niedziela, 31 stycznia 2016

Ranking Miesiąca 13

I nadszedł właśnie czas na pierwszy w 2016 roku ranking miesiąca. Było kilka dobrych produkcji, szczególnie wśród kinowych premier początku roku więc pierwsza część zestawienia naprawdę konkurencyjna.




























Ranking Tygodnia 54

I oto dość obszerny ranking filmów za ostatni tydzień.












Uchodźcy

Imigranci (Dheepan)
Francja 2015
reż. Jacques Audiard
gatunek: dramat

Od dłuższego czasu miałem ochotę zobaczyć najnowszy film Jacquesa Audiarda pod polskim tytułem Imigranci, który nie wiedzieć czemu w naszym kraju zatytułowano tak, a nie inaczej, choć bohaterowie filmu definicyjnie są nie imigrantami, a uchodźcami. Może jednak ze względów politycznych i nastrojów panujących w Polsce dystrybutorzy uznali, że film zatytułowany Uchodźcy może nie przyciągnąć do sal kinowych zbyt wiele osób. Jednak tematyka filmu jest w sumie dość aktualna nawet i w naszym kraju.  


Z ogarniętej wojną Sri Lanki do Francji uciekają Dheepan (Jesuthasan Antonythasan), Yalini (Kalieaswari Srinivasan) i dziewięcioletnia Illayaal (Claudine Vinasithamby). Choć nie są spokrewnieni i w ogóle się nie znają, by zyskać możliwość pobytu na terenie Francji podają się za rodzinę. Zostają osiedleni na osiedlu, które jest swoistym gettem dla wszelakich imigrantów i uchodźców.


Audiard wstrzelił się ze swym filmem w czas, kiedy Europę nawiedziła pierwsza (i nie ostatnia) naprawdę wielka fala uchodźców. Choć ci prawdziwi pochodzą z krajów afrykańskich i z Bliskiego Wschodu, a ci ukazani w filmie przybywają z dalekiej Sri Lanki to wiele mechanizmów jest bardzo zbliżonych. Choćby to, że ludzie ci dostają się w wielu przypadkach na nasz kontynent za pomocą podrabianych lub lewych dokumentów. 
Sam film jest wartościowy ze społecznego punktu widzenia. Pokazuje jak wygląda życie nie znających realiów i języka ludzi z drugiej części świata oraz czym skutkuje zamknięcie ich w wielokulturowym kotle różnych grup etnicznych już na miejscu. Zaś z typowo filmowego punktu widzenia film ten nie jest zbyt wciągający. Obserwujemy nieśpiesznie toczące się dość wolno i opornie losy tej sztucznej rodziny, mamy pokazane jakieś zarysy psychologiczne postaci i relacji między nimi, jednak wszystko to w moim odczuciu jest zrobione niezbyt dobrze i przez to całość ogląda się dość męcząco. Mamy w rezultacie film na ważny temat jednak zrealizowany dość średnio.
Ogólnie oczekiwałem czegoś naprawdę dobrego, szczególnie po wielu nagrodach otrzymanych przez tę produkcję, z prestiżową statuetką festiwalu w Cannes na czele, a dostałem finalnie coś, co nie zaspokoiło tych oczekiwań. Gdyby był to po prostu przypadkiem obejrzany film pewnie potraktowałbym go łagodniej, jednak tak nie jest i niestety duże rozczarowanie.





Skutki szkolnego gnębienia

Zjazd absolwentów (Återträffen)
Szwecja 2013
reż. Anna Odell
gatunek: dramat

Każdy kto chodził do szkoły spotkał się ze szkolną przemocą i szykanami. Czy to jako prześladowany czy też prześladujący. Jest to w sumie może niezbyt miłe ale jednak spotykane pod każdą szerokością geograficzną. Oczywiście szkolna fala nie powinna mieć miejsca, jednak jest to chyba normalna reakcja wśród każdej grupy kulturowej. Film ten zaś pokazuje skutki szkolnego tępienia.


20 lat po zakończeniu szkoły odbywa się zjazd absolwentów jednej z klas. Dobrą atmosferę wciąż psuje Anna Odell (w tej roli...Anna Odell), która bez przerwy wypomina szkolnym kolegom fakt, że w czasie szkolnym była przez nich często prześladowana.


Opisana pokrótce fabuła to tylko początek. Później okazuje się, że sama Anna Odell nie została zaproszona na zjazd absolwentów swojej klasy więc zatrudniła aktorów, którzy wcielili się w rolę jej dawnych znajomych i sama w roli siebie zrobiła symulację tego, jak zachowywałaby się, gdyby ją zaproszono - czyli wypominała innym to, jacy byli mając te 10-14 lat i zraziłaby znów innych do siebie. Druga część filmu to zaś próba rozmów z kolegami szkolnymi i pokazywanie im tego nakręconego wcześniej filmu (który widzimy w części pierwszej). Jak się okazuję wcielający się w prawdziwych dawnych znajomych Odell to też aktorzy, gdyż prawdziwi nie zgodzili się na swój udział w projekcie.
Film jest ogólnie strasznie głupi, gdyż twórczyni przeżywa to, że była nielubiana w szkole i robi z tego powodu wielką aferę. Choćby z faktu, że nie została zaproszona na spotkanie. Moim zdaniem to naturalne, że jeśli się kogoś nie lubi z wzajemnością to się go nie zaprasza. Jak widać ludzie, którzy w dzieciństwie prześladowali Annę dobrze zrobili gdy jej nie zaprosili, gdyż jak widać na jej filmiku czekałby ich tylko zwyzywanie ze strony przewrażliwionej kobiety. 
Sam film pokazywany ze strony Anny Odell jest ogólnie dziwny i niezbyt ciekawy. Autorka ma chyba jakieś traumy i problemy z racji tego, że przed 20-30 laty była nielubiana i powinna się zgłosić do psychiatry a nie kręcić o tym filmy,


Solidarność jajników

Inna kobieta (Another Woman)
USA 2014
reż. Nick Cassavetes
gatunek: komedia

Nie wiem jakim cudem niektórzy uważają Cameron Diaz za dojrzały symbol seksu. Kobieta ta, tak jak Pamela Anderson moim zdaniem powinna być uważana za efekt nieudanych eksperymentów szalonego chirurga plastycznego. Jako że i jedna i druga pani nie ma też zbyt dużo walorów czysto aktorskich całość sprowadza się do podziwiania ich sfatygowanych botoksem twarzy i reszty zliftingowanego, często nieudolnie ciała. Zamiast zestarzeć się z godnością Diaz próbuje na siłę wyglądać sexi i boję się, że niedługo osiągnie efekt mumii matki Sylvestra Stallone'a. W opisywanym właśnie filmie niestety mamy okazję oglądać stetryczałe wdzięki pani Diaz. 


Carly (Cameron Diaz) odkrywa, że jej poznany kilka miesięcy wcześniej partner Mark (Nikolaj Coster-Waldau) jest już żonaty z niejaką Kate (Leslie Mann). Obie kobiety zaczynają więc spiskować, by doprowadzić do upokorzenia mężczyzny. Szybko odkrywają też, że oprócz nich Mark ma też kolejną dziewczynę, z którą się spotyka. Okazuje się nią być młoda i seksowna Amber (Kate Upton). Kobiety wyjaśniają jej poczynania Marka i później we trójkę planują uprzykrzenie mu życia.


Ciężko jest tutaj rozpisywać się na temat tego filmu. Nie stanowi on żadnego wyzwania myślowego, nie jest artystyczny, nie posiada skomplikowanych dialogów, żarty są na poziomie statystycznego gimnazjalisty, a jedną z ról gra tu o zgrozo Nicki Minaj. Jeśli ktoś lubi humor kloaczny, a żarty związane z fekaliami i pierdzeniem to ich ulubiony motyw komediowy to zapewne obejrzy ten film z wielkim zachwytem. Niestety dla innych nie zostaje nic oprócz dużych piersi Kate Upton, choć niestety w staniku. I tylko Nikolaja Coster - Waldau żal, że zdecydował się zagrać w takim czymś.
Film generalnie nie jest może jakimś szczególnym dnem w skali 2/10 jednak oglądanie go nie przysparza radości i ogólnie nawet jako weekendowa niezobowiązująca komedia to jest produkcja, której oglądanie nie jest satysfakcjonujące. Grubo poniżej średniej.

 


Niezniszczalny

Zjawa (The Revenant)
USA 2015
reż. Alejandro González Iñárritu
gatunek: dramat, przygodowy 

Film jaki stworzył Alejandro González Iñárritu był ostatnią po Nienawistnej ósemce, Synu Szawła i Pitbullu ważną dla mnie polską premierą stycznia, na którą wypadałoby się wybrać do kina. Reżyser oraz jego rodak, autor zdjęć Emmanuel Lubezki po zeszłorocznych oscarowych sukcesach, gdzie otrzymali statuetki za Birdmana  mają chrapkę na kolejne wyróżnienia, czego dowodem jest aż 12 tegorocznych nominacji. Biorąc pod uwagę zasłużonego reżysera i zdjęciowca oraz dwóch kasowych aktorów w rolach głównych nie można było przecież wobec tego filmu przejść obojętnie. 


Mamy lata dwudzieste XIX wieku, czyli okres w którym dopiero zaczęto zdobywać Dziki Zachód. Kompania traperów zbiera futra na terytorium Indian. Po ataku tubylców muszą jednak uciekać do najbliższego fortu. W czasie przeprawy ich zwiadowca,Hugh Glass (Leonardo DiCaprio) zostaje zaatakowany przez niedźwiedzia i zostaje odnaleziony w krytycznym stanie przez towarzyszy. Gdy nie ma możliwości przetransportowania go do fortu, dowódca Henry (Domhnall Gleeson) postanawia zostawić kilka osób, by te po śmierci zwiadowcy godnie go pochowali. Z Glassem zostają jego syn, młody Jim Bridger (Will Poulter) oraz John Fitzgerald (Tom Hardy). Ten ostatni morduje syna Glassa, a jego samego zakopuje w płytkim grobie. Zwiadowca jednak przeżywa to i rusza śladem Fitzgeralda w poszukiwaniu zemsty.


Mimo że rozpisałem się dość na temat fabuły to całe założenia fabularne są strasznie proste i można całość filmu opowiedzieć w dwóch zdaniach. Scenariusz to typowy film zemsty więc nic specjalnie w warstwie fabularnej nie zdziwi, wszyscy chyba od początku mogą przypuszczać jak się potoczy akcja i jak wyglądać będzie zakończenie. Bohater grany przez DiCaprio jest niczym Terminator czy inny superbohater. Z każdej nowej złej przygody wychodzi z kolejnymi wydawać by się mogło śmiertelnymi ranami lecz napędzany zemstą podniesie się, by iść dalej. Przeżyje niedźwiedzia, głód, spadek ze skarpy, podtopienie w rwącej rzece z licznymi wodospadami czy nawet absurdalny finałowy pojedynek. Gdyby oceniać film po samej warstwie fabularnej i ilości nielogicznych zdarzeń to ciężko byłoby powiedzieć, że film jest choć przeciętny. Szczególnie, że produkcja trwa 150 minut, a dialogów czy jakiejś bardziej wartkiej akcji jest może na 1/3 całości. 
Na szczęście film ratuje kilka naprawdę wielkich plusów. Pierwszy, najważniejszy moim zdaniem to zdjęcia. Emmanuel Lubezki stworzył tu swoje najlepsze dzieło. Film jest perełką wizualną i wszystko, naprawdę wszystko, każdy poszczególny kadr od majestatycznych w swej grozie monumentalnych pejzaży dziewiczej amerykańskiej ziemi po zbliżenie na łeb kłusującego konia jest małym dziełem sztuki. Meksykanin zaserwował nam jeden z najpiękniej zrealizowanych pod względem zdjęciowym filmów w ogóle. Duża w tym zasługa świetnie dobranej lokalizacji miejsc. Oglądając film myślałem, że gdybym miał możliwość pojechać do USA to zamiast Nowego Jorku, Los Angeles czy innej Filadelfii wolałbym właśnie zagłębić się w rejony rzek Missisipi i Missouri. Dopiero później przeczytałem, że większość zdjęć kręcono nie w USA, a w Kanadzie czy nawet Argentynie. W każdym razie zdjęciowo to jest perełka, którą trzeba zobaczyć na dużym ekranie, żaden telewizor czy nie daj boże laptop nie odda tego piękna. 
Kolejnym plusem jest gra aktorska. Wielu zachwyca się występem DiCaprio, który zaliczył mocną rolę, ale w sumie polegającą na tym, że został przeczołgany życiowo, w większości scen zaś sapie, stęka, jęczy i charczy lub toczy pianę. Dla mnie zaś mistrzostwem jest występ Toma Hardy'ego, który pokazał się z całkiem innej niż do tej pory strony. 
Inne plusy to na pewno charakteryzacja i kostiumy, które naprawdę zostały oddane z dużą dokładnością. Sama scena walki z niedźwiedziem została zrealizowana bardzo dobrze. Ciężko uwierzyć, że miś jest wygenerowany komputerowo, a nie mamy do czynienia z żywym ssakiem.
Reasumując mamy do czynienia z pięknym i dobrze zagranym filmem, który jednak fabularnie nie jest zbyt mocny. Przedstawiane w nim przez dwie i pół godziny zderzenia człowieka z siłą natury mogą niektórych zmęczyć niemal jak niedźwiedź DiCaprio jednak dla samych zdjęć Lubezkiego warto udać się do kina. 


sobota, 30 stycznia 2016

Marzenie ZUSu

Praktykant (The Intern)
USA 2015
reż. Nancy Meyers
gatunek: komedia

Niepokoi mnie trochę ścieżka kariery, jaką na stare lata podążą legendarny Robert De Niro. Gwieździe Taksówkarza, Wściekłego Byka, Chłopców z ferajny czy Ojca chrzestnego II z roku na rok przybywa na koncie coraz więcej mało ambitnych produkcji. O ile można było się bawić oglądając go w Poznaj moich rodziców czy w Last Vegas to absurdalne Legendy ringu (gdzie 70 letni De Niro stacza zażarty 12 rundowy bój z kilka lat młodszym Sylvestrem Stallonem, którego nie powstydziliby się Mike Tyson i Lennox Lewis z najlepszego okresu pięściarskich karier) czy wchodzący obecnie do kin, po zwiastunie widać, że żenujący Dirty Grandpa świadczą o tym, że coś jest nie tak. O ile dwa lata od niego starszy Al Pacino dobiera lepsze role, choć może mniej komercyjne (Idol, Wilde Salome,  Manglehorn czy Upokorzenie) to kariera Roberta De Niro skłania się ku chałturach. Takich jak w opisywanym właśnie tytule.


Siedemdziesięcioletni Ben (Robert De Niro) jest wdowcem na emeryturze. Jako że nie ma zamiaru na starość siedzieć w domu i pierdzieć w stołek postanawia się zgłosić do programu stażu dla emerytów. Tak zaczyna miesięczną pracę w firmie sprzedającej ubrania drogą internetową. Założycielką i zarządzającą firmą jest apodyktyczna pracoholiczka, Jules (Anne Hathaway).



W sumie film miał pewne szanse na to, żeby być autentycznie zabawny i śmieszyć widzów. Perypetie staruszka wchodzącego do całkiem innego, obcego dla niego świata korporacji zarządzanej przez ekscentryczną właścicielkę mogłyby prowadzić do wielu komicznych sytuacji. Tak jednak nie jest, Niestety zamiast prezentować zderzenie światów film szybko zmierza w stronę ckliwej historii o życiu osobistym właścicielki, które zmienia się pod wpływem statecznego i dziarskiego emeryta. Mamy więc taką moralizatorską papkę o niczym, którą ogląda się odliczając czas zmierzający do końca seansu. Film próbują ratować trzymający jako tako poziom De Niro i sympatycznie wyglądająca Hathaway. Jednak liczyłem na coś więcej i sam do Praktykanta wracać już nie zamierzam.


czwartek, 28 stycznia 2016

Ikoniczny pojedynek

Gorączka (Heat)
USA 1995
reż. Michael Mann
gatunek: dramat, sensacyjny

Al Pacino i Robert De Niro to w swoim czasie uznawani za jednych z najlepszych aktorów Hollywood. Dzisiaj już panowie po 70. roku życia mieli jednak swoje aktorskie pięć minut już od lat 70. XX wieku i to pięć minut w sumie przedłużyło się i z lepszym lub gorszym skutkiem trwa do dzisiaj. Amerykańscy aktorzy włoskiego pochodzenia nie mieli jednak możliwości spotkać się szybko na planie filmowym, choć wystąpili w jednym filmie już w Ojcu chrzestnym II w 1974 to ich postaci ukazywały się w oddzielnych wątkach. Musiało minąć jeszcze ponad 20 lat, by będący już po pięćdziesiątce aktorzy zagrali razem - miało to miejsce w opisywanym właśnie filmie. 


Specjalizujący się w napadach gangster Neil McCauley (Robert De Niro) wraz z ekipą utalentowanych bandytów (z których wyróżnić można choćby postać zagraną przez Vala Kilmera) napada na konwój rabując z niego aktywa na ponad półtora miliona dolarów zabijając przy tym całą obstawę zaatakowanej furgonetki. Śledztwo w tej sprawie rozpoczyna zmagający się z osobistymi problemami porucznik Vincent Hanna (Al Pacino). Tymczasem McCauley i jego banda przymierzają się do napadu na bank...


Główni antagoniści zagrani przez wspomnianych już we wstępie czołowych aktorów zostali naprawdę dobrze napisani i zagrani. Widz nie ma przed oczyma dwóch czarno - białych postaci, jednej krystalicznie dobrej, a drugiej złej do szpiku kości lecz dwie bardzo ludzkie osobowości. Oglądając ich zmagania w sumie nie wiemy komu kibicować, bandycie czy stróżowi porządku, gdyż i postać grana przez Roberta De Niro da się po prostu lubić. 
Jest to film sensacyjny, jednak nie znaczy to, że mamy do czynienia z trwającymi non stop pościgami, strzelaninami, scenami akcji. Trwający prawie trzy godziny film jest bardzo stonowany, a przez długi czas dzieje się bardzo mało. Tylko kilka scen jest tutaj naprawdę jazdą bez trzymanki, jak na przykład sekwencja początkowego rabunku czy ponad 10 minutowa scena napadu na bank. Wtedy jest mocno, chaotycznie i bardzo głośno. 
Sam film był w swoim czasie wyznacznikiem ambitnego kina akcji jednak mimo, że wciąż ogląda się to dobrze, wydaje mi się, że przez te ponad dwadzieścia lat od premiery produkcja ta odrobinę się zestarzała i nie ogląda się tego tak samo dobrze, jak kiedyś. Także sam metraż filmu, z wieloma scenami nudy nie jest plusem. Myślę, że gdyby skrócono film o te pół godziny, kasując te najbardziej nijakie i zbędne sceny wyszłoby to produkcji na lepsze.
Reasumując wciąż otrzymujemy niezły film, czasem nawet dobry lub bardzo dobry, który ma jednak swe wzloty i upadki, jednak dla dwóch głównych ról warto go zobaczyć.  





niedziela, 24 stycznia 2016

Rodzina zadaniowa

Millerowie (We're the Millers)
USA 2013
reż. Rawson Marshall Thurber
gatunek: komedia kryminalna

Lubię filmy z Jasonem Sudeikisem. Produkcje te są zazwyczaj dość zabawne i niezobowiązujące, posiadają lekki i ogólnie wesoły klimat, nie są przy tym zbyt prymitywne i wulgarne, jak to niekiedy amerykańskie komedie. Do tego aktor ten, który w sumie na ekranie pojawia się od niecałej dekady ma pewien komediowy talent sprawiający, że chcę się go oglądać mimo, że nie strzela wciąż głupich min etc. Dlatego też z ciekawością włączyłem opisywany właśnie film, gdzie Jason zagrał główną rolę.


Drobny dealer narkotykowy David (Jason Sudeikis) pada ofiarą napadu i traci towar oraz zyski ze sprzedaży. By nie narażać się na gniew swego szefa, Brada (Ed Helms) zgadza się przeszmuglować towar z Meksyku do USA. Wpada na pomysł, by wynająć kilkoro ludzi z okolicy i udać się do Meksyku jako rodzina turystów, gdyż wtedy kontrole graniczne są mniejsze. Postanawia zatrudnić striptizerkę Rose (Jennifer Aniston), młodego sąsiada - frajera (Will Poulter) oraz okoliczną bezdomną Casey (Emma Roberts). Razem ruszają do Meksyku jako rodzina Millerów.


Film ten nie jest specjalnie ambitnym sposobem spędzania wolnego czasu. Akcja jest przewidywalna, fabuła toczy się w ramach dawno ustalonych komediowych standardów i nic a nic praktycznie nie jest w stanie zaskoczyć widza. Sam film posiada wiele nielogiczności i niespójności fabularnych, niektóre rzeczy dzieją się za szybko, inne za wolno. Jednak wszystkie te minusy nie wpływają szczególnie znacząco na to, jak odbieramy film, gdyż jest to po prostu niezobowiązująca forma rozrywki i dostarcza to, co powinna - w jakimś sensie bawi. Jest kilka naprawdę zabawnych scen, jak choćby nauka całowania, do tego ogląda się to bez znużenia, ciągle w sumie się coś dzieje, nie ma większych przestojów. Oczywiście całość ma tą nieznośną moralizatorską końcówkę, typową dla tego typu produkcji, jednak niestety taka już specyfika gatunku. 
Aktorstwo w filmie stoi na naprawdę niezłym poziomie, z postaciami ukazanymi na ekranie można się zżyć, a nawet czarne charaktery w postaci Jednookiego (Matthew Willig) i Chacona (Tomer Sisley) wypadają udanie. Do tego, gdy na ekranie pojawia się zdziwaczała rodzina Fitzgeraldów (Nick Offerman, Kathryn Hahn i Molly C. Quinn) mamy gwarancję kolejnej dawki komizmu. 
Reasumując nie ma tu niczego, czego wcześniej się nie widziało, całość jest jednak podana w taki sposób, że jest idealnym filmem na weekendowy wieczór. 




Obozowe piekło

Syn Szawła (Saul fia)
Węgry 2015
reż. László Nemes
gatunek: dramat

Filmów traktujących o Holokauście było już niezliczenie wiele. Od wielkich produkcji typu Lista Schindlera  czy Pianista po Wybór Zofii, W ciemności na Idzie kończąc. Temat jest mocno eksploatowany, gdyż wojenny los Żydów, chociaż ci nie posłali na front żadnej dywizji jest chyba największą ludzką tragedią w dziejach historii. A film Nemesa pokazuje niemiecki obóz Auschwitz w taki sposób, jak nikt nigdy wcześniej. 


Film toczy się w przeciągu kilkudziesięciu godzin w obozie Auschwitz w październiku 1944 roku i skupia się na ukazaniu węgierskiego więźnia Sondrkommando, Szawła (Géza Röhrig). Jako członek tej specjalnej grupy jest odpowiedzialny za naganianie ofiar do komór gazowych, pozbywaniu się ich ciał oraz wydobywaniu kosztowności z ich przedmiotów osobistych. W czasie jednego seansu gazowania jest świadkiem uduszenia przez lekarza SS chłopca, który cudem przeżył pobyt w komorze gazowej. Szaweł rozpoznaje w nim swego syna i chce za wszelką cenę zapewnić mu godny pochówek...


Nigdy dotąd nie widziałem tak nakręconego filmu. Autorzy zrezygnowali ze standardowego w kinie panoramicznego formatu obrazu na rzecz ekranu w formacie 4:3. Obraz więc jest wręcz niemal kwadratowy i daje dodatkowy efekt zaszczucia. Kamera niemal przez cały film śledzi uważnie tytułowego bohatera, nie odstępując go ani na krok. Zawsze widzimy Szawła lub chociaż jego plecy, wszystko to w cyklu długich ujęć. Kamera jest wyostrzona właśnie na nim i najbliższej mu okolicy, często zaś wszystko co dzieje się w dalszym planie jest rozmazane, niewyraźne. To co jednak robi największe wrażenie to nieustanne, trwające przez cały film pokrzykiwania z różnych stron. Sam bohater wypowiada tylko kilkanaście zdań w filmie, zaś wokół niego ciągle ktoś wrzeszczy, krzyczy, pogania, rozkazuje. Przez cały czas trwania produkcji słyszymy w tle chaotyczne głosy w wielu językach, po niemiecku, polsku, węgiersku, rosyjsku, francusku i zapewne jeszcze sporadycznie kilku innych. Robi to na widzu duże wrażenie, opisać się tego nie da, to trzeba zobaczyć. To co widzimy w filmie Nemesa szokuje, jak mało co wcześniej. Mimo, że autor nie epatuje makabrą to co widać na ekranie jest na tyle wstrząsające, że długo po seansie można czuć przygnębienie zdając sobie sprawę z tego, że nie oglądamy filmu fantasy, gdzie za tymi wydarzeniami stałby demoniczny Sauron, Voldemort czy Lord Vader, a byli to realni ludzie, a całość działa się przecież nie tak dawno temu. Naturalistyczne podejście do sprawy, beznamiętne pokazanie obozowej rzeczywistości oczyma członków Sonderkommando to kawał naprawdę mocnego przekazu. Autor pokazuje tych ludzi, którzy byli jednocześnie ofiarami, jak i bezwolnymi sprawcami tragedii nie oceniając ich i nie moralizując. Sama fabuła filmu tocząca się wokół próby zwykłego pochówku dziecka jest dla nas obecnie czymś bardzo abstrakcyjnym. Przecież prawo do godnego pogrzebu to część ludzkiej rzeczywistości. Jednak rzeczywistość nazistowskich obozów to całkiem co innego. Autorom ukazanie tej prostej, jednak tragicznej historii wyszło znakomicie. 
Film ten jest kandydatem do Oscara w swej kategorii. Najprawdopodobniej uda mu się zwyciężyć. Rok temu również wygrał film o tematyce żydowsko - drugowojennej, jednak ciężko znaleźć podobieństwa między jednym, a drugim dziełem. Syn Szawła to cios obuchem w głowę, przy którym film Pawlikowskiego przypomina drobne ukłucie komara. Nie zdziwię się jeśli film Nemesa wygra, i sądzę, że może to być nagroda zasłużona, bo film jest naprawdę zapadający w pamięć. Chociaż ciężko będzie do niego wrócić.





Wściekłe psy

Pitbull. Nowe porządki
Polska 2016
reż. Patryk Vega
gatunek: sensacyjny


I oto miałem okazję obejrzeć po raz pierwszy film, który może pochwalić się rocznikiem 2016. Padło na polski film, na który czekałem od czasu zobaczenia pierwszego, rewelacyjnie zachęcającego zwiastuna. Jest to kolejne podejście reżysera do serii Pitbull, na którą składały się naprawdę dobry, trzy sezonowy serial oraz wyraźnie słabszy film kinowy. Od czasu poprzednika trochę jednak wody w Wiśle zdążyło upłynąć, więc oczekiwania względem filmu były dla fanów dość duże, a cała reszta zbytnio się tym nie ekscytowała. 


Policjant o pseudonimie Majami (Piotr Stramowski) prowadzi dochodzenie w sprawie wyłudzania haraczy na mokotowskim bazarze. W tym czasie gangster znany jako Babcia (Bogusław Linda) zaprowadza w dzielnicy nowe porządki wyniszczając konkurencję i tworząc grupę mokotowską, w skład której wchodzą między innym nasterydowany Strach (Tomasz Oświeciński) i psychopatyczny Zupa (Krzysztof Czeczot). Tymczasem na innej warszawskiej komendzie policjant znany jako Gebels (Andrzej Grabowski) próbuje rozwikłać zagadkę gangu obcinaczy palców.


Patryk Vega popełnił jakiś czas temu książki Złe psy. W imię zasad oraz Złe psy. Po ciemnej stronie mocy. Drugiej z nich nie czytałem, jednak zapoznałem się wcześniej z pierwszą częścią. Policyjne historie tam zebrane posłużyły w dużej części jako inspiracja do scenariusza tego filmu. Jeśli przeczytało się książkę to późniejszy seans obfituje w różne smaczki i nawiązania do wcześniejszej lektury (albo serwowanie przez autora odgrzewanych kotletów, jak kto woli).
Vega świetnie dopasował kadrę aktorską w filmie. Krytykowany przez wielu brak Marcina Dorocińskiego w roli Despero jest moim zdaniem świetnie rekompensowany przez postać Majami, w którą wciela się debiutujący na dużym ekranie Stramowski. Naprawdę bardzo dobrze napisana i jeszcze lepiej zagrana postać. Liczę, że aktor wcieli się w podobnego bohatera w przyszłości. Bardzo ucieszyło mnie zatrudnienie w roli głównego antagonisty Bogusława Lindy. Zbliżający się do wieku emerytalnego aktor ten po ostatnich latach, gdy grał opiekunkę do dzieci czy gotował na ekranie wreszcie dostał rolę podobną do tych, dzięki którym ukształtował się jako główny twardziel III RP. Śmiem twierdzić, że jeśli Linda urodziłby się nie w PRL, a w USA lub Europie Zachodniej dziś cieszyłby się statusem porównywalnym do Liama Neesona. Plusem oczywiście jest też charakterystyczna rola Grabowskiego, ale też dwie jaskrawe postaci kobiece. Zarówno Agnieszka Dygant, jak i Maja Ostaszewska grają tu postaci niezgodne ze swym eploi. I wychodzi im to bardzo dobrze. Scen z udziałem Ostaszewskiej są głównym elementem humorystycznym rozładowującym często ciężką atmosferę całości, tak samo jak kwestie wypowiadane przez przypominającego Hardkorowego Koksa Stracha. 
Vega stworzył jak to ma w zwyczaju film, który składa się ze zbyt wielu elementów i ciągu niepowiązanych ze sobą historyjek. Przez to odczuwa się w produkcji liczne braki fabularne, które jednak nie powodują, że film ogląda się źle. A to za sprawą tego, że reżyser wykreował naprawdę wszystkie sceny na bardzo dobrym poziomie. 
Nowego Pitbulla ogląda się bardzo przyjemnie i zapewne to najlepszy film pełnometrażowy w wykonaniu Vegi. Swą moc może jednak pokazać dopiero serial na podstawie filmu, który obecnie nie jest zapowiedziany, jednak może kiedyś, jak to często bywa u Vegi, się pojawi. A Nowe porządki naprawdę wypada zobaczyć.







sobota, 23 stycznia 2016

Problemy formalne

Klincz (Gridlock'd)
USA 1997
reż. Vondie Curtis - Hall
gatunek: komedia kryminalna 

Tupac Shakur dla fanów rapu i hip - hopowej subkultury to postać legendarna, niczym Herakles dla starożytnych Greków. Jego twórczość muzyczna, duża społeczna siła oddziaływania, awanturniczy tryb życia oraz tajemnicza śmierć w gangstersko - rapowym konflikcie sprawiła, że ten utalentowany młody człowiek stał się osobą kultową. Wielu jednak w natłoku jego działalności umyka, że 2Pac był także nieźle zapowiadający się utalentowanym aktorem, W opisywanym właśnie filmie gra pierwsze skrzypce. 


Dwaj niszowi muzycy, Stretch (Tim Roth) i Spoon (Tupac Shakur) są uzależnieni od narkotyków. Gdy w czasie sylwestrowej zabawy dają spróbować towar swej zespołowej wokalistce, Cookie (Thandie Newton) ta zapada w śpiączkę i wymaga hospitalizacji. Gdy dziewczyna leży w szpitalu koledzy dochodzą do wniosku, że ich tryb życia jest bardzo ryzykowny i należy rzucić narkotyki i udać się na odwyk. Jak się jednak okazuje urzędowe formalności sprawiają, że wcale nie będzie to takie łatwe.


Ciekawe gdzie byłaby aktorska kariera 2Paca, gdyby nie jego przedwczesna śmierć. W filmie tym pokazał się z bardzo dobrej strony. Jednak w 1997 roku, gdy ukazała się produkcja 2Pac już nie żył. Partnerujący mu w tym filmie Tim Roth jest dla mnie jednak aktorem niespełnionym. Świetnie odgrywający swą rolę w tym filmie Roth naprawdę urzeka zdolnościami mimicznymi i ogólną postawą. Całe szczęście, że czasem wykorzystuje go Quentin Tarantino, gdyż poza tym mało kiedy występuje on w głośnych produkcjach. Jednak brawo za to, że facet występuje w mniejszych, niezależnych filmach.
Sam film fabularnie prochu nie odkrywa, bazuje na wielu znanych wcześniej zabiegach znanych z innych czarnych komedii jednak ogląda się to całkiem przyjemnie. 
Temat urzędniczy i kłopoty z trafieniem głównych bohaterów na ratujący im życie odwyk to coś, co każdy Polak powinien znać z autopsji. Przecież to u nas uzyskanie czegokolwiek drogą urzędową to niemal mission impossible, jednak jak się okazuje i w USA mieli (i pewnie mają) podobne kłopoty.
Do tego obserwujemy zmagania bohaterów z narkogangserami, co jest i straszne i śmieszne. 
Filmy lat 90. często posługiwały się tematem narkotyków. Także jeśli ktoś już znudziło się oglądanie Trainspotting  a późniejszy Spun nie spełnił oczekiwań można obejrzeć ten film. Szału nie ma ale oglądanie nie boli.


środa, 20 stycznia 2016

Dzieci, radiowóz i zły szeryf

Cop Car
USA 2015
reż. Jon Watts
gatunek: thriller

Co jakiś czas udaje mi się obejrzeć filmy, których próżno szukać na polskim rynku wydawniczym. Pomijane przez kina zarówno multipleksowe, jak i studyjne i później nie wydawane nawet w edycji DVD giną w mroku zapomnienia. Czasem słusznie, czasem nie jednak uważam, że wiele z pozycji, które przeszły bez echa nadawałyby się do pokazania o wiele bardziej, niż niektóre filmy, które na ekranie zobaczyć można, choć niekonieczne warto. Ten jest jednym z nich. 


Dwaj dziesięcioletni chłopcy (James Freedson - Jackson i  Hays Wellford) uciekli z domów i błąkają się bez celu po prowincjonalnym pustkowiu. W pewnym momencie znajdują w przydrożnym lasku pozostawiony bez opieki policyjny radiowóz. Po chwili wahania postanawiają nim odjechać. Nie wiedzą jednak, że właścicielem auta jest zakopujący właśnie czyjeś zwłoki niezbyt prawy szeryf (Kevin Bacon), który będzie chciał odzyskać swą własność. Chłopcy nie zdają sobie też sprawy z tego, że w bagażniku samochodu znajduje się pobity mężczyzna (Shea Whigham).


Fabuła filmu jest raczej prosta i dość przewidywalna jednak wcale nie oznacza to, że widz będzie się musiał nudzić przy seansie. Fakt, że produkcja ta trwa niecałe 90 minut sprawia, że w sumie ciągle coś się dzieje i nawet niespieszna początkowo akcja w pewnym momencie się rozwinie. Chociaż cały film raczej toczy się w wolniejszym tempie i nie ma tu zbyt wielu chwil na super szybką akcję to film ogląda się płynnie i niemęcząco.
Oglądanie poczynań dwóch młodych chłopców szybko porównałem siebie w ich wieku i doszedłem do wniosku, że wraz z kolegami mieliśmy wiele podobnych odzywek i zainteresowań, jak oni. Odczucie, że ludzie na niemal całym świecie mogą mieć podobne tematy okazało się dodatkowym plusem produkcji.
Nieźle ogląda się Kevina Bacona w roli złego policjanta. Z tym aktorem jest pewien problem, gdyż ogólnie jest to postać znana i rozpoznawalna choćby z nazwiska, jednak jest to też osoba, która nigdy nie weszła do aktorskiej pierwszej ligi. Może więc znalezienie takiej niszy w kinie niezależnym to dla niego dobre rozwiązanie? W filmie tym jego rywalem będzie znany z roli w Zakazanym imperium Whigham, który bardzo dobrze poradził sobie w swoich aktorskich obowiązkach. 
Ogólnie ciężko stwierdzić tutaj film będący wyznacznikiem dla innych produkcji, pozycję którą warto obejrzeć żeby czegoś ważnego nie straszyć etc. Jednak nie jest to film zły i w wielu elementach potrafi się obronić. Przygody dwóch chłopców, auta, złego gliny i łotra na amerykańskim zadupiu po prostu dobrze się ogląda. Jeśli tak ma wyglądać amerykańskie kino niezależne to chętnie obejrzę więcej tego typu w żadnym razie nie wybitnych, ale solidnych produkcji.




niedziela, 17 stycznia 2016

Ranking Tygodnia 52

I oto ranking za ostatnie siedem dni. Zwycięzca mógł być tylko jeden.















Amerykańska zemsta po Duńsku

Wybawiciel (The Salvation) 
Dania, RPA 2014
reż. Kristian Levring
gatunek: western

Jeśli ktoś kiedyś by mi powiedział, że będzie można obejrzeć western nakręcony przez Duńczyków w Republice Południowej Afryki, a pomagać im będą w tym projekcie Szwedzi i Belgowie to specjalnie bym w to nie uwierzył. Jak widać jednak we współczesnym kinie najwyraźniej niemożliwe nie istnieje i taka produkcja doszła do skutku. Do tego udało zebrać się kilka znaczących w globalnym aktorskim półświatku nazwisk. Teraz więc czekam na polsko - nigeryjski thriller z Karolakiem w roli głównego złego. 


Fabuła nie jest z gatunku tych skomplikowanych. Po wojnie duńsko - niemieckiej wielu Duńczyków wyemigrowało do USA. Wśród nich było też rodzeństwo Jon (Mads Mikkelsen) i Peter (Mikael Persbrandt). Po kilku latach do tego pierwszego dołączają żona i syn. Jednoczenie rodziny nie trwa jednak zbyt długo, gdyż w drodze ze stacji kolejowej do domu kobieta i dziecko giną z rąk współpasażerów. Jon zabija w zemście morderców nie wiedząc, że jednym z nich był mąż niejakiej Madeleine (Eva Green) i brat lokalnego bandyty - renegata Delarue (Jeffrey Dean Morgan).


Fabularnie nic nie jest w stanie widza zaskoczyć, szczególnie jeśli wcześniej widział klasyczne dzieła z gatunku western lub traktujące ogólnie o zemście. Mamy raczej sztampową fabułę prowadzącą beznamiętnie odbiorcę po kilku oklepanych schematach, których nie mogło zabraknąć. Ciekawe, że twórcom udało się namówić do współpracy takie nazwiska jak Mikkelsen czy Green. Ten pierwszy nadaje się do roli takiego beznamiętnego mściciela, który wygląda na styranego życiem bez charakteryzacji, Green zaś dostało dzięki filmowi dobry wpis do swego aktorskiego CV, gdyż jej znacząca choć niema rola naprawdę była dość znacząca. Z ciekawostek można wymienić obecność legendarnego piłkarza Erica Cantony w jednej z drugoplanowych ról. 
Widać, że film należy raczej do tych z gatunku niskobudżetowych, gdyż widzimy na ekranie zarówno od dekoracji po efekty tylko absolutne minimum i nic ponad to. Spełnia to swoją rolę ale duża zasługa w tym bardziej południowoafrykańskich plenerów i niezłej pracy realizatorskiej zdjęciowca niż zabiegów budżetowych. Pochwalić też można za główny motyw gitarowy zawarty w filmie.
Podsumowując mamy tu dość przeciętny fabularnie i finansowo film, który nie wymyśla prochu ani nie wskazuje nowych trendów. Dostajemy coś sztampowego i oklepanego, na co jednak dzięki kilku ciekawym rolom i ładnym plenerom patrzy się mimo wszystko dobrze, może dlatego też, że sam film nie trwa nawet 90 minut. Można obejrzeć ale też chyba równie szybko potem zapomnieć.  









Tajemnica sierocińca

Sierociniec (El Orfanato)
Hiszpania, Meksyk 2006
reż. Juan Antonio Bayona
gatunek: dramat, horror

Film ten firmowany nazwiskiem swojego producenta, znanemu i cenionego przez wielu Guillermo del Toro był jednym z tych filmów, które znajdowały się dość wysokie miejsce na mojej liście produkcji do obejrzenia. I wreszcie nadszedł czas, żeby zmierzyć się z tym hiszpańskim horrorem.


Laura (Belén Rueda) wychowała się w sierocińcu. Po latach, jako dorosła kobieta wprowadza się do tego przybytku wraz z mężem (Fernando Cayo) i adoptowanym synem Simonem (Roger Príncep). Kobieta chce otworzyć w tym miejscu dom dziecka dla dzieci specjalnej troski. Natomiast jej syn zaczyna bawić się z wymyślonymi przez siebie przyjaciółmi. W trakcie balu otwierającego przybytek Simon znika bez śladu...


Ci którzy będą oglądali ten film jako stricte horror mogą się zawieść. Produkcję tę trzeba bardziej postrzegać pod kontem dramatu, i wtedy będzie można ją ocenić uczciwiej. Bo jest to dramat z domieszką horroru. Dramat matki, która straciła swe dziecko i pogrąża się w morzu rozpaczy i szaleństwa. Jest to też historia matki, która nie ma czasu i nie potrafi zaopiekować się własnym dzieckiem, a chce na swoje barki przyjąć kilku lub kilkunastu dzieci niepełnosprawnych. I pod względem dramatycznym jest to film całkiem sprawny i dobry, natomiast jako straszak całkowicie nie stanowi wyzwania dla czegokolwiek. 
Ogólnie fabularnie jest też dość zawiły i niektóre elementy ciężko zrozumieć, gdyż nie wszystko tutaj układa się w logiczną całość. Mamy tutaj do czynienia z dwoma światami: realnym i tym wyimaginowanym, które przeplatają się w czasie rzeczywistym i czasem widz ma problem z rozróżnieniem tego, co jest prawdą, a co tylko złudzeniem. 
Sam film mimo pewnych nadziei, jakie miałem przed seansem nie zrealizował ich przez co jestem trochę rozczarowany. Film owszem zobaczyć można bez większych męczarni u widza, jednak nie zauważyłem w tej produkcji tego czegoś, co odróżnia film dobry od przeciętnego.


Gadatliwi gniewni

Nienawistna ósemka (The Hateful Eight)
USA 2015
reż. Quentin Tarantino
gatunek: western

Od kilku miesięcy szeroko zapowiadany ósmy film Quentina Tarantino był właśnie tym filmem, na który czekałem najbardziej. Katowałem zwiastuny, które były jednymi z najlepiej zrobionymi trailerami ostatnich lat, przez których oglądanie jeszcze bardziej zwiększałem swoje oczekiwanie na film, słuchałem piosenek wykorzystywanych w tychże zwiastunach (polecam Hold on, I'm coming w wykonaniu Welshly Arms). Oczekiwania były więc względem tej produkcji bardzo wygórowane. I wreszcie nastał dzień premiery, gdy mogłem pognać do kina. 


Bezdroża stanu Wyoming w kilka lat po Wojnie Secesyjnej. Łowca nagród, major Warren (Samuel L. Jackson) zatrzymuje pędzący do miasta Red Rock dyliżans kierowany przez O.B. Jacksona (James Parks). Pasażer tegoż dyliżansu, John Ruth zwany Szubienicą (Kurt Russell) transportujący do miasteczka złapaną przestępczynię Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh) zgadza się go podwieźć do miasta. Chwilę później dołącza do nich podający się za nowego szeryfa Red Rock Chris Mannix (Walton Goggins). Z racji zbliżającej się zawiei śnieżnej mężczyźni postanawiają przeczekać kilka dni w znajdującej się na drodze do miasta Pasmanterii Minnie. Tam zamiast właścicielki zastają Meksykanina Boba (Demián Bichir), kata Oswalda Mobreya (Tim Roth), tajemniczego kowboja (Michael Madsen) oraz starego oficera wojsk konfederacji (Bruce Dern). Szybko staje się jasne, że nie wszyscy będą mogli wyjść z pasmanterii żywi. 


Dostajemy film typowy dla Tarantino, tyle że w skali ultra. Wszystkiego jest tu więcej i dobitniej. Mamy więc trzygodzinny film, którego pierwsze części (film jest podzielony na 6 nierównych części) są niemiłosiernie przegadane, zaś druga połowa filmu to oprócz gadania typowo tarantinowskie sceny z pogranicza gore. Do tego mamy świetny, jak zawsze u autora soundtrack, w którym znajduje się miejsce zarówno dla White Stripes i Jacka White'a ale też dla świetnego Ennio Morricone nominowanego słusznie za film do Oscara (w samym filmie nie pojawia się zbyt często, choć dość długa czołówka z majestatyczną muzyką Włocha wbija w fotel, cały geniusz twórcy wychodzi słuchając muzyki z filmu, którą można legalnie odsłuchać choćby na Spotify). 
W poprzednich dwóch filmach reżysera wystąpiło kilku sławnych i kasowych aktorów (Brad Pitt w Bękartach wojny, Jamie Foxx czy Leonardo DiCaprio w Django), którzy swymi nazwiskami na pewno zrobili lepszy wynik napędzając ludzi do kina, tutaj zaś mamy do czynienia z aktorami tarantinowskimi oraz takimi, których magia nazwiska przygasła. Jednak aktorsko jest to film zagrany co najmniej bardzo dobrze. Ciężko doczepić się do kogokolwiek personalnie (może do pojawiającego się w kilku scenach Channinga Tatuma). Świetnie wypada jak zawsze Jackson (chciałbym posłuchać audiobooka czytanego przez niego), Russell, w życiowej formie jest Leigh, do tego bardzo przekonujący Roth i Goggins oraz co ważne ciekawa rola Derna. Klasa.
Wielu ludzi może zniechęcić metraż i przegadanie jednak jak dla mnie sam film byłby jeszcze lepszy gdyby odjąć scen strzelanin i krwi, jakie lubi nam serwować zawsze reżyser. Nie ma tu według mnie ani grama dialogów o niczym (co zdarzało mu się wcześniej). Do tego wrażenie robi scenografia i charakteryzacja. Wszystko praktycznie dzieje się w dwóch miejscach (dyliżans i chata) jednak jak to zostało zrealizowane! Duża zasługa też w tym nominowanego do Oscara autora zdjęć, który pokazał nam trzygodzinną pogadankę w zamkniętej scenerii w sposób genialny. I to na taśmie 70 mm, która odeszła do lamusa w czasach lądowania na księżycu. 
Znalazłyby się słabe strony filmu, zakończenie mogłoby być moim zdaniem inne, tak samo jak i część intrygi jednak ciężko mi powiedzieć, że coś w tym filmie jest faktycznie złe. Dostajemy kawał naprawdę mocnego filmu, który warto a nawet trzeba obejrzeć. Najlepiej na wielkim ekranie, bo telewizor czy nie daj boże ekran laptopa nie odda siły tej produkcji.




czwartek, 14 stycznia 2016

Nudne fantazje

To właśnie seks (The Little Death)
Australia 2014
reż. Josh Lawson
gatunek: komedia

Jeśli chodzi o filmy to w większości wypadków po przeczytaniu krótkiego opisu wiesz czego się po nich spodziewać i w sumie dostajesz to, czego oczekiwałeś. Czasem obraz odbiega w jakiejś części od wcześniejszych wyobrażeń, zaś raz na jakiś czas dostajemy całkiem co innego niż to, na co liczyliśmy. I tak właśnie było tym razem. 


Film przedstawia losy kilku par mieszkających we współczesnej Australii. Każda z nich : Maeve (Bojana Novakovic) i Paul (Josh Lawson), Dan (Damon Herriman) i Evie (Kate Mulvany), Rowena (Kate Box) i Richard (Patrick Brammall) oraz kilka innych (m. in. Alan Dukes i Erin James) ma pewne manie, fantazje i parafilie seksualne, z którymi musi się zmierzyć. 


Liczyłem na luźną, śmieszną i luźnie podchodzącą do seksu produkcję będącą zbiorem kilku niezbyt ze sobą powiązanych historii. Jednak nic takiego nie ma w tym filmie miejsca. Dostajemy depresyjną opowieść o różnych zboczeniach i oczekiwaniach seksualnych, które przydarzają się bohaterom, a całość nie ma w sobie zbyt dużo luzu i humoru, którego oczekiwałbym od komedii. W sumie nie licząc ostatniej sceny - historii w call center nie było tu zbyt dużo momentów na śmiech. Jako komedia film ten więc zawodzi niemal na całej linii. Także długość (niecałe 100 minut) to stanowczo za mało, by przedstawić, choćby szczątkowo losy aż tylu bohaterów. Także przez to dostajemy mało spersonalizowane postaci, do których trudno czuć szczególną atencję czy obrzydzenie. Ogólnie więc ciężko jest znaleźć jakieś wyróżniające się plusy tej produkcji. Obejrzeć można, jednak nie dostarczy to na pewno oczekiwanego odprężenia. Nie polecam.