Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 września 2018

Feministyczne wychowanie

Kobiety i XX wiek (20th Century Women)
USA 2016
reż. Mike Mills
gatunek: dramat
zdjęcia: Sean Porter
muzyka: Roger Neill

W ubiegłym roku do pełnoprawnej kinowej dystrybucji trafiło 355 filmów z czego 45 z nich pochodziło z Polski. Daje to więc średnią około 30 premierowych tytułów, które każdego miesiąca trafiały do multipleksów i/lub kin studyjnych. To całkiem duża liczba jednak biorąc pod uwagę ile rocznie filmów kręci się na świecie to na nasze ekrany trafia tylko nieliczna cząstka tego, co jest produkowane we wszystkich krajach (w samym Nollywood,czyli nigeryjskiej wersji Hollywood powstaje przeszło tysiąc produkcji rocznie). Ograniczona liczba filmów trafiających do Polski powoduje to, że wiele wartościowych filmów nie trafia do polskich kin kosztem mało ambitnych filmów. Opisywanemu właśnie filmowi też nie dane było trafić do naszych kin, jednak moim zdaniem nikt zbytnio na tym nie stracił.


Film przenosi nas w czasie do Stanów Zjednoczonych lat 70. ubiegłego wieku, gdzie w miejscowości Santa Barbara dzieje się jego akcja. Starzejąca się hipiska, rozwiedziona Dorothea (Annette Bening) nie radzi sobie z właściwym wychowaniem swojego dorastającego syna, Jamie'go (Lucas Jade Zumann). Kobieta prosi więc mieszkającą w pobliżu Abbie (Greta Gerwig) oraz starszą przyjaciółkę Jamie'go Julie (Elle Fanning) o pomoc wychowawczą syna. 


Film przenosi nas do kolorowych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, które to zostały sprawnie odtworzone przez filmowców. Generalnie zarówno charakteryzacja, jak i odpowiednie lokalizacje odwzorowane zostały solidnie, co jest jednym z plusów filmu. Technicznie ciężko cokolwiek zarzucić filmowi Millsa, gdyż wszystko tu jest rzemieślniczo poprawne. Także gra aktorska postaci z Gerwig, Fanning i grającego konkubenta matki bohatera Billy'ego Crudup'a nie budzi zastrzeżeń. Niestety scenariuszowo moim zdaniem ten film kuleje. Niby mamy tutaj ważne tematy społeczne, takie jak schyłek ery hippisów, rozkwit feminizmu, czy potrzeba wzorca męskiego w zrównoważonym rozwoju nastolatka, jednak niezbyt dobrze zostało to wkomponowane w język filmowy. Niestety sprawia to, że film nie angażuje widza, jest po prostu nudno. Wszystko to sprawia, że całość jest co najwyżej poprawna.




środa, 21 lutego 2018

Kaznodzieja z karabinem

Wandeta (Brimstone)
Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Martin Koolhoven
gatunek: western, thriller
zdjęcia: Rogier Stoffers
muzyka: Junkie XL

Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film. 


Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to  zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...


Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem. 




czwartek, 8 lutego 2018

Odkrywca

Zaginione miasto Z (The Lost City of Z)
USA 2016
reż. James Gray
gatunek: biograficzny, przygodowy
zdjęcia: Darius Khondji
muzyka: Christopher Spelman

Bardzo żałuję, że ten film (jak zresztą wiele dobrych filmów zresztą, co udowadniam na blogu) nie doczekał się polskiej premiery kinowej. Już nie chodzi o tematykę eksploracji dżungli, spotkań z prymitywnymi tubylcami i świetnym do filmowania klimatem początku XX wieku bo rozumiem, że nie wszyscy mają takie same gusta jak i ja. Jednak zarówno całkiem znany reżyser i rozpoznawalni w naszym kraju aktorzy powinni spowodować, że film ten pojawi się choćby w kinach studyjnych. Z niewiadomych przyczyn tak się nie stało.


Początek XX wieku. Percival Fawcett (Charlie Hunnam) dostaje propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia. Ma udać się jako kartograf do środkowoamerykańskiej dżungli, by stworzyć jej wiarygodne mapy, które w niedalekiej przyszłości przysłużą się Imperium Brytyjskiego. W zamian odbuduje prestiż rodziny, która odzyska tym samym honor i należne jej miejsce. Mężczyzna postanawia więc pożegnać się czasowo z żoną (Sienna Miller) i rusza w nieznane. W misji towarzyszy mu niejaki Henry Costin (Robert Pattinson). W trakcie pomiarów Fawcett znajduje pozostałości po nieznanej dawnej cywilizacji. Odszukanie starożytnego miasta staje się jego obsesją...


Wprawdzie jest to film przygodowy, w którym dużą rolę pełni eksploracja dżungli pod kontem odszukania zaginionej cywilizacji jednak zawiedzie się na nim ten, kto podejdzie do niego z oczekiwaniami zobaczenia wartkiej akcji na pograniczu przygód Indiany Jonesa i Lary Croft. Film Graya uderza w całkiem inne struny. Akcja jest tutaj niespieszna, napięcie jeśli już jest budowane to mozolnie, powolnie i z pewną dawką opieszałości (choć są też pewne dynamiczniejsze sceny, choć jest ich tylko kilka). Powolne tempo buduje jednak klimat nieznanej dżungli, a surowość zdjęć i formy zachęca do wtapiania się w historię. Stajemy się niejako niemym towarzyszem bohatera uczciwie zagranego przez  Hunnama. Jego niezłej grze aktorskiej przyzwoicie sekunduje (nie)sławny Pattinson jednak aktor kojarzony z sagi Zmierzch jest tylko przystawką do głównego bohatera, dodatkowo skrytą pod krzaczastą brodą. Może taki był plan twórców, którzy chcieli na pierwszym planie wyraźnie pozostawić duet dżungla-Fawcett. 
Oglądałem ten film siedząc na kanapie w mieszkaniu i naprawdę przykro mi, że nie miałem możliwości zobaczyć go na dużym ekranie. Mimo że jest to produkcja skrajnie nieefektowna ale za to efektywna. Jednak żeby zanurzyć się w przedstawionym świecie potrzeba odizolować się od świata realnego, wyciszyć i wyłapywać dawane przez film bodźce. Ciemna, sterylna sala kinowa jest do tego idealnym miejscem. Niestety ani mi, ani nikomu w Polsce (chyba, że ma prywatne kino) nie będzie to pisane, więc mogę tylko polecić obejrzenie filmu w domowych pieleszach. Myślę, że warto.






wtorek, 6 lutego 2018

Domek pełen duchów

Ghost House
USA, Tajlandia 2016
reż. Rich Ragsdale
gatunek: horror

Horror filmowy to specyficzny gatunek. Chyba w jego wypadku jest największa procentowa szansa na zobaczenie beznadziejnej produkcji. Oczywiście czasem zdarza się wyjątek jednak przeważnie oglądając horror trzeba spodziewać się czegoś słabego. I tak też jest tym razem.


Julie (Scout Taylor-Compton) i Jim (James Landry Hébert) wybierają się na wakacje marzeń do Tajlandii. Tam poznają angielskich turystów, za których sprawą Julie zostaje nawiedzona przez złowrogiego ducha. Jim wraz z pomocą tubylca Gogo (Michael S. New) próbuje zwalczyć opętanie swojej dziewczyny...


Nie ma co ukrywać, to jest zły film. Opiera się na tym samym formacie co dziesiątki równie złych filmów grozy. Tematyka jest oklepana bardziej niż sekretarka Harvey'a Wildsteina. Niestety sytuacji nie poprawia zatrudnienie kiepskiego reżysera i równie słabych aktorów. Jedyne co wyróżnia ten film od całego mrowia mu podobnych produktów to umiejscowienie go w Tajlandii. Plusem tego zabiegu jest choć skromne poznanie tego państwa ze szczególnym uwzględnieniem Bangkoku i pokazanie obyczajowości zamieszkujących go ludzi (oczywiście wielkość przekazanej wiedzy o tym kraju jest dostosowane do amerykańskich odbiorców niskobudżetowego horroru klasy B). Także jeśli nie jest się fanem słabych filmów czy horrorów klasy B nie warto tracić czasu na tę produkcję.




wtorek, 23 stycznia 2018

Jeszcze gorszy Mikołaj

Zły Mikołaj 2 (Bad Santa 2)
USA 2016
reż. Mark Waters
gatunek: komedia (?)
zdjęcia: Theo van de Sande
muzyka: Lyle Workman

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody. O ile pierwsza część Złego Mikołaja mogła się podobać, zapełniła ówcześnie pewną lukę w kinie, wykreowała ciekawą postać to jednak twórcy sequela nie zauważyli, że przez te trzynaście lat świat się zmienił, poszedł do przodu. A oni zaserwowali znowu to samo.


Willie (Billy Bob Thornton) dziaduje kolejny rok z rzędu. Za jedyną pociechę życiową ma kolejne butelki alkoholu. Tymczasem jego dawny wspólnik, karzeł Marcus (Tony Cox) po wyjściu z więzienia pierwsze kroki kieruje właśnie do byłego partnera w zbrodni. Tym razem ma on plan, w który zaangażował już wyrodną matkę Willie'go, Sunny (Kathy Bates). Trójka ma obrabować w czasie świąt organizację charytatywną, którą kieruje atrakcyjna Diane Hastings (Christina Hendricks).


Generalnie nie jestem zwolennikiem powstawania sequeli, jednak przyznam, że czasem wychodzą udane kontynuacje, a część nawet przebija swoich poprzedników. Problem z tą akurat kontynuacją jest taki, że chyba kompletnie nikt na nią nie czekał. A na pewno nie ponad dekadę po ukazaniu się pierwszej części. Trzeba było kuć żelazo póki gorące. Zły Mikołaj był zły, jego sequel niestety jest jeszcze gorszy. W zasadzie po raz kolejny dostajemy wulgarną opowiastkę o seksie i grzaniu wódy. Niezbyt wyszukane aluzje seksualne są obecne w każdym dialogu, ich poziom zaś zniechęca do oglądania przygód bohaterów (wśród których jest też jedna z najbardziej drażniących postaci filmowych wszech czasów, czyli grany przez Bretta Kelly'ego Thurman Merman). Warto dodać, że jak na film z gatunku heist movie motyw napadu jest tu niemal nieistotny.
Szkoda tylko idealnie pasującego do roli zniszczonego życiem Thorntona, który swoją obecnością choć trochę ratuje film. Film, który jest zrealizowany rzemieślniczo przyzwoicie od strony technicznej, jednak całkiem zrujnowany w innych aspektach.




poniedziałek, 22 stycznia 2018

Mięsolubni

Mięso (Grave)
Belgia, Francja, Włochy 2016
reż. Julia Ducournau
gatunek: thriller, horror
zdjęcia: Ruben Impens
muzyka: Jim Williams


W ostatnich latach narodził się ponadnarodowy trend filmowy, który popycha do przodu nurt transgatunkowych filmów z pogranicza thrillera i horroru. W wielu krajach można zauważyć trend powstawania ambitniejszych hybryd gatunkowych, ich twórcy aspirują zaś wyżej niż horrory klasy B wyświetlane późną nocą w maratonach filmowych multipleksów. Do listy tych aspirujących autorów dopisała się też Francuzka Juli Ducournau. 


Należąca do rodziny ortodoksyjnych wegetarian Justine (Garance Marillier) udaje się szlakiem swojej starszej siostry Alexii (Ella Rumpf) na studia weterynaryjne. Tam jako pierwszoroczniaczka szybko wraz z rówieśnikami staje się ofiarą studenckiej fali. W pewnym momencie dziewczyna zostaje poddana inicjacyjnemu zadaniu w postaci zjedzenia surowego mięsa. Justine po raz pierwszy zasmakuje mięsnego pokarmu...


Podoba mi się odwrócenie priorytetów w tym filmie. Reżyserka świadomie porzuca stosowanie tanich horrorowych chwytów, jak na przykład stosowanie jump scarów na korzyść kreowania kina artystycznego. Oczywiście hardcore'owi fani horrorów z góry uznają, że nie tędy droga i odwrócą się od filmu, uznając go za nudny i co najważniejsze nie straszny. Jednak ścieżka obrana przez Docournau (podobna do tej, którą kroczyli twórcy Czarownicy) jest dużo bardziej wysublimowana, intryguje nie tanimi efektami, a klimatem, który powoli wchłania widza w świat wykreowanego obrazu. Film ten jest wykonany z dużym artystycznym zacięciem. Każdy kadr jest tutaj dopieszczony, wydaje się, że nie ma nic przypadkowego. Czy to scena podróży polną drogą, czy grzebanie w krowim odbycie - zdjęcia są perfekcyjne i po prostu piękne. Cieszy także gra aktorska. Młoda Marillier daje radę, często wręcz urzeka na ekranie, z ciekawością będę obserwował rozwój jej przygody z filmem (a może rozwinie się to do pełnoprawnej kariery?). Także partnerująca jej, nieco starsza Ella Rumpf dobrze wpasowała się w rolę i z przyjemnością obejrzę inne filmy z jej udziałem.
Film ma swoje wady, czasem wydaje się nielogiczny (skala uczelnianej fali jest przesadzona, także imprezy kampusowe bardziej przypominają głupią amerykańską komedię niż coś aspirującego do realizmu), a i sama tematyka i bezkompromisowe sceny gore mogą razić wiele osób (choć dla mnie są plusem). Na pewno trzeba oglądać to z nastawieniem, że bliżej temu do lekko niepokojącego slow cinema, niż pełnoprawnego horroru czy nawet thrillera. Inaczej można się rozczarować. 





niedziela, 21 stycznia 2018

Chore społeczeństwo

Obłąkany świat (Yi Nian Wu Ming)
Hongkong 2016
reż. Chun Wong
gatunek: dramat

.Film ten nie trafił (i zapewne nigdy nie trafi) w Polsce do szerokiej dystrybucji kinowej w multipleksach, ani nawet w kinach studyjnych. Prawdopodobnie nie zawita też w wydaniu DVD (chyba, że jakiś alternatywny wydawca się o to pokusi ale raczej wątpię). Jednak ten hongkoński kandydat do nieanglojęzycznego Oscara (wiadomo już, że tak jak nasz Pokot film ten nie ma szans na nominację) zawitał do naszego kraju w ramach Festiwalu 5 Smaków, także kilku szczęśliwców mogło go obejrzeć w Warszawie na dużym ekranie.


Film opowiada historię Tunga (Shawn Yue), który właśnie opuszcza szpital psychiatryczny po leczeniu choroby dwubiegunowej, która to zrujnowała jego karierę zawodową. Nie mający gdzie się podziać mężczyzna trafia pod opiekę swojego ojca (Eric Tsang). 


Film przedstawia trudny temat choroby psychicznej (nawet już kontrolowanej, a może i zaleczonej), który jest tematem wstydliwym w każdej kulturze, ale chyba w Azji Wschodniej ostracyzm względem chorych jest stosunkowo największy Także film pokazujący perypetię Tonga ma pełnić pewną terapeutyczną funkcję w tamtejszym społeczeństwie. Wątek fabularny dzieli się na dwie części - pokazuje relacje Tunga z ojcem (odbudowa zaufania i stosunków między rodziną to ciekawsza część filmu) oraz z dawną narzeczoną (Charmaine Fong) (ten wątek akurat nie przypadł mi do gustu) oraz nieufny, bojaźliwy stosunek społeczeństwa do powracającego do domu mężczyzny (tu bywają lepsze i gorsze momenty).
I choć fabularnie nie jest moim zdaniem perfekcyjnie i czasem jest więcej minusów niż plusów to film najwięcej zyskuje dzięki scenografii i pracy kamery. Przyzwyczailiśmy się do traktowania Hongongu jako enklawy bogaczy, jednak trzeba sobie zdać sprawę, że w tym wielkim mieście jednak przeważa biedota, która na tych bogaczy robi. W mieście panuje olbrzymi tłok, a wszyscy gdzieś muszą mieszkać. Trafiamy więc z kamerą do mającej kilka metrów kwadratowych klitki, gdzie pokazana jest skromna egzystencja ojca Tunga (oraz samego Tunga). Czuć to poczucie klaustrofobii i przytłoczenia bohaterów w czterech ścianach. Operatorowi udała się sztuka odpowiedniego pokazania rzeczywistości w tego typu budownictwie mieszkalnym. I choćby dlatego warto było obejrzeć ten film. 






niedziela, 14 stycznia 2018

Zakopany

Tunel (Teo-neol)
Korea Południowa 2016
reż. Seong-hun Kim
gatunek: thriller

W 2016 roku odkryłem dla siebie nową niszę filmową - filmy południowokoreańskie. Ciężkie do jednoznacznej klasyfikacji, wymykające się ramom gatunkowym, często egzotyczne dla mnie jako europejskiego widza, a przy tym zaskakujące, zabawne, bezkompromisowe i po prostu wielokrotnie dobre. Dlatego w 2017 roku także starałem się od czasu do czasu śledzić prężenie rozwijające się kino z Półwyspu Koreańskiego, czego przykładem jest ten właśnie tekst.


Diler samochodowy Jeong-soo (Jung-woo Ha) wraca z pracy na urodziny córki. Kierując pojazdem wjeżdża do nowo otwartego tunelu samochodowego, który zawala się w czasie, gdy mężczyzna jest w połowie jego pokonywania. Mając do dyspozycji tylko trochę wody, tort urodzinowy oraz rozładowujący się telefon Jeong-soo musi zacząć walczyć o przeżycie. Wkrótce zaczyna się akcja ratunkowa, którą przewodzi Dae-kyeong (Dal-su Oh).


Tego typu filmów było już w światowym kinie całkiem sporo. A to ktoś uwięziony w płonącym wieżowcu, a to zakopany żywcem, nawet dwadzieścia lat przed tym filmem była produkcja z Sylvestrem Stallone'm nosząca identyczny tytuł. Jednak oglądając podobne fabuły zawsze były to filmy anglojęzyczne. Ciekawy byłem więc azjatyckiego spojrzenia na problem. I Koreańczycy jak to zawsze bywa trochę zaskoczyli. 
To co w tym filmie się udało i jest tym samym jak najbardziej na plus to na pewno profesjonalny wygląd całości, tak niezmiernie ważny w produkcjach tego typu. Zadbano o stojące na odpowiednim poziomie efekty specjalne, fachowcy od scenografii i kostiumów także spełnili swoją rolę, dzięki czemu wszystko wygląda jak należy. Wszystko zostało też dobrze nakręcone, praca kamery idealnie przedstawia stan zagrożenia, w jakim znalazł się bohater (grany przez mojego ulubionego aktora z Kraju Spokojnego Poranka), a całość ukazana jest odpowiednio klaustrofobicznie. Film nieźle pokazuje też nastawienie pierwszej (polityków) i czwartej (dziennikarzy) do problemu, w jakim znalazł się bohater. Myślę, że uniwersalnie pokazano to, jak niektórzy ludzie żerują próbując budować swój kapitał polityczny lub pędzą ku sensacji nie zważając na to, że w tle odbywa się ludzki dramat. 
To na plus. Niestety nie obyło się w tej produkcji bez wpadek. Nie trafiły do mnie na przykład wstawki humorystyczne. Rozumiem, że to film koreański i taka specyfika tamtejszego rynku, że po prostu trzeba wpleść te lżejsze akcenty, jednak tutaj wydawało mi się to nie na miejscu. Także film ma problem z rwanym tempem akcji. Niekiedy jest naprawdę nieźle, żeby chwilę później wpaść w bagno dłużyzn, niepotrzebnych scen i zbędnych dialogów. Końcówka filmu też dłuży się w nieskończoność. Wydaje się, że opowieść zbliża się już ku końcowi jednak to nie następuje. I tak kilka razy. To męczy widza i wpływa na późniejszą ocenę. Która to moim zdaniem jest średnia. Można oglądać bo film ma swoje mocne strony, jednak jeśli się z niego zrezygnuje to też wielkiej straty nie będzie. 



sobota, 13 stycznia 2018

Macierzyństwo nieodpowiedzialne

Złe mamuśki (Bad Moms)
USA 2016
reż. Jon Lucas, Scott Moore
gatunek: komedia
zdjęcia: Jim Denault
muzyka: Christopher Lennertz

Lubię oglądać filmy z Milą Kunis. Nie dlatego, że pochodząca ze Związku Radzieckiego aktorka jest jakoś specjalnie dobra w swym zawodzie czy też występuje w samych dobrych filmach. Kunis aktorsko przecież nie jest specjalnie wybitna a i filmy, w których występuje przeważnie do zbyt ambitnych nie należą. Lubię filmy z nią bo z seksistowskich pobudek, gdyż po prostu wygląda na ekranie całkiem atrakcyjnie. 


Kura domowa Amy (Mila Kunis) pod wpływem swych przyjaciółek Carli (Kathryn Hahn) i Kiki (Kristen Bell) postanawia zostawić za sobą dotychczasowe życie, zostawia męża, zaniedbuje dzieci i rzuca się w wir nocnego życia.


Ten film jest zły. Bardzo zły. Tak bardzo zły, że wcale nie zdziwił mnie fakt, że w około rok powstała jego kontynuacja, która utrzymywała się w naszych kinach przez dobrze ponad miesiąc. Film ten jest kolejnym w ostatnim czasie komedią w stylu modnej teraz feministycznej odmiany bromance. Kilka kobiet w wieku MILFowskim traktuje się jakby były o połowę młodsze niż są w rzeczywistości, piją, klną, gadają o seksie, który sobie czasem pouprawiają i to w założeniu ma być śmieszne. Ale śmieszne nie jest. Nie chce mi się pisać o tym filmie. Naprawdę jest on tak żałosny, że po prostu wystarczy, że napiszę byście go nie oglądali.


sobota, 30 grudnia 2017

Sąsiedzi

Konstytucja (Ustav Republike Hrvatske)
Chorwacja, Czechy, Macedonia, Słowenia 2016
reż. Rajko Grlić
gatunek: dramat
zdjęcia: Branko Linta
muzyka: Duke Bojadziev

Nieczęsto miałem okazję oglądać filmy pochodzące z Bałkanów. Praktycznie nie licząc pokazów festiwalowych omijają one szerokim łukiem polskie kina, nawet te studyjne, a tamtejszych filmów z małymi wyjątkami ze świecą szukać w polskich (i polskojęzycznych) stacjach telewizyjnych. Może poziom tamtejszej kinematografii jest na tyle niski, że nie wychodzi ona poza swój region, jednak to za proste wytłumaczenie (bo multum amerykańskiego badziewia cotygodniowo szturmuje nasze kina i ciągle straszy z ekranów telewizorów). Dlatego też cieszę się, że mogłem w kinie obejrzeć ten film. 


Renomowany nauczyciel historii Vjeko Kralj (Nebojša Glogovac) wychował się w nacjonalistyczno - faszystowskiej rodzinie i odziedziczył po niej mocno konserwatywne przekonania. Jednak mężczyzna skrywa przed światem pewien sekret - jest transwestytą i homoseksualistą. Pewnego dnia wracając do domu w damskich ciuszkach zostaje napadnięty i pobity przez chorwackich narodowców. W rekonwalescencji pomaga mu sąsiadka, pielęgniarka Maja (Ksenija Marinković). Pech chce, że kobieta jest żoną Serba, policjanta Antego (Dejan Aćimović), którego z kseonfobicznej zasady Vjeko nie toleruje. Maja prosi go jednak, by pomógł mężowi w nauce chorwackiej konstytucji...


Aby zasiąść do seansu tego filmu wypadałoby być choć trochę zorientowanym w tematyce. Oczywiście nie trzeba znać tytułowej chorwackiej konstytucji, jednak warto wiedzieć coś o choć najnowszej historii Serbii i Chorwacji oraz dlaczego oba narody niezbyt za sobą przepadają choć przez lata żyły między sobą bez większego problemu. Bez choćby minimalnego backgroundu da się oczywiście oglądać ten film, jednak nie odbierze się go pewnie na tym samym poziomie. Dlatego zalecam przynajmniej wcześniej przewertować choć kilka notek na Wikipedii.
Sam film chociaż umiejscowiony został w stolicy Chorwacji, Zagrzebiu i opowiada o sprawach bałkańskich to po kilku zmianach mógłby zostać zrealizowany również i w Polsce (i kilku innych miejscach) dlatego też fabuła i przesłanie obrazu nabiera cech uniwersalnych. Autorzy mierzą się po części z problemem Wielkiej Chorwacji i jej zwolenników (gdyby kręcono ten film w Albanii byłoby o Wielkiej Albanii, gdyby w Serbii to o Wielkiej Serbii etc. gdy ktoś za bardzo chce swojej wielkości jak widać nic dobrego się nie dzieje bo to zawsze budowane jest kosztem innych), historycznej postawy dużej części Chorwatów w czasie II Wojny Światowej, polityki asymilacyjnej Serbów w obecnej Chorwacji czy problemów z własną tożsamością. I gdyby film opowiadał tylko na ważne tematy lecz nie robił tego w sposób dobry i filmowy skrytykowałbym go. Bo film to nie tylko przesłanie ale przede wszystkim sztuka. Tutaj twórcą udało się oddać widzom ważne przesłanie społeczne nie pozbawiając walorów artystycznych - film ogląda się bardzo dobrze, a jego realizacja stoi na europejskim poziomie. Cieszy też humanitarny wydźwięk całości, który jednak nie jest przedstawiony w sposób banalny i infantylny. Oby więcej takich filmów!




Serbski film

Na mlecznej drodze (On the Milky Road)
Meksyk, USA, Wielka Brytania, Serbia 2016
reż. Emir Kusturica
gatunek: dramat, komediodramat 
zdjęcia: Martin Šec
muzyka: Stribor Kusturica

Przez lata serbski reżyser Emir Kusturica wyrobił sobie solidną, a wręcz mocną markę na europejskim rynku filmowym. Twórca obrośniętych kultem filmów Underground, Czas Cyganów czy Czarny kot, biały kot swoje najbardziej rozpoznawalne filmy stworzył jednak dość dawno temu (wymienione filmy powstały w ciągu jednej dekady, między 1988 a 1988 r.). Sam nie miałem okazji obejrzeć żadnego z nich, więc mój pierwszy kontakt z reżyserem jest przy okazji tego filmu. 


Miasteczko na pograniczu serbsko - chorwackim podczas wojny w Jugosławii. Ciężko myślący podstarzały mleczarz Kosta (w tej roli sam reżyser) codziennie rozwozi mleko wojującym niedaleko żołnierzom. Jego partnerka, atrakcyjna i dużo młodsza od niego Milena (Sloboda Mićalović) snuje plany ślubne czemu Kosta z niechęcią się poddaje. Sytuacja zmienia się jednak, gdy do miasteczka trafia tajemnicza Włoszka (Monica Bellucci), która ma wyjść za mąż za wracającego z wojny starszego brata Mileny, oficera Zagę (Predrag Manojlovic). Traf chce, że Kosta i cudzoziemka się w sobie zakochują...


Fabularnie można byłoby podzielić ten film na dobre trzy filmy (a jeśli jest się Peterem Jacksonem to pewnie i na dziewięć). Nagromadzenie wątków oraz różnych stylów czy wręcz gatunków jest naprawdę bardzo duże i dziw bierze, że udało się to zmieścić w czasie średnio długim, jakim są dwie godziny trwania filmu. Niestety jednak to urozmaicenie gatunkowo - stylistyczne nie służy dobrze filmowi, który po naprawdę solidnym początku i udanej pierwszej części trwania filmu gubi swój rytm, traci poziom i zaczyna wręcz naprzemiennie nużyć i irytować. 
Pierwszy etap filmu, który w mocno przewrotny i surrealistyczny wręcz sposób pokazuje przebieg wojny na odcinku ukazanym w produkcji, zapoznaje widza z bohaterami i udanie wprowadza nowe postaci oraz przedstawia interakcje między nimi jest naprawdę obiecujący. Kusturica niestety nie kontynuuje tego komediowego oniryzmu i mniej więcej w połowie trwania całości przewraca wszystko do góry nogami. Pewien surrealizm zostaje (czasem nawet bardzo prymitywnie wkomponowany do fabuły i intensywnie kiczowaty) jednak rozgrywa się na innym poziomie niż początkowo. Dodanie kolejnych wątków kosztem początkowego pokazania życia wsi/miasteczka (już pierwsza scena świetnie oddaje wiejską idylle) jest w moim odczuciu dużym błędem. A już oddział zachodnich komandosów polujących na mieszkańców miasteczka, ze szczególnym uwzględnieniem głównych bohaterów to istne kuriozum. W drugiej połowie filmu pozostaje tylko cieszyć się z obecności Moniki Bellucci, która zachwyca mimo lat.
 Gdybym z jakiegoś powodu wyszedł z kina w połowie filmu przekonywałbym wszystkich, że to bardzo dobra produkcja. Jednak po zaznajomieniu się z całością mogę powiedzieć co najwyżej, że mamy do czynienia z średniakiem. Niestety druga połowa filmu całkowicie go zabija.





piątek, 22 grudnia 2017

Bo to zła kobieta była

Lady M (Lady Macbeth)
Wielka Brytania 2016
reż. William Oldroyd
gatunek: dramat
zdjęcia: Ari Wegner
muzyka: Dan Jones


Najpierw, około 1606 roku w Anglii powstała tragedia Makbet napisana przez niejakiego Williama Szekspira. Opowiadała ona o tytułowym szkockim królu. Później, w carskiej Rosji roku 1864 tamtejszy pisarz Nikołaj Leskow napisał Powiatową lady Makbet, którą to książkę w 1961 zekranizował znany polski reżyser, Andrzej Wajda (był to film produkcji Jugosłowiańskiej). Ponad pół wieku później zainspirowana historią szekspirowską rosyjska książka wraca na wyspy brytyjskie i tym samym historia zatacza pewne koło. 


Poznajemy historię Katherine (Florence Pugh), która została wydana bez swojej zgody za bogatego Alexandra (Paul Hilton), który to jednak nie poświęca żonie zbyt dużo zainteresowania. Tłamszona przez małżonka, oraz stanowczego teścia, Borisa (Christopher Fairbank) kobieta jest zmuszona do przebywania w rodowej posiadłości będącej de facto jej więzieniem, do towarzystwa mając jedynie służącą Annę (Naomi Ackie). W pewnym momencie Katherine poznaje nowego parobka, Sebastiana (Cosmo Jarvis), który zaczyna ją fascynować...


Opisywany film był jednym z większych pozytywnych zaskoczeń na europejskiej scenie filmowej zeszłego roku. Nakręcony za nieduże pieniądze, przez debiutującego w filmie reżysera (mającego sukcesy ale teatralne, a to zupełnie inny kawałek chleba) i ze świeżymi, nieopatrzonymi przez widza, przeważnie niezbyt znanymi aktorami. Film jest naprawdę dobrze nakręcony, a artyzm zdjęć Ari Wegner jest widoczny w niemal każdej scenie. Widoczne są też teatralne sznyty zarówno Oldroyda, jak i samej koncepcji utworu, który nadaje się równie dobrze do wystawienia na teatralnych deskach, jak i do wyświetlania w salach kinowych. 
Kwintesencją całości nie są jednak zdjęcia, teatralny wydźwięk czy dobrze uszyte stroje, a sama zmieniająca się postawa tytułowej bohaterki, która w czasie trwania filmu zmienia się powoli, lecz nieustannie i nieuchronnie z poddanej męskiej władzy, cichej i akceptującej swój los kobiety w wyuzdaną, wyrachowaną i cyniczną manipulantkę dążącą do zemsty na swych ciemiężcach. Proces ten jest pokazany ciekawie, choć bardzo jak na standardy dzisiejszego widza wolno, co może niektórych znużyć. Jednak tutaj liczy się każdy gest, każde spojrzenie, każde słowo - warto zwrócić na to uwagę podczas seansu. Ja ze swojej strony jak najbardziej polecam fanom slow cinema. I nie tylko.




środa, 13 grudnia 2017

Lobby nudziarskie

Sama przeciw wszystkim (Miss Sloane)
USA, Francja 2016
reż. John Madden
gatunek: dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Max Richter 

Czterdziestoletnia obecnie aktorka Jessica Chastain zyskała dużą popularność w dość podeszłym wieku jak na kobiece aktorstwo hollywoodzkie. W sumie duże role otrzymuje od około pięciu lat, ale z każdym kolejnym rokiem się rozkręca. Na nadchodzący 2018 rok ma już zaplanowane co najmniej cztery kolejne produkcje. Sam pierwszy raz zobaczyłem ją w 2013 przy okazji średnio ocenianego horroru Mama (spodobała mi się tam, może dlatego, że słuchała piosenek Jacka White'a). Od tego czasu obejrzałem już blisko dziesięć tytułów z nią w jednej z ról. Ten jest kolejny. 


Film opowiada historię lobbystki z Waszyngtonu (jak łatwo się domyślić jest nią Jessica Chastain), która odnosi w swej błyskotliwej karierze sukces za sukcesem. W pewnym momencie zwraca się przeciw swoim mocodawcom i wraz z biznesmenem Schmidtem (Mark Strong) szykuje się na starcie przeciw silnemu w USA lobby posiadaczy broni...


Generalnie mam problem z tym filmem. Bo zdecydowanej większości widzów się on podoba. Krytycy podeszli do niego z trochę mniejszym entuzjazmem, jednak wciąż patrząc po ich ocenach uważają go za co najmniej niezłą produkcję. A mi się Sama przeciwko wszystkim całkiem nie spodobał. Normalnie odbiłem się, jak od twardej ściany. Może to wina nieciekawiącej mnie nic a nic tematyki kręcącej się wokół lobbystów (do których mam uprzedzenia. W sumie do hitlerowców też mam jednak uprzedzenia,a  jednak nie przeszkadza mi to w widywaniu ich na ekranie). Grubo ponad dwugodzinny film, w którym nie zainteresowało mnie kompletnie nic w sferze fabularno - dialogowej jest jeszcze do wybronienia kostiumami, plenerami czy jakością zdjęć. Tutaj jednak o żadnych plenerach nie może być mowy, gdyż 95% akcji dzieje się w kilku pomieszczeniach, a jeśli już się z nich wychodzi to postaci rozmawiają ze sobą pod budynkami, z których wypełzły lub do których zmierzają. Także sposób kręcenia filmu, z kamerą wciąż podążającą za tytułową w oryginale panną Sloane po pewnym czasie drażni. Sam finał fabularny na szczęście odrobinę ratuje sytuację. Co nie znaczy, że warto zaczynać seans. 




wtorek, 12 grudnia 2017

Jaś Detektyw

Maigret i jego nieboszczyk (Maigret's Dead Man)
Wielka Brytania 2016
gatunek: kryminał
reż. Jon East
zdjęcia: Dirk Nel
muzyka: Samuel Sim

Rowan Atkinson zagrał w prawie czterdziestu filmach. Znany jest z całkiem przyzwoitych filmów komediowych, a jego aktorskie emploi i twarz wszystkim kojarzą się z jedną postacią, którą kreował w serialu i w kilku filmach: postacią Jasia Fasoli. Gdy zobaczyłem, że po kilku latach przerwy od aktorstwa Atkinson wcielił się w postać niekomediową chciałem zobaczyć, co z tego wyszło. I o tym kilka zdań już poniżej. 


Dawna Francja. W podparyskiej gospodarstwach giną zamożne rodziny. Jako że policja jest bezradna sprawa ma trafić do renomowanego nadinspektora Julesa Maigreta (Rowan Atkinson). Ten jednak zamiast zabrać się za sprawę woli drążyć sprawę tajemniczego morderstwa na niezidentyfikowanym mężczyźnie. 


Jest to film wyprodukowany nie po to, by trafić do sal kinowych, lecz na potrzeby telewizyjne. To widać, jednak brytyjskie filmy telewizyjne od zawsze (przeważnie) stały na o tyle wysokim poziomie, że nie jest to przeszkodą w oglądaniu. Zarówno aktorstwo, jak i jakość kostiumów oraz zdjęć prezentują się co najmniej przyzwoicie. Jakość fabularna gwarantowana jest zaś przez belgijskiego pisarza Georges Simenon, który przed laty stworzył cykl książek o Maigrecie. Wszystko to sprawia, że całość ogląda się na tyle dobrze, że z chęcią obejrzę kolejne ekranizacje cyklu, które albo już powstały, albo są w przygotowaniu przez brytyjską telewizję. Cieszy też, że sam Atkinson dał radę. Naprawdę dobrze ogląda się go w niekomediowej roli.




sobota, 9 grudnia 2017

Wysokie płoty tato grodził

Płoty (Fences)
USA, Kanada 2016
reż. Denzel Washington
gatunek: dramat
zdjęcia: Charlotte Bruus Christensen
muzyka: Marcelo Zarvos

Chyba wszyscy kojarzą Denzela Washingtona jako aktora. Nie każdy jednak zapewne wie, że Amerykanin okazjonalnie zajmuje się też reżyserowaniem filmów (w których to też sam się później obsadza). Najnowszym dziełem duetu reżysersko-aktorskiego Denzel Washington - Denzel Washington jest właśnie ten doceniony w kraju powstania, a całkowicie olany przez naszych rodzimych dystrybutorów film. 


Akcja filmu została osadzona we wciąż rasistowskich Stanach Zjednoczonych lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Poznajemy losy czarnoskórej robotniczej rodziny Maxsonów; Troya (Denzel Washington), jego żony Rose (Viola Davis), ich wchodzącego w dorosłość synów Lyonsa (Russell Hornsby) i Cory (Jovan Adepo) oraz niepełnosprawnego intelektualnie brata Troya, Gabriela (Mykelti Williamson).


Niezbadane są koleje losów zagranicznych filmów (również tych made by USA), które to wypuszczane są na rodzimy rynek do dystrybucji kinowej. Każdego tygodnia widzów pojawiających się w piątkowe popołudnia w multipleksach czy kinach studyjnych czekają filmy-pułapki o wątpliwej wartości zarówno komercyjnej, jak artystycznej, które to często z nieznanych nikomu przyczyn pozostają na afiszach przez kilka tygodni. Przy okazji wiele perełek jest kompletnie przeoczonych. Z oczywistą szkodą dla widza. Tak mamy też i w tym wypadku. Najnowszy film Washingtona nigdy nie zawitał do polskich sal kinowych i o ile mogę zrozumieć decyzję, by nie puszczać tego filmu w multipleksach, to fakt, że obraz został kompletnie pominięty w kinach studyjnych jest dla mnie niezrozumiały. Nawet po sukcesie oscarowym (statuetka dla Violi Davis za rolę drugoplanową oraz nominacja do najlepszych filmów roku) nikt nie zainteresował się tym, by pokazać go w polskich kinach. A szkoda, gdyż film jest naprawdę wart obejrzenia. Odchodząc nawet od samej historii, która choć nie jest skomplikowana, to ogląda się ją bardzo dobrze (a przy okazji ma się możliwość dowartościować intelektualnie), to wszystko inne jest równie warte obejrzenia i poznania. A może nawet i bardziej. Washington stworzył kameralny film, który śmiało mógłby zostać zrealizowany, jako sztuka teatralna, a nie pełnometrażowy (140 minutowy) film kinowy, jednak odpowiedni scenariusz, dobre zdjęcia, a przede wszystkim idealna wręcz gra aktorska wszystkich postaci (do wymienionych już wcześniej należy dodać też rolę Stephena Hendersona. Naprawdę warto obejrzeć ten film i delektować się każdym dialogiem i kadrem. 





poniedziałek, 20 listopada 2017

Koniec Króla Słońce

Śmierć Ludwika XIV (La mort de Louis XIV)
Francja, Hiszpania, Portugalia 2016
reż. Albert Serra
gatunek: biograficzny, dramat
zdjęcia: Jonathan Ricquebourg
muzyka: Marc Verdaguer

Postać Ludwika XIV jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych dzisiaj osób zasiadających na francuski tronie. Oprócz może znanego z m.in. wojen krzyżowych Filipa Pięknego oraz ostatniego króla Francji, ściętego po rewolucji imiennika bohatera opisywanego filmu i może także nieudolnego króla Polski Henryka Walezego. Ludwika XIV historia zapamiętała jako silnego i pełnego życia władcę absolutnego. Film portugalskiego reżysera jednak pokazuje tego człowieka w całkiem innym świetle. 


Wiekowy król Francji Ludwik XIV (Jean-Pierre Léaud) zaniemaga na zdrowiu. Przetransportowany przez służbę do swej komnaty zalega w łóżku, nad którym o zdrowiu króla i ewentualnych sposobach jego ratowania rozmyślają przeróżni eksperci. 


Nie jest to film dla wszystkich. W sumie raczej zainteresuje tylko nielicznych. Całość akcji (ponad sto minut) rozgrywa się w pokoju sypialnym króla, gdzie obserwujemy jego łoże śmierci i debaty nad tym łożem toczone. Normalnie rozumianej akcji filmowej w tym filmie praktycznie nie ma, są za to długie kadry, w których oglądamy samotność króla i jego pogłębiające się cierpienie oraz przysłuchujemy się rozmowom lekarzy, doradców i szarlatanów, którzy przybywają ocenić stan zdrowia monarchy. To jak Serra ukazuje półboskiego wręcz króla trzeba uznać za plus całości. Tutaj Ludwik jest przedstawiony bardzo po ludzku, widzimy w jego odmawiającym posłuszeństwa ciele zwykłego człowieka, a nie bezwzględnego władcę, jaki jawi się w podręcznikach do historii. I ten bezwiednie leżący w łożu Ludwik nie jest tu już najbardziej wpływowym człowiekiem swych czasów, a słabym śmiertelnikiem, który nieubłaganie zbliża się do wydania ostatniego tchnienia. Śmierć jest bardzo demokratyczna, i jednakowo upomina się o bogatych i biednych więc normalne ukazanie cierpień starego króla jest tutaj jak najbardziej na miejscu. 
Mimo wolnego tempa i bardzo skromnego umiejscowienia należą się brawa za kostiumy, grę aktorską i dobrą pracę kamery (naprawdę ciężko jest nakręcić film toczący się niemal w całości w jednym pomieszczeniu, tutaj się to udało na tyle, na ile mogło się udać). Także historia ostatnich dni króla, a właściwie uniwersalna historia umierania jest warta obejrzenia - nie jest to rzecz z gatunku tych przyjemnych, jednak nieuchronnych, a Serra dobrze przedstawia ostatni etap życia na przykładzie postaci historycznej. Dla ludzi szukających w kinie czegoś innego niż rozrywki - jak najbardziej. Do refleksji.





wtorek, 8 sierpnia 2017

Fanatyk

Uczeń ((M)uchenik)
Rosja 2016
reż. Kiriłł Sieriebriennikow
gatunek: dramat
zdjęcia: Vladislav Opelyants
muzyka: Ilya Demutskiy

Opisywany właśnie film pojawił się w naszym kraju przy okazji rosyjskiego festiwalu Sputnik, a później wraz z kilkoma innymi tytułami z tegoż festiwalu zrobił objazd po studyjnych kinach w całej Polsce. Z racji tego, że w czasie wyświetlania w moim mieście filmu w czasie jakiegoś meczu, który chciałem obejrzeć nie dane było mi obejrzeć go w trybie festiwalowym. Na szczęście po pewnym czasie obraz Sieriebriennikowa wszedł też do naszych kin w normalnej, studyjnej dystrybucji. Tej okazji już nie przegapiłem. 


Wieniamin (Piotr Skworcow) żyje wraz z samotnie wychowującą go matką (Julia Aug) w jednym z miast na rosyjskiej prowincji. W pewnym momencie młodzieniec zaczyna przejawiać dziwne, wzmożone zainteresowanie Biblią i Słowem Bożym, które zaczyna głosić. Podważa też wszystkie teorie i sposoby nauczania nauczycielki z miejscowej  szkoły, Jeleny (Wiktoria Isakowa).


Chociaż w filmie widzimy żywot i przewrotną chrześcijańską radykalizację chłopaka w prawosławnej Rosji nie jest trudno przenieść podobną sytuację na płaszczyznę naszej katolickiej ojczyzny. Wieniamin i głoszone przez niego poglądy równie dobrze mogłyby być osadzone w jakichś Koluszkach lub Kutnie i nie straciłyby na tej migracji terenowej.
To, co udało się twórcą filmu to ukazanie samej postaci Wieniamina, który z każdą kolejną sceną pokazuje kolejne stadia religijnego obłędu - otwarcie stawia się nauczanemu w szkole darwinizmowi, jego przemowy wpływają na to, by na basenowych zajęciach szkolnych dziewczyny nosiły mniej wyzywające stroje, zaś gdy w pewnym momencie montuje w jednej sal wielki krzyż nikt nie ma mu tego za złe. Młody fanatyk potrafi swoją ideologią przekonać innych do swych radykalnych poglądów. W pewnym momencie zaś zaczyna mówić tylko cytatami z Biblii, a treść tych cytatów odbiega znacząco od pełnych empatii słów głoszonych przez Jezusa. Ogólnie ciekawie zarysowano też konflikt między Wieniaminem, a jego racjonalną nauczycielką Jeleną oraz między nią, a resztą ciała pedagogicznego, która zaczyna podważać zdroworozsądkową postawę nauczycielki. 
Film ten jest wartościowym zaczynkiem do dyskusji na temat wiary i granicy między osobą religijną, a fanatyczną i groźną. Reżyser stawia pytania odnośnie radykalizmu religijnego, który jak widać może przybierać różne formy i nie jest niestety właściwy jedynie dla części muzułmanów. Warto więc obejrzeć tę produkcję i zastanowić się nad tematami jakie padają podczas seansu. 






czwartek, 25 maja 2017

Zemsta z zaświatów

Ostatnia klątwa (Johnny Frank Garrett's Last Word)
USA 2016
reż. Simon Rumley
gatunek: horror
zdjęcia: Milton Kam
muzyka: Simon Boswell

Horror to obok komedii jeden z cięższych gatunków filmowych. Paradoksalnie można uznać za łatwe nakręcenie go, jednak gdy przychodzi co do czego okazuje się, że trzeba posiadać pewien niewątpliwy talent, by w obrazie filmowym przestraszyć kogoś lub po prostu zrobić dobry, klimatyczny film grozy. Niestety pokłosiem tego trudu jest to, że dziewięć na dziesięć filmów w obrębie tego gatunku to absolutnie niestrawne gnioty, których nie da się oglądać. Niestety tak też jest tym razem. 


Tytułowy (w oryginale) bohater, Johnny Frank Garrett (Devin Bonnée) zostaje skazany na śmierć. Przed wykonaniem wyroku odgraża się osobą odpowiedzialnym za skazanie go. Pozostawia po sobie także list, w którym przysięga im krwawą zemstę z zaświatów.  Po egzekucji jeden z uczestniczących w sprawie przysięgłych, Adam Redman (Mike Doyle) nabiera przypuszczeń, że mężczyzna był niewinny. Tymczasem osoby uczestniczące w procesie zaczynają tajemniczo ginąć...


Jeśli oglądało się w życiu choć jeden słaby horror to mniej więcej można przypuszczać, co wydarzy się tutaj. I jak ogólnie będzie wykonane. Na kanwie prawdziwej historii (J.F. Garett istniał naprawdę) stworzono tragiczny, oparty na schematach film, który jest męczący, nudny, irytujący jednak w żadnej mierze nie jest straszny. Jedyną rzeczą odróżniającą go od zalewu innych podobnych produkcji jest taśma filmowa imitująca te z lat 70. czy początku 80. ubiegłego wieku, jednak taka ciekawostka nijak nie wpływa na ogólną jakość całości. To jest tak złe, że nawet szkoda pisać o konkretach - po prostu nie ma żadnej solidnie wykonanej rzeczy w tej produkcji. Także ostrzeżenie dla kinomanów - strzeżcie się nie tylko klątwy Garetta ale i filmu o nim. Zdecydowanie odradzam.

 




piątek, 12 maja 2017

Złapany

W sieci (Geu-mul)
Korea Południowa 2016
reż. Ki - Duk Kim
gatunek: thriller, dramat

Na ten film czekałem dość długo, więc gdy tylko wszedł do lokalnego kina studyjnego skorzystałem z okazji obejrzenia go. Osoba Kim Ki Duka (autora kontrowersyjnego, nierównego, który dał światu genialne Wiosna, lato, jesień, zima...i wiosna, dobry Łuk ale i słabsze moim zdaniem tytuły, jak Samarytankę) w połączeniu z tematyką północnokoreańską zapowiadała film co najmniej intrygujący.


Północnokoreański rybak Cheol-woo Nam (Seung-bum Ryoo) ma pecha. Jego łódka zostaje zniesiona na teren wroga - Korei Południowej i tam ulega awarii. Tam mężczyzna zostaje przejęty przez służby specjalne Koreańczyków z Południa. Zaczyna się szereg przesłuchań, które mają ustalić, czy pochwycony jest szpiegiem...


Kim Ki Duk znowu zaszokował. Swoich rodaków zapewne nawet o wiele bardziej, niż przedstawicieli innych narodów. W swoim najnowszym dziele, będącym uwspółcześnioną, koreańską wersją perypetii kafkowego Józefa K. w wielu względach zrównuje obraz obu Korei - tej złej i komunistycznej oraz dobrej tak zwanej wolnej. Dla niektórych mogą być więc szokiem metody, jakich dopuszcza się w celu wyciągania zeznań z bogu ducha winnego człowieka, który jak wielu literackich czy filmowych bohaterów przed nim mieli to nieszczęście zjawić się w złym miejscu o złym czasie. Maglowany po obu stronach granicy Nam jest poddawany podobnym niecnym praktyką ze strony przesłuchujących. Oczywiście zmienia się otoczka, ideologia czy stopień zaawansowania technologicznego, jednak niezmieniony pozostaje stosunek służb do jednostki oraz atmosfera zaszczucia, jaka towarzyszy bohaterowi filmu. Nam otoczony jest przez same negatywne postaci, może w sumie liczyć na zrozumienie ze strony młodego służbisty (Won-geun Lee), który ma za zadanie ochraniać go po południowej stronie granicy, a przy okazji próbuje ograniczyć sadystyczne zapędy przesłuchującego rybaka detektywa (Young-min Kim). Sam zaś chce jedynie wrócić do domu. Nie dla Wielkiego Wodza czy ideologii Dżucze, a dla żony i dziecka, które zostawił w kraju. 
Film ogląda się dobrze zarówno jako dramat, jak i thriller polityczny. Kim Ki Duk wyraźnie wrócił do najwyższej formy i zaserwował widzom mocny, dobrze zrealizowany film (z licznymi dialogami, co u niego nie jest zbyt oczywiste), od którego nie sposób się oderwać. Jeśli nie obejrzeliście w kinie film jest też dostępny na jednej z polskich stron VOD już od dnia premiery (kosztuje kilka złotych - warto). Polecam i czekam na kolejne filmy reżysera. 


czwartek, 27 kwietnia 2017

Duże dzieci

Kamper
Polska 2016
reż. Łukasz Grzegorzek
gatunek: dramat
zdjęcia: Weronika Bilska
muzyka: Czarny HIFI

Cieszę się, że jakiś czas temu sieć kin Helios uruchomił (zapewne w porozumieniu z PISF lub inną instytucją) cykl Kultura Dostępna, która cyklicznie każdego tygodnia umożliwia w dogodnej cenie obejrzenie polskiego filmu, który niedawno premierowo gościł na ekranach kin. Sam często korzystam z możliwości zawitania na seans Kultury Dostępnej, najczęściej nie dlatego, żeby zaoszczędzić kilka złotych (bo przecież polskich filmowców należy wspierać i wynagradzać za dobrą robotę), lecz po prostu nie zawsze można zdążyć na wszystkie premierowe filmy zaś dzięki temu projektowi istnieje możliwość nadrobienia zaległości. Tym razem nadrobiłem Kampera. 


Około trzydziestoletni Mateusz z racji sposobu gry w Counter Strike'a nazywany Kamperem (Piotr Żurawski) nie dorósł do swych lat. Choć posiada starającą się być poważną dorosłą żonę Manię (Marta Nieradkiewicz) sam lubi się wygłupiać, grać na konsoli, pić alkohol ze znajomymi i robić inne typowe dla nerda rzeczy. W pewnym momencie uczęszczająca na kurs gotowania Mania oznajmia mu, że zdradza go z prowadzącym zajęcia kucharzem - celebrytą (Jacek Braciak). Tymczasem Kamper zaczyna romansować z lektorką Hiszpańskiego, egzotyczną Luną (Sheily Jimenez)...


Film ten jest jedną z pierwszych w Polsce filmowych prób pokazania przedstawicieli młodego, wchodzącego w dorosłe (postudenckie) życie pokolenia, które niespecjalnie chce się zestarzeć i wejść w długie spodnie. Choć od zawsze powstawały filmy o buntach pokoleniowych i kontestacji przez tych młodszych zachowań właściwych dla starszych, to jeszcze nie było zbytnio filmu o nerdach i ich sposobie na życie. Swoją drogą Kamper cierpi na łagodne stadium znerdowacienia, bo choć sobie pogra na konsoli, pośmieje się, pozbiera trochę figurek etc to nie zatracił jeszcze poczucia rzeczywistości, ma całkiem dobrą pracę, gdzie robi to, co lubi (testuje gry). Niestety gdy pojawia się samiec alfa (choć kurduplowaty), który to reprezentuje sobą męski styl (szykowny garnitur, kosztowny zegarek i dużo kasy) i typ macho (chamstwo) Kamper stoi na straconej pozycji. I chyba oprócz tego, że jest niegroźnym nerdem gorsze jest to, że Kamper w tej sytuacji długo pozostaje bierny, czyli robi to, co czyni każdy kamper - snuje się, zaczaja i czeka nie wiadomo na co. I choć sam zaczyna się spotykać z inną kobietą to w kwestii swojego związku długo pozostaje bierny. To chyba większy kryzys tożsamości i męskości niż jego zainteresowania, które dziś, w XXI wieku nikogo nie powinny dziwić. Grzegorzek nieźle sportretował dzisiejszych trzydziestolatków i w sumie warto zainteresować się tym filmem. Nie tylko z powodu braku konkurencji na ten temat.