Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gangsterski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gangsterski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2017

Eksportowa yakuza

Brother
Japonia, USA, Francja, Wielka Brytania 2000
reż. Takeshi Kitano 
gatunek: gangsterski, dramat
zdjęcia: Katsumi Yanagijima
muzyka: Joe Hisaishi

Kontynuując swoją przygodę z filmami świętującego niedawno 70. urodziny Takeshiego Kitano tym razem sięgnąłem po nietypową dla niego produkcję, którą to nakręcił nie w Japonii, a w Stanach Zjednoczonych w koprodukcji z USA. To już czwarty film w reżyserii tego autora (i aktora). Zostało jeszcze czternaście.


Członek japońskiej yakuzy, Yamamoto (Takeshi Kitano) jest zmuszony do opuszczenia rodzimego kraju. Udaje się do USA, gdzie mieszka jego brat. Na miejscu okazuje się, że Ken (Claude Maki) wraz z kilkoma czarnoskórymi wspólnikami zajmuje się handlem narkotykami dla lokalnej mafii. Yamamoto zaprzyjaźnia się z jednym z Afroamerykanów, Dennym (Omar Epps)...


Lubię kino gangsterskie. Nawet nie ważne czy chodzi o mafię włoską, amerykańską, rosyjską, triady czy yakuzę. Dobrze zrealizowany, ciekawy fabularnie film o mafii zawsze powoduje u mnie uśmiech. Niestety amerykański eksperyment Takeshiego Kitano nie spełnił moich kryteriów dobrego filmu, mimo ciekawie zapowiadającej się na papierze historii. W rzeczywistości dostajemy jednak płytki film z prostą (a nawet prostacką) historią, słabo zagrany, nudny i przesadnie brutalny. Takeshi Kitano gra tutaj jak zwykle Takeshiego Kitano, więc praktycznie się nie odzywa (zresztą jego bohater nie mówi po angielsku), chodzi i bije ludzi, by później ich zabijać. Zabitych w filmie postaci jest tak dużo,że nawet nie wiadomo w sumie kto kogo pozbawia życia, a dlaczego to już w ogóle nie interesuje autorów. Wiadomo, że chodzi o jakieś porachunki mafijne, ale większych szczegółów widzom się nie serwuje. Niekiedy brutalność jest jednak tutaj plusem, szczególnie, gdy Kitano przenosi zachowanie yakuzy na grunt amerykański. Mamy tutaj więc standardowe dla niego odcinanie palców, harakiri i tym podobne atrakcje, które wypadły stosunkowo dobrze.
 Ogólnie jednak jestem bardzo rozczarowany tym filmem, który oprócz przesadnej brutalności wlecz się bardzo wolno, a zerowemu tempu towarzyszą niemal zerowe dialogi i równie szczątkowa fabuła. Tak słabego Kitano jeszcze nie widziałem.





wtorek, 10 stycznia 2017

Fala zbrodni

Wściekłość (Outrage)
Japonia 2010
reż. Takeshi Kitano
gatunek: dramat, gangsterski
zdjęcia: Katsumi Yanagijima
muzyka: Keiichi Suzuki

W tym roku opisywałem już jeden z filmów Takeshiego Kitano, komedię Ryuzo i siedmiu najemników, zaś trochę wcześniej, bo we wrześniu zeszłego roku miałem okazję obejrzeć Zatoichiego. Jednak tego znanego aktora i reżysera świat najbardziej kojarzy dzięki brutalnym filmom o tematyce mafijnej. Także zdecydowałem się kontynuując oglądanie jego filmów na właśnie tego typu...rozrywkę.  


Szefowi klanu yakuzy, Kan'naiemu (Sôichirô Kitamura) nie podoba się  zdobywaniu większych wpływów bossów mniejszego szczebla, w tym Ikemoto (Jun Kunimura), Murase (Renji Ishibashi), Katô (Tomokazu Miura) czy Ôtomo (Takeshi Kitano). Postanawia więc wykorzystać swe wpływy na wzajemnym skłócaniu członków gangu.


W tym filmie Kitano niszczy mit gangstera, jaki często starają się pokazać niektórzy filmowcy. Nie ma tutaj szlachetnym mężów, którzy egzekwują swoje prawa opierając się na swoistych kodeksach honorowych i posiadających jakiekolwiek zasady. Reżyser nie pozostawia też złudzeń, czy bycie gangsterem się opłaca. Bohaterowie filmu wciąż żyją w strachu,a jedna chwila wystarczy, by z myśliwego zmienić się w zwierzynę. Z filmu można dowiedzieć się,tego, że mafia nie wybacza, chociaż to akurat znane jest od dawna. Dobrze w produkcji Kitano funkcjonuje klasyczny motyw sprawowania uzurpatorskiej władzy, jaką tu roztacza Kan'nai. Stosując metodę kija i marchewki z tylnego siedzenia za pomocą różnych podszeptów napuszcza przeciw sobie swych podwładnych, którzy eliminują się z dość wymyślnym i na pewno dużym okrucieństwem. Od połowy film zamienia się wręcz w prawdziwy festiwal przemocy, co bardziej wrażliwi kinomani mogą nie doczekać do napisów końcowych. Jednak nie jest to typowy film akcji. Fabuła rozwija się długo, a całość nakręcona jest w bardzo surowym anturażu. Kitano zamiast na fajerwerkach skupił się na pokazaniu całej mafijnej machiny, która wciąż mocno trzyma się w jego kraju (co pokazuje występująca w filmie bezradna lub nie chcąca reagować policja). Na pewno nie jest to film dla każdego, ogląda się go z duszą na kamieniu jednak choćby dla samego obrazu dość egzotycznych dla nas grup przestępczych można spędzić niemal dwie godziny przed ekranem. 




niedziela, 18 grudnia 2016

Gangsterska opowieść

Dawno temu w Ameryce (Once Upon a Time in America)
USA, Włochy 1984
reż. Sergio Leone
gatunek: dramat, gangsterski 


Serio Leone mimo że nie nakręcił zbyt wielu filmów jest według mnie jednym z lepszych reżyserów XX wieku. Chociaż do tej pory widziałem tylko cztery z nich (ten jest piąty), a początkowych włoskojęzycznych dzieł tego twórcy praktycznie nie da się obecnie zobaczyć to film uznawany za jego magnum opus czekał na to, aż go zobaczę aż do teraz. 


Poznajemy losy życia Żyda o pseudonimie Noodles (Robert De Niro i Scott Schutzman Tiler), który w biednej nowojorskiej dzielnicy wraz z przyjaciółmi, w tym Maxem (James Woods i Rusty Jacobs) założył dobrze prosperujący interes czasów prohibicji. 


Chociaż mamy do czynienia z monumentalnym (czy wręcz epickim) niemal czterogodzinnym dziełem, jakich teraz pod względem metrażu ze świecą szukać, to jednak ciężko w kilku zdaniach opisać sensownie o czym jest ten film. Mamy tu do czynienia z rozłożoną w czasie historią życia człowieka, który poprzez przestępczość wyrywa się z biedy, a później przez nią musi ukrywać się przez ponad trzy dekady. Jest to też historia pewnej trudnej przyjaźni, kilku miłości (też tych płatnych, jak i wymuszonych) i porachunków gangsterskich. Leone w swym filmie mając do dyspozycji bardzo wiele czasu zamieścił bardzo wiele schematów z różnych dzieł gangsterskich z wcześniejszych czasów dodając do tego wzorowanie się na powieści, której film jest adaptacją. Niestety same postaci są nieco sztuczne, mało ludzkie, ciężko jest do nich czuć sympatię - nawet żaden z głównych bohaterów nie wydał mi się kimś, komu będę kibicował, czy będzie mi zależało na jego losie. O wiele lepiej też wypadają sceny z młodości bohaterów. Tam wyczuć można najbardziej klimat opowieści, wtedy też chyba poczynania bohaterów interesują najbardziej. W sumie dla mnie najlepszym bohaterem całości jest samo miasto - to, w jaki sposób funkcjonuje ulica, jak rozwija się metropolia - urzekł mnie klimat miasta z wczesnych czasów - Leone i jego ludzie świetnie oddali atmosferę początków ubiegłego stulecia. To, co także wymaga pochwały to z pewnością obłędna ścieżka dźwiękowa stworzona przez Ennio Morricone. Motyw przewodni zapadnie w pamięć na bardzo długo. Niestety jednak miałem też problem z długim formatem całości - akcja w filmie się wlecze, całość jest skromna w tekst i powolna, z narracyjnym tempem podobnym do tego, który można było zobaczyć w Pewnego razu na Dzikim Zachodzie, tym razem jest jednak o godzinę dłużej - czasem jest to niezbędne do utrzymania odpowiedniego klimatu i stylistyki, jednak tym w wielu miejscach widz zmuszony jest się męczyć. Dlatego doceniając wiele aspektów tego wyjątkowego obrazu jednak dalej uważam, że to westernowe dzieła Leone były tymi lepszymi. Choć raz w życiu i opisywany właśnie monumentalny film wypada obejrzeć. W dalszym ciągu jako całość to jedno z tych dzieł aspirujących do miana filmu kompletnego. 





niedziela, 19 czerwca 2016

Rodzina na swoim

Chłopcy z ferajny (Goodfellas)
USA 1990
reż. Martin Scorsese
gatunek: gangsterski

Są filmy kultowe. Filmy, które wypada znać, a nawet oglądać cyklicznie co jakiś okres. Co więcej należy uznawać też je za filmy wyjątkowe, ponadprzeciętnie dobre. Co jednak jakimś cudem ćwierć wieku od premiery nie zobaczyło się wcześniej takiego kultowego dzieła i podczas seansu nie pieje się z zachwytu? Czy należy pod presją tłumu też kiwać głową z aprobatą nad każdą sceną czy wyjść przed szereg i powiedzieć wyraźnie, że nie wszystkie elementy produkcji były tak fajne, jak miały być? Przy takim dylemacie przystanąłem podczas seansu tego 'kultowego' filmu.


Poznajemy opartą na faktach historię trwającej wiele lat przestępczej kariery Harry'ego Hilla (Ray Liotta), który już od najwcześniejszych lat życia zaczął swą posługę dla lokalnej mafii. Z biegiem lat zaprzyjaźnia się z wpływowym gangsterem Jamesem Conway'em (Robert De Niro) oraz nieprzewidywalnym Tommym DeVito (Joe Pesci). Razem dokonują szereg spektakularnych akcji.


Lubię kino i literaturę mafijno - gangsterską. Ojca chrzestnego przeczytałem już na początku gimnazjum i zrobił na mnie o wiele większe wrażenie niż momentami przynudzający film. Zakazane imperium (a przynajmniej pierwsze jego trzy sezony) uważam za najlepszy serial od czasu Rzymu. Dodatkowo uwielbiam czytać o polskiej mafii trzepakowej zarówno w megalomańskich zwierzeniach Masy, jak i innych Alfabetach mafii. Do tego przeróżne Gomorry, Syberyjskie wychowanie czy Antykiller. Tak więc myślę, że na tym temacie jako tako się znam i potrafię ocenić. Jednak klasyczny już film Scorsesego nie zrobił na mnie jakoś wielkiego wrażenia. Mimo naprawdę dobrej gry aktorskiej (wielki Joe Pesci, który w tym okresie grał też znanego wielu prześladowcy Kevina, gdy ten był sam w domu lub Nowym Jorku), naprawdę ciekawych kilku scen (między innymi najlepsze długie ujęcie w historii kina - wejście Harry'ego i Karen do restauracji). Całość jest dla mnie jednak bardzo słabo przyswajalna. Film jest pełen dłużyzn i przeciąga się w nieskończoność, chce objąć zbyt wielki przedział czasowy, przez co historia staje się niespójna. Najgorsze jest to, że mało ważne momenty doczekują się kilku - kilkunasto minutowych sekwencji, zaś istotne sceny są tylko wspominane. Coś dzieje się, jednak nie jest często pokazane nawet na drugim planie. W rezultacie oglądamy często nudnawe sceny i obchodzimy się smakiem w momentach, gdy dzieje się coś ciekawego. 
Reasumując nie mamy do czynienia z filmem złym, a raczej tylko niezłym. Oczekiwałem zobaczyć coś tak dobrego, jak nigdy a dostałem dobry film bez ogromu fajerwerków. za to z kilkoma niedogodnościami. Dlatego też jednak zawód. 





niedziela, 13 marca 2016

Porywanie na ekranie

El Clan
Argentyna, Hiszpania 2015
reż. Pablo Trapero
gatunek: thriller, biograficzny, gangsterski 


Zanim napiszę cokolwiek o samym filmie przyda się najpierw krótka notka historyczna, gdyż bez tego backgroundu ciężko zrozumieć o co chodzi w samej fabule. Produkcja Trapera przedstawia losy pewnej rodziny w latach 80. ubiegłego wieku. Dużą zaś rolę w filmie odgrywa sytuacja polityczna w Argentynie. Akcja dzieje się już w czasie demokratyzacji kraju (czyli od 1983 roku), po trwających od 1976 do 1983 roku dyktatorskich rządach junty wojskowej. Minione czasy, to okres terroru i licznych porwań przeciwników władzy. Główny bohater filmu zaś jako agent wywiadu uczestniczył czynnie w takich porwaniach.


Poznajemy losy statecznej rodziny Puccio, która skupiona jest wokół seniora rodu, Arquímedesa (Guillermo Francella). Główną chlubą klanu jest Alejandro (Peter Lanzani), który jest utalentowanym rugbystą grającym nawet w reprezentacji kraju i mający możliwość na międzynarodową karierę. Jednak zamiast skupiać się na sporcie chłopak wraz z ojcem i kilkoma wspólnikami dla okupu porywa ludzi, których później więżą w domu rodzinnym...


Cała historia przedstawiona w filmie Trapera jest tak nieprawdopodobna, że ciężko uwierzyć, że wydarzenia zawarte w fabule są naprawdę prawdziwe i wydarzyły się w rzeczywistości. O ile w samych porwaniach, zyskach z okupów czy egzekucjach na uprowadzonych ludziach nie ma nic zaskakującego, bo tego typu praktyki istnieją zapewne od początku ludzkości, to sam fakt, że przetrzymuje je u siebie w domu reprezentant kraju w ważnym, drugim po piłce nożnej narodowym sporcie to już inna sprawa. Do tego szokuje kontrast widniejący w pokazaniu wzorowej rodziny żyjącej normalnym życiem, gdy zaraz obok w worku na głowie przykuty do ściany przetrzymywany jest porwany człowiek. Świetnie to widać już w zwiastunie filmu: ktoś leniwie spędza czas przed telewizorem, ktoś przygotowuje obiad, kto inny jeszcze odrabia lekcje, a w tle słychać krzyki przetrzymywanego nieopodal więźnia. Sposób zrealizowania tych scen rodzinnych szokuje i stoi przy okazji na naprawdę dobrym poziomie. Główną zasługą tego, że film ogląda się dobrze jest świetna rola Guillerma Francelli w roli Arquimedesa. Ten facet zrobił ten film! Niektórzy zachwycają się oscarowymi rolami niektórych amerykańskich aktorów, ale to naprawdę nic z rolą Francelli. 
Ogólny klimat filmu to takie połączenie Rodziny Soprano z filmami Scorsese (choćby z Chłopcami z ferajny). Jest wiele nawiązań do wymienionych produkcj, jednak na szczęście nie dochodzi tutaj do plagiatu. 
Generalnie dostajemy więc dobry film o dobrej (i co ważne: prawdziwej) tematyce. Film, który czasem szokuje za sprawą postępowania swych bohaterów. Do tego wszystko dopełnia dobrze wkomponowana muzyka (zarówno anglo, jak i hiszpańskojęzyczna), solidny montaż i naprawdę dobra gra aktorska. Do tego jest to też solidne rozliczenie z okresem dyktatury, film ma wydźwięk typu 'zgniły system tworzy zgniłych ludzi'. Polecam, nie powinno być zawodu. 





piątek, 11 marca 2016

Mroczne Wieczne Miasto

Suburra 
Włochy 2015
reż. Stefano Sollima
gatunek: kryminał, gangsterski 


Od jakiegoś czasu wyraźnie włoska kinematografia przechodzi okres swojego prosperity. Oczywiście w minionych latach od czasu do czasu, w każdej dekadzie z Italii wypływały przeróżne filmowe perełki (Życie jest piękne, Cinema Paradiso, Słodkie życie czy La Strada) ale w kilku minionych latach nagromadziło się w niedługim czasie kilka naprawdę dobrych i docenianych produkcji. Wymieńmy choćby Młodość i Wielkie piękno Paola Sorrentina, Konesera  Giuseppe Tornatora czy Pentameron, za którym stoi Matteo Garrone. Film Sollimy świetnie współgra z wymienionymi wyżej produkcjami. 


Współczesny Rzym. Samuraj (Claudio Amendola) w imieniu rodzin mafijnych nadzoruje przygotowywanie i wdrożenie rządowego projektu mającego z podrzymskiej Ostii uczynić europejskie Las Vegas. Lawirując pomiędzy politykami, klerem, a lokalnymi gangsterami w postaci cygańskiego bossa Anaclettiego (Adamo Dionisi) i Numerze 8 (Alessandro Borghi), który przejął po ojcu schedę w ostyjskim półświatku Samuraj pilnuje, by wszystko szło zgodnie z planem. Wszystko komplikuje jednak mini orgia, w której uczestniczy prominentny polityk partii rządzącej, Filippo Malgradi (Pierfrancesco Favino)...


Dawno nie widziałem tak dobrze zrobionego kina mafijnego, które nie sądziłem, że jeszcze czymś mnie zaskoczy. Tutaj niby też mamy wszystko zgodnie ze schematem: skorumpowani politycy, wtrącające swoje trzy grosze duchowieństwo, bezwzględnych gangsterów, krwawe egzekucje i jeszcze bardziej krwawe vendetty za nie, piękne kobiety i orgie z ich udziałem. Jednak w sposób, w jaki do ekranizacji książki Giancarla De Catalda podszedł Sollima powoduje, że te dziewięć kwadransów z filmem leci bardzo, ale to bardzo szybko. 
Reżyser przedstawił zło zżerające Rzym w sposób podobny do tego, jak miasto pokazał Sorrentino w Wielkim Pięknie. Tak świetniej pod względem wizualnej produkcji nie widziałem od dawna. O ile Sorrerntino skupił się na ogólnym upadku moralnym ludzkości (głównie elit) i zestawił brzydotę ludzką z olśniewającym zabytkami Wiecznego Miasta, to Sollima poszedł o krok do przodu i zestawił to piękne, pradawne miasto nie tylko z narkotykowymi orgiami czy zdradą ale też wszechogarniającą zbrodnią i występkiem. W całym filmie, choć przewija się gama bohaterów ciężko powiedzieć o kimś, że jest on postacią pozytywną. Może tchórzliwy i zastraszany Sebastiano (Elio Germano) nie wydaje się złym człowiekiem, jednak i tak zmuszony uczestniczy w rzeczach niezbyt chwalebnych. Postawa bohaterów jak i miejsca, w których przebywają (w aurze deszczowego listopadowego Rzymu) sprawia, że mamy do czynienia z kinem w stylu neo - noire. To wszystko sprawia, że film ogląda się po prostu bardzo dobrze. Nie ma co więcej pisać, wystarczy powiedzieć, że film ten wypada zobaczyć. Szkoda, że w Polsce nikt jeszcze nie pomyślał o jego dystrybucji kinowej, byłoby to miłe urozmaicenie sal kinowych.








środa, 24 lutego 2016

Awanturniczy bracia

Legend
Wielka Brytania, Francja 2015
reż. Brian Helgeland
gatunek: gangsterski, biograficzny 


Miniony rok był rokiem nie tylko Michaela Fassbendera ale może i przede wszystkim Toma Hary'ego. Brytyjczyk wystąpił w 2015 roku w tak różnorodnych produkcjach, jak System, Mad Max
czy Zjawa. Filmy te mogły się podobać lub też nie, jednak niezaprzeczalnie do plusów każdej z tych produkcji należy zaliczyć grę Hardy'ego. W opisywanym właśnie filmie aktor ten wieńczy rok poprzez wcielenie się w aż dwie głównoplanowe postaci. 


Przenosimy się do Londynu lat sześćdziesiątych XX wieku. To właśnie tu swoje kryminalne imperium rozbudowują dwaj gangsterzy - bliźniacy: Ronald Kray i Reggie Kray (w obu wciela się Tom Hardy). Braci nie licząc kryminalnych skłonności i bliźniaczego podobieństwa dzieli jednak całkiem sporo. Zaczynając od całkiem innego charakteru obu braci (związanych z chorobą umysłową Ronalda) po pomysły na życie (gdy Reggie chce się ustatkować żeniąc się z poznaną dziewczyną, Frances (Emily Browning) jego brat cieszy się epoką przed HIV wdając się w homoseksualne orgie i planuje poszerzanie swych nielegalnych wpływów). Odmienne charaktery braci często będą doprowadzały do scysji między rodzeństwem...


Choć Hardy dostał się do światowej czołówki aktorów zarówno pod względem talentu, jak i tym finansowym to w tym filmie pokazuje, że nie stało się to przez przypadek. To w jaki sposób wcielił się w dwie wydawać by się mogło jednakowe (w sumie fizycznie często braci różni tylko fakt posiadania okularów przez jednego z nich) postaci można określić tylko jednym słowem: brawura. Reggie i Ronald Hardy'ego to dwie odmiennie różne i bogato złożone jednostki i za to należą się brawa aktorowi. 
Drugie co zwraca uwagę w pozytywnym aspekcie w tym filmie to bardzo dobre odwzorowanie epoki Londynu tamtego okresu. Od wystroju wnętrz przez stroje i fryzury po środki transportu właściwe dla tamtych lat - wszystko wygląda dobrze i naturalnie, nie widać tu nic z kostiumowej sztuczności właściwej dla części podobnych produkcji.
Zawiodłem się jednak na samym pokazaniu prawdziwej historii braci Kray. Owszem dowiadujemy się z rozmów i teczek wypełnionych funtami, że interes im się kręci, od czasu do czasu zdarzy im się też kogoś pociąć czy połamać jednak film nie okazuje budowania potęgi przestępczego biznesu w taki sposób, w jaki powinien. Brakuje tu wielu rzeczy i przez to obraz życia braci widoczny w filmie jest mocno zamglony i niepełny. Może za bardzo skupiono się na relacjach osobistych bohaterów, kosztem pokazania pełnej przestępczej historii.
Ogólnie mamy całkiem niezły film oparty na faktach z bardzo ciekawą rolą (a właściwie rolami) Hardy'ego i choćby z tego względu warto poświęcić czas na tę europejską produkcję.


niedziela, 13 grudnia 2015

Nietykalni bimbrownicy

Gangster (Lawless)
USA 2012
reż. John Hillcoat
gatunek: dramat, kryminał, gangsterski

Lata 1919 - 1931 to był bardzo dziwny okres w krótkiej historii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. W tym czasie za sprawą 18. poprawki do tamtejszej konstytucji trwała w USA prohibicja alkoholowa. W kraju słynącym ze swobód obywatelskich prawnie zakazano spożywania jakichkolwiek trunków alkoholowych. Jak się później okazało nie wyeliminowano chęci picia w narodzie, lecz pozwoliło przeróżnym mafią zdobywać fortuny dzięki przemytowi alkoholu. Byli też i zwykli leśni bimbrownicy, o których to opowiada ten film. 



Poznajemy rodzeństwo Bondurant, które gdzieś w wiejsko - leśnej scenerii południa USA zarabia na życie trudniąc się pędzeniem i sprzedawaniem detalicznym, jak i hurtowym bimbru. Mającym układ z lokalnymi stróżami porządku braciom Forrestowi (Tom Hardy), Howardowi (Jason Clarke) i Jackowi (Shia LaBeouf) wiedzie się dobrze do czasu, gdy z Chicago przyjeżdża bezwzględny policjant Charlie Rakes (Guy Pearce). 


Film korzysta z kilku cieszących się uznaną marką współczesnych gwiazd kina. Mamy tutaj Hardy'ego, Pearce'a, LaBeoufa (który jak prawie zawsze da sobą pomiatać) ale także Gary'ego Oldmana, Jessicę Chastain czy Mię Wasikowską. Szkoda, że rola Oldmana jest tak krótka, gdyż jego postać jest jedną z najlepiej wykreowanych osób w produkcji. Chętnie zobaczyłby go w większej ilości scen. Także obecność kobiet na ekranie jest zdawkowa i niezbyt dobrze wykorzystana. Panie Chastain i Wasikowska nie miały czasu się zbyt dobrze pokazać i w sumie są ale dodane na siłę, tak jakby ich nie było. Hardy przypomina mi tutaj samego siebie z Brudnego szmalu,a LaBeouf jest irytujący tak jak zwykle.
Fabuła nie toczy się jakimś zaskakującym, narwanym rytmem, jest stonowana, choć czasem w odpowiednim miejscu przyspiesza. Boli trochę rola Peare'a, którego bohater jest do bólu jednowymiarowy i przewidywalny. Szkoda, że twórcy nie obdarzyli go choć jednym ludzkim przymiotem. 
Natomiast naprawdę pasuje tutaj muzyka, dekoracje są bardzo starannie wykonane, także lokalizacja została wybrana wzorcowo. 
Nie oczekując filmu pokroju Nietyklanych można całkiem nieźle bawić się oglądając ten film. Szkoda tylko, że postaci zbytnio nie dają się lubić, są czarno - białe i w sumie mało obchodzi nas ich dalszy los. Obejrzeć można, jednak nie jest to film, który będzie pamiętało się przez długi okres czasu. 




niedziela, 9 sierpnia 2015

Japońskie gore

Ichi Zabójca (Koroshiya 1)
Japonia 2001
reż. Takashi Miike
gatunek: gangsterski, czarna komedia, gore

W Polsce za klasykę gangsterskiej komedii od kilku dobrych lat uchodzi zrealizowany w 2000 roku film Olafa Lubaszenki Chłopaki nie płaczą. Mimo kilku rzuconych w tej produkcji kurew czy gróźb karalnych mamy w tym filmie jednak bardziej niemal familijną komedię niż brutalne porachunki gangów. W rok po filmie Lubaszenki Japończycy nakręcili swoją komedię gangsterską, która dziś uchodzi w Kraju Kwitnącej Wiśni za kultową. Jednak jest to już zupełnie inna historia niż dzieje naszych swojskich Freda i Gruchy.


Jeden z bossów miejscowej yakuzy ginie. Wraz z nim ginie też spora suma pieniędzy. Jego podwładny, sadomasochistyczny Kakihara (Tadanobu Asano) stara się odnaleźć swojego szefa oraz pieniądze gangu. Przeprowadza brutalne śledztwo, w czasie którego wychodzi na jaw, że szef został zabity przez psychopatycznego mordercę, Ichiego (Nao Ômori), który ponoć wkrótce ma zapolować również na Kakiharę...



Włączając film miałem nadzieję na obejrzenie fajnego filmu gangsterskiego toczącego się w realiach brutalnej azjatyckiej yakuzy, Niestety w czasie seansu przypomniałem sobie, że to jest Japonia, a Japonia to jednak stan umysłu i nic nie jest tu normalne. I owszem brutalna yakuza tutaj jest (szczególnie w osobie samokaleczącego się i marzącego o swej krwawej śmierci Kakiharze), jednak te wszystkie sceny gore przykryły całą resztę fabuły. Jeśli jest się więc fanem podwieszania na hakach, wbijania długich szpil w skórę, przypiekania ludzi, odcinania sobie języków czy innych często groteskowych scen gore to pewnie film może się spodobać. Jednak przy Ichim nawet najostrzejsze sceny z Ludzkiej stonogi mogą ujść za artystyczne. Do tego na kanwie fabularnej film całkowicie kuleje. Początkowe wyobrażenie Ichiego, jako mrocznego mściciela pryska, gdy pierwszy raz go widzimy. Mazgajowaty chłopak w dziwnym wdzianku superherosa z napisem 1. Nie wiem nawet jak to nazwać, ale Japończycy odpłynęli. Do tego jakieś ostrza w butach, którymi Ichi sieje spustoszenie kąpiąc się w krwi swoich wrogów (przy okazji płacząc). Oczywiście bywa też przy tym nieśmiertelny i cierpi na niezaspokojoną ciągle erekcję. Masakra. Film ma kilka dobrych momentów, postać Kakahiry jest całkiem sprawnie zrealizowana, ale jednak całościowo rozczarowuje. Liczyłem na o wiele więcej.