczyk

Po ponad czterdziestu latach doczekaliśmy się filmu fabularnego pośrednio dotyczącego Srebrnej Jedenastki (w 1974 w piłkarskich mistrzostwach świata za trzecie miejsce przyznawano nie brązowy, a srebrny medal) Orłów Kazimierza Górskiego, którzy to zrobili swego czasu najlepszy wynik w historii polskiej piłki nożnej. Choć film Kidawy-Błońskiego dotyczy Jana Banasia, który nie uczestniczył aktywnie w pamiętnych mistrzostwach. to trochę przybliża historię drużyny Górskiego. 


Poznajemy historię Jana Banasia (Mateusz Kościukiewicz), syna Niemca i Polki (Magdalena Cielecka), który stawia swoje pierwsze kroki w świecie piłki wraz z przyjacielem z podwórka, Ginterem (Sebastian Fabijański). Wkrótce obaj zaczynają odnosić pierwsze piłkarskie sukcesy, jednak ich przyjaźni zagraża dziewczyna, w której obaj się kochają - Marlena (Karolina Szymczak)...



Przedpremierowo obejrzeli ten film kadrowicze Adama Nawałki i temu pokazowi towarzyszyły całkiem pochlebne relacje zainteresowanych piłkarzy. Jako że wielu czekało na dobry polski film o tematyce sportowej oczekiwania były więc duże. Jednak po samym zwiastunie nie wydawało się (przynajmniej mi), że doczekamy się fajnego, ciekawego filmu. I niestety dostajemy finalnie filmowego zbuka. Niestety film jak na biografie całkowicie idzie po bandzie z prawidłami gatunku i twórcy serwują nam kilka prawdziwych osób z w miarę prawdziwymi zdarzeniami w tle, a w dodatku szereg ubarwiających, przerysowanych i fikcyjnych historii z udziałem Banasia. To tak jakby nakręcono film biograficzny o mnie, gdzie zgodnie z prawdą dzielę czas między oglądaniem filmu, a wyjście na browara, a w międzyczasie stawiam odpór inwazji kosmitów i buduję w wolnej chwili Wielki Mur Chiński. No naprawdę biografie powinny być traktowane trochę bardziej poważnie. 
Niestety nie jest to jedyny duży defekt filmu - mamy tutaj dodatkowo bardzo słabą, wręcz drewnianą grę aktorską, a co najgorsze całość jest zrealizowana strasznie biednie - widać, że film ten jest niskobudżetowy i na produkcję nie wydano zbyt dużej kwoty. Mamy więc zamiast odwzorowania widowisk sportowych z epoki fragmenty archiwalnych meczów oraz biednie zrealizowane elementy sportowe, które wołają o pomstę do nieba. W rezultacie na kanwie całkiem interesującej historii chłopaka z dużymi możliwościami, którego karierę komplikuje niełatwe pochodzenie dostajemy źle zrealizowany i marnie opowiedziany film z kiepskimi aktorami,w rolach głównych. Nie spodziewając się dużo nie mamy zbytniego zawodu tą produkcją, jednak w rezultacie dostajemy po prostu bardzo słaby film.


sobota, 1 kwietnia 2017

Azylanci

Azyl (The Zookeeper's Wife)
USA 2017
reż. Niki Caro
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Andrij Parekh
muzyka: Harry Gregson-Williams

Jakiś czas temu serwisy informacyjne w Polsce poinformowały pod koniec swoich wydań o fakcie powstawania tegoż filmu. Akurat kończył się okres zdjęciowy, a film trafiał w fazę montażu i ogólnej postprodukcji. Miała to być opowieść o Warszawie czasów II wojny światowej. Zdziwiło mnie to, że zdjęcia powstawały w czeskiej Pradze, a Polaków trudno szukać w obsadzie. Także z pewną ostrożnością podchodzę do amerykańskich produkcji, które mają pokazywać życie Europy Wschodniej. I ten film pokazał, że ta ostrożność jest jak najbardziej na miejscu. 


Antonina Żabińska (Jessica Chastain) jest żoną dyrektora warszawskiego ogrodu zoologicznego, Jana (Johan Heldenbergh), któremu pomaga w codziennych obowiązkach. Ich idylliczne życie kończy się wraz z wybuchem wojny i nadejściem wojsk niemieckich, które przejęły tereny zoo dla swoich potrzeb. Najbardziej wartościowe zwierzęta zostają wywiezione do Niemiec na rozkaz zoologa Lutza Hecka (Daniel Brühl). Małżeństwo Żabińskich decyduje się pomóc zamieszkujących pobliskie getto Żydom.


Zanim wybrałem się na seans filmu podczas jednej z wcześniejszych chwil spędzonych w kinie zostałem zmuszony przez multipleks do obejrzenia zwiastuna Azylu. Niestety był to zwiastun wersji z dubbingiem, którego nie uznaję w filmach aktorskich. Brzmiało to strasznie więc na właściwą projekcję wybrałem kanoniczną wersję z napisami. Sam początek filmu mnie poraził. Był to jeden z tych koszmarnych wstępów właściwych kinu familijnemu - bohaterka przez dobrych kilka minut przechadzała się po zoo witając się z wszystkimi, niezależnie od tego czy byli ludźmi, słoniami czy małpą. Pierwsze pięć procent filmu to tylko powtarzanie Dzień dobry każdemu napotkanemu organizmowi. Całość jest dość dziwnie pokręcona fabularnie i stanowi typowy produkt-papkę o II Wojnie Światowej i czasach okupacji w Polsce dla typowego zachodniego (amerykańskiego) zajadającego się popcornem widza. Mamy więc urywki z wejścia Niemców do Warszawy, stworzenie getta, powstanie w tymże, Powstanie Warszawskie etc. Szkoda, że przy tych wydarzeniach nie dano jakiejś informacji, która uświadomiłaby zagranicznego widza w tym, co właśnie ogląda. My wiemy o co chodzi w poszczególnych scenach - inni mogą mieć problem ze zrozumieniem tego, co akurat widzą. Główna bohaterka grana jest przez Chastain i jest to dość dobry wybór, jednak główne plusy aktorskie zbiera u mnie Heldenbergh. Rola Belga to jedna z jaśniejszych stron całości. Mam zaś mieszane uczucia związane z rolą Daniela Brühla. To dobry aktor i lubię oglądać go na ekranie, jednak niezbyt pasuje on do roli tych złych. Cały film zaś oglądałem bez większego zainteresowania, odrzucała mnie jego nijakość i bazowanie na utartych kliszach. Fajnie, że pokazano światu ciekawą historię o naszych dzielnych rodakach jednak jako całość raczej na minus.




niedziela, 5 lutego 2017

Seksmasterka

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej
Polska 2016
reż. Maria Sadowska
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Michał Sobociński
muzyka: Radzimir Dębski 

Jest to jeden z tych filmów, na który od dłuższego czasu czekałem. Mimo dość pokracznego moim zdaniem tytułu (sama Sztuka kochania z pewnością by wystarczyła) opowiadać miał on historię jednej z ważniejszych społecznie postaci drugiej połowy XX wieku, realizacją mieli się zająć producenci docenionych przez widzów i krytyków Bogów, a w głównej roli wreszcie wystąpi Magdalena Boczarska. Także dość szybko wybrałem się do kina.


Jak w tytule: historia życia Michaliny Wisłockiej (Magdalena Boczarska) pokazana od czasów Drugiej Wojny Światowej do lat siedemdziesiątych XX wieku. Śledzimy losy Wisłockiej, gdy ta próbuje wydać swoją najsłynniejszą książkę trafiając na opór twardogłowych partyjniaków (uosabianych postacią Arkadiusza Jakubika), poznajemy też jej dziwny związek ze Stanisławem (Piotr Adamczyk) oraz Wandą (Justyna Wasilewska) oraz przygody z marynarzem Jurkiem (Eryk Lubos). 


Cieszy mnie fakt, że potrafi się wreszcie zrobić w Polsce filmy biograficzne o ważnych i zasłużonych dla kraju osobach przy okazji nie korzystając z popularnym w pewnych kręgach opieraniu się na bólu, cierpieniu, wyrzeczeniach dla Ojczyzny oraz ogólnej martyrologia narodu. Zarówno film o Relidze, jak i teraz o Wisłockiej pokazuje, że bez postaci umierającej za kraj można zrealizować dobre polskie kino biograficzne, a bohaterem można zostać nie tylko będąc gnojonym przez Niemców, Sowietów czy komunistów. Historia Wisłockiej skupia się i owszem na trudnościach, ale aparatczyk PRLowski świetnie zagrany przez Jakubik, który te trudności afirmuje nijak ma się do strzelającego w potylicę NKWDzisty czy też oficera gestapo (w sumie później na spotkaniu autorskim, gdy książkę udaje się już wydać sam pierwszy bije brawo autorce). Cieszy mnie też fakt postawienia w tytułowej roli na Magdalenę Boczarską, którą sobie cenię i uważam, że to ostatni moment, by wkroczyć wreszcie do krajowej aktorskiej pierwszej ligi. Były co prawda przyzwoite filmy z jej udziałem, gdzie była kimś więcej niż statystką (choćby Różyczka) jednak wciąż uważam ją za aktorkę niewykorzystaną, a lata jej nieubłaganie lecą. Tutaj zaś zagrała bardzo dobrze, mimo trudności roli: upływ filmowego czasu, sportretowanie zachowań Wisłockiej, sceny nagości i seksu etc. Ogólnie zaś cała kadra aktorska stanęła na wysokości zadania, a nawet Piotr Adamczyk w swych ostatnich filmach przestał irytować (teraz czekam, aż uczyni to Karolak), zaś Borys Szyc chyba trafił w swoją aktorską niszę. Pierwsza scena ze wspomnianym Szycem jest zaś jedną z lepszych scen ostatnich lat w polskiej kinematografii. Kiluminutowe jedno długie ujęcie w klubie to naprawdę coś, co warto obejrzeć i to więcej niż raz. Tak samo jak i film o Wisłockiej (choć tu może jeden seans wystarczy w zupełności), chociaż produkcja ma pewne niedociągnięcia i ogólnie trochę się dłuży (mimo tego, że nie trwa bardzo długo). Warto dodać, że Sadowska jako muzyk bardzo dobrze dobrała ścieżkę dźwiękową - filmu bardzo dobrze się słucha, a i co niekoniecznie jest normą w polskich produkcjach dźwięk jest zrealizowany w sposób co najmniej dobry. 



środa, 18 stycznia 2017

Koty i ludzie

Kot Bob i ja (A Street Cat Named Bob)
Wielka Brytania 2016
reż. Roger Spottiswoode
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Peter Wunstorf
muzyka: David Hirschfelder

Gdy zobaczyłem pierwszy raz kinowy zwiastun tego filmu pomyślałem, że może to być całkiem przyjemna produkcja z sympatycznym zwierzęciem na pierwszym planie. I choć spodziewałem się miłego, familijnego filmu doszedłem do wniosku, że chętnie go obejrzę. Jednak podczas seansu okazało się, że familijność tego filmu nie jest wcale taka duża. I dobrze!


James Bowen (Luke Treadaway) jest młodym narkomanem żyjącym na londyńskiej ulicy. Mężczyzna tuła się po mieście próbując zebrać trochę pieniędzy grając na gitarze. Chce też odciąć się od dawnego życia i przestać ćpać. Dzięki koordynującej jego odwyk Val (Joanne Froggatt) otrzymuje mieszkanie komunalne w jednej z gorszych części miasta. Wkrótce do jego nowego lokum włamuje się bezpański kot. Mężczyzna postanawia go przygarnąć. W początkowej opiece nad zwierzęciem pomaga mu sąsiadka, Betty (Ruta Gedmintas). 


Film został zrealizowany na podstawie prawdziwej historii opisanej przez realnego Jamesa Bowena w książce pod tym samym tytułem, która bardzo dobrze się sprzedała i po przetłumaczeniu trafiła nawet do naszego kraju, gdzie jak się dowiedziałem ma sporo fanów. Co ciekawe tytułowy kot Bob wraz z kilkoma innymi kotami wcielił się w samego siebie na potrzeby filmu. Jako mądry zwierzak momentalnie skradł serca widzów, jednak nie przysłonił swoją zwierzęcą osobą głównego bohatera, którego losy ogląda się bardzo dobrze. Jednak historia Jamesa, który musi poradzić sobie z beznadziejną biedą, brakiem więzi rodzinnych z unikającym go ojcem i jego nowej żony i dzieci, życiem narkomana i z patologiczną przeszłością w osobie innych narkomanów. Tematyka ta, mimo że przedstawiona raczej bez okropnych szczegółów raczej nie jest ciężarem gatunkowym dla dzieci, tak więc mimo widocznego w trailerach uroczego kota nie jest to produkcja dla wszystkich. Należy pochwalić w filmie grę aktorską, nie tylko kotów ale i dobrze radzącego sobie w trudnej roli Treadaway'a, który musiał poradzić sobie z czterołapym towarzyszem, wejść w rolę rzucającego nałóg narkomana i dodatkowo całkiem dobrze zaśpiewać. I w każdym etapie wychodziło mu dobrze. Nie jest to może film, o którym będzie się pamiętało przez lata, jednak jest to dobra, unikalna historia, którą napisało życie - dobrze zagrana i podnosząca na duchu. Mi się podobało. 




poniedziałek, 16 stycznia 2017

Malarstwo wyklęte

Powidoki
Polska 2016
reż. Andrzej Wajda
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Paweł Edelman
muzyka: Andrzej Panufnik

Ciężko oceniać jest najnowsze dzieła wielkich mistrzów. Zawsze patrzy się na nie z perspektywy ich dokonań z przeszłości. Andrzej Wajda, czyli niewątpliwie klasyk polskiego kina moim zdaniem od bardzo dawna nie zrobił naprawdę dobrego filmu (przed dekadą co najwyżej niezły Katyń, okres najlepszej twórczości wypadał u niego wiele wcześniej). Jednak zarzucić wielkiemu artyście jego dokonania to tak, jakby krzyknąć Król jest nagi, gdy wszyscy inni chcąc nie chcąc podziwiają i chwalą. Jeszcze gorzej, gdy autor między zakończeniem zdjęć, a premierą filmu umiera. Wtedy już w ogóle wypada przemilczeć co złe i oddać hołd postaci apoteozując jego ostatni życiowy dorobek. Jednak uważam, że sprawiedliwie wobec zmarłego twórcy będzie napisać prawdziwe odczucia odnośnie filmu. 


Czasy polskiego stalinizmu. Poznajemy wykładowce malarskiej szkoły wyższej, kalekiego malarza Władysława Strzemińskiego (Bogusław Linda), który to tworzy swoje prace wedle własnego uznania. Jako że opowiada się przeciw nakazanym wówczas zasadach socrealizmu władze państwowe nakazują zwolnić go z posady. Zaczyna się niszczenie artysty przez system.


Bogusław Linda już jakiś czas przed premierą w kontrowersyjnym wywiadzie w ostrych słowach wypowiadał się na temat jakości filmu, a szczególnie jego scenariusza. Podczas oficjalnej premiery już trochę bardziej dyplomatycznie skarżył się zaś na miałkość scenariusza, a szczególnie słów, jakie wypowiada jego bohater na spotkaniach ze studentami, które pochodzą wprost z jego książki o teorii widzenia. Linda mówi też, że o ile Strzemiński umiał malować, to pisarzem był bardzo słabym. I widać to właśnie słuchając patetycznych, nieżyciowych przemów malarza. Za każdym razem, gdy otworzy on usta przy studentach nie mówi on po ludzku, a sloganami, cytując samego siebie. Brzmi to okropnie. I chociaż w scenach bardziej kameralnych Strzemiński wyraża się już trochę lepiej, to starania Lindy, który w niemych scenach smuci się, zamartwia czy wylizuje z głodu pusty talerz nikną właśnie w tej używanej przez znaczną część filmu nowomowie. Chociaż sama postać Strzemińskiego poprzez triki aktorskie Lindy jednak jakoś się broni to nie można tego samego powiedzieć o jego filmowej córce, portretowanej przez Bronisławę Zamachowską Nice. Zamachowska kultywuje najgorsze tradycje polskiego aktorstwa dziecięco-młodzieżowego, a za każdym razem, gdy tylko otworzy usta do przemowy przypomina mi się poziom aktorski jasełek w podstawówce. Co gorsza została ona zatrudniona nie poprzez swój wątpliwy talent,a zapewne z racji znanego nazwiska i konotacji rodzinno-towarzyskich. Czyżby nepotyzm? Nie przekonują też do siebie młodzi studenci, których choć jest na ekranie dużo, to żaden niczym się nie wyróżnia. Dobrze wypadają za to w swych rolach Krzysztof Pieczyński i Mariusz Bonaszewski, niestety nie ma ich w filmie zbyt dużo.
Wajda,jak to Wajda zabrał się za swój ulubiony filmowy temat - niszczenie jednostki i społeczeństwa przez władzę ludową. Także wszyscy przedstawiciele i sympatycy PRLu są tutaj brzydkimi szujami, zaś cicha opozycja to piękni i młodzi idealiści bez skazy. Film jest też do bólu klasyczny, prowadzony według starych prawideł sprzed lat. Brak tutaj jakiejś ikry, werwy typowej dla ludzi, którzy chcą wprowadzić do świata filmu innowację. A tutaj widać, że jest to obraz człowieka starego, który jeśli chciał coś dać światu kina zrobił to już dawno temu, teraz wszystko musi być asekuranckie i jak po sznurku. To, co najlepsze zaś w filmie to chyba nie zasługa reżysera, a osoby odpowiedzialnej za zdjęcia. Paweł Edelman znów nie zawiódł, a jego praca stoi na bardzo wysokim poziomie. Także charakteryzacja i efekty specjalne (wygenerowanie kalekiego Lindy czy cofnięcie Łodzi o ponad sześćdziesiąt lat) są na poziomie powyżej przeciętnej dla polskich produkcji. 
Nie jest to dla mnie film dobry, szczególnie na poziomie historii i scenariusza. Sama osoba Strzemińskiego i jego zawirowane życie to idealny pomysł może nie na film, a serial (bo pokazać można przecież burzliwe lata wcześniejsze), choć jako malarz nigdy nie robił on na mnie specjalnego wrażenia. Warto jednak obejrzeć tę produkcję jako swoisty hołd oddany odchodzącemu wraz z napisami końcowymi reżyserowi. Bo z Wajdą kończy się pewna epoka kina. Nie tylko polskiego, ale w pewnym stopniu też światowego.


środa, 14 grudnia 2016

Powrót

Lion. Droga do domu (Lion)
Australia, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Garth Davis
gatunek: dramat, biograficzny

Kiedy przed kilkoma miesiącami zobaczyłem po raz pierwszy kinowy zwiastun tego filmu (później niestety na innych seansach musiałem patrzeć na niego do znudzenia) od razu wiedziałem, że pozycja ta będzie na tyle interesująca, że warto będzie się na nią udać do kina. Film, którego historia przez jakąś część dzieje się w egzotycznych Indiach (którym jednak daleko tu do stylistyki znanej z Bollywood), do tego prawdziwa historia - nic tylko oglądać! Później jeszcze doszły naprawdę wysokie oceny wystawiane przez krytyków i widzów, tak więc nie ma zmiłuj, musiałem załapać się na to do kina.


Film opowiada historię Saroo (Sunny Pawar i Dev Patel), który jako pięciolatek gubi się w Indiach i trafia po wielu perypetiach do tamtejszego sierocińca, skąd zostaje adoptowany przez rodzinę z dalekiej Australii (Nicole Kidman i David Wenham). Po latach ponad trzydziestoletni bohater obsesyjnie zaczyna myśleć o odnalezieniu swojej biologicznej matki i swego rodzeństwa. W dążeniu do tego wspiera go poznana na studiach Lucy (Rooney Mara). 


Pierwsze zaskoczenie po skonfrontowaniu pełnego filmu z oglądanym wcześniej zwiastunem to fakt, że film w dużo większej części, niż przekazywał to trailer skupiał się na losach młodego bohatera, który błąkał się po Indiach. W zwiastunie widzieliśmy przez znaczny czas znanego ze Slumdoga Patela. Jak dla mnie o wiele lepiej dla filmu, że jednak przez długi czas koncentruje się na losach młodego bohatera i pokazaniu skali skrajnego ubóstwa, w jakim muszą egzystować Hindusi. Część filmu dziejąca się w Azji jest o wiele ciekawsza niż nijaki epizod rozgrywający się w Australii.
To, co rzuca się na pierwszy rzut oka to idealne zdjęcia i piękne kadry Greiga Frasera oraz pasująca do całości dobrze skomponowana ścieżka dźwiękowa. 
Trochę zaś zawiodłem się na przedstawieniu samej historii dorosłego bohatera, która była bardzo przewidywalna i prostolinijna. Na pewno można byłoby to nakręcić lepiej. Irytowały mnie też (i to bardzo) przeskoki dorosłego bohatera do jakichś wspomnień z dzieciństwa, gdzie co chwilę musieliśmy oglądać jego matkę zbierającą kamienie i tego typu podobne sceny. Raz czy dwa można było taki zabieg wykonać, jednak ciągłe wracanie do krótkich scen z przeszłości było na dłużą metę drażniące. Tak samo jak bazowanie na emocjach widza, który w zamyśle twórców w połowie scen miał płakać jak bóbr. Zresztą o ile do młodego Saroo można było czuć sympatię i mu współczuć, to starszy bohater tylko irytował. A do Indii wybierał się jak Daenerys do Westeros. No cóż, samą forsowaną na siłę ckliwością nie zatai się niedoskonałości. A niestety mimo solidnej treści źródłowej w wielu scenach film jest fabularną wydmuszką. Tak więc produkcja moim zdaniem poprawna, nawet niezła, jednak na pewno nie unikalna i wyjątkowa. 




piątek, 4 listopada 2016

Żółte piekło

Przełęcz ocalonych (Hacksaw Ridge)
USA, Australia 2016
reż. Mel Gibson
gatunek: biograficzny, dramat, wojenny


Mel Gibson, enfant terrible światowego kina powraca do reżyserii po okrągłych dziesięciu latach do kręcenia filmów opisywaną właśnie produkcją. Bez zachwalających recenzji wiedziałem już, że chcę obejrzeć ten film w dniu ogólnej premiery, gdyż po prostu uważam, że facet robił do tej pory co najmniej bardzo dobre filmy, od Bravehearta, poprzez Pasję, na Apocalypto kończąc. Uznałem więc, że to nie może się nie udać.  


Desmond Doss (Andrew Garfield) żyje sobie gdzieś na amerykańskiej prowincji w czasie drugiej wojny światowej. Ma ojca alkoholika (Hugo Weaving) ale też i niezłą narzeczoną (Dorothy Shutte). Pod wpływem patriotycznego obowiązku pozostawia to wszystko i wciela się do wojska. Tam trafia pod oko sierżanta Howella (Vince Vaughn). Problemem jest jednak to, że religia zabrania Dossowi trzymania broni...


Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że Gibson inspirował się prawdziwą historią człowieka z krwi i kości - Desmonda Dossa (który przed napisami końcowymi pokazany jest na materiałach archiwalnych). Mamy więc zapewne trochę upiększoną i ucharakteryzowaną na potrzeby filmu, jednak w gruncie rzeczy realną historię z krwi i kości. Producenci do filmu obsadzili oprócz kilku bardziej znanych twarzy ludzi z grubsza anonimowych dla ogółu. Zdało to egzamin, gdyż widzimy tu przeważnie zwykłych ludzi, którzy nie zalatywali nam z ekranu wcześniej setki razy. Do tego dochodzą naprawdę dobre role znanego z Matrixa i Władcy Pierścieni Weaving'a i pokazującemu wreszcie, że jak dostanie dobrą rolę to potrafi Vincenta Vaughna. Trochę moim zdaniem kuleje główna postać zagrana przez Garfielda - ten nieustanny głupkowaty wyraz twarzy i równie mało inteligentny uśmiech nie schodzący z oblicza był dla mnie nieco irytujący. 
Dostajemy w tym filmie trzy różne od siebie segmenty - początkowy z dzieciństwem i młodością bohatera, który musi mierzyć się z życiem przy uciążliwym ojcu (oraz stawiać pierwsze niepewne kroki randkowe), później to już armijny obóz przygotowawczy, gdzie Doss poznaje efekty działania wojskowej fali oraz crème de la crème filmu, czyli sceny batalistyczne na Okinawie. Sceny te zapewne zmuszą krytyków do zredefiniowania poglądu na sekwencje wojenne. Przez lata to scena z lądowania na plaży Omaha w Szeregowcu Ryan'ie uchodziła za pokazowe naturalistyczne oddanie piekła walki. W filmie Gibsona wydaje mi się, że mamy to samo tylko wzięte do potęgi. Wszechobecny chaos, wybuchy, brutalność, śmierć, zwłoki, okaleczenia, fragmenty ciał czy wnętrzności - autorzy nie stosowali tu żadnej cenzury. To jedna z najlepszych filmowych bitew w historii, warto podkreślić, że zrealizowana bez ogromnego budżetu czy masy efektów CGI. Choć film Gibsona jest momentami pompatyczny to ta pompa nie razi niemal wcale, a i stosowanie niezbyt lubianego przeze mnie slow motion jest tutaj dawkowane w rozsądnych ilościach. Jeśli jeszcze miałbym się do czegoś przyczepić to to, w jaki sposób zostali przedstawieni Japończycy - mamy tutaj jakąś wrzeszczącą, brutalną masę ludzi, którzy bardziej przypominają potwory pokroju orków z powieści Tolkiena - nie wypowiadając ani jednego słowa sieją tylko zniszczenie. Można byłoby ich trochę jednak uczłowieczyć, pokazać beznadzieję ich sytuacji - wszak pojeni od dziecka opowieściami o honorze, bezwzględnemu posłuszeństwu etc walczyli za beznadziejną sprawę w przegranej już wojnie kończącej imperialistyczne zapędy Japonii.
Oglądając film naszła mnie myśl, że gdyby każdy wierzący (jakiejkolwiek religii by nie był) byłby człowiekiem takim, jak bohater filmu nasz świat byłby o wiele lepszym miejscem do życia.
A film Gibsona polecam, nie tylko fanom kina wojennego. Wyczuwam Oscara.





czwartek, 6 października 2016

Życie rodzinne

Ostatnia rodzina
Polska 2016
reż. Jan P. Matuszyński
gatunek: dramat, biograficzny


Gdy przed dobrymi kilkunastoma miesiącami dowiedziałem się, że rozpoczynają się prace nad filmem o Zdzisławie Beksińskim i jego rodzinie wiedziałem od razu, że gdy tylko wyjdzie będę chciał go obejrzeć. Wszak człowiek ten był według wielu najlepszym polskim malarzem po drugiej wojnie światowej, a jego twórczość została doceniona w kraju, jak i zagranicą. Także jego historia rodzinna nadaje się bez zbędnego upiększania na dobry materiał na film. I to właśnie ona stanowi główną oś fabuły filmu.


Warszawa, rok 1977. Zdzisław Beksiński (Andrzej Seweryn) wraz z żoną Zofią (Aleksandra Konieczna) oraz matką i teściową wprowadzają się do nowo wybudowanego bloku. W jednym z okolicznych bloków zamieszkuje też przybyły do stolicy na studia syn malarza, Tomasz (Dawid Ogrodnik). Śledzimy życie rodziny do śmierci ostatniego jej członka.


Wybitna w skali kraju twórczość malarza schodzi tutaj na drugi, a czasem trzeci plan. Obrazy Beksińskiego stanowią tylko ciekawostkę, tło dla całej opowieści. Całość koncentruje się tutaj głównie na trójce głównych bohaterów: jest ojciec, jest matka i jest syn. Z pozoru zwyczajna rodzina, która jednak jest bardzo niezwyczajna i to nie z powodu zawodów Zdzisława i Tomasza. Przez ponad dwie godziny jesteśmy świadkami wojeryzmu filmowego, w którym przez większość czasu statyczna kamera rusza się z miejsca tylko po to, by śledzić bohaterów podczas ich podróży po mieszkaniach. 
W rodzina Beksińskich, w której dominuje od początku kult śmierci czasem jest strasznie, czasem śmiesznie. Chociaż humor prezentowany przez członków rodziny jest wyjątkowo wisielczy. Dwie przeciwstawne osobowości w postaci ojca i problematycznego psychicznie Tomasza spaja tutaj osoba grana przez Aleksandrę Konieczną, którą oglądamy tutaj w roli życia. Co do pozostałych aktorów to ich praca nie pozostawia nic do życzenia. To chyba najlepiej zagrany polski film w XXI wieku. Zarówno Seweryn, jak i Ogrodnik nie tyle grają swe postaci, oni nimi są! Naprawdę wielkie ukłony za tak dobrze wykonaną pracę. Także nieźle wypadł Andrzej Chyra w roli marszanda.
Jestem za młody, by znać postać Tomasza Beksińskiego, choćby z jego kultowych dziś audycji radiowych, jednak osoby, które go znały uważają, że jego postać została przedstawiona jednostronnie i przerysowana negatywnie. Nie pokazano zaś jego pozytywnych cech i zachowań, których z racji wykonywanych zadań musiał posiadać. Szkoda też, że trochę rozczarowała mnie ostatnia scena filmu, która została ukazana zbyt powierzchownie i banalnie. Chociaż taki koniec takiej postaci był właśnie banalny,
Film ten nie posiada jako takiej fabuły, mamy tutaj 28 lat z życia rodziny, czasem są to momenty kluczowe, jak śmierć jej członka, czasem zaś zwyczajne sytuacje, czasami natomiast akcja skacze o kilka lat. Ogólnie wolę jednak filmy bardziej skupione na jednym wydarzeniu i jednym czasie akcji. Ale trzeba do tego szybko przywyknąć. 
Oczekiwania wobec tego filmu były ogromne, zdobył on też wiele nagród w rodzimym półświatku. I jest to film, który zapewne zajmie odpowiednio wysokie miejsce w rankingach najlepszych polskich filmów roku i ostatniej dekady. Jest to także film potrzebny. A czy wybitny? Sądzę, że jednak nie. Ale przecież naprawdę dobry film to też odpowiednia rekomendacja. Warto. Gwarantuję, że postaci bohaterów pozostaną w pamięci na długo po zakończeniu seansu.