Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

Kaznodzieja z karabinem

Wandeta (Brimstone)
Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Martin Koolhoven
gatunek: western, thriller
zdjęcia: Rogier Stoffers
muzyka: Junkie XL

Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film. 


Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to  zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...


Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem. 




wtorek, 12 grudnia 2017

Witamy w piekle

Mściciel (High Plains Drifter)
USA 1973
gatunek: western
reż. Clint Eastwood
zdjęcia: Bruce Surtees
muzyka: Dee Barton

Kilka dni temu opisywałem inny oglądany przeze mnie film duetu aktorsko-reżyserskiego Clint Eastwood - Clint Eastwood. Krwawa profesja nie zrobiła na mnie jednak zbyt dużego wrażenia. Dlatego też cofnąłem się do czasów, kiedy Eastwood był w lepszej formie zarówno jako aktor, jak i reżyser. I gdzie nie po raz pierwszy ani ostatni wciela się w bezimiennego rewolwerowca na Dzikim Zachodzie. 


Nieznany nikomu kowboj (Clint Eastwood) przybywa do znajdującego się na peryferiach Dzikiego Zachodu miasteczka Lago. Mieszkańcy mieściny wynajmują go do ochrony przed wypuszczoną właśnie zgrają bandytów, którzy zapewne przybędą do Lago w celu zemszczenia się na jego obywatelach...


Chociaż fabularnie film ten nie przypadł mi zbytnio do gustu, trochę przez prostotę schematów, a trochę niepasujące do westernu wątki hmm jednak trochę paranormalne to duży zachwyt wzbudziło u mnie to, jak pokazano samo miasteczko i życie jego mieszkańców. Jak w niewielu innych filmach widz ma wrażenie dosłownego wejścia w samo serce tych kilku niedbale zbitych chałup szumnie i na wyrost nazywanych w westernach miastem. Zarówno plugawy saloon, jak choćby budynek kowala czy zakład fryzjerski oraz inne miejsca - to wszystko jest realne i żyje. Klimat miasteczka oraz pokazanie kręcących się po nim ludzi - to jest to, co buduje ten film Eastwooda. Do tego prosta i racjonalnie patrząc dość nielogiczna historia, która jednych zadowoli, a innych nie oraz naprawdę przyzwoita gra aktorska. Jeśli dołoży też garść pojedynków na rewolwery, mordobicie i kilka innych niezbędnych dla gatunku scenek mamy w rezultacie niezły western. Tylko tyle i aż tyle. Jak dla mnie warto obejrzeć choćby dla poczucia klimatu Lago i wsiąknięcia w jego małomiasteczkowe życie. 








środa, 15 listopada 2017

Zagraj to jeszcze raz, Clint

Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollaro in più)
Włochy, Hiszpania, RFN 1965
gatunek: western
reżyseria: Sergio Leone
zdjęcia: Massimo Dallamano
muzyka: Ennio Morricone

Lubię westerny. Lubię filmy zrobione przez Sergia Leone. Lubię grę aktorską Clinta Eastwooda. A jeszcze bardziej lubię muzykę filmową skomponowaną przez Ennia Morricone. W opisywanym przeze mnie filmie występują wszystkie wymienione przeze mnie wyżej punkty. I na tym mógłbym w sumie skończyć pisać o tym filmie i po prostu polecić go tym, którzy jakimś dziwnym trafem jeszcze go nie widzieli. No ale jednak kilka zdań wypada napisać.


Do miasteczka na Dzikim Zachodzie przybywa bezimienny rewolwerowiec (Clint Eastwood). Jako łowca nagród poluje on na bandytę o przezwisku Indio (Gian Maria Volontè). Traf chce, że łotra chce złapać także inny łowca, pułkownik Mortimer (Lee Van Cleef). Po pewnym czasie obaj panowie zwierają szyki, by wspólnie dopaść przestępcę...



Jak w większości filmów z gatunku westernów sama fabuła nie jest specjalnie odkrywcza i lotna, a raczej pretekstowo i dość prosto służy do tego, by popychać akcję do przodu. W tym wypadku nie jest to jednak duży minus, gdyż cała siła filmu (jak i większości obrazów Leone i westernów jako takich w ogóle) tkwi w specyficznym klimacie, który niejako sprawia, że nie oglądamy po przygód bohaterów z poziomu umiejscowionego przed telewizorem fotela, a po prostu przenosimy się w miejsca, gdzie toczy się akcja. Czy to do spelunowatego saloonu, czy też na będącą niemą świadkininą strzelaniny pustynię - po prostu tam jesteśmy. Leone tak jak mało kto potrafił przenieść widza w wykreowany w swej wyobraźni świat kowbojów, przestępców i łowców nagród i za to wieczna mu chwała. Dodać do tego naprawdę dobre kreacje aktorskie Eastwooda (który po raz kolejny u reżysera gra tą samą postać, zresztą nie po raz ostatni, a i po zakończeniu przygody z Leone przyjdzie mu wcielić się w podobne persony), a zwłaszcza Van Cleefa, idealną pracę kamery i świetne zdjęcia (tu niemal każdy kadr można powiesić sobie na ścianie jako obrazek) oraz klimatyczną muzykę genialnego jak zawsze Morricone i mamy naprawdę western niemal idealny. Za dość schematyczną fabułę i niezbyt wyszukane dialogi trzeba niestety obniżyć ocenę całości, jednak dla miłośników gatunku jak najbardziej pozycja obowiązkowa. I nie tylko dla nich. 




wtorek, 29 listopada 2016

Powieszony

Powiesić go wysoko (Hang 'Em High)
USA 1968
reż. Ted Post
gatunek: western

Połowa lat 60. XX wieku to okres, w którym znaczną popularność zdobył Clint Eastwood. Sukcesy przyniosły mu filmy nakręcone przez Sergio Leone w Europie. Dolarowa trylogia tworząca specyficzny, europejski rodzaj antywestetnu przeszła do historii jako najważniejsze osiągnięcie nurtu spaghetti western, a Eastwood w filmach Włocha genialnie wcielił się w postać bezimiennego kowboja. Po powrocie do USA aktor też wkrótce miał zacząć grać w westernach, a pierwszym po powrocie z Europy był właśnie ten film. 


Przemierzającego wraz z bydłem Jeda Coopera (Clint Eeastwood) łapie banda kowbojów. Uznają go za złodzieja i mordercę, szybko dokonując linczu na mężczyźnie wieszając go na pobliskim drzewie. Cooper jednak zostaje uratowany przez przejeżdżającego nieopodal szeryfa, który zabiera go do miasteczka. Tam zostaje uniewinniony i podejmuje pracę jako miejscowy szeryf. Ma za zadanie złapać mężczyzn, którzy nieomal go nie zabili i przybyć z nimi pod oblicze sprawiedliwości, reprezentowane w miasteczku przez sędziego Fentona (Pat Hingle).


Dostajemy klasyczny western tamtych czasów, w którym to jeden sprawiedliwy wmieszany przypadkiem w lokalne sprawki próbuje zrobić porządek z okolicznymi mętami, przy okazji prowadząc osobistą vendettę. Jak się jednak okazuje wymierzanie sprawiedliwości nie przyjdzie łatwo, a oprócz strzelania bohater stanie przed dylematami moralnymi.
Jeśli jest się miłośnikiem gatunku i nie oglądało się wcześniej tego filmu na pewno przypadnie on do gustu. Jednak jeżeli od poprzednio oglądanych westernów odbijało się od ściany to i ten film nie zmieni znacząco odbioru tego typu filmów. 
Mamy tutaj naprawdę niezłą rolę Eastwooda, który po raz kolejny gra podobną charakterologicznie postać samotnego rewolwerowca przemierzającego Dziki Zachód. Kto jak kto, ale on, tak jak John Wayne jest właśnie stworzony do westernowych kreacji, i o ile Wayne'a widzę bardziej jako starzejącego się szeryfa, to właśnie Eastwood jest znakomitym jeźdźcem znikąd. 
Na pewno na plus można zaliczyć filmowi warstwę muzyczną, z wpadającym w ucho motywem przewodnim oraz to, w jaki sposób zbudowano miasteczko, w którym toczy się duża część filmu. Przywiązanie do detali jest jak na tego typu produkcje bardzo dobre. Także odgrywające ważną rolę sceny wieszania wypadają nieźle, co w ówczesnych czasach nie zawsze było oczywiste.
Reasumując mamy bardzo poprawny western ze srebrnej epoki tego gatunku, który sprawi radość fanom gatunku.


wtorek, 27 września 2016

Suicide Squad

Siedmiu wspaniałych (The Magnificent Seven)
USA 2016
reż. Antoine Fuqua
gatunek: western

Podchodziłem do tego filmu z wielką rezerwą. Mogę powiedzieć wręcz, że byłem mocno, naprawdę mocno sceptyczny faktem, że kultowy film Johna Sturgesa z 1960 roku, który uważam za jeden z lepszych westernów doczeka się jakichś kontrowersyjnych popłuczyn. Po zwiastunie oczekiwałem już wszystkiego najgorszego. Jednak następca westernowego remake'u Siedmiu samurajów w ostateczności okazał się całkiem przyjemną rozrywką.  


Bezwzględny kapitalista Bartholomew Bogue (Peter Sarsgaard) terroryzuje mieszkańców osady, której ziemie chce zagarnąć. Próbująca się przeciwstawić magnatowi obywatelka miasta, Emma (Haley Bennett) wyrusza w świat szukać rewolwerowców chętnych pomóc gnębionym. Poznaje Chisolma (Denzel Washington), który rekrutuje wkrótce garstkę odpowiednich do zadania ludzi, którzy nie mają nic do stracenia (Chris Pratt, Ethan Hawke, Vincent D'Onofrio, Byung-hun Lee, Manuel Garcia-Rulfo, Martin Sensmeier). Udają się do miasta szykować obronę przed najemnikami Bogue'a.


Najlepiej ten film oglądać w ogóle nie porównując go do oryginalnych Siedmiu wspaniałych. Łatwo, jeśli nie widziało się filmu sprzed 55 lat, jednak zakładam, że większość kinomaniaków film ten widziała,a fani westernu pewnie nawet nie raz. Super byłoby, gdyby twórcy zmienili trochę skład osobowy tytułowej kompanii na sześciu bądź ośmiu i dali inny tytuł nie nawiązując do ikony westernu. Niestety licząc zapewne na większą kasę postanowiono zaczerpnąć z hitu sprzed lat. Jednak aby oglądać ten film powinno się odstawić klasyka na półkę i patrzeć na produkcję z 2016 roku jako na odrębne dzieło. No bo zresztą jak porównywać Brynner'a, Wallacha, McQueena czy Bronsona do Washingtona, Sensmeiera czy Byung-hun Lee? Połowa niemal obecnej siódemki stanowią tak niewesternowi bohaterowie, jak czarnoskóry (w klasycznym westernie nie do pomyślenia, chociaż Tarantino czy Eastwood już z tego pomysłu korzystali), Indianin i Koreańczyk w jednej drużynie sprawiedliwych na XIX. wiecznym Dzikim Zachodzie? W sumie brakuje chyba tylko transwestyty, Eskimosa i Pigmeja. Niestety nie zawsze polityczna poprawność sprawdza się na 100%. A wstawianie postaci o określonym kolorze skóry, tam gdzie ich nie ma (czy nie było) to już przesada równie spore, jak oskarżanie konsolowego i komputerowego Wiedźmina o brak w tym świecie postaci czarnoskórych. No ale chyba od tego rzeczy w kinie hollywoodzkim nie unikniemy. Niestety nie unikniemy też chyba czegoś znacznie gorszego - mainstreamowy amerykański rynek filmowy stał się molochem produkującym filmy dla dzieci. Wszechobecne PG13 zabiło współczesne kino multipleksowe. Ten film też jest od 13 roku życia więc zapomnijcie o widoku krwi - jak to w westernie strzela się bardzo dużo, trup pada, czasem nawet poharatany nożem - ale wszystko to odbywa się bezkrwawo, a bohaterowie składający się z największych zabijaków nie powiedzą nic kwiecistym językiem. Bardzo wszystko tu grzeczne. Szkoda, bo obecnie idąc do kina - multipleksu na 10 produkcji cztery to animowane bajki, a reszta to produkcje familijne, gdzie PG15 świadczy już o odwadze producentów filmu. Strasznie przykre.
Jednak wracając do samego filmu - naprawdę nie było źle. Patrzy się na to z niekłamaną przyjemnością. Fabuła jest prosta i typowo westernowa, połowę stanowi wprowadzenie do akcji i zaprezentowanie postaci, druga część to już przygotowania do obrony i sama walka. Walka pokazana całkiem sprawnie, na którą patrzy się z ciekawością (choć jest jak wspomniałem bezkrwawo). Jest to także kanoniczna opowieść o męskiej przyjaźni, walce o lepszą sprawę i inne tradycyjnie westernowe wartości. Dwie godziny filmu naprawdę szybko mijają i nie trzeba patrzeć na zegarek. Cieszą także pewne nawiązania do oryginalnego dzieła, szczególnie w końcówce. Słysząc w początkowej scenie napisów końcowych motyw muzyczny filmu z 1960 roku wychodziłem naprawdę zadowolony. I mimo wielu rzeczy, które niezbyt mi się podobały to wychodząc z siódmej sali kinowej nie zastanawiałem się nad oceną, bo ta mogła być tylko jedna - SIEDEM. Przy niedostatku westernów na rynku - warto cieszyć się z tego filmu, choć do sukcesu pierwowzoru nie zbliży się on ani na krok.




niedziela, 5 czerwca 2016

Kowboje i jaskiniowcy

Bone Tomahawk
USA 2015
reż. S. Craig Zahler
gatunek: western


Po dłuższej przerwie powracam, by pokrótce opisać wreszcie filmy obejrzane jeszcze w maju. Na pierwszy ogień niecodzienna produkcja z pokręconego podgatunku nazywanego weird fiction. Dla niezorientowanych mowa tu o powstałym jeszcze w XIX wieku (wtedy oczywiście tylko literackim) połączeniu horroru, fantasy i science fiction. Jest to bardzo niszowy rodzaj sztuki, który w sumie nie ma jakichś większych reguł - ma być po prostu dziwnie i pomieszanie. I w wypadku opisywanego właśnie filmu jak najbardziej jest. 


Przenosimy się na XIX wieczny Dziki Zachód. Ze spokojnej osady porwana zostaje lekarka Samantha (urocza Lili Simmons), zastępca szeryfa oraz aresztowany chwilę wcześniej nieznajomy mężczyzna. Szybko okazuje się, że za uprowadzeniem stoi tajemnicze plemię paleolitycznych dzikusów. Szeryf (Kurt Russell), jego honorowy zastępca (Richard Jenkins), gogusiowaty Brooder (Matthew Fox) oraz ranny w nogę mąż porwanej (Patrick Wilson) ruszają na pomoc uprowadzonym.


Nie ma co szukać logicznych rozwiązań obecności prymitywnego, nieznającego mowy ludu w XIX rubieżach Ameryki Północnej i twórcy nawet nie zamierzają słowem wyjaśnić dlaczego tacy praludzie funkcjonują tam aż do tej pory stawiając opór ewolucji od kilkudziesięciu tysięcy lat (w zawrotnej liczbie jakichś 20 osobników). Po prostu należy przyjąć, że oni są i tyle. Tak samo jak obecność na Dzikim Zachodzie kosmitów czy innego Jackiego Chana w podobnych produkcjach. 
Gdy zaś zaakceptujemy taką specyficzną wizję przedstawionego świata to myślę, że jako widzowie będziemy mogli dobrze się bawić. Brutalny świat westernu pasuje do krwawego wyżynania prymitywnego szczepu w konwencji niemal typowej do gore. Zanim zaś do tego wyżynania dochodzi śledzimy wędrówkę grupy różniących się zasadniczo od siebie mężczyzn, która sama w sobie jest przedstawiona co najmniej dobrze. Debiutancki film reżysera mimo swej niskobudżetowości przyciągnął przed kamerę kilka znanych nazwisk z Russellem na czele i ten fakt cieszy (choć Russell w sumie w podobnym przebraniu biegał w tym samym czasie u Tarantina więc nie musiał wychodzić zbytnio z roli). Oczywiście film ma swoje braki i jeśli ktoś nie kupi konwencji zapewne nawet nie dokończy seansu, jednak myślę, że warto poświęcić te trochę ponad 120 minut i zobaczyć w kinie pewien powiew świeżości, jaki film ten gwarantuje.






wtorek, 19 kwietnia 2016

Dzikie pola

Aferim!
Rumunia 2015
reż. Radu Jude
gatunek: dramat, western

W ostatnim czasie prawdziwy renesans przeżywają artystyczne filmy zrealizowane w czarno - białej technice. Niejako stoją one w totalnej opozycji do wielomilionowych widowisk z superbohaterami. I o ile pod względem komercyjnym są one na straconej pozycji, to od strony twórczej wychodzi to twórcom naprawdę dobrze. Na tylko tym blogu pojawiły się takie czarno - białe produkcje, jak oscarowa IdaNebraska czy W objęciach węża. Tym razem kilka zdań o kolejnym udanym filmie zrealizowanym w ten sposób. 


W filmie przenosimy się do roku 1835, by wraz z bohaterami przemierzyć znaczną część Wołoszczyzny (dla mniej zorientowanych - kraina historyczna w Rumunii). Policjant Costandin (Teodor Corban) wraz z pomagającym mu synem Ionitą (Mihai Comănoiu) poszukują zbiegłego cygańskiego niewolnika Carfina (Toma Cuzin), zbiegłego z majątku bojara Iordache (Alexandru Dabija)...


To dość nietypowy film, z racji tego, że mamy do czynienia z rumuńską produkcją z pogranicza westernu (a właściwie easternu), który dzieje się nie w miejscach i czasach kiedy zdobywano Dziki Zachód, a  na rubieżach cywilizacji, zacofanej Wołoszczyźnie. Najlepsze co udaje się twórcom to zaś świetne przeniesienie specyfiki tego regionu i pokazanie w jaki sposób myśleli i zachowywali się ówcześni autochtoni tam żyjący. Oddanie klimatu tych rumuńskich wsi i osad to naprawdę wielki plus tego filmu (mało jest podobnych produkcji). Mamy tu taki dość typowy film drogi, gdzie pełno jest dłużyzn, gdy bohaterowie jadą i jadą przez lasy i wsie tocząc ze sobą dialogi. Dla wielu ludzi to zapewne nie jest zbyt atrakcyjna forma kina, jednak dialogi stanowią zaraz po ogólnym przedstawieniu świata drugą mocną stroną produkcji. Trzeba przyznać, że autorzy, którzy za nic mają obowiązującą poprawność polityczną i w usta swoich bohaterów wkładają wiele kontrowersyjnych panujących w tamtych czasach poglądów. Do tego w dość tragikomiczny sposób pokazują sytuację niewolników cygańskich, od których jednak gorzej traktowani byli Żydzi, których na Wołoszczyźnie nie uznawano za ludzi. Jest wiele smaczków w tym filmie, które jednak należy wyłapać samemu oglądając tę specyficzną produkcję. Polecam. 





poniedziałek, 8 lutego 2016

Django: historia prawdziwa

Django
Włochy, Hiszpania 1966
reż. Sergio Corbucci 
gatunek: western

Pewnie większość z czytelników (czyli licząc mnie będą to jakieś 3 osoby) oglądała poprzedni film Quentina Tarantino zatytułowany Django. Jednak nie wszyscy może wiedzą, że postać ta pojawiła się już wcześniej na ekranie pół wieku temu, a stworzył ją ten drugi zaraz po wybitnym Sergiu Leone czyli Corbucci, również Sergio. Film ten widocznie tak wpłynął na amerykańskiego reżysera, że postanowił przenieść pewne rzeczy do swojej produkcji. A jakie wrażenie zrobił na mnie klasyczny Django? O tym poniżej.


Django (Franco Nero) wraz z wyswobodzoną przez siebie z rąk bandytów dziewczyną Marią (Loredana Nusciak) przybywa do miasteczka. Dowiaduje się tam, że w okolicy walczą o wpływy między sobą Meksykanie pod wodzą Huga (José Bódalo) i renegaci majora Jacksona (Eduardo Fajardo). Django postanawia wmieszać się w ten konflikt.


Pierwsza scena robi wrażenie i pozwala wierzyć, że cały film będzie świetnie ociekał specyficznym klimatem antywesternu. Widzimy w nim kroczącego przez zabłoconą drogę bohatera, mozolnie ciągnącego za sobą wcale nie pustą trumnę. Przez kilka minut, gdy oglądamy wędrówkę Djanga przygrywa nam na ekranie świetna piosenka Argentyńczyka Luisa Bacalova Django, która została też wykorzystana jako główny motyw również w filmie Tarantino. Pierwsza scena filmu jest świetna. I niestety to tyle, jeśli chodzi o pozytywy całego filmu. Gdy bohater się odezwie lub wprawi w ruch swój rewolwer czar pryska i widzimy tylko dialogi wymyślone przez kogoś na poziomie IV klasy podstawowej i niezbyt finezyjne oraz absurdalnie głupie wyczyny strzeleckie tytułowego bohatera, który niczym Rambo lub inny Batman potrafi wykosić sam każdą grupę uzbrojonych rywali, nie zależnie czy jest ich 5 czy ponad 40. Także postaci w filmie nie są zbyt przekonujące. Czy to będący kopią Clinta Eastwooda z filmów Leone Django, czy Hugo Rodriguez czy kierujący czymś na wzór anty - meksykańskiego Ku Klux Klanu Jackson - nikt tutaj nie przyciąga widza. Dialogi są drętwe, sztywne i zazwyczaj pozbawione finezji. Całość na głowę pod tym względem bije zaś Nusciak jako Maria. Owszem, była to kobieta bardzo ładna i ogląda się ją dobrze, jednak niestety gdy się odzywa to człowiek chce się popłakać z żalu, że ktoś tak paralityczny jest tu główną femme fatale, która do tego po kilku minutach zakochuje się bez wzajemności w głównym bohaterze. 
Corbucci zwykł powtarzać, że Ford miał Johna Wayne'a, Leone Clinta Eastwooda, a on ma Franco Nero. Szkoda tylko, że Nero w tym filmie jest Eastwoodem, tyle że bez charakterystycznego dla Dolarowej trylogii ponczo. Duże, naprawdę duże rozczarowanie.





niedziela, 17 stycznia 2016

Amerykańska zemsta po Duńsku

Wybawiciel (The Salvation) 
Dania, RPA 2014
reż. Kristian Levring
gatunek: western

Jeśli ktoś kiedyś by mi powiedział, że będzie można obejrzeć western nakręcony przez Duńczyków w Republice Południowej Afryki, a pomagać im będą w tym projekcie Szwedzi i Belgowie to specjalnie bym w to nie uwierzył. Jak widać jednak we współczesnym kinie najwyraźniej niemożliwe nie istnieje i taka produkcja doszła do skutku. Do tego udało zebrać się kilka znaczących w globalnym aktorskim półświatku nazwisk. Teraz więc czekam na polsko - nigeryjski thriller z Karolakiem w roli głównego złego. 


Fabuła nie jest z gatunku tych skomplikowanych. Po wojnie duńsko - niemieckiej wielu Duńczyków wyemigrowało do USA. Wśród nich było też rodzeństwo Jon (Mads Mikkelsen) i Peter (Mikael Persbrandt). Po kilku latach do tego pierwszego dołączają żona i syn. Jednoczenie rodziny nie trwa jednak zbyt długo, gdyż w drodze ze stacji kolejowej do domu kobieta i dziecko giną z rąk współpasażerów. Jon zabija w zemście morderców nie wiedząc, że jednym z nich był mąż niejakiej Madeleine (Eva Green) i brat lokalnego bandyty - renegata Delarue (Jeffrey Dean Morgan).


Fabularnie nic nie jest w stanie widza zaskoczyć, szczególnie jeśli wcześniej widział klasyczne dzieła z gatunku western lub traktujące ogólnie o zemście. Mamy raczej sztampową fabułę prowadzącą beznamiętnie odbiorcę po kilku oklepanych schematach, których nie mogło zabraknąć. Ciekawe, że twórcom udało się namówić do współpracy takie nazwiska jak Mikkelsen czy Green. Ten pierwszy nadaje się do roli takiego beznamiętnego mściciela, który wygląda na styranego życiem bez charakteryzacji, Green zaś dostało dzięki filmowi dobry wpis do swego aktorskiego CV, gdyż jej znacząca choć niema rola naprawdę była dość znacząca. Z ciekawostek można wymienić obecność legendarnego piłkarza Erica Cantony w jednej z drugoplanowych ról. 
Widać, że film należy raczej do tych z gatunku niskobudżetowych, gdyż widzimy na ekranie zarówno od dekoracji po efekty tylko absolutne minimum i nic ponad to. Spełnia to swoją rolę ale duża zasługa w tym bardziej południowoafrykańskich plenerów i niezłej pracy realizatorskiej zdjęciowca niż zabiegów budżetowych. Pochwalić też można za główny motyw gitarowy zawarty w filmie.
Podsumowując mamy tu dość przeciętny fabularnie i finansowo film, który nie wymyśla prochu ani nie wskazuje nowych trendów. Dostajemy coś sztampowego i oklepanego, na co jednak dzięki kilku ciekawym rolom i ładnym plenerom patrzy się mimo wszystko dobrze, może dlatego też, że sam film nie trwa nawet 90 minut. Można obejrzeć ale też chyba równie szybko potem zapomnieć.  









Gadatliwi gniewni

Nienawistna ósemka (The Hateful Eight)
USA 2015
reż. Quentin Tarantino
gatunek: western

Od kilku miesięcy szeroko zapowiadany ósmy film Quentina Tarantino był właśnie tym filmem, na który czekałem najbardziej. Katowałem zwiastuny, które były jednymi z najlepiej zrobionymi trailerami ostatnich lat, przez których oglądanie jeszcze bardziej zwiększałem swoje oczekiwanie na film, słuchałem piosenek wykorzystywanych w tychże zwiastunach (polecam Hold on, I'm coming w wykonaniu Welshly Arms). Oczekiwania były więc względem tej produkcji bardzo wygórowane. I wreszcie nastał dzień premiery, gdy mogłem pognać do kina. 


Bezdroża stanu Wyoming w kilka lat po Wojnie Secesyjnej. Łowca nagród, major Warren (Samuel L. Jackson) zatrzymuje pędzący do miasta Red Rock dyliżans kierowany przez O.B. Jacksona (James Parks). Pasażer tegoż dyliżansu, John Ruth zwany Szubienicą (Kurt Russell) transportujący do miasteczka złapaną przestępczynię Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh) zgadza się go podwieźć do miasta. Chwilę później dołącza do nich podający się za nowego szeryfa Red Rock Chris Mannix (Walton Goggins). Z racji zbliżającej się zawiei śnieżnej mężczyźni postanawiają przeczekać kilka dni w znajdującej się na drodze do miasta Pasmanterii Minnie. Tam zamiast właścicielki zastają Meksykanina Boba (Demián Bichir), kata Oswalda Mobreya (Tim Roth), tajemniczego kowboja (Michael Madsen) oraz starego oficera wojsk konfederacji (Bruce Dern). Szybko staje się jasne, że nie wszyscy będą mogli wyjść z pasmanterii żywi. 


Dostajemy film typowy dla Tarantino, tyle że w skali ultra. Wszystkiego jest tu więcej i dobitniej. Mamy więc trzygodzinny film, którego pierwsze części (film jest podzielony na 6 nierównych części) są niemiłosiernie przegadane, zaś druga połowa filmu to oprócz gadania typowo tarantinowskie sceny z pogranicza gore. Do tego mamy świetny, jak zawsze u autora soundtrack, w którym znajduje się miejsce zarówno dla White Stripes i Jacka White'a ale też dla świetnego Ennio Morricone nominowanego słusznie za film do Oscara (w samym filmie nie pojawia się zbyt często, choć dość długa czołówka z majestatyczną muzyką Włocha wbija w fotel, cały geniusz twórcy wychodzi słuchając muzyki z filmu, którą można legalnie odsłuchać choćby na Spotify). 
W poprzednich dwóch filmach reżysera wystąpiło kilku sławnych i kasowych aktorów (Brad Pitt w Bękartach wojny, Jamie Foxx czy Leonardo DiCaprio w Django), którzy swymi nazwiskami na pewno zrobili lepszy wynik napędzając ludzi do kina, tutaj zaś mamy do czynienia z aktorami tarantinowskimi oraz takimi, których magia nazwiska przygasła. Jednak aktorsko jest to film zagrany co najmniej bardzo dobrze. Ciężko doczepić się do kogokolwiek personalnie (może do pojawiającego się w kilku scenach Channinga Tatuma). Świetnie wypada jak zawsze Jackson (chciałbym posłuchać audiobooka czytanego przez niego), Russell, w życiowej formie jest Leigh, do tego bardzo przekonujący Roth i Goggins oraz co ważne ciekawa rola Derna. Klasa.
Wielu ludzi może zniechęcić metraż i przegadanie jednak jak dla mnie sam film byłby jeszcze lepszy gdyby odjąć scen strzelanin i krwi, jakie lubi nam serwować zawsze reżyser. Nie ma tu według mnie ani grama dialogów o niczym (co zdarzało mu się wcześniej). Do tego wrażenie robi scenografia i charakteryzacja. Wszystko praktycznie dzieje się w dwóch miejscach (dyliżans i chata) jednak jak to zostało zrealizowane! Duża zasługa też w tym nominowanego do Oscara autora zdjęć, który pokazał nam trzygodzinną pogadankę w zamkniętej scenerii w sposób genialny. I to na taśmie 70 mm, która odeszła do lamusa w czasach lądowania na księżycu. 
Znalazłyby się słabe strony filmu, zakończenie mogłoby być moim zdaniem inne, tak samo jak i część intrygi jednak ciężko mi powiedzieć, że coś w tym filmie jest faktycznie złe. Dostajemy kawał naprawdę mocnego filmu, który warto a nawet trzeba obejrzeć. Najlepiej na wielkim ekranie, bo telewizor czy nie daj boże ekran laptopa nie odda siły tej produkcji.




piątek, 25 grudnia 2015

Perła westernu

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (C'era una volta il West)
Włochy, USA 1968
reż. Sergio Leone
gatunek: western 

Sergio Leone był jednym z prekursorów podgatunku zwanego spaghetti western, który oznaczał filmy w realiach Dzikiego Zachodu kręconych przez włoskich twórców w Europie, przeważnie we Włoszech i Hiszpanii. Były to filmy niskobudżetowe i brutalne, które jednak po pewnym czasie zyskały uznanie. Najlepszym przykładem jest tak zwana Dolarowa trylogia Leone, która wykreowała gwiazdę Clinta Eastwooda. Opisywany zaś film należy do arcydzieła gatunku westernu. 


Z Nowego Orleanu na wschód przybywa piękna Jill (Claudia Cardinale), by zamieszkać ze swym świeżo poślubionym mężem. Gdy jednak przybywa na miejsce okazuje się, że jej mąż oraz jego dzieci zostali zabici przez bandytów. Podejrzewa się o to bandę niejakiego Cheyenna (Jason Robards). Tymczasem w okolicy zjawia się tajemniczy bezimienny (Charles Bronson), który  ma porachunki z gangsterem Frankiem (Henry Fonda), który współpracuje z niepełnosprawnym magnatem kolejowym (Gabriele Ferzetti).


Tempo tego trwającego 165 minut filmu Seria Leone sprawia, że albo szybko się do niego przekonamy kupując tą balladową opowieść albo równie szybko zrezygnujemy. Już sama najdłuższa w historii kina czołówka filmu ukazująca przybycie bezimiennego oraz czekający na niego komitet powitalny ukazuje widzowi jaki będzie klimat tej produkcji. 
Na szczególną uwagę zasługuje ścieżka dźwiękowa mistrza udźwiękowienia filmowego spaghetti westernów (i nie tylko) Ennio Morricone. Typowo westernowe motywy w wykonaniu Włocha to czysta poezja, a to co usłyszymy pod koniec filmu, gdy w samo południe przyjdzie na udeptanej ziemi spotkać się dwójce przeciwnikom na pustkowiu to istny majstersztyk.
Film posiada naprawdę solidną dawkę gwiazd aktorskich tamtych lat z Charlesem Bronsonem czy Henrym Fondą, którzy są tutaj w bardzo dobrej aktorskiej formie.
Cieszy oko przywiązanie do detali w strojach bohaterów, realne przedstawienie zabudowań i to, że możemy czasem obserwować toczące się w tle zwyczajne życie mieszkańców tamtych ciężkich do egzystencji terenów. 
Oczywiście film ten może się nie spodobać wszystkim, jednak warto się z nim zapoznać - jest to film totalny - mamy tu prawie wszystko co najlepsze w tym mocno już skostniałym gatunku.





czwartek, 19 listopada 2015

Western nie umarł

Slow West
Nowa Zelandia, Wielka Brytania 2015
reż. John Maclean
gatunek: western

Wydawałoby się, że western to gatunek mocno skostniały. Osiągający lata swojego prosperity dobre pół wieku temu gatunek według wielu wymarł na dobre, a zakończył się wraz z filmem Bez przebaczenia Clinta Eastwooda. I rzeczywiście w latach 90. i na początku lat dwutysięcznych nie licząc kilku parodii oraz słabych filmideł mieliśmy posuchę gatunkową. Na szczęście jak się okazało znalazło się jeszcze miejsce dla tego zasłużonego w historii kina gatunku, co pokazuje sukces takich filmów, jak zeszłoroczny film Tommy'ego Lee Jonesa Eskorta czy Django Tarantino (który do tego okresu wraca niebawem w Nienawistnej Ósemce). Teraz mamy zaś do czynienia z nowozelandzkim spojrzeniem na ten gatunek. 



Połowa lat 70. XIX wieku, Ameryka. Poznajemy losy młodego szkockiego arystokratę (sic!) Jaya Cavendisha (Kodi Smit-McPhee), który podróżuje przez dzikie ostępy Zachodu Ameryki w celu odnalezienia swojej ukochanej ze Szkocji, Rose (Caren Pistorius). Od pewnego momentu towarzyszy mu tajemniczy łowca nagród (Michael Fassbender). Chłopak nie wie, że za Rose i jej ojca (Rory McCann) została wyznaczona nagroda...


Pierwsze co rzuca się od razu w oczy podczas oglądania tego filmu to fantastyczne krajobrazy i fakt, że film został świetnie zrealizowany. Mnogość barw jest tu zatrważająco dobra, aż chce się oglądać scenerię, w jakiej poruszają się bohaterowie. Nowa Zelandia uchodząca tutaj za dziki zachód jest krainą tak bogatą w cudowne miejsca i przy okazji tak różnorodną, że chciałoby się widzieć coraz więcej i więcej.
Niestety w parze z krajobrazem nie idzie fabuła filmu. Mamy tutaj w sumie dość miałkich bohaterów, wiele rzeczy jest niespójnych i nielogicznych. Film ten, jak gros westernów jest typowym kinem drogi. Bohaterowie wolno posuwają się do określonego celu i spotykają liczne dziwne postaci, które są mocno przerysowane. Dziwi bardzo to, że Jay wie dokąd ma się udać, by odnaleźć dziewczynę. Skąd to wie nie wiadomo, jednak finalnie ją odnajduje w samotnym nowoodmalowanym domku gdzieś na pustyni. Trochę to dziwne. Jest to też film inicjacyjny, pokazujący efekty pierwszej miłości i skutków jakie jej towarzyszą. 
Podobać się może gra aktorska Fassbendera, który zalicza w Polsce w jednym miesiącu trzy premiery z sobą w roli głównej. To jakiś mały rekord (nie licząc Piotra Głowackiego ale to chyba nie ta liga). Jego bohater jest kanoniczny wręcz jeśli chodzi o ten gatunek filmowy. Razi za to gra Smita - McPhee. Młody aktor znany zapewne wielu z Drogi, gdzie występował przed sześciu laty z Vigo Mortensenem jest strasznie nijaki.Nie powiem żeby jego gra aktorska w jakikolwiek sposób powalała.
Reasumując mamy tutaj klasyczne kino drogi w westernowym wydaniu. To co może przyciągnąć do filmu to na pewno barwny świat, jaki oglądamy. Minusem jest natomiast głupia, irracjonalna fabuła i zdarzenia. Ale co kto lubi. Obejrzeć można, choć na pewno nie trzeba. Miło jednak, że ktoś jeszcze stawia na western.




niedziela, 30 sierpnia 2015

Wyliczanka śmierci

Obywatel roku (Kraftidioten)
Norwegia 2014
reż. Hans Petter Moland
gatunek: komedia, sensacyjny, western

Miałem spory problem z klasyfikacją tego filmu. Oznaczyłem go jak widać jako sensacyjną komedię, a w dodatku western. I tutaj mam w sumie kilka wątpliwości związanych z samą fabułą. Czy film, w którym roi się od trupów wykańczanych jeden po drugim mafiozów może być komedią? I czy produkcja tocząca się na mroźnej, zaśnieżonej północy Europy może być uznany za western, który kojarzy się z całkiem innymi warunkami klimatycznymi? Uznałem, że western jednak to nie tylko uwarunkowanie geograficznie ale też przede wszystkim sposób narracji. Tutaj jest on iście westernowy. Nawet jeśli mamy do czynienia z easternem.


Jeżdżący wielką odśnieżarką Nils (Stellan Skarsgård) zostaje uznany za obywatela roku jednego z zapadłych norweskich miasteczek. Spokojną egzystencję jego rodziny burzy wieść, że syn Nilsa zmarł na skutek przedawkowania narkotyków. Jako że mężczyzna nie wierzy w taką możliwość postanawia znaleźć mordercę swego syna. Szybko okazuje się, że syn bohatera zginął przez konflikt z lokalną mafią. Nils rusza więc na vendettę eliminując bandytów i zmierzając do celu, jakim jest lokalny boss, Książę (Pål Sverre Hagen). Książę natomiast o śmierć swych ludzi obwinia konkurencyjny gang Serbów pod dowództwem sędziwego Papy (Bruno Ganz). Zaczyna więc wojnę gangów. 


Film opiera się na dwóch postaciach granych przez Skarsgarda i Hagena. Bardzo sobie cenię ogólny dorobek Szweda, jednak w roli samotnego mściciela, pogromcy mafii nie wygląda zbyt przekonująco. Ponad 60 letni zmęczony every man stawiający czoła (udanie) całej masie wrogów to jednak nie jest rola życia aktora. Szczególnie, że Skarsgard nie przypomina choćby Liama Neesona. Za to Hagen w roli dziedzica mafijnej rodziny prezentuje się świetnie. Starający się być twardym bossem mafijnym ale przy tym wciąż dużym dzieckiem nie mogącym ogarnąć zawiłości funkcjonowania na tak wysokim szczeblu często wygląda na gangstera poziomu Bolca z Chłopaki nie płaczą. W starciu tych dwóch charakterów choć wiemy kto jest dobrym, a kto złym jakoś bardziej z sympatią kierujemy się w stronę postaci Hagena. 
Kolejnym plusem są piękne, majestatyczne ośnieżone krajobrazy oraz dobra muzyka. Także ciekawym pomysłem był sposób przedstawienia i uhonorowania zmarłych w walce gangsterów poświęcając im stosowny symbol religijny i wymieniając z imienia i nazwiska na czarnym tle. Autorzy także umiejętnie śmieją się i snują rozważania na temat kondycji kraju i tego co wpływa na dobrobyt. 
Niestety sam film jest zbyt schematyczny, dużym momentami wieje nudą oraz ma źle dobraną postać główną. Można bez żalu zobaczyć, jednak nie to typowy europejski must watch.





sobota, 8 sierpnia 2015

Szalony Zachód

Eskorta (The Homesman)
USA 2014
reż. Tommy Lee Jones
gatunek: western, dramat

W ponad rok po światowej premierze do Polski dotarł wreszcie czwarty reżyserski film znanego chyba wszystkim aktora Tommy'ego Lee Jonesa, który wystąpił w nim po obu stronach kamery. Trochę to smutne, że gdy na świecie zdążyli już pewnie zapomnieć o produkcji, ta debiutuje dopiero w naszym kraju. Biorąc pod uwagę fakt, że cotygodniowo nasze kina szturmowane są przez masę gniotów to trochę dziwi. Jednak jak to się mówi: lepiej późno niż wcale. 

 

Przenosimy się do roku 1855, gdzieś w zapadłe tereny Dzikiego Zachodu. Wśród pustkowi znajduje się kilka oddzielonych o kilka kilometrów od siebie chatek, których ludzie tworzą pewną społeczność. Gdy na skutek nieprzyjemności losu trzy kobiety odchodzą od zmysłu lokalny duchowny wpada na pomysł przetransportowania ich do specjalnego miejsca odosobnienia, które to jednak znajduje się na drugim końcu kraju. Żaden mężczyzna nie decyduje się zawieźć szalonych niewiast do miejsca przeznaczenia, więc sprawy w swoje ręce bierze stara panna silna i niezależna Mary Bee Cuddy (Hilary Swank). Pomagać jej będzie tytułowa eskorta w osobie uratowanego przez Mary Bee awanturnika George'a Briggsa (Tommy Lee Jones).


Jest to chyba pierwszy tak sfeminizowany western jaki oglądałem. Oczywiście były już wcześniej filmy osadzone w realiach Dzikiego Zachodu z główną rolą kobiecą, jak Królowe Dzikiego Zachodu czy o zgrozo Sexipistols jednak rola kobiet w tych produkcjach polegała na szczuciu widza cycem (co samo w sobie nie jest złe, ale jednak nie podkreśla tej siły i niezależności w takim stopniu, jak choćby tutaj). Tommy Lee Jones stworzył moim zdaniem bardzo dobry film niekomercyjny z całkiem niezłą obsadą, bo oprócz siebie samego i Hilary Swank obsadził też w drobnej roli samą Meryl Streep. I oczywiście milionów dolarów na koncie mu przez to nie przybyło, jednak na pewno może mieć poczucie dobrze wykonanej roboty. 
Samo tempo produkcji jest dość wolne. Powiedzieć, że często dzieje się mało to tak, jakby rzec, że Waldemar Pawlak jest troszeczkę sztywny. Ślemazarną fabułę jednak ciągnie kilka naprawdę dynamicznych akcji, jak choćby scena walki z porywaczem czy druga wizyta Briggsa w hotelu. Reszta to psychodrama rozgrywająca się na rozległych terenach zachodniej prerii. Na szczęście zdjęcia do filmu są tak dobrze zrobione, że ogląda się to z dużą satysfakcją. 
Film jest na podstawie prozy, co skłania do refleksji, że obecnie scenarzyści przeżywają kryzys. Większość dobrych rzeczy jest zaczerpnięta z książek lub opowiadań. Ale to dowodzi, że według wielu już anachroniczna literatura jest potrzebna, choćby po to, by być wielkim zapleczem twórczym dla przemysłu filmowego. 
Co do gry aktorskiej to jest dobrze lub nawet bardzo dobrze. Szczególnie podobała mi się rola Jonesa, który naprawdę oddał bardzo dobrze swoją postać. Także obdarzona raczej urodą silnych i niezależnych kobiet Swank wpasowała się idealnie w rolę babochłopa, który jednak chce za wszelką cenę wyjść za mąż (dwie sceny, gdzie odbywa się właśnie takie swatanie mają naprawdę duży potencjał komediowy). Aktorki grające wariatki też są bez zarzutu. Kiedy trzeba zawodzą, wyją lub wpatrują się pustym wzorkiem przed siebie. 
Na pewno nie jest to film dla wszystkich. Wiele osób uzna go za nudny, i w istocie w pewnych momentach tak też jest. Jednak jeśli szuka się w filmie czegoś innego niż akcji i efektów specjalnych to jest to film, który wypada zobaczyć. 





czwartek, 25 września 2014

Milion sposobów, jak nudzić się na Zachodzie

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie (A Million Ways to Die in the West)
USA 2014
reż. Seth MacFarlane
gatunek: western, komedia
zdjęcia: Michael Barrett
muzyka: Joel McNeely

Plakat promujący premierę kinową tej produkcji głosił Film kolesia, który dał wam TEDA. Dla jednych znaczyło to, że warto iść na najnowszy film MacFarlane'a z marszu, dla innych zaś oznaczało, że należy się od tego dzieła trzymać z daleka. Dla mnie, jako że Ted mi jakoś szczególnie ani zaimponował ani zraził jest to po prostu kolejna aktorska produkcja ojca Family Guya.
Fabuła produkcji jest banalna. Fajtłapowatego Alberta Starka (w tej roli sam MacFarlane) zostawia dziewczyna. Co gorsza zostawia go dla nadętego i irytującego, a przy okazji najbogatszego w okolicy Foya (tutaj znany z Jak poznałem waszą matkę Neil Patrick Harris). W walce o ponowne względy dziewczyny Albertowi pomaga niedawno przybyła do osady Anna (Charlize Theron). Stark nie wie jednak, że Anna jest żoną znanego rewolwerowca Clincha (tutaj kojarzony z Rob Roya Liam Neeson).



Patrząc na obsadę aktorską, która piastuje główne role wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z produkcją na poziomie. Niestety tak nie jest. W założeniu twórców mamy do czynienia z komedią, a więc logiczne jest, że powinniśmy tutaj znaleźć zabawne dialogi i wzbudzające uśmiech sytuacje. I autorzy sypią swoje żarty z prędkością kałasznikowa. Kilkanaście na minutę. Praktycznie wszystkie dotyczą obciągania, wypróżniania się lub pierdów. W ogóle nie rozumiem zamiłowania amerykańskich filmowców, nie tylko tutaj czynnościami fizjologicznymi. Czy to kogoś na pewno bawi? Mnie nieszczególnie. Więc autorzy dają nam dziesiątki, jeśli nie setki zabawnych według nich zdarzeń i powiedzeń, niestety jak dla mnie te naprawdę śmieszne oscylują na poziomie jednej na godzinę. Ergo niecałe dwa razy na cały film. Oprócz tego cała fabuła jest strasznie przewidywalna i miejscami ogromnie nudna. Niemal dwie godziny klozetowych dowcipów to istna droga przez mękę.


Do plusów produkcji można zaliczyć ładne plenery stanu Nowy Meksyk, zgrabnie odwzorowane miasteczko oraz nie najgorsza w sumie grę aktorską. Miłośnicy gimnazjalnych (góra!) żartów pewnie doliczą do tego humor. Jak dla mnie film ten jest jednak gorszy od dającego się oglądać Teda. Jako fan animacji tworzonych przez Setha MacFarlane'a przykro mi było oglądać Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie, a oczekiwałem od tego filmu zdecydowanie więcej. Może jednak lepiej będzie, gdyby Seth pozostał przy krótkometrażowych animacjach, bo serie takie, jak American Dad i Family Guy wychodzą mu o wiele lepiej.  




poniedziałek, 22 września 2014

Zabili go i uciekł

Strzały w Arizonie (Gun Fury)
USA 1953
reż. Raoul Walsh
gatunek: Western

W tym wpisie przeniesiemy się w czasy złotej ery westernu, czyli lat 50. XX wieku, kiedy to nakręcono najwięcej filmów tego gatunku.
Strzały w Arizonie nie są tak znane, jak choćby Rio Bravo, W samo południe  czy 15:10 do Yumy, jednak też należą do ścisłej klasyki gatunku.
Główną osią fabuły są tutaj perypetie Bena Warrena (Rock Hudson) i Jennifer Ballard (Donna Reed). Panna Ballard podróżuje dyliżansem do Kalifornii, gdzie ma poślubić Bena. W dyliżansie spotyka kilku mężczyzn. W miejscu postoju dołącza do nich Ben. Ruszają w dalszą podróż, podczas której spotkani mężczyźni dokonują rabunku złota, które również transportowane jest w dyliżansie...


Fabularnie mamy tutaj do czynienia z bardzo prostą konstrukcją fabularną właściwą nie tylko dla westernów lat 50. ale i dla kina tych czasów w ogóle. Nie spotkamy tutaj wielowątkowej akcji ani złożonych sylwetek psychologicznych postaci. Wszystko ciągnie się jak po sznurku, aż do momentu spodziewanego rozwiązania.
Widoczne jest też nagrywanie wielu momentów (pościgi, jazda w dyliżansie, niektóre sceny walki) w studio. Ale taki już urok filmów z tamtych okresów. Obecnego widza musi razić, że przy masie strzelanin nie widać żadnych śladów po postrzale, zero krwi etc. Tak samo już w jednej z początkowych scen Ben pada martwy, by po chwili wstać, otrzepać się, chwiejnym krokiem przejść się po zrzucony kapelusz, po czym bez żadnych zmartwień o kondycję fizyczna ruszyć w pościg. 



Strzały w Arizonie w wielu aspektach nie przetrwały próby czasu. Współczesny widz, który nie jest zorientowany z tematyką i sposobami produkcji klasycznych westernów będzie miał straszne kłopoty z polubieniem tego filmu. Jednak ci, którzy uwielbiają westerny, szczególnie te sprzed pół wieku i starsze będzie się tu czuł jak w domu i 75 minut seansu strzeli mu jak z bicza (a właściwie lassa) strzelił.
Wystarczy tylko przymknąć oko na niedociągnięcia i przenieść się w czasie do magicznych lat świetności Hollywood.