Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 października 2018

Ciężki dzień

Moo-deom-kka-ji gan-da
Korea Południowa 2014
reż. Seong-hun Kim
gatunek: kryminał, thriller

Chyba każda osoba interesująca się kinem trochę bardziej, niż śledzenie hollywoodzkich superprodukcji trafiła kiedyś na film azjatycki. Wtedy dość prawdopodobne jest natknięcie się na film pochodzący z Korei Południowej. Seans filmu z tego kraju może zakończyć się na dwa sposoby: całkowite odrzucenie kinematografii tego kraju lub rozpoczęcie trudnej miłości lub przynajmniej szorstkiej przyjaźni z tytułami z południowej części Półwyspu Koreańskiego. Sam zaliczyłem się do tej drugiej grupy i wciąż staram się eksplorować te orientalne rejony kina. Z różnym skutkiem lecz z wciąż dużą dawką przyjemności. Bo kino z tego kraju potrafi zaskoczyć jak żadne inne. 


Policyjnego detektywa Geon-soo Go (Seon-gyun Lee) poznajemy w niezbyt szczęśliwych dla niego okolicznościach - mężczyzna zmierza na pogrzeb swojej matki. Jednak śmierć i pochówek rodzicielki to tylko początek jego kłopotów tego dnia - podążając na pogrzeb staje się sprawcą wypadku. Co gorsza niedługo potem ktoś zaczyna go szantażować...


Film Seong-hun Kima tak jak to ma w zwyczaju duża część produkcji południowokoreańskich jest dziełem transgatunkowym, w którym to widoczny jest duży synkretyzm form. Mamy tu częste w Korei połączenie komedii, dramatu, kina akcji i chyba w perspektywie całości najbardziej dominujące elementy kryminału i thrillera. Jeśli ktoś nie lubi mieszania scen śmiesznych, groteskowych z pełnymi napięcia to oznacza, że zdecydowana część popularnego kina z Kraju Spokojnego Poranka jest nie dla niego.
Mnie pechowa historia Geon-soo Go wciągnęła i oglądałem ją z ciekawością starając się ogarnąć i przyswoić wszystkie trudności, których scenarzysta i reżyser w jednym nie szczędzi bohaterowi. Tak jak w podobnych produkcjach z tego kraju trochę nie po drodze było mi z pewnymi przerysowaniami fabularnymi i częściowym brakiem logiki, która gubiła się w zawiłościach fabuły i przerysowanymi scenami akcji. Jednak niestety jest to nieodłączne dobrodziejstwo inwentarza tej kinematografii.
Reżyser Tunelu tworzy kolejne (a właściwie linearnie patrząc ten film jest wcześniejszy) dzieło, które ma równie dużo mocnych stron, co punktów słabszych jednak film wciąga i na pewno jest wart obejrzenia. 


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Antypody strachu

Areszt domowy (Housebound)
Nowa Zelandia 2014
reż. Gerard Johnstone
gatunek: horror, komedia
zdjęcia: Simon Riera
muzyka: Mahuia Bridgman-Cooper

Filmy kręcone w Nowej Zelandii są w naszym kraju dość dobrze znane. Między innymi tolkienowskie trylogie Petera Jacksona Władcy Pierścieni i Hobbita, które były kręcone właśnie na tym krańcu świata. Oprócz tego jednak współczesne kino nowozelandzkie oferuje całkiem niezłą rozrywkę, czego przykładem są filmy Taiki Waititiego (Co robimy w ukryciu czy Hunt for the Wilderpeople). Dlatego też z dużym entuzjazmem podszedłem do opisywanego właśnie filmu z Nowej Zelandii.


Po popełnienia przestępstwa sąd skazuje niepokorną Kylie (Morgana O'Reilly) na areszt domowy. Pod prawnym przymusem musi wrócić do domu swojej matki Miriam (Rima Te Wiata). Kylie nie może dogadać się zarówno z matką, jak i jej nowym partnerem. Co gorsza Miriam uważa, że dom, w którym mieszkają jest nawiedzony...


Filmy z Nowej Zelandii mają swój własny, unikalny styl, w którym specyficzny humor miesza się z równie absurdalnymi, groteskowymi poważniejszymi scenami rodem z tragikomedii. Nie inaczej jest w filmie Johnstone'a, który również jest miksem gatunkowym. Niestety jednak w moim odczuciu niezbyt strawnym. Owszem, mamy tutaj liczne nawiązania do horroru, wszystko jest też polane typowo nowozelandzkim specyficznym klimatem. Jednak kino to nie matematyka. Tutaj 2+2+2 niekoniecznie zawsze musi dać sześć. W tym wypadku jest po prostu zwyczajnie za dużo grzybów w tym barszczu - co scenę mamy inną horrorową kalkę, gdzie oglądamy na przemian mroczne historie wynikające z przeszłości, złowrogich sąsiadów - morderców, nawiedzone pomieszczenia, sceny egzorcyzmów i trzaskające drzwi etc etc. Jest tego po prostu za dużo i człowiek z czasem staje się zmęczony. Sama fabuła,która początkowo wciąga jest przez to po pewnym czasie coraz bardziej marginalna i nużąca. Także kilka dużych nieścisłości i luk w historii sprawia, że widz zaczyna się coraz mniej angażować w nazbyt wydumaną całość. Na domiar złego sytuacji nie ratuje główna bohaterka, która irytuje niemal w każdej scenie. Wiecznie niezadowolona, bufoniasta heroina o wyglądzie młodej, zirytowanej Kayah denerwuje i zwyczajnie nie sposób jej polubić. 
Całość ma pewien oryginalny klimat (o co w sumie trudno biorąc pod uwagę fakt, jak nie oryginalnymi schematami się posługuje) jednak ogólnie można uważać ten film za zawód. Oczekiwałem czegoś lepszego.


niedziela, 11 grudnia 2016

Kosmiczna awantura

Strażnicy galaktyki (Guardians of the Galaxy)
USA 2014
reż. James Gunn
gatunek: akcja, sci-fi

Jak wielokrotnie już wspominałem nie jestem specjalnym miłośnikiem komiksów, ani tym bardziej ekranizacji komiksowych. Jeśli jednak już czasem coś wybieram, są to produkcje ze stajni DC (które oceniam i tak raczej krytycznie), do pstrokatego Marvela mam jakąś psychiczną blokadę. Tak więc po długim czasie marvelowej abstynencji sięgnąłem po wysoko oceniany film z ich uniwersum, gdzie nie ma ani Hulka, ani Spider Mana, ani innych Iron Manów. Czy będzie to dla mnie nowy początek z tym uniwersum?


Peter Quill (Chris Pratt) w dzieciństwie po śmierci matki zostaje porwany przez kosmitów. Po latach, jako łowca wykrada pewien artefakt, którego jak się okazuje pilnie potrzebuje niejaki Ronan (Lee Pace), by zniszczyć kilka światów. W celu zdobycia owego artefaktu wysyła Gamorę (Zoe Saldana), której jednak nie po drodze ze swym mocodawcą. Kobieta w wyniku splotu okoliczności nawiązuje współpracę z Quillem oraz spotkanymi po drodze Draxem (Dave Bautista) i zmutowanym kosmicznym szopem Rocketem (głos Bradleya Coopera) i jego przyjacielem, chodzącym drzewem Grootem. Razem próbują sprzedać artefakt. 


Jak można przeczytać w tym krótkim opisie fabuła nie jest zbyt skomplikowana, i szybko okazuje się, że banda wymoczków będzie zmuszona stawić czoła arcyłotrowi, który realizując kampanijną myśl polityczną Krzysztofa Kononowicza chce doprowadzić do tego, żeby nie było niczego. Gdzie będzie się podziewał, gdy już zniszczy wszechświat chyba ów Ronan się nie zastanawiał. Rozumiem jednak, że mamy do czynienia z ekranizacją podrzędnego komiksu, który ma zaspokoić rozrywkowe potrzeby amerykańskiej młodzieży, więc na jakąś logiczną i skomplikowaną intrygę nie ma co liczyć. Zresztą przecież scenariuszem nie zajmował się ani Lem, ani Dick, ani nawet Dukaj. Jeśli wyłączy się całkowicie myślenie to mamy do czynienia z pewną porcją lekkiej rozrywki (choć naukowcy wyliczyli, że w filmie tym ginie najwięcej osób w historii kina, więc jak na produkcję dla dzieci, to jednak trochę dziwne. W Reksiu czy Kreciku skierowanej do podobnej grupy docelowej nikt nie ginął, a jakoś dało się oglądać). Na pewno na plus zaliczyć można dwójkę najdziwniejszych bohaterów, czyli zgryźliwego szopa i zmutowane drzewo. Postaci te są sympatyczne i dobrze zrealizowane. Czego nie można powiedzieć o nijakiej Gamorze i wielu jej pokolorowanych na różne kolory tęczy kosmicznych pobratymcach. Ich realizacja przypomniała mi film porno ze Smerfami, podobny rozmach wykonania. Do tego charakterologicznie Gamora jest po prostu nijaka, już lepiej wypada debilowaty Drax. Dobrze wypada też Pratt, którego chętnie obejrzałbym wreszcie w czymś innym, niż komercyjne kino rozrywkowe. 
Jak w innych filmach Marvela jest oczojebnie, kolorowo i pstrokato. Ogólnie pasuje do klimatu całości, który trochę przypominał mi świat Starcrafta 2 (co jest na plus), jednak z tymi radosnymi kolorami trochę przegięto. Cóż, generalnie więc jestem daleki od zachwytu i nie kupuję aż tak wysokich ocen dla tego filmu, jednak w sumie jako zapychacz czasu sprawdza się on całkiem dobrze. Myślę, że chętnie obejrzę zapowiedzianą drugą część, chociaż też raczej jako guilty pleasure, niż coś, na co czekam z niecierpliwością oczekując najlepszego filmu roku. A do przekonania się do Marvela został mi już chyba tylko Deadpool.




czwartek, 8 grudnia 2016

Pożegnanie ze Śródziemiem

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (The Hobbit: The Battle of the Five Armies)
USA, Nowa Zelandia 2014
reż. Peter Jackson
gatunek: fantasy, przygodowy

Kiedy Peter Jackson zekranizował trylogię Władcy Pierścieni świat ogarnął wielki szał na Tolkiena, zarówno w jego książkowym, jak i filmowym wydaniu. Wreszcie powstało kompletne kinowe widowisko fantasy, wzorowane na prekursorskiej książce. Co ważne nareszcie efekty specjalne były w stanie oddać nam w pełni bogaty fantastyczny świat. Dlatego ludzie zakochali się w Śródziemiu, i zakochałem się i ja, oglądałem filmową trylogię wiele razy. Dlatego, gdy usłyszałem, że Jackson przymierza się do ekranizacji wcześniejszego Hobbita byłem zachwycony. Potem niestety przyszło do obejrzenia pierwszej części, i entuzjazm opadł...


Siejący spustoszenie smok Smaug zostaje pokonany przez Barda (Luke Evans), a krasnoludy pod wodzą Throina (Richard Armitage) zajmują górę. Bogactwa tam znalezione wpływają negatywnie na przywódcę krasnoludów, który zamyka się w ufortyfikowanej twierdzy. Jednak ludzie i elfy też chcą część pozostałej po smoku fortuny. Co gorsza, do miejsca konfliktu zbliża się też armia orków...


Pierwszym, i być może największym błędem producentów było to, że niczym Smaug owładnięci rządzą pieniądza zdecydowali się zrobić z krótkiej dwustu stronicowej książki dla dzieci trzy filmy, które razem trwają koło siedmiu godzin. Zamiast skondensowanej historii, którą można opowiedzieć w sprawny sposób w trochę ponad dwie godziny dostajemy trzy wleczące się, sztucznie wydłużone opowieści będące wariacją połączenia adaptowanej książki, kilku innych opowieści zaczerpniętych z Tolkiena i nadpisanie całości postaciami znanymi z Władcy Pierścieni (jak na przykład Orlando Bloom powracający jako Legolas). Dopisane zostały też przygody Gandalfa, który w książce po prostu znikał, tutaj zaś musimy oglądać poczynania postaci, w którą wciela się Ian McKellen. W tej mnogości wątków i postaci ucieka gdzieś wątek tytułowego hobbita Bilba Bagginsa, granego przez Martina Freemana. W trzeciej części jest już on tylko tłem do tej papki wszystkiego. 
Niestety oprócz kulejącej fabuły niedomagają też efekty specjalne. Nie wiem czemu, ale te z Władcy Pierścieni stały moim zdaniem na wiele lepszym poziomie. Tutaj mamy zaś jakiś marny erzac i tyle. Naprawdę chciałem przenieść się jeszcze raz do pięknego, magicznego świata Śródziemia, sądząc, że lżejszy tematycznie Hobbit pozwoli przeżyć kolejną niezapomnianą przygodę. Niestety tak się nie stało. Zaczęło się średnio, a każda kolejna część przygód krasnoludów i Bilba była już tylko gorsza. Szkoda.





wtorek, 22 listopada 2016

Odyseja kosmiczna

Interstellar
USA, Kanada, Wielka Brytania 2014
reż. Christopher Nolan
gatunek: science-fiction

Christopher Nolan to istny Midas współczesnej hollywoodzkiej kinematografii. Wydawać by się mogło, że wszystko, co dotknie zmienia się w filmowe złoto - nie tylko to kasowe wyrażane w milionach dolarów pozostawionych w kinie przez widzów, ale i to wyrażane w nagrodach filmowych. Autor trylogii Batmana, Memento czy Incepcji moim zdaniem nawet jeśli zawsze znosi tylko złote jaja, to nie wszystkie z nich są nadzwyczaj strawne. A jak więc jest z opisywanym filmem?


W niedalekiej przyszłości Ziemi grozi zagłada. Większość instytucji publicznych zwija się, a ludzkość przeżywa wielki regres cywilizacyjny oczekując marnego końca. Były pilot jednostek kosmicznych, Cooper (Matthew McConaughey) przypadkowo odnajduje tajny ośrodek NASA, w którym przygotowuje się plan ewakuacji Ziemian na inną, zdatną do zamieszkania planetę. Mężczyzna zostaje przekonany przez nadzorującego program profesora Branda (Michael Caine), by pilotował on kosmiczną ekspedycję. Cooper udaje się więc w kosmos, między innymi wraz z córką profesora (Anne Hathaway). Tymczasem na Ziemi zostaje jego córka, Murph (Mackenzie Foy i Jessica Chastain)... 


Nie chcę tego filmu oceniać pod względem naukowym, gdyż na temat fizyki teoretycznej kwantowej czy jakiejkolwiek innej mam tyle pojęcia, co Neandertalczycy o trójpolówce. Z trudem przeczytałem pół Krótkiej historii czasu Hawkinga, z czego zrozumiałem może 1/5, tak więc musiałbym być bardzo zarozumiałym ignorantem, żeby stawiać się w pozycji wiedzącego lepiej, niż autorzy, których konsultantem był sam Kip Thorne, czyli ekspert od m.in. teorii tuneli czasoprzestrzennych. Czytając jednak naukowe teorie w odniesieniu do filmu eksperci twierdzą, że część z nich jest przedstawiona okej, część zaś jest tylko pseudonaukowym bełkotem na potrzeby filmu. Jednak chyba widzowie są w stanie wybaczyć to, gdyż jeśli chciałoby się oglądać tylko 100% realne filmy wybrałoby się te, o facecie w łódce (np. Śmierć w Wenecji) niż o facecie w statku kosmicznym poruszającym się po wszechświecie za pomocą dziur czasoprzestrzennych. 
Bardziej jednak razi mnie w tym filmie niekonsekwencja w działaniach jak najbardziej rzeczywistych, tych typowo ludzkich. Takich, jak na przykład wiele nieścisłości i głupich zachowań bohaterów: dla przykładu Cooper zjawiający się w tajnej bazie dostaje bez przeszkolenia ważną misję mającą uratować gatunek. Nie spojlerując napiszę tylko, że takich głupich rzeczy jest więcej. 
Wizualnie film stoi na naprawdę dobrym poziomie, efekty specjalne stworzone są fachowo (doczekały się Oscara), wszystko wygląda bardzo profesjonalnie i pasuje do podgatunku space opery. Także aktorsko produkcji nie można nic zarzucić, szczególnie zaś jestem pod wrażeniem dobrej roli młodej Foy. Chociaż uważam, że Hathaway nie została obsadzona zbyt trafnie, aktorka ta niezbyt pasuje mi do takiej roli. 
Fabularnie zaś jestem różnie. Sam wątek podróży i naukowej otoczki jest okej, chociaż autorzy niezbyt wiedzą czy chcą być bardziej science czy jednak fiction jednak te płaczliwe monologi i dylematy bohaterów są frustrujące. Film wydaje się być też odrobinę za długi. 2:50 godz to dużo, myślę, że 2:30 by w zupełności wystarczyło. 
Reasumując film ten jest imponujący w sferze wizualnej, próbuje być inteligentnym kosmiczną fantastyką (chociaż klimatem klaustrofobicznej podróży na statku nie dorasta do pięt Obcemu), w dość przystępny i atrakcyjny sposób pokazujący widzowi niektóre teorie naukowe. Jest tu jednak też sporo nieścisłości, zbyt dużo dłużyzn i przynudzających scen. Tak więc jest przyzwoicie, jednak szału nie ma. 





czwartek, 17 listopada 2016

Make Greece Great Again

300: Początek imperium (300: Rise of an Empire)
USA 2014
reż. Noam Murro
gatunek: akcja 

Gdy dekadę temu Zack Snyder wziął się za 300, czyli ekranizację cieszącego się sukcesem komiksu Franka Millera z miejsca film stał się hitem, który jest mile wspominany do dzisiaj. Było to coś nowego w kinie, film może dość prosty w treści ale innowacyjny w formie i narracji. Komiksowy film Snydera spodobał się więc wielu i nic dziwnego, że doczekał się kontynuacji będącej adaptacją innego komiksu Millera, Xerxesa. Aż dziw, że trzeba było czekać na niego aż 8 długich lat. 


Chcąc zrealizować marzenie ojca, władca Persji Kserkses (Rodrigo Santoro) wysyła ogromną armię, by ta podbiła Grecję. Na jej czele stoi Greczynka Artemizja (Eva Green). Grecki wódz Temistokles (Sullivan Stapleton) chce zjednoczyć wszystkie polis, by stawić czoło najeźdźcy. Próbuje też zdobyć przychylność władczyni Sparty, Gorgo (Lena Headey).


Zawsze uważałem, że język angielski w filmach umiejscowionych w czasach antycznych brzmi co najmniej śmiesznie i jest w ogóle nie na miejscu. Dlatego chylę czoła przed Melem Gibsonem, który w swoich filmach wyżyłował aktorów tak, by ci mówili łaciną,po aramejsku czy nawet w językach indiańskich. Tutaj jednak, jak w 99% przypadków autorzy poszli na łatwiznę i postaci przemawiają o dumie, honorze i wolności nowoczesną angielszczyzną (z naleciałościami amerykańskimi). Cóż, w naszym Quo Vadis Neron też zamiast kwiecistą łaciną posługiwał się językiem Słowackiego, więc można uznać, że to żadna wada. Chociaż klimatu filmowi odbiera. Gorzej jednak, jeśli te angielskie przemowy wygłaszane są przez kilku ubranych w prześcieradła hollywoodzkich aktorów, którzy prężą swe muskularne klaty na tle nieschodzącego z planu green screenu. Chyba cały film powstał w oparciu o CGI, i to CGI wyglądającym dość biednie i niestety wtórnie, gdyż większość scen wyglądało jak żywcem przeniesione z 300 Snydera. Monotonia i wtórność to znak rozpoznawczy filmu, który nie przykuwa do ekranu ani miodnymi efektami, ani ciekawymi postaciami, ani tym bardziej fabułą. Jeśli akurat nie ma utrzymanej w powolnych kadrach jatki to bohaterowie wygłaszają banalne tyrady o powinnościach Greka, umiłowaniu demokracji etc., a wszystko to w naprawdę językiem drętwym i pozbawionym odrobiny ikry i polotu. Do tego to ciągłe stosowanie slow motion woła o pomstę do nieba. Ileż można! Gdyby nakręcono ten film bez tego zbędnego pseudoefekciarstwa byłby on o 1/3 krótszy. Niestety nawet jędrne cyce Evy Green nie obroniły tej produkcji. Dla pamięci starych, dobrych 300 byłoby lepiej, gdyby kontynuacja jednak nigdy nie powstała. 




sobota, 8 października 2016

Ekstremalna opieka

Wszystko zostanie w rodzinie 1/2 (Babysitting)
Francja 2014
reż. Nicolas Benamou, Philippe Lacheau
gatunek: komedia 


Bardzo rzadko kiedy oglądam film będący kontynuacją przed seansem chronologicznie pierwszej części. W przypadku tego filmu zrobiłem wyjątek, gdyż Wszystko zostanie w rodzinie obejrzałem w zeszłym miesiącu. Druga część była emitowana w polskich kinach, pierwsza zaś niedawno ukazała się tylko na DVD za sprawą popularności kinowej kontynuacji, skąd też ten dziwaczny polski tytuł. A jak wypadł sam film? O tym krótko poniżej. 


Franck (Philippe Lecheau) pracuje w wydawnictwie komiksowym pana Schaudela (Gérard Jugnot). Chce się przypodobać szefowi, by pokazać mu swoje własne prace. Ten jednak zanim spojrzy na rysunki Francka powierza mu weekendową opiekę nad swoim synem, Remim (Enzo Tomasini). Jako że w ten sam dzień Franck świętuje 30. urodziny do domu jego szefa przybywają przyjaciele solenizanta Sam (Tarek Boudali) i Alex (Julien Arruti). Na miejscu organizują szaloną imprezę, na którą zapraszają między innymi Sonię (Alice David).


Napisałbym, że dostajemy w tym filmie więcej tego samego, co we Wszystko zostanie w rodzinie gdyby nie fakt, że opisywany właśnie film powstał dwa lata wcześniej, a więc w praktyce ten film był wcześniej i nic nie powielał. Pomysł na sukces jest prosty - krótki film pełen absurdalnych sytuacji, gdzie akcja goni akcję i nie ma chwili nudy. Jest to tak jak w przypadku kontynuacji świetna pozycja na niezobowiązujący weekendowy wieczór, gdy można się pośmiać z sympatycznych i nieporadnych bohaterów, a potem szybko o filmie zapomnieć. Jest to po prostu duża, skondensowana dawka rozrywki, która nie obciąży nawet najmniejszego rozumu. Osobiście uważam, że druga część była bardziej udana, jednak może gdybym obejrzał najpierw tą część myślałbym odwrotnie. Jako film na relaksacyjny wieczór, można. 




wtorek, 4 października 2016

Polowanie

Marsylski łącznik (La French)
Francja, Belgia 2014
reż. Cédric Jimenez
gatunek: kryminał


W 1971 roku powstał film, który zrewolucjonizował i na zredefiniował ogląd na nowoczesne kino z pogranicza kryminału i akcji. Tym filmem był oparty na faktach Francuski łącznik w reżyserii Williama Friedkina. Ponad cztery dekady po hollywoodzkim hicie, który zebrał przed laty oscarowe żniwo (pięć statuetek) Francuzi postanowili ukazać całość wydarzeń widzianych z ich perspektywy. 


Marsylia, lata 70. ubiegłego wieku. Nowym sędziom zajmującym się sprawami handlowaniem narkotyków zostaje oddelegowany z wydziału ds. nieletnich młody Pierre Michel (Jean Dujardin). Jego najważniejszym zadaniem będzie udowodnienie zbrodniczego procederu gangsterowi podejrzewanemu o pełnienie wiodącej roli w handlu narkotykami, Gaëtanowi Zampie (Gilles Lellouche).


Wspomniany na początku legendarny już Francuski łącznik (którego muszę sobie swoją drogą odświeżyć) koncentrował się na przechwyceniu jednego ładunku narkotyków, film Jimeneza natomiast ukazuje wydarzenia dziejące się w Marsylii w znacznie szerszej perspektywie odsłaniając widzom próby walki z przestępczym procederem na przestrzeni lat. 
Świetnie pokazano Marsylię sprzed trzech - czterech dekad. Zarówno trochę vintage'owe kadry, kostiumy czy rekwizyty - wszystko wygląda tu świetnie. Do tego zatrudnienie świetnie pasujących do realiów tamtych czasów dwóch znanych francuskich aktorów, którzy swoim stylem i bez charakteryzacji pasują jak ulał do okresu, w którym toczy się akcja. Za to należą się brawa.
Film ten koncentruje się na dwóch przeciwstawnych osobowościach żyjących w przeszłości, których wbrew pozorom bardzo dużo do siebie upodabnia. Ich trwające latami starcie ogląda się trochę podobnie do rywalizacji Roberta de Niro z Alem Pacino w Gorączce Michaela Manna. Autorzy rezygnują tutaj z epatowania brutalnością i strzelaninami (które mają owszem miejsce, jednak nie są główną osią fabuły) na rzecz pokazanie antagonistów pod kątem psychologicznym oraz ukazanie ich codzienności. Wraz z Michelem od początku filmu znamy winnego, jednak z braku dowodów musimy czekać na otworzenie furtki umożliwiającej jego przyłapanie. 
Film z powodu swego raczej wątłego tempa i nastawienie na dialogi toczone w pomieszczeniach nie będzie zapewne stanowił pozycji obowiązkowej dla wszystkich, jednak ze względu na bardzo dobry klimat potęgowany też poprzez świetnie dobraną muzykę jest to pozycja warta obejrzenia. Ten film pokazuje, że może Francuzi doczekali się następców Melville'a. 





środa, 21 września 2016

W świecie kobiet

Spódnice w górę! (Sous les jupes des filles)
Francja 2014
reż. Audrey Dana
gatunek: komedia

Gdy zostaje wydany film tak zwany kumpelski, gdzie fabuła oscyluje między pijącymi alkohol mężczyznami, którzy w przerwie między piciem opowiadają o seksie lub go uprawiają często można się spotkać z feministycznymi opiniami, mówiącymi, że film jest seksistowski i obraża oraz uprzedmiotawia kobiety. Natomiast, gdy mamy do czynienia z analogiczną sytuacją, w której to kobiety piją oraz snują erotyczne fantazje opinie jest są już całkiem inne: można przeczytać o emancypacji kobiet oraz odwadze i wyzwoleniu. Nasuwa się pytanie: gdzie tu sprawiedliwość?


Poznajemy i śledzimy losy kilku Paryżanek w średnim wieku (w tych rolach: Isabelle Adjani, Vanessa Paradis, Audrey Dana, Géraldine Nakache, Julie Ferrier, Laetitia Casta, Marina Hands, Alice Taglioni). Każda z nich boryka się z różnymi problemami, takim jak samotność, zdrady, wypalenie zawodowe czy niepowodzenia erotyczne.


Myślałem, że filmy o przygodach niejakiej Bridget Jones są wyznacznikiem żenady. Niestety moja percepcja zmieniła się, gdy obejrzałem ten film. Przy nim Testosteron i Lejdis mogą uchodzić za przykłady subtelności i kandydatów do głównego konkursu festiwalu w Cannes. Opisywany film nie dość, że jest pozbawiony niemal fabuły (całość to zbiór kalek z podobnych produkcji klasy C), jest źle zagrany i pozbawiony jakiegokolwiek humoru (a teoretycznie to komedia). Ponoć zagrały tu najlepsze francuskie aktorki, jednak nie widać tu popisów warsztatowych, a raczej kompromitujący wpis do aktorskiego CV pań. Ciężko pisać o tym filmie, równie ciężko, jak go oglądać. Dlatego też najlepiej po prostu go nie oglądać, omijać szerokim łukiem miejsca, gdzie można to zobaczyć. Szkoda czasu i zdrowia.


poniedziałek, 19 września 2016

Tożsamość

Samba
Francja 2014
reż. Olivier Nakache, Eric Toledano
gatunek: dramat


Opisywany właśnie film kusi ze swej okładki napisem: Nowy przebój twórców 'Nietykalnych'. Co drugi film z ostatnich lat pochodzący z Francji nawiązuje do owych Nietykalnych, porównując się do tej produkcji popularnością, twórcami, aktorami czy też tematyką lub konwencją. To trochę, jak z masą książek w empikach, które ze swych okładek krzyczą Nowa 'Gra o Tron', choć do oryginału nawet nie dorastają. Sam Nietykalnych jeszcze nie widziałem, ale skoro tyle filmów się do nich porównuje chyba będzie trzeba w przyszłości to nadrobić. 


Korzystając z urlopu w pracy Alice (Charlotte Gainsbourg) podejmuje się roli wolontariuszki pomagającej mniej lub więcej legalnym imigrantom. Wraz z Manu (Izïa Higelin) spotykają w więzieniu dla imigrantów Sambę (Omar Sy), Senegalczyka, który mimo 10 lat spędzonych we Francji nie może przebywać na jej terytorium legalnie. Alice stara się uratować mężczyznę przed przymusową deportacją. 


Jakiś czas temu oglądałem i opisywałem inny francuski film poświęcony tematowi imigrantów, nagrodzonych w Cannes Imigrantów Audiarda. Mimo zbliżonej tematyki filmy te są zupełnie różnymi produkcjami, które też wypadają zdecydowanie inaczej w odbiorze. Dzieło twórcy Proroka jest ciężkie i depresyjne, zaś film autorów Nietykalnych pomimo uderzania w poważniejsze tonu broni się pewną lekkością i częstym humorem (tutaj świetnie sprawdza się w swej roli Tahar Rahim). Także to, co dodaje jakości Sambie to właśnie aktorstwo na wysokim poziomie, którego siłą rzeczy zabrakło w naturalistycznym filmie Audiarda. Omar Sy, Tahar Rahim czy przede wszystkim Gainsbourg to już wyrobione marki nie tylko na skalę europejską, a światową. Ta ostatnia w tym filmie wreszcie spełnia fantazje swej bohaterki z Nimfomanki i udaje jej się spędzić noc z czarnoskórym zaś jej oraz Omara Sy gra aktorska sprawia, że potrafimy wczuć się w film i uwierzyć w motywację i realność postaci. Widać też chemię między głównymi bohaterami, co jest w filmie bardzo ważne. Także sama warstwa edukacyjna produkcji została pokazana bardzo uczciwie - widzimy ciężko pracujących nielegalnych imigrantów, którzy często (prawie zawsze) muszą podejmować się najgorszych robót pod kolejnymi już fikcyjnymi nazwiskami, z kupionymi za duże pieniądze podrobionymi kartami pobytu, narażając się na policyjne naloty i w rezultacie deportacje. Autorzy serwują nam próbę przeniknięcia w bardzo nieszczęsne życie imigrantów z różnych stron świata, których we Francji jest bardzo wielu. I bez podnoszenia kwestii problematyki związanej z terroryzmem można opowiedzieć o nich jak widać ciekawą historię. Bardzo dobry, działający na wyobraźnię europejski film, który poza przystępnym walorem edukacyjnym niesie za sobą jakość techniczną i fabularną. Polecam.





sobota, 10 września 2016

Master and servant

Duke of Burgundy. Reguły pożądania (The Duke of Burgundy)
Wielka Brytania 2014
reż. Peter Strickland
gatunek: dramat, psychologiczny 

Duke of Burgundy to anglojęzyczna nazwa motyla o łacińskiej nazwie Hamearis lucina w Polsce zaś znanego, jako wielena plamowstęg. Nie znam etymologii nazwy tego występującego niemal w całej Europie owada, dlatego nie mogę powiedzieć dlaczego Anglicy nazwali go Księciem Burgundii, zaś w naszym kraju ma taką dziwną nazwę.W każdym razie posłużył on za tytuł opisywanego właśnie filmu o intymnych przeżyciach badaczki motyli.


Poznajemy historię badaczki motyli Cynthii (Sidse Babett Knudsen) oraz jej relacji z młodszą od siebie Evelyn (Chiara D'Anna). W pierwszej scenie obserwujemy przybycie Evelyn do domu Cynthii. Obserwujemy, jak młodsza z kobiet usługuje starszej, jest przez nią rugana, zaś na samym końcu przez nią ukarana (przez pissing). Jak się szybko okazuje prawdziwe oblicze ich relacji jest diametralnie różne.


Od dawna chciałem obejrzeć ten film i to mimo relatywnie niskich ocen zarówno od widzów, jak i zajmujących się ocenianiem filmów bardziej profesjonalnie. Mam tak, że żadne słowa nie są mnie w stanie zachęcić lub zniechęcić do filmu, gdyż z gustem (a szczególnie w odniesieniu do dziesiątej muzy) jest tak, że przeżycia i opinie innych mogą być diametralnie różne od mojej własnej. Dlatego też czytając branżową prasę staram się przewertować wszystko, prócz recenzji (te dopiero po seansie opisywanego filmu - przeważnie zaś moje odczucia są zupełnie inne od tych recenzentów). Także dałem szansę i temu średnio ocenianemu filmowi i ... moja ocena jest jeszcze niższa niż ta statystyczna, oparta na 2300 głosów użytkowników Filmwebu czy jeszcze wyższa średnia z IMDb, która obejmuje niemal 7500 głosów. 
Może po prostu nie jestem przekonany do tego typu filmów, które swoje oczywiste braki chcą chować za filarami artyzmu (lub w tym przypadku pseudoartyzmu). Nic mnie tak nie razi jak bezsensowne sceny wyrwane z kontekstu wrzucone jako przerywnik od właściwej akcji, które to mają pokazać jaki to górnolotny film właśnie oglądamy. Tutaj mamy więc na przykład kilka scen z przybliżeniami motyli, zarówno pojedynczych osobników, jak i całego roju (można dostać epilepsji!). To przebiło nawet (nie)sławną scenę z pokazem penisów w Nimfomance.
Także warstwa fabularna bardzo szwankuje. Film jest senny i w sumie nic się w nim nie dzieje. Sceny, które mają szokować ogląda się bez większych emocji czekając, aż wreszcie ujrzy się napisy końcowe. Samo odgrywanie poszczególnych ról wypływa w fabule bardzo szybko i potem już nic ciekawego czy zaskakującego się nie dzieje. Oglądamy próby przystosowania się i narzucenia swojej woli przez bohaterkę, która kieruje się miłością do drugiej z kobiet. Czy ta miłość jest odwzajemniona? Jeśli tak, to jak to się wyraża? I jaka jest cena tej miłości? Takie pytania mogłyby płynąć z tego filmu. I w sumie płynąć próbują, jednak robią to na tyle dobrze zakamuflowane, że widz często nie zdaje sobie z nich sprawy. Pomysł na film bardzo dobry, jednak jego wykonanie to całkiem spore rozczarowanie.  




niedziela, 4 września 2016

Synowi na ratunek

Jak Bóg da (Se Dio Vuole)
Włochy 2014
reż. Edoardo Maria Falcone
gatunek: komedia

Z okazji otwarcia w ten weekend nowej sali w lokalnym kinie studyjnym postanowiłem ją jak najszybciej odwiedzić i zobaczyć, jak ogląda się w niej filmy. Weekendowy repertuar przewidywał kilka filmów, które wyświetlane będą w tej sali. Jako że nie miałem ochoty na ckliwe melodramaty postanowiłem wybrać się (choć z pewnymi obawami, o czym więcej za chwilę) na europejską komedię. I oto kilka zdań o moich wrażeniach. 


Kardiochirurg Tomasso (Marco Giallini) prowadzi ustabilizowane życie wraz ze swoją żoną Carlą (Laura Morante), studiującym medycynę synem Andreą (Enrico Oetiker) i mieszkającą nieopodal córką Biancą (Ilaria Spada) oraz jej mężem (Edoardo Pesce). Zauważa jednak dziwne zachowanie syna. Gdy Andrea mówi, że ma zamiar coś zakomunikować rodzinie Tomasso zaczyna podejrzewać, że ten syn jest gejem. Prawda jest dla lekarza znacznie gorsza, gdyż...syn wyznaje, że chce zostać księdzem. Tomasso szybko odnajduje odpowiedzialnego za decyzję syna ojca Pietra (Alessandro Gassman).


Trochę bałem się tego filmu. Oczekiwałem po nim czegoś na wzór propagandowej serii Bóg nie umarł, którego nie mogłem dokończyć pod wpływem płynących tam treści. Czytając opis właśnie komentowanego filmu, gdzie zestawiało się ojca ateistę, syna dążącego zostać księdzem i jego mentora - szałowego ojczulka to jakoś od razu zapaliła mi się lampka z ostrzegawczym sygnałem - 'Uwaga, agitka'. Jednak poszedłem na ten film i obejrzałem...naprawdę fajną, europejską komedię, która nie moralizowała, nie wskazywała co jest dobre, a co złe oraz w lekki sposób doprowadzała w regularnych odstępach mnie i resztę sali do spontanicznego śmiechu z sytuacji i dialogów, które były ukazane w filmie. Szkoda, że w gatunku tego typu komedii już wszystko chyba wymyślono i film Falcone to po prostu zbiór kilku pierwszorzędnych komediowych pomysłów, jednak te wszystkie stereotypy wypadają tu nadzwyczaj dobrze. Dobrze wypada też sam przekaz, który nie mówi 'Jak nie będziesz z nami to pójdziesz do piekła', a raczej 'Nie ważne czy i w co wierzysz, bądź po prostu przyzwoitym człowiekiem'. To mnie kupiło. Także obserwowanie perypetii bohaterów filmu dostarcza wiele emocji, a krótki metraż filmu (niecałe 90 minut) sprawia, że ciągle coś się dzieje, nie ma czasu na nudę. Takie komedie lubię - jest dużo okazji do niewymuszonego uśmiechu, jest trochę czasu na refleksję, nie ma wpajania ideologii, a humor jest przystępny i lekki, bez masy znanych z amerykańskich filmów wulgarnych i ciągle powtarzających się (pseudo)żartów o seksie i pierdzeniu. Nie spodziewałem się tego po filmie, gdzie głównym bohaterem jest ksiądz ale to najlepsza komedia, jaką obejrzałem w tym roku. Więc co mogę powiedzieć? Idźcie i oglądajcie. 




wtorek, 30 sierpnia 2016

Dwa światy

Jak zostać Baskiem ( Ocho apellidos vascos)
Hiszpania 2014
reż. Emilio Martínez Lázaro
gatunek: komedia

Baskowie są narodem zamieszkującym tereny nad Zatoką Baskijską na pograniczu hiszpańsko - francuskim. Na terytorium Hiszpanii żyje ich około dwóch i pół miliona. Jako narodowość nie posiadająca własnego państwa Baskowie od lat domagają się jego utworzenia. Dzięki dążeniom polityków i licznym aktom terroru uzyskali od Hiszpanii autonomię. W Kraju Basków właśnie rozgrywać się będzie większość filmu.


Podczas swojego pobytu w Sewilli baskijka Amaia (Clara Lago) przypadkowo poznaje Rafę (Dani Rovira). Mężczyzna zauroczony dziewczyną postanawia pojechać do Kraju Basków, by ją odnaleźć. Tam na skutek zbiegu okoliczności będzie zmuszony udawać jej baskijskiego narzeczonego przed ojcem Amai, konserwatywnym Kordem (Karra Elejalde). Pomoże mu w tym poznana wcześniej Merche (Carmen Machi), 


Na pewno najbardziej zabawny i zrozumiały film ten jest dla jego głównych odbiorców, czyli Hiszpanów i Basków. Polski widz oczywiście dość szybko połapie się w podstawach stereotypów i konfliktów widocznych na ekranie jednak chyba nigdy nie będzie mógł w stu procentach utożsamiać się z zaistniałą sytuacją. Może dlatego, że jesteśmy jednolitym narodem i nawet sytuacja pewnego zacietrzewienia między Ślązakami a Zagłębiem (wspomaganym przez Warszawę) nie odda nawet części sytuacji pomiędzy Hiszpanią a Baskami. Chyba też dlatego film ten nawet nie doczekał sie dystrybucji w naszym kraju. 
Filmów komediowych, które odnoszą się do stereotypów regionalnych w obrębie państwa było w Europie ostatnimi czasy całkiem sporo. Żeby wspomnieć chociaż francuskie Jeszcze dalej niż północ czy Niech żyje Francja!. Autorzy opisywanego filmu więc też nie odkrywają Ameryki ani nie wymyślają koła na nowo tylko kroczą wydeptaną już dawno ścieżką. Także w warstwie fabularnej dostajemy przetartą dawno klisze i chyba od pierwszej sceny domyślamy się o co w filmie chodzi i jak się on zakończy. Jednak mimo to (a może nawet dlatego) ogląda się tę produkcję bardzo dobrze. Tak po prostu po ludzku jest sympatycznie, lekko zabawnie i miło. Może to ze względu na piękną baskijską lokalizację, może dzięki dającej się lubić czwórce głównych bohaterów a może z innych względów nie mogę skrytykować tego filmu. Naprawdę dobrze czułem się oglądając poczynania Rafy, Amai i Koda. Myślę, że mogę z czystym sercem polecić to każdemu. Niedawno wyszła kontynuacja tego filmu i myślę, że kiedyś wrócę do tych sympatycznych bohaterów. 





czwartek, 30 czerwca 2016

Wśród wariatów

Obłąkani (Eliza Graves)
USA 2014
reż. Brad Anderson
gatunek: thriller 

Trwająca niemal 65 lat, od 1837 do 1901 roku epoka wiktoriańska to jeden z wdzięczniejszych okresów do osadzenia filmu lub książki. Czasy rewolucji przemysłowej i szczyt brytyjskiej hegemonii imperialnej powodują, że lata te były niewątpliwie ciekawe i warte uwagi. Pomysł zaś, by akcję umieścić w szpitalu psychiatrycznym pod koniec panowania królowej Wiktorii to natomiast kolejne zdawać by się mogło dobre posunięcie. Ale czy 1+1 w filmie zawsze daje 2? Produkcja Brada Andersona pokazuje, że niekoniecznie. 


Absolwent psychiatrii z Oxfodu, Edward Newgate (Jim Sturgess) przybywa na praktyki lekarskie do położonego na uboczu szpitala psychiatrycznego dowodzonego przez doktora Lamba (Ben Kingsley) i jego pomocnika Mickeya Finna (w tej roli znany z Harry'ego Pottera David Thewlis). Uwagę Newgate przyciąga jedna z pacjentek, Eliza Graves (Kate Beckinsale). Edward wkrótce po przybyciu dokonuje zaskakującego odkrycia - znajduje zamkniętą w lochach prawdziwych pracowników szpitala z dyrektorem Saltem (Michael Caine) na czele. Okazuje się, że placówka opanowana jest przez chorych psychicznie...


Pierwsze, co mnie w tym filmie zdziwiło to rzecz dość drugorzędna ale jednak niezrozumiała. Sprawa tytułu w tym filmie i jego polskiego tłumaczenia jest dla mnie dość dziwna. Po pierwsze sama Eliza Graves nie odgrywa specjalnie wielkiej roli w tej produkcji i nie wiem dlaczego w oryginale postanowiono jej imieniem i nazwiskiem nazwać cały film. Po drugie zaś, tu pytanie do polskich dystrybutorów - gdzie znaleźli tłumaczy, którzy Eliza Graves przetłumaczyli na Obłąkanych?Wyszedł z tego pretensjonalny tytuł właściwy bardziej do horroru klasy C niż czegoś poważniejszego. Chociaż akurat patrząc na fabułę filmu Andersona trzeba przyznać, że zbyt poważnie brać Obłąkanch nie ma co.
Ciekawi mnie za to fakt, że producenci tego filmu zadbali o całkiem dobrego reżysera i naprawdę niezłą grupę aktorów z Kinsleyem, Cainem, Thewlisem czy Gleesonem w mniej lub większych rolach? I nazwiska te powinny gwarantować dobrą produkcję, jednak chyba zatrudnienie bardzo średniego (optymistycznie patrząc) scenarzysty Joe Gangemiego (Znacie jego wcześniejsze dokonania Mroźny wiatr czy Oblicza strachu? Ja też nie.). Płytki scenariusz tego filmu skutecznie zabija jego plusy powodując, że całościowo mamy co najwyżej przeciętny film, jakich wiele. Zakończenia domyśliłem się w 18 minucie, a zrobienie głównego twista fabularnego po około 25% trwania produkcji to też wykastrowanie filmu z emocji i tajemnicy. Szkoda, bo przywiązanie do detali z epoki i początkowy klimat zapowiadały więcej.


piątek, 26 lutego 2016

Prosta historia

Mów mi Vincent (St. Vincent)
USA 2014
reż. Theodore Melfi
gatunek: komedia, dramat

Bill Murray szerszej publiczności kojarzy się zapewne ze swoimi rolami w znanych i lubianych filmach, takich jak szykująca się obecnie do swego powrotu seria Pogromcy duchów czy Dzień świstaka. Aktor ten ma na koncie zaskakująco wiele produkcji, gdzie wciela się w ... samego siebie (na przykład Zombieland czy Kosmiczny mecz). W opisywanym zaś właśnie filmie wciela się w zgryźliwego starego ramola, któremu z tego co wiem o aktorze bardzo blisko do Murraya prywatnie.


Tytułowy bohater, Vincent (Bill Murray) to odrażający typ, którego bardzo trudno polubić, a nawet jeśli ktoś chciałby to zrobić to zapewne zostałby przez niego za to zwyzywanym. Jedyną osobą, z którą Vincent utrzymuje stosunki (i to nie tylko w przenośni) jest prostytutka Daka (Naomi Watts). W pewnym momencie do jego sąsiedztwa wprowadza się mająca spore problemy z nadwagą Maggie (Melissa McCarthy) wraz ze swym młodym synem Olivierem (Jaeden Lieberher). Chłopak zaczyna postrzegać sąsiada jako swój wzór do naśladowania...


Film ten afiszowany jest jako komedia. I o ile jest w nim kilka czy nawet kilkanaście zabawnych scen czy sytuacji trudno powiedzieć, aby był pełnowymiarowy film tego gatunku. Jak dla mnie ewentualnie można uznać tę produkcję za komediodramat, gdyż liczba scen depresyjnych, refleksyjnych czy po prostu smutnych jest tutaj znacznie przewyższająca czynnik komediowy. Sama konstrukcja fabularna jest prosta i do bólu oklepana. Każdy, kto obejrzał w życiu więcej niż pięć filmów już po kwadransie przewidzi losy jego dalszej części. Konstrukcja fabularna jest banalna. Mamy bowiem zramolałego dziada, który jest nałogowym alkoholikiem, palaczem i hazardzistom, nie lubi ludzi, a ludzie nie lubią jego. Do jego sąsiedztwa wprowadza się bezbronne dziecko z problemami, które cierpi na deficyt ojca w swoim życiu także zaczyna dążyć do poznania się z bohaterem. Ten początkowo odgania młodego, jednak w pewnym momencie zbliżają się do siebie i młody odkrywa, że jego mentor ma też liczne dobre strony. Brzmi znajomo, prawda?
Ogólnie jednak mimo wielu uproszczeń, braku zdecydowania się na odpowiedni gatunek i fabularną kalkę film ogląda się całkiem przyjemnie i bez bólu. Film jakich wiele, jednak dla kilku scen czy aktorów można obejrzeć. 


niedziela, 31 stycznia 2016

Solidarność jajników

Inna kobieta (Another Woman)
USA 2014
reż. Nick Cassavetes
gatunek: komedia

Nie wiem jakim cudem niektórzy uważają Cameron Diaz za dojrzały symbol seksu. Kobieta ta, tak jak Pamela Anderson moim zdaniem powinna być uważana za efekt nieudanych eksperymentów szalonego chirurga plastycznego. Jako że i jedna i druga pani nie ma też zbyt dużo walorów czysto aktorskich całość sprowadza się do podziwiania ich sfatygowanych botoksem twarzy i reszty zliftingowanego, często nieudolnie ciała. Zamiast zestarzeć się z godnością Diaz próbuje na siłę wyglądać sexi i boję się, że niedługo osiągnie efekt mumii matki Sylvestra Stallone'a. W opisywanym właśnie filmie niestety mamy okazję oglądać stetryczałe wdzięki pani Diaz. 


Carly (Cameron Diaz) odkrywa, że jej poznany kilka miesięcy wcześniej partner Mark (Nikolaj Coster-Waldau) jest już żonaty z niejaką Kate (Leslie Mann). Obie kobiety zaczynają więc spiskować, by doprowadzić do upokorzenia mężczyzny. Szybko odkrywają też, że oprócz nich Mark ma też kolejną dziewczynę, z którą się spotyka. Okazuje się nią być młoda i seksowna Amber (Kate Upton). Kobiety wyjaśniają jej poczynania Marka i później we trójkę planują uprzykrzenie mu życia.


Ciężko jest tutaj rozpisywać się na temat tego filmu. Nie stanowi on żadnego wyzwania myślowego, nie jest artystyczny, nie posiada skomplikowanych dialogów, żarty są na poziomie statystycznego gimnazjalisty, a jedną z ról gra tu o zgrozo Nicki Minaj. Jeśli ktoś lubi humor kloaczny, a żarty związane z fekaliami i pierdzeniem to ich ulubiony motyw komediowy to zapewne obejrzy ten film z wielkim zachwytem. Niestety dla innych nie zostaje nic oprócz dużych piersi Kate Upton, choć niestety w staniku. I tylko Nikolaja Coster - Waldau żal, że zdecydował się zagrać w takim czymś.
Film generalnie nie jest może jakimś szczególnym dnem w skali 2/10 jednak oglądanie go nie przysparza radości i ogólnie nawet jako weekendowa niezobowiązująca komedia to jest produkcja, której oglądanie nie jest satysfakcjonujące. Grubo poniżej średniej.

 


niedziela, 17 stycznia 2016

Amerykańska zemsta po Duńsku

Wybawiciel (The Salvation) 
Dania, RPA 2014
reż. Kristian Levring
gatunek: western

Jeśli ktoś kiedyś by mi powiedział, że będzie można obejrzeć western nakręcony przez Duńczyków w Republice Południowej Afryki, a pomagać im będą w tym projekcie Szwedzi i Belgowie to specjalnie bym w to nie uwierzył. Jak widać jednak we współczesnym kinie najwyraźniej niemożliwe nie istnieje i taka produkcja doszła do skutku. Do tego udało zebrać się kilka znaczących w globalnym aktorskim półświatku nazwisk. Teraz więc czekam na polsko - nigeryjski thriller z Karolakiem w roli głównego złego. 


Fabuła nie jest z gatunku tych skomplikowanych. Po wojnie duńsko - niemieckiej wielu Duńczyków wyemigrowało do USA. Wśród nich było też rodzeństwo Jon (Mads Mikkelsen) i Peter (Mikael Persbrandt). Po kilku latach do tego pierwszego dołączają żona i syn. Jednoczenie rodziny nie trwa jednak zbyt długo, gdyż w drodze ze stacji kolejowej do domu kobieta i dziecko giną z rąk współpasażerów. Jon zabija w zemście morderców nie wiedząc, że jednym z nich był mąż niejakiej Madeleine (Eva Green) i brat lokalnego bandyty - renegata Delarue (Jeffrey Dean Morgan).


Fabularnie nic nie jest w stanie widza zaskoczyć, szczególnie jeśli wcześniej widział klasyczne dzieła z gatunku western lub traktujące ogólnie o zemście. Mamy raczej sztampową fabułę prowadzącą beznamiętnie odbiorcę po kilku oklepanych schematach, których nie mogło zabraknąć. Ciekawe, że twórcom udało się namówić do współpracy takie nazwiska jak Mikkelsen czy Green. Ten pierwszy nadaje się do roli takiego beznamiętnego mściciela, który wygląda na styranego życiem bez charakteryzacji, Green zaś dostało dzięki filmowi dobry wpis do swego aktorskiego CV, gdyż jej znacząca choć niema rola naprawdę była dość znacząca. Z ciekawostek można wymienić obecność legendarnego piłkarza Erica Cantony w jednej z drugoplanowych ról. 
Widać, że film należy raczej do tych z gatunku niskobudżetowych, gdyż widzimy na ekranie zarówno od dekoracji po efekty tylko absolutne minimum i nic ponad to. Spełnia to swoją rolę ale duża zasługa w tym bardziej południowoafrykańskich plenerów i niezłej pracy realizatorskiej zdjęciowca niż zabiegów budżetowych. Pochwalić też można za główny motyw gitarowy zawarty w filmie.
Podsumowując mamy tu dość przeciętny fabularnie i finansowo film, który nie wymyśla prochu ani nie wskazuje nowych trendów. Dostajemy coś sztampowego i oklepanego, na co jednak dzięki kilku ciekawym rolom i ładnym plenerom patrzy się mimo wszystko dobrze, może dlatego też, że sam film nie trwa nawet 90 minut. Można obejrzeć ale też chyba równie szybko potem zapomnieć.  









czwartek, 14 stycznia 2016

Nudne fantazje

To właśnie seks (The Little Death)
Australia 2014
reż. Josh Lawson
gatunek: komedia

Jeśli chodzi o filmy to w większości wypadków po przeczytaniu krótkiego opisu wiesz czego się po nich spodziewać i w sumie dostajesz to, czego oczekiwałeś. Czasem obraz odbiega w jakiejś części od wcześniejszych wyobrażeń, zaś raz na jakiś czas dostajemy całkiem co innego niż to, na co liczyliśmy. I tak właśnie było tym razem. 


Film przedstawia losy kilku par mieszkających we współczesnej Australii. Każda z nich : Maeve (Bojana Novakovic) i Paul (Josh Lawson), Dan (Damon Herriman) i Evie (Kate Mulvany), Rowena (Kate Box) i Richard (Patrick Brammall) oraz kilka innych (m. in. Alan Dukes i Erin James) ma pewne manie, fantazje i parafilie seksualne, z którymi musi się zmierzyć. 


Liczyłem na luźną, śmieszną i luźnie podchodzącą do seksu produkcję będącą zbiorem kilku niezbyt ze sobą powiązanych historii. Jednak nic takiego nie ma w tym filmie miejsca. Dostajemy depresyjną opowieść o różnych zboczeniach i oczekiwaniach seksualnych, które przydarzają się bohaterom, a całość nie ma w sobie zbyt dużo luzu i humoru, którego oczekiwałbym od komedii. W sumie nie licząc ostatniej sceny - historii w call center nie było tu zbyt dużo momentów na śmiech. Jako komedia film ten więc zawodzi niemal na całej linii. Także długość (niecałe 100 minut) to stanowczo za mało, by przedstawić, choćby szczątkowo losy aż tylu bohaterów. Także przez to dostajemy mało spersonalizowane postaci, do których trudno czuć szczególną atencję czy obrzydzenie. Ogólnie więc ciężko jest znaleźć jakieś wyróżniające się plusy tej produkcji. Obejrzeć można, jednak nie dostarczy to na pewno oczekiwanego odprężenia. Nie polecam.





Przebieranie na ekranie

Nowa dziewczyna (Une nouvelle amie)
Francja 2014
reż. François Ozon
gatunek: dramat

Filmy Françoisa Ozona zasadniczo są filmami do dyskusji. Reżyser ten lubi sięgać po tematy kontrowersyjne, wyjmować poszczególne sprawy wprost ze strefy tabu. I robi to często dość przekonująco. Jeden z filmów, który opowiadał o młodocianej prostytutce, Młoda i piękna miałem okazję opisać w maju zeszłego roku. Teraz udało mi się obejrzeć zaś kolejny film tego reżysera, który opowiada o transwestycie. 


Przyjaciółka Claire (Anaïs Demoustier), Laura umiera młodo. Claire obiecuje jej opiekę nad osieroconym niemowlakiem oraz jej mężem Davidem (Romain Duris). Dziewczyna wraz ze swym mężem Gillesem (Raphaël Personnaz) próbują pocieszać Davida po jego wielkiej stracie. W pewnym momencie Claire przyłapuje przyjaciela karmiącego dziecko w damskiej peruce i stroju jego zmarłej żony...


Tego filmu raczej szybko w TVP (nawet KULTURA zarządzanej obecnie przez redaktora FRONDY) szybko nie zobaczymy. Posiadający silnie zarysowaną szczękę facet o solidnej posturze przebierający się za kobietę i przy okazji wychowujący swoje małe dziecko to uosobienie wszystkiego, z czym walczą Polacy lepszego sortu - homo - nie wiadomo, LGBT, ideologia gender i kilka innych perwersji. Jednak abstrahując od tego jak światopoglądowo postrzega się te kwestie to należy przyznać, że rola Davida / Virginii w wykonaniu Durisa to przykład świetnego, bezkompromisowego aktorstwa. To jak zagrał transwestytę to jedna z lepszych ról jaki widziałem w ostatnim czasie. I choć jednych te przebieranki (pokazane bardzo intymnie i naturalistycznie) mogą szokować, obrzydzać czy śmieszyć to trzeba powiedzieć, że rola sama w sobie jest genialna i Duris wykreował swą postać najlepiej jak tylko można. 
Film oczywiście ma pewne braki fabularne, nie wszystko trzyma się kupy, a sama charakterystyka postaci i ich postępowanie nie jest zbyt logiczne. Ale tak już czasem bywa u tego reżysera, że nie zawsze istnieje wiarygodny związek przyczynowo - skutkowy w scenopisie jego produkcji. 
Na uwagę zasługuje też świetna ścieżka dźwiękowa występująca w filmie. Oczywiście nie jest to nic stworzonego na potrzeby produktu ale reżyser i producenci bardzo dobrze wkleili istniejące już piosenki w poszczególne sceny. Muzyka jest tu bardzo naturalna i pasująca do akcji. 
Ogólnie jestem też trochę zawiedziony kilkoma ostatnimi sekwencjami filmu (nie mówię o samej ostatniej scenie, ale o tych kilku minutach wcześniejszych). Można było tę historię zakończyć jakoś inaczej i nie popaść w banał. 
Jednak reasumując jest to film całkiem niezły, pokazujący temat mało popularny i ogólnie bardzo dziwny, jednak występujący od dawna w świecie. Jeśli nie jest się skrajnie konserwatywnym to myślę, że film ten nie odrzuci, a obejrzeć myślę, że warto. 





wtorek, 22 grudnia 2015

American dream

Rok przemocy (A Most Violent Year)
USA 2014
reż. J. C.  Chandor
gatunek: dramat

Rynek polskiej dystrybucji kinowej nie należy do zbyt prężnych i można w porównaniu z innymi większymi krajami powiedzieć, że prezentuje się raczej dość ubogo. Multipleksy promują coraz większą liczbę dziecięcych animacji plus wszystkie blockbustery i ewentualnie czasem jakiś nasz polski hit. Kina studyjne też raczej ograniczają się do tego, co ma do zaoferowania Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych. Wszystko to sprawia, że rokrocznie w naszym kraju pomija się szereg naprawdę wartościowych i docenianych filmów, które czasem jeszcze wyjdą po roku na DVD ale jednak większość z nich jest w Polsce niemal zupełnie nieznana. Jeszcze inna część filmów wchodzi do polskich kin po długim czasie od premiery bez większej promocji. Opisywany właśnie film jest właśnie jednym z nich.

Akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku. Latynoski imigrant Abel Morales (Oscar Isaac) prowadzi z powodzeniem własny biznes. Postanawia on w pewnym momencie zakupić ziemię od miejscowych Żydów na co przeznacza dużą część oszczędności. Jednak finalizacja transakcji staje się zagrożona, gdy ciężarówki należące do Moralesa stają się regularnie celem ataków nieznanych sprawców powodując wielkie straty finansowe. Co gorsza nad działalnością Abela i jego żony Anny (Jessica Chastain) zbierają się czarne chmury w postaci węszącego wokół firmy prokuratora Lawrenca (David Oyelowo). 


Pierwsze co rzuca się w oczy w filmie Chandora są naprawdę piękne kadry, które urzekają widza od pierwszego momentu. Zdjęcia Bradforda Younga są naprawdę dobre, a nakręcenie filmu w lekko pożółkłych barwach stylizowanych na film retro to strzał w dziesiątkę. Nadaje to produkcji sporą dawkę odpowiedniego klimatu całości. Całości dość depresyjnej jako ogół, gdyż historia Moralesa do najweselszych nie należy. W sumie poznajemy go jako twardego, realistycznego człowieka postępującego wobec zasad prawa, który swą osobą pokazuje, że warto być przyzwoitym lecz jednak z każdej strony dostaje ciosy. Ma problemy z prokuraturą, napadami na jego ciężarówki z paliwem, ciągłe kłótnie z żoną czy nawet próbami ataków bandytów na jego dom. Krąg różnorakiego zła otacza bohatera opuszczanego przez kolejnych sojuszników, oprócz jego prawnika Andrewa (Albert Brooks). 
Patrząc na skalę przemocy i agresji jaka wydobywa się z ekranu podczas seansu mamy wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś krajem trzeciego świata ogarniętym korupcją i zarządzaną przez przestępcze grupy, a nie z bastionem demokracji jakim jest według wielu USA. 
Szkoda, że nie widać zbytniej chemii między Isaakiem, który zagrał naprawdę dobrą rolę i jego filmową żoną zagraną przez Chastain. Wątki rodzinne są chyba najsłabiej reprezentowane w czasie filmu. Kłótnie małżonków wypadłyby dobrze jako monologi, jednak w duecie nie wypadły najlepiej. Także samo tempo akcji filmu nie stoi na najlepszym poziomie i tutaj można było zrobić to lepiej. Ogólnie jednak mamy do czynienia z filmem niezłym, który warto zobaczyć i tylko szkoda, że tego typu filmów nie uświadczymy u nas w kinach.