Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 maja 2018

Dwa światy

Gosford Park
USA, Wielka Brytania, Włochy 2001
reż. Robert Altman
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Andrew Dunn
muzyka: Patrick Doyle

Lubię utrzymane w starym, dobrym stylu kryminały brytyjskie, w których postaci pokroju Sherlocka Holmesa, panny Marple czy Hercules Poirot rozwiązują zawiłe sprawy mordów, kradzieży i szantaży wśród dawnych wyższych sfer tamtejszego społeczeństwa. Literacko podobało mi się też przeniesienie tego typu intryg do carskiej Rosji przez Borisa Akunina i jego bohaterów Erasta Fandorina i siostry Pelagii. Dlatego gdy wpadł mi do rąk film z nowszych już czasów, lecz oparty klimatem na klasycznych dziełach uznałem, że to pozycja w sam raz dla mnie.


Do tytułowej posiadłości Gosford Park zjeżdża się cała okoliczna śmietanka towarzyska, by wspólnie bankietować oraz wziąć udział w polowaniu. Nad tym, by wszystko szło sprawnie,a wyższe sfery mogli bez przeszkód próżnować czuwa cały tabun służby. Wszystko idzie wytyczonym torem, aż do czasu, gdy gospodarz imprezy (Michael Gambon) zostaje znaleziony martwy w swojej pracowni.


Dziwny to kryminał. Bo praktycznie pytanie kto zabił. A jednak w klasycznych działach kryminalnych w stylu brytyjskim to było dość istotną sprawą. Tutaj zaś scenarzyści skupiają niemal całość uwagi na odwiecznym konflikcie między uprzywilejowanym światem bogaczy i podrzędną rolą usługujących ich ludzi. Obie te grupy żyją obok siebie, mieszkają w tych samych budynkach i stykają się przez całe swe życie jednak nie ma między nimi choćby grama porozumienia - są różni jak woda i ogień, mają inne cele, aspiracje i sposób postrzegania. I właśnie o tych różnicach, tych dwóch światach jest ten film. Więc jako pokazanie społecznych różnic między tymi dwoma różniącymi się klasami społecznymi film Altmana zdaje egzamin. Dramatyczna strona filmu jest ukazana jak najbardziej okej. Szkoda, że twórcy z takimi detalami nie odwzorowali wątku kryminalnego. 
Producentów należy za to pochwalić za to, jaką kadrę aktorską udało się zebrać w tym filmie. Na ekranie pojawiają się naprawdę mocne nazwiska brytyjskiej sceny filmowej: Maggie Smith, Emily Watson, Charles Dance, Kristin Scott Thomas, Helen Mirren czy Kelly Macdonald. Warstwa aktorska więc jest tutaj naprawdę dobrze wykonana. Tak samo jak dobrze odwzorowana posiadłość i stroje z epoki. Także jeśli nie nastawia się na opowieść kryminalną to jest to film, który można jak najbardziej obejrzeć.





czwartek, 1 marca 2018

Kochać to nie znaczy zawsze to samo

Tamte dni, tamte noce (Call Me by Your Name)
Brazylia, Francja, USA, Włochy 2017
reż. Luca Guadagnino
gatunek: melodramat
zdjęcia: Sayombhu Mukdeeprom

Obecnie mamy już zmierzch tegosezonowych przedoscarowych emocji, gdyż już niebawem rozdanie najbardziej cennych dla wielu (a dla wielu innych równie bardzo przereklamowanych) statuetek filmowych na świecie jednak gdy sezon przedoscarowy był w pełni w kinach nastąpił wysyp filmów nominowanych lub kandydujących do nominacji do tej amerykańskiej nagrody. Jednym z filmów, który wówczas zawitał do polskich kin był też i ten. 


Lata 80. na włoskiej prowincji. Do willi mieszkającego tam profesora Perlmana (Michael Stuhlbarg) przybywa na naukowe wakacje jego amerykański doktorant Oliver (Armie Hammer). Mężczyzna powoli zaczyna fascynować nastoletniego syna Perlmana, Elia (Timothée Chalamet)...


Zapewne wielu z was pamięta film Lolita na podstawie prozy Vladimira Nabokova. Tutaj mamy oczywiście całkiem inny schemat fabularny oraz wiek i motywacje postaci jednak jest też kilka punktów wspólnych, dzięki którym można próbować bronić tezy, że produkcja Guadagnino i rola (świetna swoją drogą) Chalameta to taka Lolita w spodniach. 
Autorzy filmu (opierając się na wcześniejszej książce) serwują nam tutaj pewien miks gatunkowy opierający się na wakacyjnym romansie oraz opowieści inicjacyjnej. Jednak główny bohater Elio nie jest tutaj zwykłym bohaterem tego typu fabuł - miota się bowiem pomiędzy swoimi uroczymi przyjaciółkami, a męskim, sportretowanym na wzór antycznych posągów Oliverze zagranym przez Hammera (który jest portretowany na zasadzie wcześniej właściwej dla kobiecych seksbomb). Także to, co uderza w tym filmie to pewien mocny kontrast pomiędzy inteligenckim towarzystwem, przeintelektualizowanymi rozmowami i czynnościami bohaterów z dość hmm odważnymi homo scenami, które bardziej pasowałyby do filmów innego włoskiego reżysera - Pasoliniego. Czasem niestety homo sceny przekraczają granice dobrego smaku poprzez swój mocno obsceniczny charakter. Jednak należy pochwalić aktorskie kreacje Hammera i Chalameta, którzy sprostali temu niełatwemu zadaniu (zakładam, że obaj są hetero). Generalnie też film broni się stroną techniczno-audiowizualną. Mamy pięknie skomponowane kadry, zapadającą w pamięć muzykę oraz dobre aktorstwo. Zarówno już znanych i lubianych aktorów, jak także stawiających początkowe ekranowe kroki młodych zdolnych. Także w rezultacie tego wszystkiego dostajemy całkiem niezły film, który ze względu na tematykę (oraz to jak została ona pokazana) przypadnie do gustu. Tym niemniej sądzę, że warto go obejrzeć i samemu się o tym przekonać. 







poniedziałek, 22 stycznia 2018

Mięsolubni

Mięso (Grave)
Belgia, Francja, Włochy 2016
reż. Julia Ducournau
gatunek: thriller, horror
zdjęcia: Ruben Impens
muzyka: Jim Williams


W ostatnich latach narodził się ponadnarodowy trend filmowy, który popycha do przodu nurt transgatunkowych filmów z pogranicza thrillera i horroru. W wielu krajach można zauważyć trend powstawania ambitniejszych hybryd gatunkowych, ich twórcy aspirują zaś wyżej niż horrory klasy B wyświetlane późną nocą w maratonach filmowych multipleksów. Do listy tych aspirujących autorów dopisała się też Francuzka Juli Ducournau. 


Należąca do rodziny ortodoksyjnych wegetarian Justine (Garance Marillier) udaje się szlakiem swojej starszej siostry Alexii (Ella Rumpf) na studia weterynaryjne. Tam jako pierwszoroczniaczka szybko wraz z rówieśnikami staje się ofiarą studenckiej fali. W pewnym momencie dziewczyna zostaje poddana inicjacyjnemu zadaniu w postaci zjedzenia surowego mięsa. Justine po raz pierwszy zasmakuje mięsnego pokarmu...


Podoba mi się odwrócenie priorytetów w tym filmie. Reżyserka świadomie porzuca stosowanie tanich horrorowych chwytów, jak na przykład stosowanie jump scarów na korzyść kreowania kina artystycznego. Oczywiście hardcore'owi fani horrorów z góry uznają, że nie tędy droga i odwrócą się od filmu, uznając go za nudny i co najważniejsze nie straszny. Jednak ścieżka obrana przez Docournau (podobna do tej, którą kroczyli twórcy Czarownicy) jest dużo bardziej wysublimowana, intryguje nie tanimi efektami, a klimatem, który powoli wchłania widza w świat wykreowanego obrazu. Film ten jest wykonany z dużym artystycznym zacięciem. Każdy kadr jest tutaj dopieszczony, wydaje się, że nie ma nic przypadkowego. Czy to scena podróży polną drogą, czy grzebanie w krowim odbycie - zdjęcia są perfekcyjne i po prostu piękne. Cieszy także gra aktorska. Młoda Marillier daje radę, często wręcz urzeka na ekranie, z ciekawością będę obserwował rozwój jej przygody z filmem (a może rozwinie się to do pełnoprawnej kariery?). Także partnerująca jej, nieco starsza Ella Rumpf dobrze wpasowała się w rolę i z przyjemnością obejrzę inne filmy z jej udziałem.
Film ma swoje wady, czasem wydaje się nielogiczny (skala uczelnianej fali jest przesadzona, także imprezy kampusowe bardziej przypominają głupią amerykańską komedię niż coś aspirującego do realizmu), a i sama tematyka i bezkompromisowe sceny gore mogą razić wiele osób (choć dla mnie są plusem). Na pewno trzeba oglądać to z nastawieniem, że bliżej temu do lekko niepokojącego slow cinema, niż pełnoprawnego horroru czy nawet thrillera. Inaczej można się rozczarować. 





środa, 15 listopada 2017

Zagraj to jeszcze raz, Clint

Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollaro in più)
Włochy, Hiszpania, RFN 1965
gatunek: western
reżyseria: Sergio Leone
zdjęcia: Massimo Dallamano
muzyka: Ennio Morricone

Lubię westerny. Lubię filmy zrobione przez Sergia Leone. Lubię grę aktorską Clinta Eastwooda. A jeszcze bardziej lubię muzykę filmową skomponowaną przez Ennia Morricone. W opisywanym przeze mnie filmie występują wszystkie wymienione przeze mnie wyżej punkty. I na tym mógłbym w sumie skończyć pisać o tym filmie i po prostu polecić go tym, którzy jakimś dziwnym trafem jeszcze go nie widzieli. No ale jednak kilka zdań wypada napisać.


Do miasteczka na Dzikim Zachodzie przybywa bezimienny rewolwerowiec (Clint Eastwood). Jako łowca nagród poluje on na bandytę o przezwisku Indio (Gian Maria Volontè). Traf chce, że łotra chce złapać także inny łowca, pułkownik Mortimer (Lee Van Cleef). Po pewnym czasie obaj panowie zwierają szyki, by wspólnie dopaść przestępcę...



Jak w większości filmów z gatunku westernów sama fabuła nie jest specjalnie odkrywcza i lotna, a raczej pretekstowo i dość prosto służy do tego, by popychać akcję do przodu. W tym wypadku nie jest to jednak duży minus, gdyż cała siła filmu (jak i większości obrazów Leone i westernów jako takich w ogóle) tkwi w specyficznym klimacie, który niejako sprawia, że nie oglądamy po przygód bohaterów z poziomu umiejscowionego przed telewizorem fotela, a po prostu przenosimy się w miejsca, gdzie toczy się akcja. Czy to do spelunowatego saloonu, czy też na będącą niemą świadkininą strzelaniny pustynię - po prostu tam jesteśmy. Leone tak jak mało kto potrafił przenieść widza w wykreowany w swej wyobraźni świat kowbojów, przestępców i łowców nagród i za to wieczna mu chwała. Dodać do tego naprawdę dobre kreacje aktorskie Eastwooda (który po raz kolejny u reżysera gra tą samą postać, zresztą nie po raz ostatni, a i po zakończeniu przygody z Leone przyjdzie mu wcielić się w podobne persony), a zwłaszcza Van Cleefa, idealną pracę kamery i świetne zdjęcia (tu niemal każdy kadr można powiesić sobie na ścianie jako obrazek) oraz klimatyczną muzykę genialnego jak zawsze Morricone i mamy naprawdę western niemal idealny. Za dość schematyczną fabułę i niezbyt wyszukane dialogi trzeba niestety obniżyć ocenę całości, jednak dla miłośników gatunku jak najbardziej pozycja obowiązkowa. I nie tylko dla nich. 




piątek, 24 marca 2017

Kobiety nienormalne

Zwariować ze szczęścia (La pazza gioia)
Włochy, Francja 2016
reż. Paolo Virzì
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Vladan Radovic
muzyka: Carlo Virzì

Kilkukrotnie w ostatnim czasie miałem okazję opisywać trafiające do dystrybucji w Polsce filmy z Włoch i zawsze mogłem każdą z tych produkcji finalnie pochwalić, gdyż nigdy nie zeszły one poniżej pewnego bardzo przyzwoitego poziomu. Dlatego też, gdy dowiedziałem się, że właśnie w kinach grany jest kolejny film z Włoch wiedziałem, że prawdopodobnie będzie to dzieło udane. I tym razem się nie zawiodłem. 


Akcja filmu zaczyna się zawiązywać w ekskluzywnym miejscu odosobnienia dla osób chorych psychicznie. Na leczeniu tam przebywa hrabina Beatrice Morandini Valdirana (Valeria Bruni Tedeschi), za której rodziny pieniądze ufundowano cały obiekt. Kobieta jest władcza i egoistyczna i skłonna do przesadnych opowieści o sobie. Wkrótce do szpitala przybywa skłonna do autodestrukcji Donatella Morelli (Micaela Ramazzotti). Valdirana zaczyna interesować się nową pensjonariuszką...


W filmie tym dostrzegam powiew świeżości dla współczesnej kinematografii i naprawdę miłą odmianę wśród wielu niemal identycznych filmów zza Oceanu. Chociaż przygody dwóch całkiem innych, kontrastujących postaci to w światku filmu żadna nowość to osoby Valdirany i Morelli są tak dobrze napisane i zagrane, że naprawdę chce się oglądać ich dziwaczne i ekscentryczne przygody. Mimo że cała intryga nie jest zbyt zawiła to ogląda się to wszystko mile i z niekłamaną satysfakcją. Przygody obu odmiennych od siebie kobiet są przedstawione po równo w tonacji dramatu i komedii,a oba gatunki te są odpowiednio dopasowane. Sądzę, że jest to warta zobaczenia pozycja będąca typowo europejskim kinem środka, łączącym artyzm z komercją. Warto.




wtorek, 21 lutego 2017

Męczennicy

Milczenia (Silence)
Japonia, Meksyk, USA, Włochy, Tajwan 2016
reż. Martin Scorsese
gatunek: dramat
zdjęcia: Rodrigo Prieto
muzyka: Kim Allen Kluge

Film, który właśnie opisuję to podobno najbardziej osobista historia opowiedziana przez Martina Scorsese, było nie było, jednego z najważniejszych reżyserów w historii kina. Mimo że sama opowiadana historia pochodzi z książki Shusaku Endo, która była już ekranizowana w rodzimej Japonii, a opowiada podobno prawdziwą historię. Scorsese zabierał się za ten projekt ponad ćwierć wieku, więc cieszy fakt, że w końcu udało mu się go zrealizować.


Do objętej izolacjonizmem Japonii pierwszej połowy XVII wieku przybywają dwaj jezuiccy księża z Portugalii: Sebastião Rodrigues (Andrew Garfield) i Francisco Garupe (Adam Driver), by odszukać przebywającego w tym kraju swego dawnego mentora, ojca Ferreirę (Liam Neeson), który podobno wyrzekł się wiary i prowadzi żywot buddysty. Docierając z pomocą szemranego przewodnika Kichijiro (Yôsuke Kubozuka) do obcego kraju młodzi księża muszą stawić czoła prześladowaniom ze strony lokalnych władz uosabianych w osobie naczelnika Inoue (Issei Ogata).


Dziwi mnie swoiste milczenie nad tym filmem, jakie zapanowało w Hollywood. Film został niemal całkiem przemilczany jeśli chodzi o oscarowe nominację, otrzymując tylko jedną: dla Prieto za zdjęcia. Zdjęcia, które oczywiście są siłą tego filmu, ale nie jedyną: żeby nie wnikać w samą po części mistyczną i na pewno bardzo refleksyjną fabułę, która zapewne ma na celu tylko przekonanie przekonanych trzeba obiektywnie spojrzeć na inne solidne aspekty produkcji: mamy tutaj świetne, naprawdę dobre scenografię oraz skrupulatnie dobrane kostiumy, jest także urzekająca lokalizacja. Do tego przyzwoita gra aktorska, gdzie spotyka się kilku będących na fali aktorów, którzy mogliby jednak dać od siebie trochę więcej. Partnerują im zaś bardziej lub mniej znani aktorzy japońscy (z co ciekawe uznanym reżyserem Shinya Tsukamoto na czele). Jak na film, który pokazuje zderzenie kultur szkoda, że postawiono tak silnie na język angielski, który jest w domyśle portugalskim. Rozumiem, że zakładany odbiorca amerykański (który i tak na film się zbyt licznie nie wybrał) nie lubi czytać napisów, jednak o wiele lepiej oglądałoby się film zrobiony w stylu Mela Gibsona, gdzie w jego Pasji czy Apocalypto aktorzy używali oryginalnych dla swych postaci języków, nawet jeśli te były już dawno wymarłe. A tutaj przez ten angielski, którego używają też w dużej mierze Japończycy klimat gdzieś ulatuje. 
Całość filmu zaś fabularnie oparta jest na rozważaniach teologicznych oraz zadumie nad ingerencją Boga w ludzkie życie. Księża, którzy trafiają na wrogą wyspę, gdzie wyznawanie innej religii niż buddyzm muszą wystawić swoją wiarę na próbę, wcześniej zaś nieść Słowo Boże dla ludzi, którzy nawet jeśli wierzą i za tą wiarę gotowi są umrzeć nie umieją zrozumieć obcej, europejskiej wiary i jej zasad. Całość zaś dość zgrabnie pokazuje dylematy, przed którymi musieli stawać ludzie tamtej epoki, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Na końcu zaś można postawić sobie pytanie, czy płynąc na obcą wyspę i działając wbrew jej gospodarzą sami nie sprowadzili na siebie takiego losu. 
Film ten jest po części filmem religijnym, który bardziej promuje wiarę katolicką, niż rodzimy dla Japonii buddyzm. Można więc go zaliczyć do grona filmów religijnych, co nawet było widać w strukturze widzów w czasie seansu w kinie: dominowali emeryci i ludzie w sutannach. Nie jest to jednak pokraczny film stawiający od początku do końca jedną tezę (typu: Bóg na pewno istnieje, zrozum to albo pójdziesz do piekła), a angażujący do myślenia i refleksji nad religią, sensem cierpienia za wiarę czy raczej bezsensem śmierci za coś, co może jest, a może niekoniecznie. Mam do produkcji kilka zastrzeżeń, ale generalnie jak najbardziej na plus. 


niedziela, 19 lutego 2017

Powrót

Przeszłość (Le passé)
Francja, Iran, Włochy 2013
reż. Asghar Farhadi
gatunek: dramat
zdjęcia: Mahmoud Kalari
muzyka: Evgueni Galperine

Irański reżyser Asghar Farhadi stał się w ostatnim czasie obiektem pewnego zainteresowania ze strony branży filmowej, ale i nie tylko. Wszystko to za sprawą dekretu Donalda Trumpa, który to nie pozwoli wjechać Farhadiemu do USA na ceremonię rozdania Oscarów, gdzie o statuetkę walczyć będzie jego najnowszy film. Co prawda laureat najcenniejszej filmowej nagrody za Rozstanie raczej zagrożeniem terrorystycznym jest niewielkim to postanowiłem obejrzeć powstały przy koprodukcyjnej pomocy Francji i Włoch jego francuskojęzyczny film, gdyż talent do kręcenia to on ma na pewno. 


Ahmad (Ali Mosaffa) po kilku latach nieobecności przybywa do Francji z Iranu, by dopełnić formalności i podpisać papiery rozwodowe ze swą atrakcyjną żoną Marie (Bérénice Bejo). Na miejscu spotyka nie tylko żonę oraz jej dzieci (m.in. Pauline Burlet) z poprzednich związków, ale mieszkającego z kobietą dużo młodszego od niej Samira (Tahar Rahim) i jego syna.


Wspomniane Oscarowe Rozstanie to bez wątpienia magnum opus irańskiego reżysera, który choć wciąż nie jest starym reżyserem nie nakręci zapewne nic ponad ten film, który to jest moim zdaniem jednym z najważniejszych filmów drugiej dekady wieku. Jednak Farhadi na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa (o czym obecnie świadczy oczekiwany przeze mnie jego najnowszy film Klient), co pokazuje opisywany właśnie film, który nakręcony został we Francji przy pomocy znanych i cenionych na świecie tamtejszych topowych aktorów. Po raz kolejny Farhadi wprowadza kamerę do domu zwykłych ludzi i raz jeszcze serwuje nam wiwisekcję relacji pomiędzy domownikami. Niby nie oglądamy w filmie nic wielkiego, jednak z każdym zdaniem i każdą wprowadzaną postacią zarysowują się konflikty, a atmosfera się zagęszcza z czasem zmieniając się z dramatu obyczajowego w thriller (obyczajowy). Irańczyk stawia na sprawdzone przez siebie schematy, jednak w jego wykonaniu zapewne dobrze wypadłoby nakręcenie filmu o obieraniu cebuli. Oprócz dobrej realizacji i pracy kamery w zamkniętych pomieszczeniach największe brawa należą się aktorom. Zarówno mało znany Mosaffa, jak i Rahim dobrze wypadają w rolach męskich. Jednak to Bejo kradnie im całe show zawłaszczając swą aurą każdą scenę, w której się pojawia. Oglądać ją to czysta przyjemność i to nie tylko z wizualnego punktu widzenia. Minusem może być za to jednak cała historia (choć może nie intryga). Nie jest to taki ciężar gatunkowy, jak przytaczanego często Rozstania. Chociaż jak przy każdym wartościowym filmie dostajemy produkcję skłaniającą do myślenia, a to się chwali. Warto, jednak nie jako pierwszy oglądany film autorstwa tego reżysera.


piątek, 6 stycznia 2017

Ostatnia wieczerza

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (Perfetti sconosciuti)
Włochy 2016
reż. Paolo Genovese
gatunek: komedia, dramat

Plakat mający zachęcić polskich widzów do wybrania się na ten film do kina wyraźnie mówi, że mamy do czynienia z najlepszą produkcją kinową roku we Włoszech. To jedyny powstały w 2016 roku film z tego kraju, który do tej pory obejrzałem więc trudno mi na ten temat spekulować, jednak jeśli okazjonalnie oglądam włoskie filmy z ostatnich kilku lat muszę stwierdzić, że tamtejsze kino ma obecnie bardzo wiele do zaoferowania. Więc jeśli coś reklamuje się jako najlepsze to nie wypada nie zobaczyć. I ocenić.


Do mieszkania Rocco (Marco Giallini) i Evy (Kasia Smutniak) przybywają zaproszeni na kolację goście, przyjaciele mężczyzny wraz z partnerkami (Alba Rohrwacher, Valerio Mastandrea, Edoardo Leo, Anna Foglietta, Giuseppe Battiston). Dominuje familijna, kurtuazyjna atmosfera. Jednak, gdy pada propozycja upublicznienia wszystkich otrzymanych w czasie nadchodzącego wieczoru maili, esemesów i telefonów klimat zaczyna robić się coraz bardziej napięty...


Ogólnie pomysł posadzenia grupy ludzi w jednym pokoju i stworzenie z ich ciągłych rozmów pełnometrażowego filmu to potencjalny materiał na filmowe samobójstwo. Jednak jeśli zaprzęgnie się do pracy utalentowaną ekipę w postaci reżysera, scenarzysty, osoby odpowiedzialnej za zdjęcia oraz solidnych aktorów to historia kina pokazuje, że to może się udać. I tak jest w także w tym przypadku. Giallini sięga po sprawdzone środki, gdyż każdy, kto obejrzał w życiu już trochę filmów od razu wie, czym skończy się ujawnianie tajemnic w kręgu niemających przed sobą nic do ukrycia znajomych (i rodziny), jednak robi to w sposób zaskakująco świeży stawiając na najnowsze technologie jako narzędzia odkrywające ukrytą prawdę. Zaczęta niewinnie zabawa zaczyna przypominać festiwal prania brudów, które wychodzą z każdą nową wiadomością przychodzącą na telefon którejś z postaci. Każdy bohater kolacji jak się okaże ma coś na sumieniu, a ciężar gatunkowy win waha się od błahostki po wagę ciężką. Tak więc przyjaźnie i związki zostaną wystawione na niejedną próbę. Wszystko to zaś w konwencji komediodramatu, czasem więc jest śmiesznie, czasem natomiast trzeba skłonić się do refleksji. A pewien zabieg fabularny pod koniec filmu zostawi widza z dalszymi pytaniami na temat tego, co obejrzał do tej pory. Naprawdę dobry film ze słonecznej Italii, kolejny już zresztą w ostatnim czasie. Polecam!





niedziela, 18 grudnia 2016

Gangsterska opowieść

Dawno temu w Ameryce (Once Upon a Time in America)
USA, Włochy 1984
reż. Sergio Leone
gatunek: dramat, gangsterski 


Serio Leone mimo że nie nakręcił zbyt wielu filmów jest według mnie jednym z lepszych reżyserów XX wieku. Chociaż do tej pory widziałem tylko cztery z nich (ten jest piąty), a początkowych włoskojęzycznych dzieł tego twórcy praktycznie nie da się obecnie zobaczyć to film uznawany za jego magnum opus czekał na to, aż go zobaczę aż do teraz. 


Poznajemy losy życia Żyda o pseudonimie Noodles (Robert De Niro i Scott Schutzman Tiler), który w biednej nowojorskiej dzielnicy wraz z przyjaciółmi, w tym Maxem (James Woods i Rusty Jacobs) założył dobrze prosperujący interes czasów prohibicji. 


Chociaż mamy do czynienia z monumentalnym (czy wręcz epickim) niemal czterogodzinnym dziełem, jakich teraz pod względem metrażu ze świecą szukać, to jednak ciężko w kilku zdaniach opisać sensownie o czym jest ten film. Mamy tu do czynienia z rozłożoną w czasie historią życia człowieka, który poprzez przestępczość wyrywa się z biedy, a później przez nią musi ukrywać się przez ponad trzy dekady. Jest to też historia pewnej trudnej przyjaźni, kilku miłości (też tych płatnych, jak i wymuszonych) i porachunków gangsterskich. Leone w swym filmie mając do dyspozycji bardzo wiele czasu zamieścił bardzo wiele schematów z różnych dzieł gangsterskich z wcześniejszych czasów dodając do tego wzorowanie się na powieści, której film jest adaptacją. Niestety same postaci są nieco sztuczne, mało ludzkie, ciężko jest do nich czuć sympatię - nawet żaden z głównych bohaterów nie wydał mi się kimś, komu będę kibicował, czy będzie mi zależało na jego losie. O wiele lepiej też wypadają sceny z młodości bohaterów. Tam wyczuć można najbardziej klimat opowieści, wtedy też chyba poczynania bohaterów interesują najbardziej. W sumie dla mnie najlepszym bohaterem całości jest samo miasto - to, w jaki sposób funkcjonuje ulica, jak rozwija się metropolia - urzekł mnie klimat miasta z wczesnych czasów - Leone i jego ludzie świetnie oddali atmosferę początków ubiegłego stulecia. To, co także wymaga pochwały to z pewnością obłędna ścieżka dźwiękowa stworzona przez Ennio Morricone. Motyw przewodni zapadnie w pamięć na bardzo długo. Niestety jednak miałem też problem z długim formatem całości - akcja w filmie się wlecze, całość jest skromna w tekst i powolna, z narracyjnym tempem podobnym do tego, który można było zobaczyć w Pewnego razu na Dzikim Zachodzie, tym razem jest jednak o godzinę dłużej - czasem jest to niezbędne do utrzymania odpowiedniego klimatu i stylistyki, jednak tym w wielu miejscach widz zmuszony jest się męczyć. Dlatego doceniając wiele aspektów tego wyjątkowego obrazu jednak dalej uważam, że to westernowe dzieła Leone były tymi lepszymi. Choć raz w życiu i opisywany właśnie monumentalny film wypada obejrzeć. W dalszym ciągu jako całość to jedno z tych dzieł aspirujących do miana filmu kompletnego. 





czwartek, 17 listopada 2016

Opowieści spod celi

Prorok (Un prophète)
Francja, Włochy 2009
reż. Jacques Audiard
gatunek: dramat, kryminał 

Jeden z bardziej cenionych europejskich reżyserów kina zaangażowanego społecznie, Jacques Audiard nie jest artystom specjalnie płodnym, jednak jeśli już coś wyda, to trafia to w gusta krytyków. Francuz ma najwidoczniej talent do tworzenia filmów festiwalowych. Cannes, BAFTA, Oscary, Europejska Nagroda Filmowa, czy francuskie Cezary - nawet jeśli nie zawsze wygrywał statuetkę, to jego filmy nominacje dostają nadzwyczaj często. Jakiś czas temu opisywałem nagrodzonych w Cannes Imigrantów, teraz czas na inny film reżysera, który zwyciężył tam kilka lat wcześniej.


Młody Arab Malik (Tahar Rahim) trafia do więzienia na sześć lat. Nie mając rodziny, ani znajomości w więziennych murach niepiśmienny chłopak jest łatwym celem ataków z różnych stron. Przebywający w zakładzie gang Korsykan pod przywództwem Cesara Lucianego (Niels Arestrup) oferuje mu opiekę. Warunek jest jeden - Malik musi zabić współwięźnia...



Audiard jak zawsze przedstawia nam dość ascetyczną, oszczędną w formie i słowach historię będącą komentarzem do obecnego społeczeństwa Francji, a i może naszego kontynentu w ogóle. Tym razem zabiera widza do podniszczonego więzienia, w którym kary odbywają przedstawiciele różnych kultur i wyznań. Oglądamy tutaj cały zatrważający przekrój społeczny niewykształconych więźniów o różnych nieeuropejskich którzy z czasem zaczynają dominować w tym ośrodku penitencjarnym. Najlepiej widać to w scenach na spacerniaku, gdzie początkowo rządzą biali, którzy z każdą kolejną sceną są wypierani przez ludzi innych nacji, którzy stopniowo przejmują więzienie. Więzienie to może być równie dobrze odczytywane jako nasz kontynent, który z każdym rokiem traci swoją początkową tożsamość. 
Oprócz tej symboliki przedstawionej w więziennej inscenizacji mamy też bardziej przyziemną historię Malika, Araba, niepraktykującego Araba, który w więzieniu zaczyna pracować dla Korsykan, którzy traktują go jednak jako głupiego muzułmanina, zaś bracia w wierze i kulturze odsuwają się od niego traktując jak zdrajcę. Chłopak więc musi radzić sobie nie mając istotnego oparcia w żadnej z grup, będąc niejako w zawieszeniu między nimi. To w więzieniu zdobywa jednak i zachodnie wykształcenie, jak i zaczyna zbliżać się do swoich korzeni poznając wiarę przodków. Przemiana Malika na przestrzeni filmu jest bardzo widoczna. 
Całość szokuje mnie jednak najbardziej pod względem przedstawienia więzienia. Oglądamy zakład w jednym z bogatszych i szanowanych krajów Europy Zachodniej. Wydawało mi się, że zobaczę więzienie podobne do tego, które znajdują się w Skandynawii, jednak zastajemy coś na wzór więzień III świata. Brud, dewastacja, brzydota jest wręcz odpychający. 
Sam jednak nie jestem fanem narracji, jaką w swych filmach przedstawia Audiard. Prorok pod względem formy nie przypadł mi do gustu, ale ogólnie produkcje tego reżysera nie trafiają do mnie w sposób taki, w jaki widzą je jurorzy festiwali. 


wtorek, 1 listopada 2016

Niemoralna propozycja

Niemoralna propozycja (Combien tu m'aimes?)
Francja, Włochy 2005
reż. Bertrand Blier
gatunek: komedia, dramat

Chyba każdy zna Monicę Bellucci. Jest to jedna z najpiękniejszych aktorek w kwiecie wieku i chyba najlepiej (naturalnie) starzejąca się aktorka wszech czasów. Jednak jeśli chodzi o jej filmografię i popisy aktorskie to raczej wypada to dość przeciętnie. Owszem są dobre i bardzo dobre filmy z jej udziałem, jak Malena czy Nieodwracalne jednak wbrew pozorom zbyt wiele się tam nie nagrała. Są też role dalszoplanowe, jak w serii Matrix lub Pasji, lecz to właśnie jakieś poślednie angaże. Poszukując filmów, gdzie Bellucci ma okazję bardziej się zaprezentować trafiłem na opisywany właśnie tytuł.


Francois (Bernard Campan) w barze-burdelu poznaje elegancką prostytutkę Danielę (Monica Bellucci). Mówi jej, że właśnie wygrał w loterii cztery i pół miliona euro i proponuje kobiecie 100 tysięcy za każdy wspólnie spędzony miesiąc, aż do skończenia się pieniędzy. Ta nie zastanawiając się długo wprowadza się do mieszkania mężczyzny...


Nawet nie wiem od czego zacząć oceniając ten film. Może od aktorów? Zapowiadało się nieźle bo wszak Campan i Bellucci, którym sekunduje Gérard Depardieu. Jednak ich gra zamiast urzekać - irytuje. Zmanierowany Depardieu, wciąż wrzeszcząca Bellucii i nijaki (choć to może akurat zamierzone) Campan razem są mieszanką bardzo ciężkostrawną. Ich postaci są mocno bezbarwne i do bólu oklepane - łasa na kasę dziwka, przeciętniak chcący ją poderwać oraz brutalny alfons - gangster. Zero w tym polotu. A to za sprawą tragicznej fabuły i sztucznych, prymitywnych dialogów, do których ich autorowi powinno wstyd być się przyznać. Niestety oglądamy grę aktorską i słuchamy posuwających fabułę naprzód dialogów przy akompaniamencie pretensjonalnej muzyki, która swą nieuzasadnioną niczym podniosłością sprawia słuchaczowi ból. Nic nie ratuje tego filmu, nawet roznegliżowane kilka razy ciało MILFa Bellucci. Miała być komedia, a wyszedł dramat. Szkoda czasu. jak ktoś chce popatrzeć tylko na Monicę w tym filmie pewnie znajdą się jakieś filmiki z kompilacją jej mniej ubranych scen. 





niedziela, 4 września 2016

Synowi na ratunek

Jak Bóg da (Se Dio Vuole)
Włochy 2014
reż. Edoardo Maria Falcone
gatunek: komedia

Z okazji otwarcia w ten weekend nowej sali w lokalnym kinie studyjnym postanowiłem ją jak najszybciej odwiedzić i zobaczyć, jak ogląda się w niej filmy. Weekendowy repertuar przewidywał kilka filmów, które wyświetlane będą w tej sali. Jako że nie miałem ochoty na ckliwe melodramaty postanowiłem wybrać się (choć z pewnymi obawami, o czym więcej za chwilę) na europejską komedię. I oto kilka zdań o moich wrażeniach. 


Kardiochirurg Tomasso (Marco Giallini) prowadzi ustabilizowane życie wraz ze swoją żoną Carlą (Laura Morante), studiującym medycynę synem Andreą (Enrico Oetiker) i mieszkającą nieopodal córką Biancą (Ilaria Spada) oraz jej mężem (Edoardo Pesce). Zauważa jednak dziwne zachowanie syna. Gdy Andrea mówi, że ma zamiar coś zakomunikować rodzinie Tomasso zaczyna podejrzewać, że ten syn jest gejem. Prawda jest dla lekarza znacznie gorsza, gdyż...syn wyznaje, że chce zostać księdzem. Tomasso szybko odnajduje odpowiedzialnego za decyzję syna ojca Pietra (Alessandro Gassman).


Trochę bałem się tego filmu. Oczekiwałem po nim czegoś na wzór propagandowej serii Bóg nie umarł, którego nie mogłem dokończyć pod wpływem płynących tam treści. Czytając opis właśnie komentowanego filmu, gdzie zestawiało się ojca ateistę, syna dążącego zostać księdzem i jego mentora - szałowego ojczulka to jakoś od razu zapaliła mi się lampka z ostrzegawczym sygnałem - 'Uwaga, agitka'. Jednak poszedłem na ten film i obejrzałem...naprawdę fajną, europejską komedię, która nie moralizowała, nie wskazywała co jest dobre, a co złe oraz w lekki sposób doprowadzała w regularnych odstępach mnie i resztę sali do spontanicznego śmiechu z sytuacji i dialogów, które były ukazane w filmie. Szkoda, że w gatunku tego typu komedii już wszystko chyba wymyślono i film Falcone to po prostu zbiór kilku pierwszorzędnych komediowych pomysłów, jednak te wszystkie stereotypy wypadają tu nadzwyczaj dobrze. Dobrze wypada też sam przekaz, który nie mówi 'Jak nie będziesz z nami to pójdziesz do piekła', a raczej 'Nie ważne czy i w co wierzysz, bądź po prostu przyzwoitym człowiekiem'. To mnie kupiło. Także obserwowanie perypetii bohaterów filmu dostarcza wiele emocji, a krótki metraż filmu (niecałe 90 minut) sprawia, że ciągle coś się dzieje, nie ma czasu na nudę. Takie komedie lubię - jest dużo okazji do niewymuszonego uśmiechu, jest trochę czasu na refleksję, nie ma wpajania ideologii, a humor jest przystępny i lekki, bez masy znanych z amerykańskich filmów wulgarnych i ciągle powtarzających się (pseudo)żartów o seksie i pierdzeniu. Nie spodziewałem się tego po filmie, gdzie głównym bohaterem jest ksiądz ale to najlepsza komedia, jaką obejrzałem w tym roku. Więc co mogę powiedzieć? Idźcie i oglądajcie. 




piątek, 11 marca 2016

Mroczne Wieczne Miasto

Suburra 
Włochy 2015
reż. Stefano Sollima
gatunek: kryminał, gangsterski 


Od jakiegoś czasu wyraźnie włoska kinematografia przechodzi okres swojego prosperity. Oczywiście w minionych latach od czasu do czasu, w każdej dekadzie z Italii wypływały przeróżne filmowe perełki (Życie jest piękne, Cinema Paradiso, Słodkie życie czy La Strada) ale w kilku minionych latach nagromadziło się w niedługim czasie kilka naprawdę dobrych i docenianych produkcji. Wymieńmy choćby Młodość i Wielkie piękno Paola Sorrentina, Konesera  Giuseppe Tornatora czy Pentameron, za którym stoi Matteo Garrone. Film Sollimy świetnie współgra z wymienionymi wyżej produkcjami. 


Współczesny Rzym. Samuraj (Claudio Amendola) w imieniu rodzin mafijnych nadzoruje przygotowywanie i wdrożenie rządowego projektu mającego z podrzymskiej Ostii uczynić europejskie Las Vegas. Lawirując pomiędzy politykami, klerem, a lokalnymi gangsterami w postaci cygańskiego bossa Anaclettiego (Adamo Dionisi) i Numerze 8 (Alessandro Borghi), który przejął po ojcu schedę w ostyjskim półświatku Samuraj pilnuje, by wszystko szło zgodnie z planem. Wszystko komplikuje jednak mini orgia, w której uczestniczy prominentny polityk partii rządzącej, Filippo Malgradi (Pierfrancesco Favino)...


Dawno nie widziałem tak dobrze zrobionego kina mafijnego, które nie sądziłem, że jeszcze czymś mnie zaskoczy. Tutaj niby też mamy wszystko zgodnie ze schematem: skorumpowani politycy, wtrącające swoje trzy grosze duchowieństwo, bezwzględnych gangsterów, krwawe egzekucje i jeszcze bardziej krwawe vendetty za nie, piękne kobiety i orgie z ich udziałem. Jednak w sposób, w jaki do ekranizacji książki Giancarla De Catalda podszedł Sollima powoduje, że te dziewięć kwadransów z filmem leci bardzo, ale to bardzo szybko. 
Reżyser przedstawił zło zżerające Rzym w sposób podobny do tego, jak miasto pokazał Sorrentino w Wielkim Pięknie. Tak świetniej pod względem wizualnej produkcji nie widziałem od dawna. O ile Sorrerntino skupił się na ogólnym upadku moralnym ludzkości (głównie elit) i zestawił brzydotę ludzką z olśniewającym zabytkami Wiecznego Miasta, to Sollima poszedł o krok do przodu i zestawił to piękne, pradawne miasto nie tylko z narkotykowymi orgiami czy zdradą ale też wszechogarniającą zbrodnią i występkiem. W całym filmie, choć przewija się gama bohaterów ciężko powiedzieć o kimś, że jest on postacią pozytywną. Może tchórzliwy i zastraszany Sebastiano (Elio Germano) nie wydaje się złym człowiekiem, jednak i tak zmuszony uczestniczy w rzeczach niezbyt chwalebnych. Postawa bohaterów jak i miejsca, w których przebywają (w aurze deszczowego listopadowego Rzymu) sprawia, że mamy do czynienia z kinem w stylu neo - noire. To wszystko sprawia, że film ogląda się po prostu bardzo dobrze. Nie ma co więcej pisać, wystarczy powiedzieć, że film ten wypada zobaczyć. Szkoda, że w Polsce nikt jeszcze nie pomyślał o jego dystrybucji kinowej, byłoby to miłe urozmaicenie sal kinowych.








środa, 2 marca 2016

Enigmatyczny posterunek

Czysta formalność (Una pura formalità)Francja, Włochy 1994
reż. Giuseppe Tornatore
gatunek: kryminał, thriller


Ten film był od dłuższego czasu na mojej liście filmów do obejrzenia i to zajmował bardzo wysoką pozycję na niej. Obejrzenie dzieła, gdzie spotykają się Giuseppe Tornatore (twórca choćby Maleny czy Konesera), Roman Polański i Gérard Depardieu, które dodatkowo jest thrillerem - kryminałem to dla mnie oczywisty wybór. Szkoda, że w Polsce ciężko było dobrać się do tego tytułu. Jednak wreszcie udało mi się to zobaczyć. 



W deszczową noc policjanci zgarniają na komisariat przemoczonego mężczyznę (Gérard Depardieu), który nie dość, że dziwnie się zachowuje to jeszcze nie posiada przy sobie żadnych dokumentów. Człowieka tego podającego się za pisarza Onoffa przesłuchuje lokalny inspektor (Roman Polański), który jak się okazuje zna wszystkie dzieła literata. Policjant wyjawia mu, że w okolicy doszło do morderstwa... 


Dawno nie widziałem filmu tak...dziwnego. Mamy tutaj naprawdę zagadkową historię, przewrotne i zakręcone dialogi, postaci lawirujące w sprzecznych ze sobą zeznaniach oraz naprawdę klimatyczną lokalizację, jaką jest tajemniczy posterunek, w którym to odbywa się zdecydowana większość akcji oraz przewrotne twisty fabularne. Jeśli miałbym wybrać kiedyś dziesięć najlepszych pod względem klimatu lokacji w dziejach filmu na pewno umieściłbym tam tę komendę. Wszystko, od złowieszczej pogody przez porozstawiane wszędzie miski z wodą po tajemniczą szafę i równie zagadkowych pracowników - no po prostu świetne miejsce na film tego typu. Duża zasługa w tym samego reżysera Tornatore, który to nawet ze zwykłego wydawać by się mogło sposobu nalewania wina potrafi zrobić symboliczną i godną uwagi scenę. Symbolika jest w tym filmie bardzo ważna, ogólnie nie polecam oglądać go mimochodem ze śladowym zainteresowaniem. Należy przeżywać ten film w skupieniu bacznie obserwując każdą scenę, wsłuchiwać się szczegółowo w każdy pojedynczy dialog, gdyż inaczej nie pozna się całej historii, a tutaj kilka nieopatrznie zrozumianych zdań może sprawić, że nie zrozumie się sensu filmu, albo zrozumie się go opacznie lub niepełnie. Twórcy zaserwowali nam wiele smaczków, w postaci gestów aktorów, elementów scenografii czy pełnych inteligencji pojedynków na słowa. Swoje trzy grosze dokładają tu też sami aktorzy. Depardieu i Polański są tu w swej najlepszej życiowej formie i widać to chyba w każdej ze scen. Szkoda, że Polański nie wystąpił w większej ilości filmów, gdyż co widzę go na ekranie zdaje mi się, że to jeden z lepszych aktorów jakich mieliśmy nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Do tego trzeba docenić ścieżkę dźwiękową mistrza Ennia Morricone, która potrafi przykuć do ekranu.
Tytułowa czysta formalność wcale nie okaże się formalnością, przez co dostajemy film skomplikowany, trudny w odbiorze. Na pewno nie jest to produkcja dla wszystkich, jednak jak już zdecydujemy się oglądać to z każdą nową sceną, z każdym dialogiem czy detalem zaczniemy doceniać kunszt twórców. Sądzę, że warto. 






poniedziałek, 8 lutego 2016

Django: historia prawdziwa

Django
Włochy, Hiszpania 1966
reż. Sergio Corbucci 
gatunek: western

Pewnie większość z czytelników (czyli licząc mnie będą to jakieś 3 osoby) oglądała poprzedni film Quentina Tarantino zatytułowany Django. Jednak nie wszyscy może wiedzą, że postać ta pojawiła się już wcześniej na ekranie pół wieku temu, a stworzył ją ten drugi zaraz po wybitnym Sergiu Leone czyli Corbucci, również Sergio. Film ten widocznie tak wpłynął na amerykańskiego reżysera, że postanowił przenieść pewne rzeczy do swojej produkcji. A jakie wrażenie zrobił na mnie klasyczny Django? O tym poniżej.


Django (Franco Nero) wraz z wyswobodzoną przez siebie z rąk bandytów dziewczyną Marią (Loredana Nusciak) przybywa do miasteczka. Dowiaduje się tam, że w okolicy walczą o wpływy między sobą Meksykanie pod wodzą Huga (José Bódalo) i renegaci majora Jacksona (Eduardo Fajardo). Django postanawia wmieszać się w ten konflikt.


Pierwsza scena robi wrażenie i pozwala wierzyć, że cały film będzie świetnie ociekał specyficznym klimatem antywesternu. Widzimy w nim kroczącego przez zabłoconą drogę bohatera, mozolnie ciągnącego za sobą wcale nie pustą trumnę. Przez kilka minut, gdy oglądamy wędrówkę Djanga przygrywa nam na ekranie świetna piosenka Argentyńczyka Luisa Bacalova Django, która została też wykorzystana jako główny motyw również w filmie Tarantino. Pierwsza scena filmu jest świetna. I niestety to tyle, jeśli chodzi o pozytywy całego filmu. Gdy bohater się odezwie lub wprawi w ruch swój rewolwer czar pryska i widzimy tylko dialogi wymyślone przez kogoś na poziomie IV klasy podstawowej i niezbyt finezyjne oraz absurdalnie głupie wyczyny strzeleckie tytułowego bohatera, który niczym Rambo lub inny Batman potrafi wykosić sam każdą grupę uzbrojonych rywali, nie zależnie czy jest ich 5 czy ponad 40. Także postaci w filmie nie są zbyt przekonujące. Czy to będący kopią Clinta Eastwooda z filmów Leone Django, czy Hugo Rodriguez czy kierujący czymś na wzór anty - meksykańskiego Ku Klux Klanu Jackson - nikt tutaj nie przyciąga widza. Dialogi są drętwe, sztywne i zazwyczaj pozbawione finezji. Całość na głowę pod tym względem bije zaś Nusciak jako Maria. Owszem, była to kobieta bardzo ładna i ogląda się ją dobrze, jednak niestety gdy się odzywa to człowiek chce się popłakać z żalu, że ktoś tak paralityczny jest tu główną femme fatale, która do tego po kilku minutach zakochuje się bez wzajemności w głównym bohaterze. 
Corbucci zwykł powtarzać, że Ford miał Johna Wayne'a, Leone Clinta Eastwooda, a on ma Franco Nero. Szkoda tylko, że Nero w tym filmie jest Eastwoodem, tyle że bez charakterystycznego dla Dolarowej trylogii ponczo. Duże, naprawdę duże rozczarowanie.





piątek, 25 grudnia 2015

Perła westernu

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (C'era una volta il West)
Włochy, USA 1968
reż. Sergio Leone
gatunek: western 

Sergio Leone był jednym z prekursorów podgatunku zwanego spaghetti western, który oznaczał filmy w realiach Dzikiego Zachodu kręconych przez włoskich twórców w Europie, przeważnie we Włoszech i Hiszpanii. Były to filmy niskobudżetowe i brutalne, które jednak po pewnym czasie zyskały uznanie. Najlepszym przykładem jest tak zwana Dolarowa trylogia Leone, która wykreowała gwiazdę Clinta Eastwooda. Opisywany zaś film należy do arcydzieła gatunku westernu. 


Z Nowego Orleanu na wschód przybywa piękna Jill (Claudia Cardinale), by zamieszkać ze swym świeżo poślubionym mężem. Gdy jednak przybywa na miejsce okazuje się, że jej mąż oraz jego dzieci zostali zabici przez bandytów. Podejrzewa się o to bandę niejakiego Cheyenna (Jason Robards). Tymczasem w okolicy zjawia się tajemniczy bezimienny (Charles Bronson), który  ma porachunki z gangsterem Frankiem (Henry Fonda), który współpracuje z niepełnosprawnym magnatem kolejowym (Gabriele Ferzetti).


Tempo tego trwającego 165 minut filmu Seria Leone sprawia, że albo szybko się do niego przekonamy kupując tą balladową opowieść albo równie szybko zrezygnujemy. Już sama najdłuższa w historii kina czołówka filmu ukazująca przybycie bezimiennego oraz czekający na niego komitet powitalny ukazuje widzowi jaki będzie klimat tej produkcji. 
Na szczególną uwagę zasługuje ścieżka dźwiękowa mistrza udźwiękowienia filmowego spaghetti westernów (i nie tylko) Ennio Morricone. Typowo westernowe motywy w wykonaniu Włocha to czysta poezja, a to co usłyszymy pod koniec filmu, gdy w samo południe przyjdzie na udeptanej ziemi spotkać się dwójce przeciwnikom na pustkowiu to istny majstersztyk.
Film posiada naprawdę solidną dawkę gwiazd aktorskich tamtych lat z Charlesem Bronsonem czy Henrym Fondą, którzy są tutaj w bardzo dobrej aktorskiej formie.
Cieszy oko przywiązanie do detali w strojach bohaterów, realne przedstawienie zabudowań i to, że możemy czasem obserwować toczące się w tle zwyczajne życie mieszkańców tamtych ciężkich do egzystencji terenów. 
Oczywiście film ten może się nie spodobać wszystkim, jednak warto się z nim zapoznać - jest to film totalny - mamy tu prawie wszystko co najlepsze w tym mocno już skostniałym gatunku.





wtorek, 22 grudnia 2015

Sztuka kochania

Koneser (La Migliore offerta)
Włochy 2013
reż. Giuseppe Tornatore
gatunek: melodramat 

Najnowszy film twórcy opisywanego jakiś czas temu filmu z Monicą Bellucci Malena bliski jest stylistycznie innemu włoskiemu filmowi z ostatnich lat, wyreżyserowanego przez Pabla Sorrentino, to jest do Wielkiego piękna. I chociaż fabularnie jest tutaj jednak zupełnie inna historia to można się dopatrzyć w najpopularniejszych włoskich produkcjach ostatnich lat pewnych zbieżności. 


Niedostępny, stroniący od ludzi właściciel renomowanego domu aukcyjnego Virgil Oldman (Geoffrey Rush) żyje własnym, samotnym życiem, które poświęca tylko sztuce. Nie licząc znajomego będącego też jego partnerem biznesowym pomagającym mu zebrać imponującą kolekcję dzieł, Billy'ego (Donald Sutherland) nie posiada większych kontaktów towarzyskich. Pewnego razu dodzwania się do niego tajemnicza kobieta, Claire (Sylvia Hoeks), która chce sprzedać wartościowe antyki pozostawione jej po zmarłych rodzicach. Zaintrygowany dziwną kobietą i jej specyficzną przypadłością Virgil opowiada o niej współpracownikowi, Robertowi (Jim Sturgess).


Produkcja Tornatore jest filmem włoskim jednak zagranym po angielsku z użyciem anglojęzycznych aktorów. Mieliśmy przykłady innych filmów tego typu, jak na przykład hiszpański film anglojęzyczny Mechanik  Brada Andersona z Christianem Bale'm w roli tytułowej. Trochę to dziwne ale tak już we współczesnym kinie to wygląda. 
Ciężko określić miejsce akcji filmu, gdyż z jednej strony obserwujemy plenery iście włoskie, jednak aktorzy noszą anglojęzyczne nazwiska, używają angielskich słów oraz posiadają brytyjskie paszporty. 
Sam film to festiwal jednego aktora - Virgil Geoffreya Rusha jest osobą z krwi i kości. Rola została zagrana tak dobrze, że widz czasem zapomina, że to tylko jego praca na planie filmowym. Postać ta początkowo może odpychać, jako zadufany w sobie mizantrop stroniący od ludzi wykorzystując ich przedmiotowo, noszącym rękawiczki, by nie musieć stykać się własnoręcznie z innymi. Widzimy późniejszą jego przemianę pod wpływem nowopoznanej Claire, zagranej przez Hoeks w taki sposób, że nie ustępuje zbytnio swemu utalentowanemu partnerowi z planu filmowego.
Fabuła jest do pewnego momentu bardzo absorbująca i trzymająca w pewnym napięciu, jednak po pewnym czasie staje się lekko naiwna i przewidywalna, jednak film mimo to ogląda się dobrze. Lepiej dla niego byłoby według mnie, gdyby ze 130 minut wyciąć z kwadrans, który jest niepotrzebny aby usunąć pewne dłużyzny i powtórzenia, które wkradają się do seansu. 
Ogólnie mamy do czynienia z dobrą europejską produkcją, która jest świetną przeciwwagą do hollywoodzkich blockbusterów. Warto zobaczyć. 







poniedziałek, 21 grudnia 2015

Ukryta prawda

Twarz anioła (The Face of an Angel)
Włochy, Wielka Brytania, Hiszpania 2014
reż. Michael Winterbottom
gatunek: dramat

Każdego dnia na świecie popełnianych jest wiele mordów i innych poważnych zbrodni. Przeważnie wcześniej czy później (ale częściej wcześniej) winni tych zbrodni zostają złapani i osądzeni. Jednak co ciekawe tylko mały procent z tych zbrodni i ich bohaterów jest nagłaśnianych przez media, przez co później żyją one długo własnym życiem (vide sprawa Katarzyny W. i jej córki). Winterbottom w jakimś stopniu próbuje odpowiedzieć w swym filmie na pytanie dlaczego w mediach absorbują tematykę niektórych mordów, morderców i ich ofiar.


Angielski reżyser pracujący w Hollywood, Thomas (Daniel Brühl) przyjeżdża do Sieny, by zebrać dokumentację dotyczącą jego przyszłego filmu na motywach głośnej sprawy morderstwa ciągnącej się od kilku lat, a opisanej wcześniej w książce przez dziennikarkę Simone (Kate Beckinsale). Równolegle kończy się proces apelacyjny młodej Amerykanki Jessiki (Genevieve Gaunt) oskarżonej o zamordowanie swojej studenckiej współlokatorki, pochodzącej z Wielkiej Brytanii Elizabeth (Sai Bennett). Thomas chcąc poznać miasto prosi o pomoc w oprowadzeniu go po jego mrocznych zakątkach studentkę Melanie (Cara Delevingne). Podejrzenia reżysera wzbudzać zaczyna mężczyzna, który wynajmuje mu mieszkanie, tajemniczy Edoardo (Valerio Mastandrea).


Film ten ma kilka mocnych punktów. Jednym z ważniejszych z nich jest uroda większości występujących w nim aktorek, które nawet czasem zrzucą na moment swe ciuszki. Kolejnym plusem dodatnim jest na pewno urokliwe miasto, jakim z pewnością jest Siena. Poza tym dobrze oddano też system działania mediów, które jak pijawki próbują podgrzewać atmosferę wokół zbrodni i jej aktorów nie zważając nawet na to moralność. Dodatkowo nieźle zagrał Daniel Brühl. Niestety film ma też aspekty mniej chwalebne. Na pewno nie jest zbyt trzymający w napięciu. Niby to tylko 100 minut, a czasem jednak się dłuży. A nie powinno. Także sama fabuła nie jest zbyt mocną stroną całości. Rozumiem, że jak zresztą mówi jeden z bohaterów Prawda jest mało istotna, ale można było trochę inaczej przedstawić bieg sprawy. Główna oskarżona nie wymawia w filmie ani jednego słowa. Widz tak jak i główny bohater o winie lub jej braku musi wszystkiego dowiadywać się od innych. A co człowiek to inna wersja. 
Ogólnie film nie cieszy się z tego co widzę zbyt wysokimi notowaniami (średnia 4,5 na filmwebie sławy nie przynosi, szczególnie, że dla wielu oceniających ocena 5 równa się największe dno), jednak chciałbym uspokoić, że aż tak źle to nie wygląda. Film da się z całą pewnością oglądać i mimo, że nie jest to na pewno produkcja specjalnie dobra to mamy do czynienia z solidnym przeciętniakiem jakich wiele. Ale czy to wystarczy aby poświęcić na niego sto minut? To już wybór każdego z osobna. 




czwartek, 12 listopada 2015

Mroki średniowiecza

Imię róży (Der Name der Rose)
Francja, Włochy, Niemcy 1986
reż. Jean-Jacques Annaud
gatunek: kryminał 

Ten film obejrzałem po wielu latach z wielką przyjemnością. Jako dziecko widziałem go kiedyś, lecz jedyne co pamiętałem z tego dawnego seansu to brzydcy ludzie, garbus, scena w zapiecku i palenie na stosie. A film ten to przecież wiele więcej. Przez lata zabierałem się za ponowne obejrzenie tego filmu tak samo, jak wciąż po raz kolejny zabieram się za lekturę książki Umberto Eco, na kanwie której zrealizowano tę produkcję. I wreszcie mi się udało.


Mamy rok 1327. Do jednego z opactw benedyktyńskich na terenie Włoch przybywa franciszkanin  William z Baskerville (Sean Connery) wraz ze swym młodym uczniem, Adsem (Christian Slater). Mają tam uczestniczyć w debacie pomiędzy swym zakonem a przedstawicielami papieża. Jednak gdy wjeżdżają w mury klasztorne opat (Michael Lonsdale) wyjawia im, że doszło na terenie opactwa do tajemniczego mordu, za którym może stać sam diabeł. Kierujący się logiką William postanawia rozwiązać racjonalnie przyczynę zbrodni. Wkrótce dochodzi do kolejnych mordów...


Pierwsze co się rzuca w oczy przy oglądaniu tego filmu to świetny klimat średniowiecznego opactwa. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba zobaczyć i docenić. Zarówno same klasztorne budynki, jak i lokalizacja opactwa już robią wielkie wrażenie. Dochodzą do tego świetnie przygotowane rekwizyty oraz dobrze obsadzeni niewyjściowi aktorzy (choćby Michael Habeck, Ron Perlman i Volker Prechtel), którym jeszcze realizatorzy wskazali dokładnie to co mają robić, żeby wyglądało jak przed niemal 700 laty. Ukazane w wielu momentach filmu samo krzątanie się mnichów po terenie klasztoru, pokazanie ich relacji z okolicznym chłopstwem czy towarzyszenie z kamerą w ich codziennych śpiewach i modlitwach to naprawdę klasa sama w sobie. Tak samo jak wykonane z największą dbałością na potrzeby filmu księgi, których produkcja trwała długie miesiące. Do tego pokazanie typowej średniowiecznej mentalności, gdzie wszystko kręciło się wokół religii oraz biedy doczesnego świata. Super. W ostatniej części filmu poznajemy też metody inkwizycji prezentowane przez osobę Bernarda Gui'a (F. Murray Abraham) co nie dodaje sympatii dla tej instytucji. W szpetnym przeważnie uroku jakim jest obserwowanie tego świata trochę blednie sama intryga kryminalna, a sama motywacja złoczyńcy jak na dzisiejsze standardy jest dość błaha, choć w tamtych czasach rzeczywiście mogłoby to być bardziej znaczące. Nie można się przyczepić też do gry aktorskiej z genialnymi rolami drugo i trzecioplanowymi i świetnym Sean'em Connerym. Trochę odstaje od tego Slater w roli Adsa, ale jak czas pokazał pozostał on aktorem niespełnionym. 
Oczywiście nie wszystkie rzeczy z filmu stoją w zgodzie z prawdą historyczną, tak samo jak sam Eco nie przenosił wszystkich faktów w skali 1:1. Jednak mamy do czynienia z jedną z najlepszych ekranizacji literatury w historii kina. A że sama książka jest zaliczana do najważniejszych dzieł zeszłego wieku to chyba nie muszę mówić, że warto zobaczyć. A potem przeczytać. Albo przeczytać wcześniej. Sam muszę po raz kolejny zabrać się za oryginalną powieść. Co do filmu: może się komuś nie spodobać ale grzechem jest nie obejrzeć.