Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 kwietnia 2018

Egipt noir

Morderstwo w hotelu Hilton (The Nile Hilton Incident)
Dania, Niemcy, Francja, Szwecja 2017
reż. Tarik Saleh
gatunek: thriller, kryminał
zdjęcia: Pierre Aïm
muzyka: Krister Linder

Odkąd dowiedziałem się o tym filmie chciałem go obejrzeć. Niestety zajęło mi całkiem sporo czasu, aby wreszcie dobrać się do ekranu, na którym wyświetlana była ta dziejąca się w Egipcie koprodukcja (co ciekawe bez udziału Egiptu oraz nawet planu filmowego w tym kraju). Całe szczęście, że film okazał się wart czekania na  seans. 


Egipt chwilę przed rewolucją. Młoda kobieta zostaje znaleziona martwa w egipskiej franczyzie tytułowego hotelu Hilton. Śledztwo w tej sprawie zaczyna prowadzić skorumpowany policjant Noredin (Fares Fares). Wielu osobom byłoby na rękę przekonać go, by ukręcił łeb sprawie...


Przed seansem spodziewałem się obejrzeć film bardziej zbliżony w swej tonacji do kryminału noir. I choć noir w tej produkcji jest bardzo obecny to aspekty gatunkowe należące do stricte kryminałów są tylko ledwie zaznaczone. Wszystko przez to, że w stereotypowym, czystym gatunkowo filmie kryminalnym ważne są pytania kto i dlaczego zabił (lub porwał, szantażował, ukradł etc). W filmie urodzonego w Szwecji Saleha pytania te (i odpowiedzi na nie) schodzą na dalszy plan. Autorzy filmu pokazują pewien upadek moralny i degrengoladę społeczną Egiptu i Egipcjan, która widoczna jest  niemal w każdym elemencie filmu. Przeżarty korupcją system na ekranie zostanie zmieciony przez rewolucję, jednak czy rewolucja ta zmieni upadłe społeczeństwo?
Ciekawi dobrze zagrana przez Faresa Faresa postać śledczego Noredina - jest to swoista reinkarnacja postaci zapoczątkowanej przez Philippa Marlowa, z tym zastrzeżeniem, że przydarzyło mu się urodzić i działać w Egipcie. Z ciekawością zwiedzamy wraz z nim Kair - od pełnych blichtru hoteli i klubów, po slumsy i meliny. Poznajemy z nim inny, ten skrajnie nieturystyczny fragment kraju (nawet jeśli Egipt jest symulowany przez Maroko). Choć nie jest to film idealny, często gubi kryminalne wątki to i tak warto spędzić z nim niespełna dwie godziny trafiając w niezbyt eksploatowane rejony światowego kina. 




środa, 31 stycznia 2018

Rzeźnia numer dwa

Zieloni rzeźnicy (De Grønne slagtere)
Dania 2003
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Jeppe Kaas

Po obejrzanym w zeszłym miesiącu filmie Mężczyźni i kurczaki postanowiłem kontynuować moją filmową przygodę ze skandynawskimi czarnymi komediami. Tym razem udało mi się sięgnąć po kolejny film z Danii, który jednak pochodzi z wcześniejszej dekady niż przytoczony chwilę temu tytuł.


Svend (Mads Mikkelsen) i Bjarne (Nikolaj Lie Kaas) pracują jako rzeźnicy w rzeźni prowadzonej przez Holgera (Ole Thestrup). Mężczyźni są jednak niezadowoleni z tego, jak traktuje ich pracodawca więc zwalniają się i otwierają własną sklep mięsny. Na ten cel pozbywają się wszystkich oszczędności, poza tym Bjarne decyduje się na poddanie eutanazji swojego brata, który od lat pozostaje w śpiączce. Dzięki temu trafi do niego kolejna część spadku po rodzicach. Gdy udaje się w końcu otworzyć sklep interes nie idzie najlepiej. Przynajmniej do czasu, gdy Svend serwuje potrawę z...mięsa człowieka.


Ten kto oglądał wcześniejsze filmy Andersa Thomasa Jensena powinien szybko odnaleźć się także w nieco groteskowych realiach i tej produkcji. Reżyser wspomnianych już wcześniej Mężczyzn i kurczaków oraz Jabłek Adama serwuje po raz kolejny swoje autorskie kino oparte na miksie komedii, dramatu oraz pewnego rodzaju ironicznego absurdu. Po raz kolejny też oglądamy żelazny zestaw duńskich aktorów, którzy pojawiają się niemal w każdej znaczącej produkcji z tego kraju. Jest więc i Mads Mikelsen, który choć urodą normalnie nie grzeszy to w tym filmie ucharakteryzowany jest wręcz odpychająco, jest Nikolaj Lie Kaas czy też w jednej z mniejszych, choć znaczących ról pojawia się Nicolas Bro. Każdy z wymienionych panów jest dobrym aktorem więc i tutaj trzymają poziom dzięki któremu łatwo uwierzyć w opowiadaną w filmie historię.
W produkcji tej wszystko idzie dobrze, gdy realizowana jest ta makabryczno-komediowa jej część. Można się wtedy uśmiechnąć i z satysfakcją oglądać dalsze losy nieudaczników, jakimi są główni bohaterowie. Niestety ciężej ogląda się dalszą część filmu, który w pewnym momencie skręca z drogi komedii w ścieżkę dramatu rodzinnego. Może i poruszany temat jest ważny, jednak trochę kłóci się z trupio-lekką formą pierwszej części filmu. Gdyby twórcy szli dalej drogą komediową tylko trochę wplatając dramatyczne wstawki myślę, że osiągnęliby więcej. A tak mamy w rezultacie film tylko niezły. Choć fani skandynawskich filmów z pogranicza komedii i dramatu powinni go jak najbardziej obejrzeć.





niedziela, 14 stycznia 2018

W rodzinie ojca mego

Mężczyźni i kurczaki (Mænd og høns)
Dania, Niemcy 2015
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Frans Bak

Lubię skandynawskie komedie. Oglądając je wiem, że nie będę miał do czynienia z humorem podobnym do fekalno-seksistowskich bromanców rodem z USA, czy mdłych komedii romantycznych jakie masowo wytwarza polski przemysł filmowy. Komedie z krajów skandynawskich są przeważnie mocno ironiczne, czasem groteskowe czy przerysowane i pełne wisielczego humoru. Te słodko-gorzkie opowieści z północy generalnie zasługują na filmowy znak jakości. Tu mamy kolejny tego przykład. 


Diametralnie od siebie różni Elias (Mads Mikkelsen) i Gabriel (David Dencik) po śmierci mężczyzny, którego uznawali za ojca dowiadują się, że zostali w dzieciństwie adoptowani. Trafiając na ślad swojego biologicznego ojca postanawiają złożyć mu wizytę. W domu na wyspie, na której mieszka staruszek zastają swoich pozostałych braci Gregora (Nikolaj Lie Kaas), Josefa (Nicolas Bro) i Franza (Søren Malling). Specyficznie zachowujący się mężczyźni nie dopuszczają gości do swojego rodziciela...


To co rzuca się w oczy już niemal od samego początku filmu to jego klimat. Jest naprawdę niesamowity, urzekający i wciągający. Film Jensena ma tą właśnie trudną do opisania rzecz, która sprawia, że po prostu chce się go oglądać. Później zaś, gdy dwoje bohaterów zaczyna poznawać swoją przyszywaną rodzinę oraz dom rodzinny ojca już w ogóle ciężko oderwać się od ekranu. Wielka w tym zasługa scenarzystów ale też speców od kostiumów i całej dekoracji. Szczególnie, że bardzo ważny w kontekście całości jest sam dom, w którym dzieje się akcja oraz jego okolice zamieszkane przez tytułowe kurczaki, gęsi, byki i inną faunę. Dom jest zaś pełnoprawnym bohaterem filmu i z ciekawością wraz z przybyszami poznajemy każdy jego zakamarek. Silną stroną filmu są także postaci drugoplanowe w osobach przyrodnich braci bohaterów - intrygujące połączenie troglodytów z intelektualistami. Dodając do tego niebanalny lecz pozbawiony obrażających inteligencję widza humor pozbawiony tematów tabu i olewający poprawność polityczną i mamy przepis na komedię doskonałą. Nic tylko oglądać. A przy okazji zobaczyć Nikolaja Lie Kaasa i Madsa Mikkelsena w innych niż zazwyczaj rolach. 





wtorek, 9 stycznia 2018

Wielka gra

Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem (Borg/McEnroe)
Dania, Finlandia, Szwecja 2017
reż. Janus Metz
gatunek: biograficzny, sportowy, dramat
zdjęcia: Niels Thastum
muzyka: Vladislav Delay

Lubię sport. Obecnie bardziej oglądać niż w nim aktywnie uczestniczyć ale jednak. Czy to koszykówka (najczęściej na żywo), czy piłka nożna, MMA, boks na dobrym poziomie czy lekkoatletyka lub tenis. Kiedyś oglądałem wszystko jak leci, obecnie już jestem trochę bardziej wybredny jednak nie zmienia to faktu, że rytm roku to rytm wydarzeń sportowych. Paradoksalnie zaś w porównaniu do prawdziwego sportu i rywalizacji nie jestem fanem filmów o tematyce sportowej. A dzisiaj przychodzi mi opisać właśnie tego typu produkcję. 


W filmie śledzimy tenisowe rozgrywki na Wimbledonie roku 1980. Niekwestionowanym faworytem jest zwycięzca kilku poprzednich edycji turnieju, Szwed Björn Borg (Sverrir Gudnason), który najbardziej obawia się zmierzenia z nieobliczalnym Amerykaninem Johnem McEnroe (Shia LaBeouf). Jeśli oboje będą wygrywać swoje mecze nieuchronnie spotkają się w finale londyńskiego turnieju.


Moim zdaniem cały sens sportu to emocje generowane na żywo. Oglądając zmagania sportowców czy to z trybun, czy z poziomu telewizora w czasie rzeczywistym uczestniczymy w wydarzeniu tu i teraz. Znając wyniki śledzenie powtórek nie jest nawet w jednej dziesiątej tak emocjonujące. Tym bardziej wyprane z emocji wydaje mi się oglądanie aktorskich wersji wydarzeń sprzed lat. Inaczej wypadają wielkie kampanie wojenne, rozgrywki polityczne czy historycznych morderców, a inaczej odtworzony po latach mecz. Nie ta skala emocji. Jednak co jakiś czas twórcy decydują się na tego typu zagrywki, dużo osób w sumie chce je oglądać, a skoro część jest uczciwie przedstawionych, dobrze nakręconych i jeszcze lepiej nagranych, to nawet okej. W sumie warto przypominać trochę zapomnianych już herosów sportu. 

W opisywanym filmie podobało mi się to, jak pokazano postaci głównych antagonistów. Skandynawowie dobrze przeprowadzili casting, gdyż nie dość, że obaj sportowcy są dobrze odwzorowani pod względem fizycznym to jeszcze aktorzy odpowiadają im charakterologicznie (LaBeouf to przecież taka aktorska wersja McEnroe'a). Dodatkowo kilka drugoplanowych kreacji aktorskich wypada nieźle, szczególnie niezawodny Stellan Skarsgård. Cieszy fakt, że w filmie używa się wielu języków, Szwedzi mówią ze sobą po Szwedzku. ludzie z krajów anglojęzycznych po angielsku, Francuzi po francusku etc. W wielu filmach razi wszechobecne zangielszczenie całości. Trochę zaś wnerwia mnie samo tłumaczenie filmu. Po cholerę polscy dystrybutorzy dodawali zbędną końcówkę Między odwagą a szaleństwem? Inaczej ludzie nie wybraliby się do kina? Bez sensu. 

To co w filmie szczególnie mi się podoba to taka gra nerwów ukazana między dwoma całkiem odmiennymi postaciami. Także background sportowców został ciekawie przedstawiony, wraca się często do wspomnień z życia sportowców, które to ukazują dlaczego obaj są tacy, jacy są. Może zbyt często kamera cofa się do przeszłości pokazując drogę, jaką obaj przeszli no ale dzięki temu lepiej poznajemy motywacje bohaterów. 

Nie jest to może film aż tak dobry, jak niektórzy by chcieli, jednak jak na film sportowy stoi na całkiem niezłym poziomie. Twórcy przypominają jeden z najciekawszych pojedynków w historii tenisa i umiejętnie ukazują postacie, które w nim wystąpiły. To już dużo. 




sobota, 22 kwietnia 2017

Kiepscy mordercy

Małżeńskie porachunki (Dræberne fra Nibe)
Dania 2017
reż. Ole Bornedal
gatunek: komedia kryminalna
zdjęcia: Dan Laustsen
muzyka: Joachim Holbek

Lubię skandynawskie filmy, zwłaszcza te pochodzące z Danii i Szwecji. Przeważnie to mroczne kryminały wzorowane na tamtejszej literaturze mistrzów gatunku, dramaty społeczne lub pełne sarkazmu i ironii specyficzne komedie. Jest z czego wybierać. Gdy dowiedziałem się, że do polskich kin wchodzi duńskie połączenie komedii i kryminału wiedziałem już, że muszę to zobaczyć. Szczególnie, że dodatkowego smaczku dodawał udział w filmie polskiego aktora, Marcina Dorocińskiego.


Dwaj szemrani przedsiębiorcy, Ib (Nicolas Bro) i Edward (Ulrich Thomsen) mają problemy ze swoimi żonami. Te (Mia Lyhne i Lene Maria Christensen) odmawiają im seksu i ogólnie są dla nich w ich mniemaniu zbyt zołzowate. Mężczyźni dochodzą do wniosku, że aby uratować swoje życie trzeba się rozwieść. Jednak, gdy prawnik informuje ich ile kosztować ich będzie rozwód Ib i Edward wpadają na inny pomysł - taniej będzie pozbyć się żon za pomocą płatnego zabójcy. Po spożyciu nadmiernej ilości alkoholu Edward wynajmuje mordercę ze Wschodu, Igora (Marcin Dorociński). 


Oczekiwałem po tym filmie sporo. Niestety choć miewał on zabawne momenty i posiada kilka ciekawych scen nie dostarczył on tego, czego się spodziewałem. Niestety choć liczyłem na coś niestandardowego, nowego i innowacyjnego dostałem kalkę z filmów podobnego typu. Kalkę pełną schematów i uproszczeń, gdzie w sumie bardzo szybko wiadomo, jak potoczy się akcja i co zobaczymy za kilka scen. Po prostu odgrzewany kotlet, jakich pełno w kinie zarówno amerykańskim, jak i europejskim. Cieszy fakt wystąpienia w kolejnej zagranicznej produkcji Dorocińskiego, choć niech nikogo nie zwiedzie polski plakat (na którym jest tylko on) i zapowiedzi. Chociaż aktor ma całkiem sporą rolę jest tylko drugim planem, a w oryginalnych duńskich plakatach i zapowiedziach nawet nie występuje z imienia i nazwiska. Jego postać niestety jednak potraktowana jest mocno stereotypowo i szkoda, bo liczyłem na coś więcej niż wiecznie pijanego Ruska, który oprócz brutalności i upicia się nie ma nic innego do zaoferowania. Ogólnie stereotypy to coś, wokół nieustannie orbituje i fabuła filmy, jak i zawarte w nim gagi i ogólnie humor. Niestety często jest to żart prymitywny, bardzo niskich lotów i bardziej po drodze mu do niesławnych amerykańskich komedii, niż do inteligentnych europejskich filmów komediowych, jakie wciąż (choć coraz rzadziej) występują na rynku. Także niestety chociaż nie jest to film zły rozczarowałem się, licząc w sumie nie wiem na co dobrego. Da się to oglądać, czasem można się szczerze zaśmiać, jednak film ten nie pozostanie w pamięci na zbyt długo. Zmarnowany potencjał.





wtorek, 28 lutego 2017

List w butelce

Flaskepost fra P
Dania, Niemcy, Norwegia, Szwecja 2016
reż. Hans Petter Moland
gatunek: kryminał, thriller
zdjęcia: John Andreas Andersen
muzyka: Nicklas Schmidt
Po Kobiecie w klatce i Zabójcach bażantów w zeszłym roku do skandynawskich kin wkroczyła kolejna część ekranizacji serii książek Jussiego Adlera-Olsena. Jako że poprzednie części były bardzo solidnie zrealizowanymi kryminałami to z pewnym oczekiwaniem zasiadłem do tej koprodukcji. 


Tym razem do ekipy zasiadającej w Departamencie Q trafia tajemniczy list w butelce sprzed lat. Carl Mørck (Nikolaj Lie Kaas) i Assad (Fares Fares) będą musieli działać w nieprzychylnym środowisku sekty religijnej oraz zmierzyć się z mordercą, który od lat porywa i morduje dzieci (Pål Sverre Hagen). 


W poprzednich częściach główną rolę w duecie Carl - Assad odgrywał bohater grany przez Lie Kassa. Tym razem środek ciężkości nieznacznie przesuwa się w stronę odtwarzanej przez Faresa Faresa postaci Assada. Lubię obu bohaterów, tak jak i obu aktorów jednak wydaje mi się, że wcześniej Assad świetnie dopełniał Carla pozostając przy tym jednak na drugim planie. Sądzę jednak, że zmiana ta ma swoją podstawę w oryginale książkowym, więc ciężko traktować to jako minus w kontekście filmu. 
Niestety oprócz tego szczegółu jest też wiele innych spraw, które niezbyt mi się spodobały i choć zapewne także wynikają z treści książki to trzeba przez nie obniżyć ocenę adaptacji. W porównaniu do poprzednich filmów (i zapewne książek, których nie miałem okazji przeczytać) fabuła jest tutaj mało lotna i w ogólnym rozrachunku niezbyt ciekawa. Cały wątek mordercy niezbyt angażuje i ogląda się to bez większych emocji. Czarny charakter jest zwyczajnie nudny, sztampowy, a jego historia nie przykuwa do ekranu. Dobrze, że został chociaż odegrany przez Hagena, który jest takim typowym skandynawskim aktorem typu Babyface killer. Ogólnie z całości filmu mogę właśnie pochwalić tylko trójkę aktorską, dzięki czemu jako tako chce się oglądać całość. Niestety najsłabsza część serii. Pozostaje nadzieja, że kolejna odsłona wypadnie lepiej. 






wtorek, 25 października 2016

Iluzja

Jabłka Adama (Adams æbler)
Dania 2005
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: dramat, czarna komedia

Są filmy, które od wielu miesięcy zalegają na liście tych do obejrzenia, a nigdy nie ma się okazji, by w końcu rozpocząć ich seans. Tak było tym właśnie opisywanym filmem Andersa Thomasa Jensena. Mimo że pochodzi on z cenionego przeze mnie kinematograficznie kraju, występują w nim aktorzy, których lubię, a sam film jest oceniany bardzo wysoko przez społeczność kinomaniaków jakoś ciągle coś mnie blokowało i film musiał czekać bardzo długo na chwilę mojego seansu. Aż do teraz.


Neonazista Adam (Ulrich Thomsen) przybywa na resocjalizację do wiejskiej parafii zarządzanej przez pastora Ivana (Mads Mikkelsen). Spotyka tam arabskiego bandytę Khalida (Ali Kazim) i przestępce z nadwagą, Gunnara (Nicolas Bro), który przebywają tam z tego samego powodu co on. Adam dostaje od Ivana zadanie, by w czasie pobytu doglądał jabłek rosnącym na przykościelnym drzewie, z których później ma upiec ciasto. 


Sam opis początkowej fabuły, jaki pokrótce przedstawiłem wyżej jest dopiero punktem startowym do dalszej opowieści i sam w sobie jest też dość mało logiczny. Bo neonazista resocjalizowany przez nakaz pieczenia ciasta? Nie brzmi to zbyt poważnie. Jednak tego typu mocno niepoważne zadanie to dopiero jeden z wielu surrealistycznych pomysłów pastora Ivana. Przez cały film poznajemy jego ogląd na otaczający go świat, który później (lub wcześniej) jest konfrontowany z rzeczywistością, mocno odbiegającą od punktu widzenia duchownego. Właśnie to wypieranie rzeczywistości przez postać Mikkelsena to główna oś filmu, przyczynek zarówno do dramatycznych sytuacji, jak i uśmiechu, gdyż niektóre sytuacje są naprawdę mocno kuriozalne (tak samo jak ich wytłumaczenie przez Ivana). 
Film dość jasno i bez jakiegoś krycia bazuje na biblijnej historii Hioba i w swój sposób ukazuje walkę dobra ze złem. Te chrześcijańskie wątki są tutaj na miejscu.pasują do opowieści (wszak bohater jest dodatkowo chrześcijańskim duchownym) i nie jest to w żaden sposób moralizowanie na siłę. Po prostu wszystko jest zgrabnie wplecione w narrację. 
Sądzę, że tego filmu nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach, a napisanie czegoś więcej zniszczy wszystkie smaczki do samodzielnego odkrywania w czasie seansu. Napiszę więc, że warto poświęcić 90 minut na obejrzenie przygód Ivana i Adama. Film prezentuje mocno specyficzny humor, czasem dość wisielczy, jednak wyłaniający się z niego przekaz jest w gruncie rzeczy optymistyczny. Nie jest to film, który wyląduje na liście ścisłego topu ulubionych produkcji, jednak na pewno nie rozczaruje swoim poziomem. Szkoda tylko tak małej roli Nikolaja Lie Kaasa.




poniedziałek, 24 października 2016

Top model

Modelka (The Model)
Dania, Polska 2016
reż. Mads Matthiesen
gatunek: dramat

Kiedyś, gdy sam byłem młodszy moje rówieśniczki marzyły o tym, by w przyszłości zostać aktorkami lub piosenkarkami. Co bardziej wymagające po dorośnięciu wolały być za to księżniczkami. Chłopcy choć chcieli być również aktorami lub piosenkarzami to mieli też bardziej przyziemne marzenia, jak na przykład jeździć śmieciarką. Sam miałem pamiętam kilka różnych wymarzonych dróg kariery: czasem chciałem jeździć w F1, innym razem być komornikiem lub nawet ku uciesze babci - papieżem (bo miał fajną czapkę). Teraz zaś dziecięcym marzeniem, niezależnie od płci jest zostanie modelem lub modelką.


Emma (Maria Palm), młoda dziewczyna z duńskiej prowincji marzy, by zostać modelką i w tym celu zamiast chodzić do szkoły wyjeżdża zdobywać sławę w Paryżu. Tam zamieszkuje z podobną sobie emigrantką z Polski, Zofią (Charlotte Tomaszewska). Na pierwszej uzyskanej sesji poznaje cenionego fotografa Shane'a (Ed Skrein).


Filmowy Paryż w tym filmie zagrała Warszawa. Jeśli kiedyś duńscy filmowcy będą chcieli nakręcić film o ultranowoczesnej stacji kosmicznej NASA (lub nawet chińskiej lub rosyjskiej) i nie stać ich będzie na oryginał to ja zapraszam ich na zdjęcia w mojej piwnicy. 
Kino mimo ponad 100 lat funkcjonowania nie dorobiło się zbyt dużo produkcji filmowych o modelkach i świecie modelingu (wymienicie chociaż pięć?). Duńczycy postanowili zapełnić tą lukę tworząc produkcję, która, co bije z plakatu ukaże, czy wręcz nawet objawi widzom prawdziwe oblicze świata mody. Jednak nie poznamy tu zbyt wiele rzeczy, o których nie mielibyśmy pojęcia. Jeśli oglądało się już filmy nazywane szumnie kulisami showbiznesu, czyli choćby historię początkujących aktorem, piosenkarek, missek czy innych aspirujących do miana celebrytek to wiemy, że sukces wypracowuje się wiedząc kiedy się kiedy possać, a komu się wypiąć. I w przypadku modelek, co dziwne sytuacja jest jak się okazuje taka sama. Scenariusz filmu od zera do zera z krótkim pobytem na jakimś tam szczycie jest już mielony od dziesiątek lat i myślę, że jego stworzenie zajęłoby licealiście dwie długie przerwy lub jedną lekcję religii, a zrobiłby to za tygodniowe zwolnienie z odpowiadania na matematyce. Scenariuszem tego filmu jednak tworzyło trzech dorosłych chłopów, którzy pewnie za swą posługę skubnęli część niezbyt pokaźnego budżetu. W filmie oprócz gwiazdy Deadpoola widzimy dwie debiutujące na dużym ekranie modelki, które ponoć są nawet supermodelkami. Ich gra aktorska jest bardzo jasełkowa i raczej nie wróżę im pokaźnej kariery filmowej. Także co do ich wyglądu, to połączenie wychudzonych kobył ze spojrzeniem zombie to nie jest mój ideał kobiecego piękna. Jeśli ktoś jednak lubi tego typu dziewoje to może sobie zafundować seans - jest nawet kilka scen bez ubrań. Ja niestety nie widzę żadnych plusów tej produkcji, chyba że za taki uznamy zostawienie trochę pieniędzy w naszym kraju w czasie jego kręcenia. 






niedziela, 2 października 2016

Sensacje początku XX wieku

Dziewczyna z portretu (The Danish Girl)
 Belgia, Dania, Niemcy, USA, Wielka Brytania 2015
reż. Tom Hooper
gatunek: dramat, biograficzny

 Rok 2015 był udany zarówno dla Eddiego Redmayne'a, jak i Alicii Vikander. Brytyjczyk właśnie w tym roku otrzymał Oscara za Teorię wszystkiego, zaś Szwedka na swą przyszłoroczną statuetkę dopiero zapracowywała. Oboje spotkali się na planie tego filmu będąc więc w szczytowym momencie swych wciąż jeszcze niedługich karier. Oczekiwałem więc po tym filmie czegoś dużo. A ile otrzymałem w rzeczywistości? 


Przenosimy się do Danii lat 20. ubiegłego wieku. Einar Wegener (Eddie Redmayne) jest cieszącym się pewnym uznaniem malarzem. Jego żona, Gerda (Alicia Vikander) także próbuje malować jednak jej prace początkowo nie uchodzą za zbyt dobre. Wszystko zmienia się w chwili, gdy ubiera męża w damski strój i maluje go, jako kobietę. Jej nowe prace znajdują swoich fanów, jednak Einar zaczyna czuć się kobietą...


Nie kupił mnie ten film. Naprawdę nie znalazłem tutaj zbyt wiele mocnych lub chociaż średnich aspektów. Po historii jednej z pierwszych osób transpłciowych, która przy okazji była swego rodzaju ówczesnym (ą?) celebrytą (ką?) oczekiwałem o wiele bardziej poruszającej i złożonej historii. A fabularnie jest niestety źle i sztampowo. W ogóle nie przekonałem się do postaci bohaterka i nie obchodziły mnie jego (jej?) losy, nie ważne ile razy Redmayne patrzył na mnie z ekranu swymi cierpiącymi oczętami. 
Naprawdę jedynym zauważalnym plusem filmu były naprawdę dobrze ukazane kadry oraz solidnie wykonana scenografia. Pomieszczenia i pozy, w jakich łapała bohaterów kamera często kojarzyły mi się z dawnymi obrazami mistrzów pędzla z krajów Beneluksu i to zaliczam na plus. Także Vikander dobrze wykonała swoją pracę, czy aż tak dobrze, by zgarnąć najważniejszą statuetkę w branży? Nie wiem, jednak na pewno nie będzie wstydzić się tej roli. Nie przekonał mnie za to zmanierowany Redmayne, w którym wciąż widziałem trochę inaczej ucharakteryzowanego Stephena Hawkinga z poprzedniego filmowego wcielania aktora. 
Nie chcę tutaj opisywać i oceniać samej tematyki zmiany płci, bo nie od tego jest ta strona. Z punktu filmowego powiem po prostu, że widziałem wcześniej lepsze produkcje opisujący ten temat. A opisywany właśnie film moim zdaniem można sobie darować. 


niedziela, 28 sierpnia 2016

Matka, żona i kochanka

Komuna (Kollektivet)
Dania 2016
reż. Thomas Vinterberg
gatunek: dramat


Tytułową komuną jak podaje Wikipedia historycznie była wspólnotą mieszczan toczących w XI-XIII wieku walkę o uniezależnienie się od władzy feudałów. Po zdobyciu praw miejskich komuny obejmowały władzę samorządową w mieście. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX w. komunami zaczęto nazywać miejsca zamieszkiwane przez niezwiązanych ze sobą ludzi, popularne wśród hippisów. W filmie poznajemy losy komuny z drugiego znaczenia tego słowa.


Erik (Ulrich Thomsen) dziedziczy w spadku po ojcu duży dom. Chce go szybko sprzedać, jednak po namowach żony, Anny (Trine Dyrholm) postanawia tam zamieszkać z nią i ich córką, Freją. Z powodu wysokich opłat za mieszkanie kobieta postanawia urządzić w domu komunę. Wkrótce wprowadzają się tam Ole (Lars Ranthe), Allon (Fares Fares), Steffen (Magnus Millang) z żoną i synem oraz Mona. Jednak sytuacja komplikuje się, gdy po pewnym czasie Erik wikła się w romans ze swoją studentką, Emmą (Helene Reingaard Neumann). 


Ciężko mi jednoznacznie ocenić film twórcy znakomitego Polowania z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. Mam pewien problem z tą produkcją, chociaż z każdą chwilą po seansie myśląc o tym filmie oceniam go za każdym razem trochę wyżej niż początkowo. Film jest generalnie dramatem czy nawet dramatem obyczajowym, choć w pewnych momentach próbuje pozować na komedię. Oczywiście dramatycznych sytuacji jest tak na oko cztery, pięć razy więcej niż tych zabawnych. Mówi się czasem słońce, czasem deszcz. Tutaj bardziej pasuje jednak czasem deszcz a czasem deszcz. 
Tytułowa komuna  obecnie pewnie by szokowała, jednak film przenosi nas do lat 70. ubiegłego wieku, gdzie tego typu grupy były często spotykane na Zachodzie. Komuna ta w filmie pełni jednak rolę drugoplanową, gdyż na pierwszym froncie akcji mamy relacje między małżeństwem Erika i Anny. Kobieta znudzona swoim dotychczasowym życiem rozkręca machinę, która z kwadransa na kwadrans działa destrukcyjnie zarówno na jej związek, jak i na nią. Psychologia postaci i ich motywacje są tutaj chyba najlepszym, co film ma do zaoferowania. Dostajemy typowe dla Skandynawii kino poruszające ważne społecznie tematy. Sądzę, że dla fanów spokojnie budowanej akcji, stopniowego wprowadzania napięcia i innych właściwych dla stereotypowej kinematografii skandynawskiej będzie to pozycja godna polecenia. 





wtorek, 21 czerwca 2016

Nangar Khel po duńsku

Wojna (Krigen)
Dania 2015
reż. Tobias Lindholm
gatunek: dramat, wojenny

Duńskie siły zbrojne mimo skromnej liczebności 25 tysięcy aktywnych żołnierzy wysyłają swoich przedstawicieli na różne misje zagraniczne. Do Afganistanu państwo duńskie wysłało 320 żołnierzy, zaś do Iraku posłano 550 osobową załogę. Dodać do tego misję w innych krajach (m.in. 380 osób w Kosowie) wychodzi na to, że znaczny procent sił zbrojnych tego kraju służy poza swoimi granicami. Reżyser rewelacyjnego Polowania wziął na tapetę działalność wojsk swojego państwa w dalekim Afganistanie.


Claus Michael Pedersen (Pilou Asbæk) zostawia rodzinę w kraju, by wyjechać na misję w Afganistanie gdzie dowodzi swym oddziałem. W tym samym czasie jego żona Maria (Tuva Novotny) musi radzić sobie bez niego wychowując trójkę ich młodych dzieci. Na krótko przed powrotem Pedersena do kraju w stanie wyższej konieczności podejmuje decyzje, po której będzie musiał stanąć przed duńskim sądem...


Fragmenty wojenne filmu na pierwszy rzut oka przypominały swoim wykonaniem to, co widzieliśmy w serialu Canal+ Misja Afganistan. Aż zastanawiałem się czy producenci korzystali z tych samych zbudowanych na potrzeby naszej rodzimej produkcji lepianek gdzieś pod Warszawą. Ta sama struktura, podobna lokalizacja i sposób wykonania kilku lepianek afgańskich autochtonów. Ogólnie patrząc na samą warstwę wojenną tego filmu to w sumie mogę powiedzieć, że nasza Karbala na pewno nie odstawała poziomem realizacji batalistyki od duńskiego dzieła, a nawet czasem je przewyższała. A to Duńczycy, a nie Polacy doczekali się oscarowej nominacji. Film ten jednak uderza w całkiem inne tony niż wspomniany film z Bartłomiejem Topą czy też amerykańskie widowiska batalistyczne. Mamy tutaj do czynienia z bardzo kameralnym ukazaniem wojny i odczuć aktorów działań wojennych oraz ich rodzin. Także druga połowa filmu odbiega znacząco od kanonu wojennego kina skręcając mocno w dramat sądowy. I chyba ta etyczna potyczka przed sądem stanowi najbardziej emocjonującą i najlepszą część filmu Lindholma. O co dokładnie chodzi nie napiszę, całą genezę i przebieg procesu najlepiej zobaczyć samemu. 
Film ten jest filmem naprawdę niezłym jednak dla szukających mocnych wojennych wrażeń nie będzie to pozycja zadowalająca (wrogich wojsk nawet nie widać podczas nielicznych wymian ognia). W tej produkcji najsilniejszą rolą jest postawa moralna na wojnie i konsekwencje swych decyzji decydujących o życiu i śmierci innych. I właśnie część dramatyczno - sądowa wypada bardzo dobrze.  W rezultacie mamy jednak dość udaną produkcję, którą warto obejrzeć.





niedziela, 17 stycznia 2016

Amerykańska zemsta po Duńsku

Wybawiciel (The Salvation) 
Dania, RPA 2014
reż. Kristian Levring
gatunek: western

Jeśli ktoś kiedyś by mi powiedział, że będzie można obejrzeć western nakręcony przez Duńczyków w Republice Południowej Afryki, a pomagać im będą w tym projekcie Szwedzi i Belgowie to specjalnie bym w to nie uwierzył. Jak widać jednak we współczesnym kinie najwyraźniej niemożliwe nie istnieje i taka produkcja doszła do skutku. Do tego udało zebrać się kilka znaczących w globalnym aktorskim półświatku nazwisk. Teraz więc czekam na polsko - nigeryjski thriller z Karolakiem w roli głównego złego. 


Fabuła nie jest z gatunku tych skomplikowanych. Po wojnie duńsko - niemieckiej wielu Duńczyków wyemigrowało do USA. Wśród nich było też rodzeństwo Jon (Mads Mikkelsen) i Peter (Mikael Persbrandt). Po kilku latach do tego pierwszego dołączają żona i syn. Jednoczenie rodziny nie trwa jednak zbyt długo, gdyż w drodze ze stacji kolejowej do domu kobieta i dziecko giną z rąk współpasażerów. Jon zabija w zemście morderców nie wiedząc, że jednym z nich był mąż niejakiej Madeleine (Eva Green) i brat lokalnego bandyty - renegata Delarue (Jeffrey Dean Morgan).


Fabularnie nic nie jest w stanie widza zaskoczyć, szczególnie jeśli wcześniej widział klasyczne dzieła z gatunku western lub traktujące ogólnie o zemście. Mamy raczej sztampową fabułę prowadzącą beznamiętnie odbiorcę po kilku oklepanych schematach, których nie mogło zabraknąć. Ciekawe, że twórcom udało się namówić do współpracy takie nazwiska jak Mikkelsen czy Green. Ten pierwszy nadaje się do roli takiego beznamiętnego mściciela, który wygląda na styranego życiem bez charakteryzacji, Green zaś dostało dzięki filmowi dobry wpis do swego aktorskiego CV, gdyż jej znacząca choć niema rola naprawdę była dość znacząca. Z ciekawostek można wymienić obecność legendarnego piłkarza Erica Cantony w jednej z drugoplanowych ról. 
Widać, że film należy raczej do tych z gatunku niskobudżetowych, gdyż widzimy na ekranie zarówno od dekoracji po efekty tylko absolutne minimum i nic ponad to. Spełnia to swoją rolę ale duża zasługa w tym bardziej południowoafrykańskich plenerów i niezłej pracy realizatorskiej zdjęciowca niż zabiegów budżetowych. Pochwalić też można za główny motyw gitarowy zawarty w filmie.
Podsumowując mamy tu dość przeciętny fabularnie i finansowo film, który nie wymyśla prochu ani nie wskazuje nowych trendów. Dostajemy coś sztampowego i oklepanego, na co jednak dzięki kilku ciekawym rolom i ładnym plenerom patrzy się mimo wszystko dobrze, może dlatego też, że sam film nie trwa nawet 90 minut. Można obejrzeć ale też chyba równie szybko potem zapomnieć.  









niedziela, 13 września 2015

Przygody Lisbeth

Dziewczyna, która igrała z ogniem (Flickan som lekte med elden)
Szwecja, Dania 2009
reż. Daniel Alfredson
gatunek: kryminał, thriller

W zeszłym tygodniu opisywałem pierwszą część filmowej adaptacji sagi Millennium, teraz zaś nadszedł czas na jej bezpośrednią kontynuację. Jako że książkowy pierwowzór uważam za jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałem (a przeczytałem całkiem sporo jak na polskie warunki) to oczekiwania względem filmu miałem duże. A jak wyszło? 


Hakerka Lisbeth Salander (Noomi Rapace) po podwędzeniu wielomilionowego majątku szemranego biznesmena wypoczywa sobie w tropikach, by później kupić drogi apartament w Sztokholmie i tam zamieszkać. Tymczasem Mikael Blomkvist (Michael Nyqvist) przyjmuje do zespołu redakcyjnego swego magazynu dwoje młodych ludzi, którzy zajmują się pisaniem o międzynarodowym handlu ludźmi, nielegalną prostytucją oraz jej klientami. Gdy para ta zostaje zamordowana podejrzenia spadają na Lisbeth. Tymczasem Mikael odkrywa, że za mordem może stać tajemniczy Zala wyręczający się osiłkiem Ronaldem (Micke Spreitz)...


Filmu nie oglądało się szczególnie źle ale jednak nie potrafił on wciągnąć tak, żeby bez przerwy zainteresować widza przez te 130 minut, jakie trwa. Czytając 800 stronowy pierwowzór potrafiło wciągnąć człowieka tak, że przewertował cegłę Larssona w dwa dni, tutaj natomiast ogląda się bo ogląda, jednak gdzieś zabrakło tych wypieków na twarzy, wyprano ten film niemal całkowicie z emocji. Dobrą robotę robi tutaj Noomi Rapace w tytułowej roli, natomiast Nyqvist zepchnięty jest tutaj na aktorski margines przytłoczony rolą swej partnerki (choć trzeba przyznać, że w książce też jest raczej na drugim planie).
Ogólnie dziwi mnie, że zrezygnowano z trwającego dobre 20-25% książki wątku toczącego się na drugiej półkuli. Jeśli już tworzy się cykl wzorowany na powieściach to niech to będzie wiernie przeniesione. Tak jak mówiłem jednak nie jest to film zły, ma swoje momenty, ktoś kto nie czytał książki będzie wiedział o co chodzi, a przy okazji może się wciągnąć. Jednak brakuje tego czegoś, co decyduje o tym, że kryminał/thriller dobrze się ogląda. Wyszła więc trochę bezpłciowa produkcja z kilkoma fajnymi momentami. Niestety nie dorównuje książce, która jest o co najmniej dwie klasy lepsza. 





poniedziałek, 7 września 2015

Dziewczyna z tatuażem

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (Män som hatar kvinnor)
Szwecja, Dania 2009
reż. Niels Arden Oplev
gatunek: kryminał

W 11 lat po śmierci Stiega Larrsona i trochę mniej dawnym sukcesie finansowym jego pośmiertnie wydanej trylogii Millennium właśnie ukazała się w naszym kraju czwarta część serii kontynuowanej przez innego autora (który popełnił między innymi biografię Zlatana Ibrahimovicia). Jako że sam po dość długiej przerwie zabrałem się dopiero za trzecią część klasycznej serii postanowiłem sobie odświeżyć wydarzenia z dwóch pierwszych części korzystając z filmów, jakie powstały w Skandynawii. 


Znany dziennikarz śledczy Mikael Blomkvist (Michael Nyqvist) zostaje zatrudnione przez podstarzałego magnata finansowego Henrika (Sven-Bertil Taube), by spróbować rozwikłać tajemnicze zaginięcie, a prawdopodobnie też śmierć jego bratanicy Harriet, które to wydarzyło się przed prawie 40 laty. Mikaelowi pomaga w tej sprawie uzdolniona hakerka, aspołeczna Lisbeth Salander (Noomi Rapace). Śledztwo ujawni brutalną prawdę o członkach rodziny Henrika...


Film jest całkiem wiernym odwzorowaniem powieści (która to do najkrótszych nie należy, co też przekłada się na ponad dwie i pół godzinną produkcję). Oglądając go miałem przed oczami nieustanne porównania z filmem Finchera Dziewczyna z tatuażem z udziałem Daniela Craiga i Rooney Mary. W sumie przyzwyczajając się wcześniej do udziału w filmie w roli Mikaela obecnego Bonda wolałem bardziej oglądać go na ekranie (chociaż w sumie Nyqvist daje radę, a i jest trochę podobny do Craiga). Natomiast Naomi Rapace nie ustępuje Marze i obie w roli Salander wyglądają przekonująco. Książki Larssona otworzyły drogę skandynawskim kryminałom drogę ogólnoświatowego sukcesu, który trwa do dzisiaj (wystarczy zobaczyć kryminalne półki z książkami w Empiku), a film ten utorował drogę filmowym produkcją z północy Europy do większego zainteresowania i kolejnych ekranizacji. Bo film Opleva jest sprawnie nakręconym kryminałem. Szkoda tylko, że gatunek ma to do siebie, że najlepiej smakuje, gdy czytelnik lub widz nie zna zakończenia. Trzeci raz ta sama historia nie smakuje już tak dobrze. Chociaż jeśli nie czytało się (i nie chce czytać) pierwowzoru, a także ominął kogoś film z Craigiem to na pewno każdy doceni kunszt tego filmu.





niedziela, 28 czerwca 2015

Punk's not dead?

We are the best! (Vi är bäst!)
Szwecja, Dania 2013
reż. Lukas Moodysson
gatunek: dramat

Rok 1982 zaznaczył się w muzyce kilkoma wydarzeniami. W Polsce Kazik Staszewski założył Kult (choć jeszcze trochę musiało minąć, by stał się rozpoznawalny i kultowy), a  z powodu stanu wojennego nie odbył się tradycyjny Festiwal w Opolu. Na świecie miała miejsce premiera przełomowej płyty Michaela Jacksona Thriller, Queen wydaje album Hot Space, Szwedzi z ABBA zaś zawieszają działalność. Ogólnie jednak w świecie dominuje disko i pop, walczyć z tym trendem próbuje rock. A gdzie jest wtedy punk? Mówi się, że punk umiera. Czyżby?


Wspomniany rok 1982, stolica Szwecji. Poznajemy obdarzoną androgenicznym typem urody 13 letnią Bobo (Mira Barkhammar), której jedyną znajomą jest inna outsiderka, posiadaczka stylowego irokeza Klara (Mira Grosin). Obie dziewczyny wkraczają w etap dojrzewania i fazę bunty, a przy okazji nie są takie jak inne dzieci w ich wieku. Nie idąc za trendami postanawiają założyć zespół punkowy. Problemem jest fakt, że obie nie potrafią grać na żadnym instrumencie. Postanawiają się zwrócić o pomoc do rok starszej posiadaczki gitary klasycznej, pochodzącej z dobrej, chrześcijańskiej rodziny Hedvig (Liv LeMoyne).


Reżyser Fucking Amal przenosi nas w świat schyłkowego dzieciństwa, z właściwym dla tego okresu życia problemami i marzeniami. Jak nigdzie indziej w tak prostej historii udaje mu się pokazać radości i smutki bycia początkującym nastolatkiem. Chociaż mamy tutaj również dorosłych, to kamera skupia się na świecie dzieci, pokazując historię z ich perspektywy. Moodysson w wyśmienity sposób prowadzi widza przez kolejne sceny przyjmujące niemal formę quasidokumentlaną, pokazując pierwszy alkohol, pierwsze miłości czy nieszablonowe dziecięce pomysły. Myślałem, że więcej w filmie będzie muzyki i wątku poświęconego zespołowi, jaki tworzą dziewczyny, jednak to wszystko jest na drugim planie, jakby w tle życia. Wszak gra i zespół to dla dziewczyn marzenie, słuchając ich wiadomo, że niewykonalne, jednak jest to cel, który napędza ich działania. Do tego w tle zawodzą nam szwedzkie punki z epoki, co brzmi bardzo stosownie do filmu, w którym przenosimy się do czasów pierwszych discmanów, winyli i telefonii stacjonarnej (która w Polsce będzie jedynym rozwiązaniem jeszcze przez 20 lat). Świetne role zagrały trzy debiutantki wcielające się w tworzące zespół dziewczyny. Takie naturalne, acz perfekcyjnie oddające postaci aktorstwo, o lata świetlne wyprzedzające polskie dziecięce i młodzieżowe role. Jestem pod wrażeniem bezpretensjonalnego sposobu gry młodych aktorek, które potrafiły poprzez całkowitą immersję wsiąknąć w ten świat, pozwalając też wsiąknąć do niego widzowi. Majstersztyk. Każda z nich jest przy tym inna, z innymi problemami w domu, z innym typem zachowań i wartości. Ta inność jednak zamiast je odrzucać - przyciąga. Tak jak i mnie przyciągnął sam film. Polecam z całego serca dla kogoś, kto chce zobaczyć dobre kino europejskie, które zamiast na akcji i wybuchach skupia się na psychologicznych rysach postaci. Warto powrócić do świata dziecięcego!




niedziela, 31 maja 2015

Zbrodnia i kara

Zabójcy bażantów (Fasandræberne)
Dania 2014
reż. Mikkel Nørgaard
gatunek: kryminał, thriller

W rok po zekranizowaniu Kobiety w klatce Mikkel Nørgaard wydał kolejną część przygód członków Departamentu Q. Ciesząca się sporym zainteresowaniem w Skandynawii, wydana także w Polsce seria kryminałów Jussiego Adlera - Olsena została godnie zaprezentowana na dużym ekranie dzięki pierwszemu filmowi z cyklu. Oczekiwania względem kolejnego filmu były więc duże. Czy reżyser sprostał zadaniu? O tym w krótkiej notce dowiecie się poniżej.


Ponownie śledzimy losy skromnego Departamentu Q, którego za zadanie jest zamykać stare sprawy. Dowódca departamentu, Carl Mørck (Nikolaj Lie Kaas) wracając z policyjnej imprezy natyka się na pijanego mężczyznę, który prosi go o przeczytaniu wysłanych przez niego listów. Mający dużo zadań na głowie Carl spławia go, jednak gdy nad ranem dowiaduje się, że ów mężczyzna był dawnym inspektorem policji, a obecnie leży w wypełnionej krwią wannie po popełnieniu samobójstwa zajmuje się dręczącą tego mężczyznę sprawą. Okazuje się, że chodzi o zamordowanie dwójki dzieci policjanta przed dwudziestu laty. W sprawie tej jest wiele niejasności, a zmarły policjant na prowadził w tej kwestii własne śledztwo. Z jego ustaleń wynika, że zamieszany w zbrodnię może być obecnie wpływowy biznesmen Ditlev Pram (Pilou Asbæk), a prawdę o zajściu może znać niejaka Kimmie Lassen (Danica Curcic). Kobiety tej jednak nie widziano od momentu popełnienia zbrodni. Mørck wraz ze swym partnerem Assadem (Farres Farres) i nową sekretarką (Johanne Louise Schmidt) zamierzają wyjaśnić tę sprawę.


Warstwa fabularna rozgrywa się dwutorowo. W czasie postępów w dokonywanych przez Departament Q poznajemy w retrospekcjach losy bohaterów zajścia sprzed dwudziestu lat, które doprowadziły do mordu. I o ile od początku wiemy mniej więcej kto jest winny temu feralnemu zdarzeniu i tak z ciekawością oglądamy film, gdyż nie zawsze jednak chodzi o to 'kto' ale też 'dlaczego' i 'jak'. Oś fabularna kręcąca się wokół poszukiwanej Kimmie stanowi naprawdę mocny punkt produkcji. Zanim poznamy jej późniejsze losy oglądamy bohaterkę tę w czasach szkolnych (w młodą Lassen wciela się świetnie Sarah-Sofie Boussnina). Fabuła tej części wydaje mi się lepsza od tego, co widzieliśmy w Kobiecie w klatce.
Rasowy kryminał wiąże się też z posiadaniem kilku wyrazistych archetypów postaci. Mamy detektywa - policjanta. Mający ciężkie życie prywatne Mørck jest postacią iście Chandlerowską. W długim płaszczu i z papierosem wygląda jak nowsza wersja Philipa Marlowe'a. Od początku do końca mamy do czynienia z bohaterem, który jest jedynym sprawiedliwym w świecie wypełnionym złem i występkiem. Towarzyszący mu Assad w świetnej kreacji Faresa Faresa wprowadza pewien minimalny luz i pewną dawkę humoru do produkcji, która jednak niesie ze sobą bardzo negatywne przesłanie. Sama sceneria mówi nam co to za typ produkcji. Mamy do czynienia z wieloma odcieniami szarości i czerni, zarówno w budownictwie i oświetleniu, ale także w ubiorze i ludzkich duszach. 
Jest to specyficzny kryminał, który na skandynawską modłę toczy się raczej nieśpiesznie, wolno. Jednak z każdym dialogiem jesteśmy bliżej wyjaśnienia sprawy. Mamy kilka zwrotów akcji, w których widzimy jak zaszczuta jednostka potrafi zmienić się ze zwierzyny w łowcę. I ruszyć w swój bój, choćby ostatni.
Bardzo podoba mi się rola Lie Kaasa, który sprawnie potrafi lawirować między kreacjami twardych policjantów, jak tutaj, a brutalnych troglodytów spod ciemnej gwiazdy, jak na przykład w Drugiej szansie. Czekam na więcej filmów z nim w rolach głównych. A Zabójców bażantów z czystym sercem polecam każdemu, kto ma ochotę na mocną produkcję pozbawioną optymistycznego przesłania. 








poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Złodzieje specjalnej troski






Kradnąc Rembrandta (Rembrandt)
Dania 2003
reż. Jannik Johansen
gatunek: komedia kryminalna 

Pamiętacie całkiem nieźle oceniany polski film z 2004 roku pod tytułem Vinci? Juliusz Machulski nakręcił komedię kryminalną opowiadającą o planach kradzieży najcenniejszego dzieła sztuki znajdującego się w naszym kraju, czyli leżakującej za pancerną szybą w Muzeum Czartoryskich Damy z Łasiczką. Na pomysł filmowej kradzieży cennego malowidła wpadł też rok wcześniej od naszego reżysera Jannik Johansen, co zaowocowało dość nieszablonowym włamem do jednego ze skandynawskich muzeów, w celu nielegalnego pozyskania obrazu Rembrandta.



Mick (Lars Brygmann) jest nieudacznikiem. Prowadzi życie zatwardziałego kryminalisty, jednak nigdy nie może pochwalić się zawodowymi sukcesami. Za to często musi zostawić swoją partnerkę - byłą gwiazdę porno z powodu kolejnych kilkumiesięcznych odsiadek. Przy wyjściu z więzienia mija przeważnie swojego akurat opuszczającego zakład penitencjarny syna, równie nieporadnego w gangsterce Toma (Jakob Cedergren). Pewnego razu  kuzyn Micka, Jimmy (Nicolas Bro) opowiada im o prostym zleceniu dotyczącym kradzieży pewnego obrazu wiszącego w lokalnym muzeum. Jako że wartość obrazu jest niewielka, a sam obiekt słabo chroniony to wyzwanie wydaje się niezbyt trudne do realizacji. Mick zabiera na akcję kolegę - nałogowego hazardzistę Kennetha (Nikolaj Coster-Waldau) jednak mężczyźnie przez pomyłkę kradną nie ten obraz, co trzeba. Okazuje się jednak, że skradli jedyne znajdujące się w Danii dzieło Rembrandta, warte kilkanaście milionów. Zaczynają więc szukać kogoś, kto odkupi od nich obraz na poszukiwanie którego wyrusza miejscowa policja.


Złodzieje i gangsterzy przeważnie nie sprawiają zbyt miłego wrażenia i nie są osobami, które warto spotkać na swej drodze. Jednak z głównymi postaciami tego filmu jest zupełnie inaczej. Od początku kibicujemy tym fajtłapom, którzy mimo że stoją na bakier z prawem nie są z natury złymi ludźmi. Z bardzo dużą satysfakcją ogląda się ich nieporadne działania oraz słucha historii ich życia.
Warstwa fabularna nie zawsze jest dopracowana do perfekcji i bywają momenty dłużyzn czy spłycenia humoru, jednak ogólnie te 100 minut spędza się szybko i z pewną satysfakcją z seansu. 
Mamy tutaj prawie wszystko co powinno być w filmie tego typu. Dające się lubić, wiarygodne postaci główne, groteskowego gangstera, zdeterminowane służby prawa, ciekawy scenariusz i kilka innych tego typu rzeczy. Szkoda, że nikt nie przygotował do tej pory żadnych napisów do tego filmu, mimo już 12 lat od jego powstania.
Nie jest to broń boże żadne wielkie kino, o którym będzie się mówiło przez lata, jednak warto sobie zobaczyć ten obraz, gdyż to kawałek sympatycznego kina gatunkowego z kraju, gdzie naprawdę potrafią robić solidne filmy. 




czwartek, 26 marca 2015

Duńska patola



Nordvest
Dania 2013
reż. Michael Noer
gatunek: dramat, kryminał

Na wstępie powiem (a w zasadzie napiszę), że lubię współczesne skandynawskie kino. Tamtejsze filmy, zarówno jak pochodzące z tych krajów dzieła literackie mają swój osobliwy klimat i niepodrabialny styl, jakiego ze świecą szukać w innych rejonach świata. Co ciekawe, mimo że kraje skandynawskie uważane są za jedne z najlepszych miejsc do życia, to zarówno filmowcy, jak i pisarze wciąż na tapetę biorą problemy społeczne, które występują w ich ojczyznach. Opisywany film także zmierzy się z problematyczną tematyką.


Tytułowy Nordvest to jedna z najpodlejszych dzielnic duńskiej stolicy. Poznajemy żyjącego w niej osiemnastoletniego Caspra (Gustav Dyekjær Giese). Jako że Casper mieszka w patologicznej dzielnicy i jest pozbawiony perspektyw na przyszłość wiedzie życie typowego przedstawiciela marginesu społecznego - pije, pali, ćpa a w okresie wolnym od tych zajęć trudni się włamami do bogatszych posesji. Pomaga mu przy tym kolega, Robin (Nicholas Westwood Kidd). Skradziony towar odwożą, by sprzedać go za śmieszne pieniądze przywódcy osiedlowego gangu Arabów - Jamalowi (Dulfi Al-Jabouri). W pewnym momencie Casper dostaje zlecenie włamania od bossa miejscowej mafii - porywczego Bjorna (Roland Møller). Po udanej kradzieży Bjorn powierza mu rolę szofera stręczonych przez niego prostytutek. Casper wciąga w pracę dla przestępczego półświatka swego młodszego brata Andy'ego (Oscar Dyekjær Giese). Zmiana pracodawcy nie podoba się jednak Jamalowi i jego sprzymierzeńcom...


Kopenhaga w filmie Noera jawi się jako zupełnie inne miejsce od tego, jakie znamy z pocztówek i przewodników turystycznych. Obcujemy tu z obskurną dzielnicą zamieszkaną przez patologicznych troglodytów. Nordvest jest miejsce, z którego strasznie ciężko wyrwać się do normalnego świata. Dorastanie w środowisku złoczyńców, gangsterów, imigrantów i dresiarzy powoduje całkowite wsiąknięcie do ich świata. Świata parszywego i zdegenerowanego, jednak oferującego możliwość zdobycia łatwych pieniędzy, na które innych szans okazuje się nie być. 
Każda kolejna decyzja bohatera więc jeszcze bardziej pieczętuje jego integralność z całym złem dzielnicy, oraz przybliża go do niezbyt szczęśliwego końca. Nie jest to wszak opowieść z happy endem. Zresztą ciężko się takiej spodziewać, skoro w całym filmie trudno znaleźć coś pozytywnego. 
Niestety mimo swego niezbyt długiego czasu trwania produkcja ta ma momenty przestoju i nudy. Kilka razy wdarła się dłużyzna, przez którą trzeba obniżyć ocenę. Także sama fabuła mimo pewnego uroku jest dość mimo wszystko sztampowa, ma się wrażenie, że gdzieś już to widzieliśmy.
Na pochwałę zasługuje jednak gra aktorska. Zarówno dobrze prezentują się bracia Dyekjær Giese, jak i Møller w roli bossa. Moją sympatię zdobył także goryl Bjorna. Poza tym miło patrzeć na ładne nierządnice (tu nawet wdziera się polski akcent). 
Nie jest to film, który zostawia masę wspomnień z seansu, nie powoduje worka wątpliwości, przez który widz ma kilka nieprzespanych nocy, jednak myślę, że mimo to warto w wolnej chwili poświęcić te półtorej godziny na wizytę w Nordvest. Choćby po to, aby wiedzieć gdzie się nie udawać podczas wizyty w Kopenhadze. 


środa, 11 marca 2015

Mniejsze zło

Druga szansa (En chance til)
Dania 2014
reż. Susanne Bier
gatunek: dramat, thriller, psychologiczny
zdjęcia: Michael Snyman
muzyka: Johan Söderqvist

Wiele filmów, które trafiają obecnie do dystrybucji kinowej to przeładowane akcją i efektami specjalnymi wydmuszki bez większego sensu. Najważniejsze żeby było kolorowo i spektakularnie. Są to produkcje, nie przeczę widowiskowe i wręcz samo się oglądające. Wystarczy mieć oczy, mózg dla współczesnego widza przeważnie nie jest obowiązkowy. O takich filmach szybko się jednak zapomina mając co najwyżej w pamięci kilka kadrów z co bardziej widowiskowymi akcjami lub kultowymi wypowiedziami bohaterów. Są też filmy, które mimo wybuchów, efekciarstwa i milionów wydanych w produkcję potrafią skłonić widza do refleksji, a to co się przed chwilą obejrzało zostaje w nim na długo. Do tego rodzajów filmów zaliczyć mogę najnowszą produkcję pani Bier.


Fabuła koncentruje się na losach policjanta Andreasa (znany przede wszystkim z roli Królobójcy w Grze o Tron Nikolaj Coster-Waldau). Wraz ze swym zawodowym partnerem Simonem (Ulrich Thomsen) udaje się na miejsce zgłoszenia przemocy domowej.  W zapuszczonej melinie spotyka awanturującego się agresywnego frustrata - narkomana Tristana (w tej roli kolejny znany skandynawski aktor Nikolaj Lie Kaas, m.in. Kobieta w klatce czy Zupełnie inne love story), którego Andreas kilka lat temu posadził w więzieniu. W obskurnym mieszkaniu znajdują też pobitą konkubinę mężczyzny (May Andersen), ale także ku swemu zdziwieniu strasznie zaniedbane kilkutygodniowe dziecko tej patologicznej pary. Zamknięte w szafie. Jak się później okaże dziecko nie zostało nigdzie zarejestrowane, jednak nie zabrano go od dysfunkcyjnych rodziców. Andreas oprócz pracę łączy z byciem świeżo upieczonym ojcem. Wraz z żoną Anną (Maria Bonnevie). Pewnej nocy dochodzi do tragedii - dziecko policjanta umiera. Andreas postanawia podmienić swojego martwego syna z dzieckiem Tristana.,,


Autorzy serwują nam tutaj zderzenie światów. Mamy poukładany, otoczony miłością i dostatkiem dom Andreasa oraz obskurną melinę, w której żyje agresywny Tristan wraz ze swoją kochanką Sanne. Gdy w rodzinie Andreasa praktykuje się wspólne spacery i przejażdżki po urokliwych terenach Danii, głównym sposobem spędzania wolnego czasu Tristana i Sanne jest odurzanie się alkoholem i narkotykami. Gdy syn Andreasa zaczyna płakać jest niezwłocznie uspokajany, natomiast za to samo przewinienie biedne dziecko Tristana może co najwyżej trafić do szafy. Reżyserka wraz ze scenarzystą w czasie seansu stawiają pytanie czy można wyrokować, kto okaże się lepszym rodzicem, czy to z jakiego środowiska się pochodzi ma wpływ na dziecko? 
Gdy Andreas podmienia w końcu swojego zmarłego syna na żywego lecz zaniedbanego chłopca bałem się, że autorzy pójdą złą drogą, w której mężczyzna będzie udawał, że to ciągle to samo dziecko, a jego najbliżsi nie zauważą różnicy (wszak wszystkie małe dzieci są podobne do Ryszarda Kalisza, ale jednak jedno do drugiego już mniej). Na szczęście tak się nie dzieje, a dzięki kilku zabiegom fabularnym wszystko niemal idealnie trzyma się kupy.
Mamy do czynienia ze błędnym kołem, w których każda decyzja głównego bohatera powoduje kolejne wydarzenie i efekt domina. Sytuacja niemal jak z greckiej tragedii. 
Słowo należy się też realizacji. Bardzo spodobały mi się zdjęcia do filmu. Niemal każdy kadr po zatrzymaniu mógłby być wycięty i przerobiony na bardzo ładne zdjęcie, które zdobiłoby czyjś pokój. Do tego bardzo dobrze dobrane plenery, a całość dopełniona przez muzykę, której prawie w filmie nie ma, jednak gdy już się pojawia to jest taka, jaka powinna być. Dodając grę aktorską, w której uświadczymy jednych z najlepszych europejskich aktorów naszych czasów daje to razem bardzo dobry rezultat. 
Film ma pewne błędy, scenariusz czasem nie jest spójny jednak polecam każdemu obejrzenie tego filmu. Mnie autorzy kupili swoją produkcją. Duże brawa, bo historia Andreasa zostanie w pamięci na dłużej (co w natłoku oglądanych filmów nie jest wcale takie łatwe).