Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2018

Czas honoru

Czas mroku (Darkest hour)
USA, Wielka Brytania 2017
reż. Joe Wright
gatunek: dramat, biograficzny, historyczny
zdjęcia: Bruno Delbonnel
muzyka: Dario Marianelli

Oglądając zwiastun tego nagrodzonego dwoma Oscarami filmu w reżyserii twórcy m.in  ekranizacji Dumy i uprzedzenia pierwsze (i możliwe, że jedyne), co się rzuca w oczy to osoba głównego bohatera. Otóż objawia się nam, niemal jak żywy Winston Churchill, a co najlepsze pod kilogramami charakteryzacji gdzieś tam w środku ukryty jest sam Gary Oldman. I to on robi ten film. 


Fabuła nawiązuje do jednego z kluczowych fragmentów II Wojny Światowej toczonej na Zachodzie, a mianowicie wydarzeń w Dunkierce. Kamera koncentruje się jednak nie na walkach, lecz na sytuacji, w jakiej znalazł się brytyjski rząd i parlament, ze szczególnym uwzględnieniem osoby premiera Churchilla (Gary Oldman), którego obserwujemy zarówno jako polityka, jak i męża Clementine (Kristin Scott Thomas).


Niemal w jednym sezonie do kin wyszyły dwa udane filmy, które koncentrują się na wydarzeniach rozgrywających się w Dunkierce w roku 1940 oraz na operacji Dynamo. O ile jednak film Nolana Dunkierka koncentruje się na alianckim poświęceniu militarnym na lądzie, w powietrzu i na wodzie, to film Wrighta przenosi nas w ciasne, duszne sale parlamentu brytyjskiego i w jego kuluary, gdzie władza ustawodawcza mierzy się z dylematem, co zrobić w sytuacji, jaka spotkała żołnierzy uwięzionych na francuskiej plaży. I co ciekawe mimo tego, że zamiast argumentów siły mamy tu siłę argumentów to film ogląda się w pewnym napięciu (choć siłą rzeczy wie się, jak wszystko się skończy). Zasługa tutaj w bardzo precyzyjnym scenariuszu, który niemal sekunda po sekundzie relacjonuje nam napiętą sytuację polityczną tamtych dni. Ktoś zrobił dobrą robotę korzystając zapewne z materiałów, jakie zostały po owych wydarzeniach w Londynie. Drugim wielkim plusem jest charakteryzacja i scenografia, która wiernie odtwarza wygląd ludzi, jak i wnętrz. Film ten jest swoistym wehikułem czasu, który cofa nas niemal osiemdziesiąt lat wstecz. Kolejnym, może największym plusem jest gra aktorska, głównie Oldmana, który przebija się swą mimiką przez grubą powierzchnię warstw charakteryzacji ale także dobrą robotę robią otaczający go ludzie, ze Scott Thomas czy Ben Mendelsohn w roli króla Jerzego. Reasumując film ten to solidna, dwugodzinna dawka kinowej lekcji historii, która powinna usatysfakcjonować każdego kinomana. 







środa, 28 listopada 2018

Dzieciorób

Wpadka (Knocked Up)
USA 2007
reż. Judd Apatow
gatunek: komedia romantyczna (wg dystrybutora), komedia głupia (wg mnie)
zdjęcia: Eric Alan Edwards
muzyka: Loudon Wainwright III

Kiedy widzicie ze zwiastuna filmu, lub z jego plakatu gębę Setha Rogena chyba już wiecie z jakiego typu produkcją będziecie mieli do czynienia i przed seansem spokojnie możecie zostawić swoje szare komórki, gdyż nie będą one potrzebne podczas oglądania. Jednak jest kilka dni w roku, kiedy taki seans przydaje się w życiu. Sam uznałem, że to idealny film o miłości, w sam raz na Walentynki.


Alison (Katherine Heigl) jest dziennikarką, która na imprezie poznaje niejakiego Bena (Seth Rogen), z którym uprawia przypadkowy seks. Przypomina sobie o tej znajomości, w chwili, w której okazuje się, że jest w ciąży. Zanim zdecyduje się na samotne macierzyństwo postanawia spróbować poznać Bena. Facet okazuje się mocno zdziecinniały i infantylny...


Znany z takich hitów, jak 40-letni prawiczek reżyser Judd Apatow nakręcił tym razem standardową amerykańską głupią komedię, w której na piedestale są żarty kręcące się wokół pierdzenia, organów płciowych i palenia zioła/zażywania narkotyków. Dodając do tego Setha Rogena, czyli twarz gatunku w XXI wieku dostajemy kompletnego przedstawiciela tego gatunku. 
Sądzę, że popyt rodzi podaż więc tego typu filmy muszą się komuś podobać i ktoś zarabia potężne pieniądze kopiując głupie pomysły tworząc kolejne kalki głupich, płytkich filmów, które drenować będą w dalszym ciągu zarówno portfele co niektórych, jak i ogólny poziom kina światowego.
Generalnie jak na podgatunek głupich komedii tą da się oglądać i nawet można ocenić ją pozytywnie (ja na przykład wystawiłem 4/10 na Filmwebie) jednak jako widz wolałbym, by tego typu produkcji powstawałoby jak najmniej.





czwartek, 11 października 2018

Poza prawem

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (Three Billboards Outside Ebbing, Missouri)
USA, Wielka Brytania 2017
reż. Martin McDonagh
gatunek: dramat, kryminał, komedia
zdjęcia: Ben Davis
muzyka: Carter Burwell


Kilka miesięcy przed premierą tego filmu przed kinowym seansem innej produkcji wyświetlono zwiastun 3 billboard'ów i ten zlepek scen sprawił, że zapamiętałem ten tytuł (co dzięki jego specyficznej, długiej nazwie nie było zresztą całkowicie trudne). Późniejsze przychylne recenzje wzbudziły we mnie jeszcze większe oczekiwanie na film McDonagh'a. Także po premierze nie kino nie musiało długo czekać na moją obecność na tym tytule.


Film przenosi widzów do zamieszkałego przez redneck'ów tytułowego małego miasteczka na amerykańskiej prowincji. Kilka miesięcy po zamordowaniu córki Mildred (Frances McDormand) policja wciąż nie odnalazła sprawców tej zbrodni. Rozgoryczona kobieta stara się wpłynąć na miejscowych stróżów porządku poprzez zamieszczenie przy wyjeździe z miasteczka prowokacyjne teksty uderzające w szeryfa Willoughby'ego (Woody Harrelson). Sytuacja ta powoduje zamieszanie w miasteczku...


Film reżysera Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj jest praktycznie pozbawiony słabych punktów. Może jako całość nie jest arcydziełem jednak żaden z punktów kinematograficznego rzemiosła u McDonagha nie szwankuje. Twórca ten świetnie w scenariuszu połączył historię dramatyczną, komediową i kryminalną i wręcz genialnie napisał postaci, które pojawiają się na ekranie. Jednak nawet najlepsze dialogi mogą położyć źle dobrani aktorzy. Na szczęście producenci filmu świetnie trafili z osobami występującymi w filmie. Mało kiedy widzi się tak dobrze zagrany przez tak wielu aktorów film. Zarówno wymienieni już McDormad i Harrelson, ale i wcielający się w Dixona Sam Rockwell, Peter Dinklage i nawet Lucas Hedges wypadają w swych rolach przekonująco. Nic dziwnego, że film, jak i jego twórcy zostali zauważeni na ceremonii oscarowej. Mało w tym roku było filmów aż tak absorbujących widza. A że już trochę minęło od jego premiery to tych, którzy jeszcze nie widzieli zachęcam do zapoznania się z tą produkcją.






wtorek, 9 października 2018

Twórca niechciany

Disaster Artist (The Disaster Artist)
USA 2017
reż. James Franco
gatunek: biograficzny, dramat, komedia
zdjęcia: Brandon Trost
muzyka: Dave Porter

Oczekując na premierę tego filmu specjalnie dzień przed jego obejrzeniem obejrzałem sprawcę całego zamieszania, czyli kultowy film - porażkę The Room. Wszystko po to, aby być jak najlepiej przygotowanym na to, co stworzył James Franco.


Film opowiada prawdziwą historię niejakiego Tommy'ego Wisseau (w tej roli sam reżyser) i jego perypetii przy tworzeniu swego magnum opus czyli filmu The Room. Niezbyt utalentowany aktorsko Tommy nie mogąc załapać się na castingu do jakiejkolwiek roli postanawia sam nakręcić film. Pomaga mu w tym dużo młodszy znajomy, Greg Sestero (brat reżysera, Dave Franco).


Nie jestem szczególnym fanem dorobku filmowego Jamesa Franco i całej jego stajni aktorsko-kumpelskiej, w skład której oprócz jego młodszego brata Dave'a wchodzi między innymi Seth Rogen. Panowie choć czasem mają błyskotliwe pomysły kojarzą mi się z tym co może być najgorsze w zwrocie amerykańska komedia. Jednak mając na uwadze, że starszy z braci Franco wciąż stara się działać (z różnym skutkiem) w niekomercyjnych projektach, a sam pomysł zekranizowania biograficzno-komediowej epopei o nakręceniu jednego z najpokraczniejszych filmów w historii wydawał mi się ciekawy uznałem, że na akurat ten film tej ekipy warto czekać. I generalnie rzecz biorąc nie zawiodłem się. Team Franco pokazuje, że może działać w kręgach okołokomediowych bez oklepanych pseudo żartów o pierdzeniu, upalaniu się i analnych żartów. Prezentowany film wydaje się bardzo wyważony pod względem komediowo-dramatycznym. Często jest śmiesznie, czasem smutno i nostalgicznie. James Franco naprawdę przygotował się do roli i niemal staje się odtwarzanym przez siebie bohaterem (nawiasem mówiąc sam Wisseau, któremu ten film dał drugie życie pojawia się na chwilę na ekranie). Nie spodziewałem się wiele, ale dostałem zaskakująco solidny, a nawet dobry film o marzeniach, przyjaźni, dążeniu do celu, pasji i graniczącej z manią. Jamesie Franco, Dave'ie Franco i ty, Seth'cie Roganie! Idźcie tą drogą! Idźcie!






wtorek, 2 października 2018

Antyfilm

The Room
USA 2003
reż. Tommy Wiseau
gatunek: dramat
zdjęcia: Todd Barron
muzyka: Mladen Milicevic

Film The Room to po latach już produkcja kultowa. Uznawana za najgorszy produkt okołofilmowy wszech czasów (choć znalazłoby się wiele godnych konkurentów do tego tytułu, wśród których znalazłyby się tytuły jeszcze gorsze) ma nawet armię fanów, którzy spotykają się cyklicznie na seansach filmu nijakiego Tommy'ego Wiseau. Za sprawą zaś Jamesa Franco i jego zeszłorocznemu filmowi, który odkurzył The Room film ten dzięki swej bylejakości wkroczył na salony światowego kina. Dlatego też będąc chwilę przed premierą filmu Franco wreszcie zdecydowałem się go zobaczyć.


W filmie poznajemy historię przyzwoitego Johnny'ego (w tej roli sam Wiseau), który to spełnia się w pracy zawodowej, jest wzorowym obywatelem, lojalnym kumplem i kochającym narzeczonym. Jednak jego sytuacja życiowa mocno wymyka się spod kontroli, gdy jego narzeczona Lisa (Juliette Danielle) zacznie zdradzać go z najlepszym przyjacielem Markiem (Greg Sestero).


Myślę, że poniekąd trwające zainteresowanie tym filmem może wynikać oprócz z jego antyjakości także z osoby twórcy. Na dobrą sprawę o reżyserze, scenarzyście, aktorze i producencie tego filmu nic nie wiemy. Nie wiadomo skąd wziął (i brawurowo zmarnował) całkiem duże pieniądze na stworzenie tego filmu, skąd pochodzi (istnieje dość prawdopodobny trop wiążący pochodzenie tego człowieka z naszym krajem, choć nie wiem czy to powód do dumy) ani w zasadzie jednego pewnego faktu z jego biografii. 
Sama produkcja jest kiczowata, leży w niej każdy aspekt tego, z czego powinien składać się film. Wiseau uwalił w tym filmie wszystko, co można było uwalić i co gorsza nie zrobił tego za garść dolarów, a zmarnował wiele milionów dolarów niewiadomego pochodzenia (co będzie przedstawione w filmie Jamesa Franco). Brak logiki w scenariuszu, brak logiki w dialogach, fatalna budowa postaci, jasełkowa gra aktorska, dramatyczne CGI (które w sumie nie było potrzebne, ale omnibus Wiseau się uparł, bo w dobrych filmach CGI być musi). Naprawdę patrząc na ten film serio nie ma w nim choćby jednego pozytywnego punktu zaczepienia. A twórca ponoć bardzo poważnie myślał o co najmniej oscarowej nominacji. Jednak jeśli podejdzie się do tego filmu w kategoriach humorystycznych to praktycznie w każdej scenie znajdziemy element, dzięki któremu będzie można się uśmiechnąć. Dlatego warto spędzić te 100 minut na produkcji Wiseau, choćby dla kultowej już sceny na dachu (Hi Mark!), pierwszego dialogu Johnny'ego z Markiem lub nadekspresyjnej gry aktorskiej. Inne filmy o podobnej antyjakości irytują i męczą - The Room nieświadomie dla zamysłu twórcy bawi. Jedyny film, który dostał ode mnie jeden punkt na dziesięć ale za to z serduszkiem. 





czwartek, 27 września 2018

Feministyczne wychowanie

Kobiety i XX wiek (20th Century Women)
USA 2016
reż. Mike Mills
gatunek: dramat
zdjęcia: Sean Porter
muzyka: Roger Neill

W ubiegłym roku do pełnoprawnej kinowej dystrybucji trafiło 355 filmów z czego 45 z nich pochodziło z Polski. Daje to więc średnią około 30 premierowych tytułów, które każdego miesiąca trafiały do multipleksów i/lub kin studyjnych. To całkiem duża liczba jednak biorąc pod uwagę ile rocznie filmów kręci się na świecie to na nasze ekrany trafia tylko nieliczna cząstka tego, co jest produkowane we wszystkich krajach (w samym Nollywood,czyli nigeryjskiej wersji Hollywood powstaje przeszło tysiąc produkcji rocznie). Ograniczona liczba filmów trafiających do Polski powoduje to, że wiele wartościowych filmów nie trafia do polskich kin kosztem mało ambitnych filmów. Opisywanemu właśnie filmowi też nie dane było trafić do naszych kin, jednak moim zdaniem nikt zbytnio na tym nie stracił.


Film przenosi nas w czasie do Stanów Zjednoczonych lat 70. ubiegłego wieku, gdzie w miejscowości Santa Barbara dzieje się jego akcja. Starzejąca się hipiska, rozwiedziona Dorothea (Annette Bening) nie radzi sobie z właściwym wychowaniem swojego dorastającego syna, Jamie'go (Lucas Jade Zumann). Kobieta prosi więc mieszkającą w pobliżu Abbie (Greta Gerwig) oraz starszą przyjaciółkę Jamie'go Julie (Elle Fanning) o pomoc wychowawczą syna. 


Film przenosi nas do kolorowych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, które to zostały sprawnie odtworzone przez filmowców. Generalnie zarówno charakteryzacja, jak i odpowiednie lokalizacje odwzorowane zostały solidnie, co jest jednym z plusów filmu. Technicznie ciężko cokolwiek zarzucić filmowi Millsa, gdyż wszystko tu jest rzemieślniczo poprawne. Także gra aktorska postaci z Gerwig, Fanning i grającego konkubenta matki bohatera Billy'ego Crudup'a nie budzi zastrzeżeń. Niestety scenariuszowo moim zdaniem ten film kuleje. Niby mamy tutaj ważne tematy społeczne, takie jak schyłek ery hippisów, rozkwit feminizmu, czy potrzeba wzorca męskiego w zrównoważonym rozwoju nastolatka, jednak niezbyt dobrze zostało to wkomponowane w język filmowy. Niestety sprawia to, że film nie angażuje widza, jest po prostu nudno. Wszystko to sprawia, że całość jest co najwyżej poprawna.




środa, 26 września 2018

Choróbsko

I tak cię kocham (The Big Sick)
USA 2017
reż. Michael Showalter
gatunek: komedia romantyczna
zdjęcia: Brian Burgoyne
muzyka: Michael Andrews 

Jestem wielkim antyfanem gatunku filmowego, jakim jest dość popularny wśród niedzielnych widzów komedia romantyczna. Zazwyczaj są to sztampowe, infantylne produkcje wychodzące jak od kalki (zarówno scenariuszowej, jak i o zgrozo ekipy aktorskiej). Dlatego zawsze miłą niespodzianką jest, gdy trafi się godny uwagi film, który można przypisać do tej kategorii. I taką produkcją jest opisywany właśnie film.


Pochodzący z tradycyjnej pakistańskiej rodziny zamieszkałej w Stanach Zjednoczonych Kumail (Kumail Nanjiani) prowadzi odmienne od reszty familii żywot próbując swych sił jako stand upowy kabareciarz. Podczas jednego z występów poznaje Emily (Zoe Kazan), z którą wikła się w romans. Związek po pewnym czasie się rozpada, jednak gdy Kumail dowiaduje się, że dziewczyna zapada w tajemniczą śpiączkę postanawia czuwać u jej boku...


To co na pewno wyróżni tę produkcję wśród zalewu innych pozycji wydawanych w ramach tego samego gatunku jest fakt, że generalnie jest to historia oparta na faktach. Wiele dramatów czy filmów wojennych zostało stworzonych w oparciu o fakty, jednak wśród komedii romantycznych to chyba jeden z niewielu wyjątków. Co ciekawsze grający główną rolę Nanjiani wciela się w...samego siebie, gdyż jest to jego własna życiowa historia zmodyfikowana na potrzeby filmowe. 
Jako że film jest zasadniczo oparty na oryginalnej historii nie ma tu tyle infantylizmu, jak w przypadku wielu podobnych produkcji. Scenariusz naprawdę angażuje i na każdą kolejną scenę czeka się jak na gwiazdkę. Zasługa w tym lekkiego, niewulgarnego i nie natarczywego humoru oraz barwnych, dających się lubić postaci. Dobrze swe role odegrali Holly Hunter, Ray Romano czy aktorzy wcielający się w rodziców Kumaila. 
Wszystko to sprawia, że niemal dwugodzinny seans filmu mija bardzo szybko. Dlatego jeśli szukacie do obejrzenia czegoś łączącego fajną historię, dobry humor oraz mądre przesłanie to chyba pozycja w sam raz. Choćby dla chyba najlepszego filmowego dowcipu około jedenastowrześniowego, jaki dotychczas powstał.









poniedziałek, 21 maja 2018

Dwa światy

Gosford Park
USA, Wielka Brytania, Włochy 2001
reż. Robert Altman
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Andrew Dunn
muzyka: Patrick Doyle

Lubię utrzymane w starym, dobrym stylu kryminały brytyjskie, w których postaci pokroju Sherlocka Holmesa, panny Marple czy Hercules Poirot rozwiązują zawiłe sprawy mordów, kradzieży i szantaży wśród dawnych wyższych sfer tamtejszego społeczeństwa. Literacko podobało mi się też przeniesienie tego typu intryg do carskiej Rosji przez Borisa Akunina i jego bohaterów Erasta Fandorina i siostry Pelagii. Dlatego gdy wpadł mi do rąk film z nowszych już czasów, lecz oparty klimatem na klasycznych dziełach uznałem, że to pozycja w sam raz dla mnie.


Do tytułowej posiadłości Gosford Park zjeżdża się cała okoliczna śmietanka towarzyska, by wspólnie bankietować oraz wziąć udział w polowaniu. Nad tym, by wszystko szło sprawnie,a wyższe sfery mogli bez przeszkód próżnować czuwa cały tabun służby. Wszystko idzie wytyczonym torem, aż do czasu, gdy gospodarz imprezy (Michael Gambon) zostaje znaleziony martwy w swojej pracowni.


Dziwny to kryminał. Bo praktycznie pytanie kto zabił. A jednak w klasycznych działach kryminalnych w stylu brytyjskim to było dość istotną sprawą. Tutaj zaś scenarzyści skupiają niemal całość uwagi na odwiecznym konflikcie między uprzywilejowanym światem bogaczy i podrzędną rolą usługujących ich ludzi. Obie te grupy żyją obok siebie, mieszkają w tych samych budynkach i stykają się przez całe swe życie jednak nie ma między nimi choćby grama porozumienia - są różni jak woda i ogień, mają inne cele, aspiracje i sposób postrzegania. I właśnie o tych różnicach, tych dwóch światach jest ten film. Więc jako pokazanie społecznych różnic między tymi dwoma różniącymi się klasami społecznymi film Altmana zdaje egzamin. Dramatyczna strona filmu jest ukazana jak najbardziej okej. Szkoda, że twórcy z takimi detalami nie odwzorowali wątku kryminalnego. 
Producentów należy za to pochwalić za to, jaką kadrę aktorską udało się zebrać w tym filmie. Na ekranie pojawiają się naprawdę mocne nazwiska brytyjskiej sceny filmowej: Maggie Smith, Emily Watson, Charles Dance, Kristin Scott Thomas, Helen Mirren czy Kelly Macdonald. Warstwa aktorska więc jest tutaj naprawdę dobrze wykonana. Tak samo jak dobrze odwzorowana posiadłość i stroje z epoki. Także jeśli nie nastawia się na opowieść kryminalną to jest to film, który można jak najbardziej obejrzeć.





czwartek, 1 marca 2018

Kochać to nie znaczy zawsze to samo

Tamte dni, tamte noce (Call Me by Your Name)
Brazylia, Francja, USA, Włochy 2017
reż. Luca Guadagnino
gatunek: melodramat
zdjęcia: Sayombhu Mukdeeprom

Obecnie mamy już zmierzch tegosezonowych przedoscarowych emocji, gdyż już niebawem rozdanie najbardziej cennych dla wielu (a dla wielu innych równie bardzo przereklamowanych) statuetek filmowych na świecie jednak gdy sezon przedoscarowy był w pełni w kinach nastąpił wysyp filmów nominowanych lub kandydujących do nominacji do tej amerykańskiej nagrody. Jednym z filmów, który wówczas zawitał do polskich kin był też i ten. 


Lata 80. na włoskiej prowincji. Do willi mieszkającego tam profesora Perlmana (Michael Stuhlbarg) przybywa na naukowe wakacje jego amerykański doktorant Oliver (Armie Hammer). Mężczyzna powoli zaczyna fascynować nastoletniego syna Perlmana, Elia (Timothée Chalamet)...


Zapewne wielu z was pamięta film Lolita na podstawie prozy Vladimira Nabokova. Tutaj mamy oczywiście całkiem inny schemat fabularny oraz wiek i motywacje postaci jednak jest też kilka punktów wspólnych, dzięki którym można próbować bronić tezy, że produkcja Guadagnino i rola (świetna swoją drogą) Chalameta to taka Lolita w spodniach. 
Autorzy filmu (opierając się na wcześniejszej książce) serwują nam tutaj pewien miks gatunkowy opierający się na wakacyjnym romansie oraz opowieści inicjacyjnej. Jednak główny bohater Elio nie jest tutaj zwykłym bohaterem tego typu fabuł - miota się bowiem pomiędzy swoimi uroczymi przyjaciółkami, a męskim, sportretowanym na wzór antycznych posągów Oliverze zagranym przez Hammera (który jest portretowany na zasadzie wcześniej właściwej dla kobiecych seksbomb). Także to, co uderza w tym filmie to pewien mocny kontrast pomiędzy inteligenckim towarzystwem, przeintelektualizowanymi rozmowami i czynnościami bohaterów z dość hmm odważnymi homo scenami, które bardziej pasowałyby do filmów innego włoskiego reżysera - Pasoliniego. Czasem niestety homo sceny przekraczają granice dobrego smaku poprzez swój mocno obsceniczny charakter. Jednak należy pochwalić aktorskie kreacje Hammera i Chalameta, którzy sprostali temu niełatwemu zadaniu (zakładam, że obaj są hetero). Generalnie też film broni się stroną techniczno-audiowizualną. Mamy pięknie skomponowane kadry, zapadającą w pamięć muzykę oraz dobre aktorstwo. Zarówno już znanych i lubianych aktorów, jak także stawiających początkowe ekranowe kroki młodych zdolnych. Także w rezultacie tego wszystkiego dostajemy całkiem niezły film, który ze względu na tematykę (oraz to jak została ona pokazana) przypadnie do gustu. Tym niemniej sądzę, że warto go obejrzeć i samemu się o tym przekonać. 







niedziela, 25 lutego 2018

Showtime

Król rozrywki (The Greatest Showman)
USA 2017
reż. Michael Gracey
gatunek: musical, biograficzny
zdjęcia: Seamus McGarvey
muzyka: Joseph Trapanese, John Debney

Przy każdej możliwej okazji podkreślam, że nie jestem zwolennikiem filmowych musicali. Jednak dodaję też, że są pewne wyjątki, które polubiłem (jeden nawet został moim ulubionym filmem poprzedniego roku!) więc nie jest tak, że podchodzę do tego gatunku z uprzedzeniem. Dobry film obroni się sam, bez względu na gatunek. Dlatego też z pewną dawką optymizmu wybrałem się na ten film.


Trafiamy do Ameryki XIX wieku i poznajemy historię biednego P.T. Barnuma (Hugh Jackman), który zamierza zarabiać pieniądze na masowej rozrywce. Wspierany przez swą żonę Charity (Michelle Williams) oraz pogardzany przez krytyków z wyższych sfer zaczyna przyciągać klientelę dzięki pokazom dziwaków. Pełny sukces osiąga jednak dzięki kontaktom z wpływowym utracjuszem Phillipem Carlyle'em (Zac Efron) oraz europejską piosenkarką Jenny Lind (Rebecca Ferguson)...


P.T. Barnum stworzył podwaliny współczesnej rozrywki masowej i tego, co dzisiaj nazywamy cyrkiem. Także już za samo to jego postać zasługiwała na film biograficzny. Dodając do tego ciekawe życie osobiste i fakt, że jest do dzisiaj rozrywkową ikoną Stanów Zjednoczonych wydawałoby się, że film powinien być dobry. Patrząc na oceny recenzentów i widzów zobaczyłem wielki entuzjazm. Ludziom ten film się ewidentnie podobał. A ja od niego odbiłem się jak od ściany.  Mogę docenić ładne kostiumy czy po hollywoodzku dobrą stronę techniczną i często dobre aktorstwo w scenach gadanych jednak niczym innym dla mnie ten film się nie broni. Jako musical powinien mieć kilka wpadających w ucho piosenek. I mimo że jakiś motyw z filmu dostał nawet oscarową nominację to według mnie żadna piosenka nie była chociażby dobra. A co szczególne żadna nie została w pamięci dłużej niż chwilę po jej odśpiewaniu przez aktorów. Wszystkie były jakieś takie nijakie oraz generalnie bardzo podobne do siebie. Ogólnie było też za dużo śpiewania. Te musicale, które lubię opierają się na podziale między sekwencjami taneczno-wokalnymi, a normalnie mówionymi. Tutaj niestety prawie wszystko jest odśpiewywane. Niestety. Dodać do tego należy też podejście do postaci po macoszemu. Fabuła filmu jest zbyt cukierkowa, nie oddaje prawdziwego życia postaci i nawet przy założeniu, że takie są prawa gatunku jakim jest musical to nie jest to film aspirujący do bycia czyjąś biografią. Także wszystkie dziwaki zostały przedstawione płasko, jednowymiarowo. Niestety duża negatywna niespodzianka według mnie. 




środa, 21 lutego 2018

Kaznodzieja z karabinem

Wandeta (Brimstone)
Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Martin Koolhoven
gatunek: western, thriller
zdjęcia: Rogier Stoffers
muzyka: Junkie XL

Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film. 


Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to  zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...


Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem. 




sobota, 17 lutego 2018

Pieniądze szczęścia nie dają

Wszystkie pieniądze świata (All the Money in the World)
USA 2017
reż. Ridley Scott
gatunek: thriller
zdjęcia: Dariusz Wolski

O filmie było głośno zanim jeszcze wszedł on na ekrany kin. Wszystko przez jedną z kilku trwających aktualnie seksafer, które trwają w Hollywood. Mianowicie w pierwotnej wersji filmu Ridleya Scotta jedną z ważniejszych ról zagrał obecnie poddany ostracyzmowi i skończony w Fabryce Snów Kevin Spacey. Jako że Spacey z dnia na dzień stał się enfant terrible środowiska producenci postanowili usunąć go z filmu i powierzyli zagranie jego roli Christopher Plummer. Wszystko to na kilka tygodni przed premierą!


Lata 70. ubiegłego wieku. We Włoszech porwany zostaje John Paul Getty III (Charlie Plummer) - wnuk uznawanego za najbogatszego człowieka świata Johna Paula Getty'ego (Christopher Plummer). Porywacze zwracają się do matki porwanego Gail Harris (Michelle Williams) z żądaniem wielomilionowego okupu. Kobieta zwraca się o pomoc finansową do dziadka porwanego. Jednak miliarder nie jest skłonny wydać na okup choćby centa. Angażuje jednak dawnego agenta do spraw specjalnych, Fletchera Chase'a (Mark Wahlberg)...


Wracając do sprawy Kevina Spacey'a. Nawet jego ewidentne winy, które ostatnio wypłynęły na powierzchnię nie powinny skutkować moim zdaniem deprecjonowaniem jego zasług aktorskich. Facet pozostaje dobrym aktorem i nic tego nie przekreśli. Szkoda więc, że filmowi decydenci przekreślili go nie czekając na żaden wyrok sądu. Jeśli okaże się winny, nawet jeśli trafi do więzienia nie sprawi to, że nie będę chciał oglądać go na ekranie. Co nie zmienia faktu, że do starczej roli naturalnie bardziej pasował aktor-senior, jakim jest Plummer. Który udźwignął dokrętki i wypadł w swej roli bardzo naturalnie i przekonująco. 
Żeby jednak nie pisać tylko o sprawie Spacey'a trzeba choć trochę poświęcić na sam film. Film będący trochę podkoloryzowaną wersją rzeczywistych wydarzeń mających miejsce przed ponad czterdziestu laty. W mojej ocenie Scott nakręcił udany film. Może nie będący jego magnum opus jednak mocno poprawny i wyróżniający się wśród ostatnich filmów tego reżysera. Oprócz angażującej historii, dobrej gry aktorskiej (Plummera, coraz śmielej radzącej sobie Williams, grającego jednego z porywaczy Romaina Durisa a nawet nie kojarzącego mi się z dobrym aktorstwem Wahlberga) film został dobrze nakręcony (czuć w zdjęciach klimat dawnych lat) oraz solidnie zmontowany. Całość uzupełnia naprawdę dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa (ze świetnym kawałkiem Senza di te che farò w równie świetnej scenie). Także choć film zbiera mieszane opinie to sam bardzo dobrze spędziłem na nim czas. Polecam obejrzeć! Choćby dla roli Plummera, którego postać balansuje gdzieś pomiędzy Skneruesem McKwaczem a Ebenezerem Scroogem z kart opowiadania Dickensa.







czwartek, 8 lutego 2018

Odkrywca

Zaginione miasto Z (The Lost City of Z)
USA 2016
reż. James Gray
gatunek: biograficzny, przygodowy
zdjęcia: Darius Khondji
muzyka: Christopher Spelman

Bardzo żałuję, że ten film (jak zresztą wiele dobrych filmów zresztą, co udowadniam na blogu) nie doczekał się polskiej premiery kinowej. Już nie chodzi o tematykę eksploracji dżungli, spotkań z prymitywnymi tubylcami i świetnym do filmowania klimatem początku XX wieku bo rozumiem, że nie wszyscy mają takie same gusta jak i ja. Jednak zarówno całkiem znany reżyser i rozpoznawalni w naszym kraju aktorzy powinni spowodować, że film ten pojawi się choćby w kinach studyjnych. Z niewiadomych przyczyn tak się nie stało.


Początek XX wieku. Percival Fawcett (Charlie Hunnam) dostaje propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia. Ma udać się jako kartograf do środkowoamerykańskiej dżungli, by stworzyć jej wiarygodne mapy, które w niedalekiej przyszłości przysłużą się Imperium Brytyjskiego. W zamian odbuduje prestiż rodziny, która odzyska tym samym honor i należne jej miejsce. Mężczyzna postanawia więc pożegnać się czasowo z żoną (Sienna Miller) i rusza w nieznane. W misji towarzyszy mu niejaki Henry Costin (Robert Pattinson). W trakcie pomiarów Fawcett znajduje pozostałości po nieznanej dawnej cywilizacji. Odszukanie starożytnego miasta staje się jego obsesją...


Wprawdzie jest to film przygodowy, w którym dużą rolę pełni eksploracja dżungli pod kontem odszukania zaginionej cywilizacji jednak zawiedzie się na nim ten, kto podejdzie do niego z oczekiwaniami zobaczenia wartkiej akcji na pograniczu przygód Indiany Jonesa i Lary Croft. Film Graya uderza w całkiem inne struny. Akcja jest tutaj niespieszna, napięcie jeśli już jest budowane to mozolnie, powolnie i z pewną dawką opieszałości (choć są też pewne dynamiczniejsze sceny, choć jest ich tylko kilka). Powolne tempo buduje jednak klimat nieznanej dżungli, a surowość zdjęć i formy zachęca do wtapiania się w historię. Stajemy się niejako niemym towarzyszem bohatera uczciwie zagranego przez  Hunnama. Jego niezłej grze aktorskiej przyzwoicie sekunduje (nie)sławny Pattinson jednak aktor kojarzony z sagi Zmierzch jest tylko przystawką do głównego bohatera, dodatkowo skrytą pod krzaczastą brodą. Może taki był plan twórców, którzy chcieli na pierwszym planie wyraźnie pozostawić duet dżungla-Fawcett. 
Oglądałem ten film siedząc na kanapie w mieszkaniu i naprawdę przykro mi, że nie miałem możliwości zobaczyć go na dużym ekranie. Mimo że jest to produkcja skrajnie nieefektowna ale za to efektywna. Jednak żeby zanurzyć się w przedstawionym świecie potrzeba odizolować się od świata realnego, wyciszyć i wyłapywać dawane przez film bodźce. Ciemna, sterylna sala kinowa jest do tego idealnym miejscem. Niestety ani mi, ani nikomu w Polsce (chyba, że ma prywatne kino) nie będzie to pisane, więc mogę tylko polecić obejrzenie filmu w domowych pieleszach. Myślę, że warto.






wtorek, 6 lutego 2018

Domek pełen duchów

Ghost House
USA, Tajlandia 2016
reż. Rich Ragsdale
gatunek: horror

Horror filmowy to specyficzny gatunek. Chyba w jego wypadku jest największa procentowa szansa na zobaczenie beznadziejnej produkcji. Oczywiście czasem zdarza się wyjątek jednak przeważnie oglądając horror trzeba spodziewać się czegoś słabego. I tak też jest tym razem.


Julie (Scout Taylor-Compton) i Jim (James Landry Hébert) wybierają się na wakacje marzeń do Tajlandii. Tam poznają angielskich turystów, za których sprawą Julie zostaje nawiedzona przez złowrogiego ducha. Jim wraz z pomocą tubylca Gogo (Michael S. New) próbuje zwalczyć opętanie swojej dziewczyny...


Nie ma co ukrywać, to jest zły film. Opiera się na tym samym formacie co dziesiątki równie złych filmów grozy. Tematyka jest oklepana bardziej niż sekretarka Harvey'a Wildsteina. Niestety sytuacji nie poprawia zatrudnienie kiepskiego reżysera i równie słabych aktorów. Jedyne co wyróżnia ten film od całego mrowia mu podobnych produktów to umiejscowienie go w Tajlandii. Plusem tego zabiegu jest choć skromne poznanie tego państwa ze szczególnym uwzględnieniem Bangkoku i pokazanie obyczajowości zamieszkujących go ludzi (oczywiście wielkość przekazanej wiedzy o tym kraju jest dostosowane do amerykańskich odbiorców niskobudżetowego horroru klasy B). Także jeśli nie jest się fanem słabych filmów czy horrorów klasy B nie warto tracić czasu na tę produkcję.




piątek, 2 lutego 2018

Utopia liliputów

Pomniejszenie (Downsizing)
USA 2017
reż. Alexander Payne
gatunek: dramat, sci-fi
zdjęcia: Phedon Papamichael
muzyka: Rolfe Kent 



Na ten film czekałem od czasu, gdy pierwszy raz zobaczyłem przy jakiejś okazji jego zwiastun. Może nie był to najwyższy poziom ekscytacji, który towarzyszy niektórym zapowiedziom filmowym jednak wiedziałem, że jak tylko produkcja trafi do kin może być pewne, że i ja zamelduję się na sali kinowej. Niestety jednak film okazał się być czymś innym, niż się po nim spodziewałem. 


Skandynawskim naukowcom udaje się zmniejszyć żywe organizmy. Paul Safranek (Matt Damon) zafascynowany zmniejszeniem się i związanym z tym życiu w luksusowej kolonii dla liliputów przekonuje żonę (Kristen Wiig), by razem poddali się zabiegowi zmniejszenia. Gdy przychodzi co do czego ta jednak wycofuje się z przedsięwzięcia, o czym sam Paul dowiaduje się już po swoim zminimalizowaniu. Zmuszony jest więc podjąć samotne życie w pełnym przepychu mikro świecie. Zaprzyjaźnia się ze swym wpływowym sąsiadem, pochodzącym z Bałkanów Dusanem Mirkoviciem (Christoph Waltz).


Film wyszedł spod skrzydeł nietuzinkowego reżysera Alexandra Payne'a. Facet może nie jest z gatunku tych rozpoznawalnych przez ogół reżyserów - celebrytów pokroju Tarantino, jednak nakręcił kilka znacznych tytułów (jak choćby świetna Nebraska czy Bezdroża. W sumie jest to jeden z najlepszych ludzi jeśli trzeba nakręcić film drogi. Pomniejszenie choć bohater prawie stale się przemieszcza jednak filmem drogi nie jest. W sumie zaś produkcja ta cierpi na pewną przykrą dla dzieł filmowych przypadłość - kryzys tożsamości. Twórcy nie identyfikują się z jedną narracją filmu, często zmieniają jego ciężar gatunkowy, niezbyt skutecznie mieszają ramami gatunkowymi. W rezultacie całość jest nieco niestrawna. Zwiastun zapowiadał raczej uroczą komedyjkę o małych ludziach żyjących w wielkim świecie pod jakąś kopułą. Jednak komedii jest tutaj mało. Film czasem uderza w tony apokaliptyczne (nieuchronna zagłada ludzkości, nawet jeśli ta się zmniejszy oszczędzając tym samym zasoby naturalne), czasem zaś angażuje się społecznie pokazując nierówności społeczne nawet w wydawać by się można idealnym, zmniejszonym świecie. Film trochę ujawnia też pewien problem rasizmu w obecnym Hollywood, który ma coraz mniejszy problem z pokazywaniem relacji par biało-czarnych jednak chyba dalej uprzedzony jest do Azjatów. Bohater grany tutaj przez Damona poznaje uciekinierkę z Wietnamu (graną przez pochodzącą z Tajlandii Hong Chau) i w pewnym momencie między nimi zaczyna iskrzyć i dochodzi nawet do seksu, a finalnie zakochania i w domyśle spędzenia ze sobą przez parę reszty życia. Jednak wszystko to można wywnioskować tylko z dialogów, świeżo zakochane w sobie postaci w filmie nie składają sobie nawet pocałunku. Czyżby to w mainstreamowym kinie wciąż był o jeden most za daleko?
Nie jest to jednak film słaby. Broni się w sumie ciekawym pokazaniem świata, jest po rzemieślniczu przyzwoicie nakręcony, postaci są sympatycznie napisane i dobrze zagrane (wyróżniłbym tu też ciekawą dalszoplanową rolę Udo Kiera). Także jak najbardziej można obejrzeć, jednak nie powinno się spodziewać Bóg wie czego. Typowy hollywoodzki przyzwoity przeciętniak. 







środa, 31 stycznia 2018

Krew na śniegu

Wind River. Na przeklętej ziemi (Wind River)
Kanada, USA, Wielka Brytania 2017
reż. Taylor Sheridan
gatunek: thriller
zdjęcia: Ben Richardson
muzyka: Warren Ellis

Nigdzie nie znalazłem danych dotyczących premier kinowych w Polsce. Nie licząc pokazów festiwalowych, tylko regularnie wyświetlanych w multipleksach i kinach studyjnych. Myślę, że może być ich około 350-400, raczej nie mniej, może nawet więcej. Duża część (szczególnie w kinach wielkopowierzchniowych) to bajki, które mnie nie interesują, a ich rynek rządzi się własnymi prawami. Odliczając je zostaje pewnie ponad 300 innych tytułów. Relatywnie dużo. Dlaczego więc znajduje się w tej liczbie miejsce dla kompletnych zagranicznych bubli (polskie buble przeboleję) a nie da rady emitować porządnego kina, takiego jak omawiany właśnie film?


Na terenie rezerwatu Indian tropiciel Cory Lambert (Jeremy Renner) odnajduje zwłoki młodej dziewczyny. Wkrótce by zbadać sprawę przybywa na miejsce młoda agentka FBI, Jane Banner (Elizabeth Olsen). Przybyła z południowych stanów kobieta prosi o pomoc w śledztwie Lamberta, który umie poruszać się po miejscowych pustkowiach oraz co równie ważne zna lokalną społeczność.


Film ten jest reżyserskim debiutem Taylora Sheridana (a w zasadzie kinowym debiutem, wcześniej był twórcą niszowego horroru sprzed lat i jakiejś produkcji telewizyjnej). Nazwisko to może mało co mówić polskim widzom. Jednak jeśli napiszę, że facet ten odpowiadał wcześniej za scenariusze w takich filmach, jak Aż do piekła i Sicario czyli filmy w naszym kraju znane i zapewne cenione to już spojrzą na niego inaczej. Sheridan także i tu odpowiada za scenariusz, także ludzie znający wymienione powyżej filmy powinni mniej więcej wiedzieć, z jakiego typu filmem będą mieli do czynienia. 
Nie pisząc jeszcze nic o fabule i postaciach zacznę od samej scenerii tytułowego rezerwatu Wind River (swoją drogą kto dodał ten głupi polski podtytuł do edycji DVD? podtytuły w polskich wersjach to ostatnio jakaś plaga). Majestatyczne, groźne oraz spowite gęstym śniegiem i zamieszkałe przez dzikie zwierzęta okolice cieszą oko oglądających ale wielka w tym zasługa operatora. Zdjęcia są naprawdę przednie i spełniają swoje zadanie budując klimat filmu. W mało którym filmie tak dobrze czuć zimę.
Jeśli zaś chodzi o fabułę Sheridan znowu buduje opowieść opierając się na stylistyce współczesnego westernu. Mamy tu męski świat do którego trafia nieprzygotowana kobieta, jest trup i tajemnica, którą trzeba rozwikłać, są też nawet,a może przede wszystkim Indianie oraz ich hermetyczna społeczność, do której bohaterowie muszą dotrzeć, by rozwiązać zagadkę. Aktorsko nie jest zaś źle, bohaterowie zagrani zostali dość wiarygodnie, choć są niestety trochę grubo ciosanymi charakterami pasującymi do wymagań gatunku. Podobał mi się w mniejszej roli Jon Bernthal, czyli etatowy ostatnimi czasu amerykański szwarccharakter. Wszystko to sprawia, że film ten jest wart obejrzenia. Szkoda, że nie na sali kinowej (świetnie by wyglądał na dużym ekranie) ale chociaż w domowym zaciszu.





sobota, 27 stycznia 2018

Pociąg pod specjalnym nadzorem

Pasażer (The Commuter)
USA 2018
reż. Jaume Collet-Serra
gatunek: thriller
zdjęcia: Paul Cameron
muzyka: Roque Baños

I oto pierwszy film obejrzany przeze mnie film, który jako swą datę produkcji ma wpisany bieżący 2018 rok. Tak się złożyło, że trafiłem na produkcję, w której główną rolę grał znany i lubiany Irlandczyk Liam Neeson. Także chyba już wiecie jakiego typu jest to film.


Ledwo wiążący koniec z końcem Michael MacCauley (Liam Neeson) zostaje zwolniony z pracy. Gdy po raz ostatni wraca z niej koleją podmiejską, z której codziennie korzysta od lat dosiada się do niego tajemnicza kobieta, Joanna (Vera Farmiga). Zleca mu ona zadanie zlokalizowanie i wskazanie osoby, która jego zdaniem nie powinna znajdować się w pociągu. Michael w zamian otrzyma okrągłą sumę potrzebnych mu pieniędzy. Jeśli zawiedzie - on, jego rodzina i pasażerowie pociągu mogą stracić życie...


Lubię oglądać Neesona na ekranie. Przez lata aktorskiej kariery wcielał się w zróżnicowane postaci, które przyciągały uwagę widzów. Niestety z wiekiem zaszufladkował się w klimacie bardzo jednorodnych filmów akcji, gdzie on jako postać X jest zwykłym człowiekiem, który musi ratować swoją rodzinę (czasem jest też emerytowanym agentem służb, emerytowanym płatnym zabójcą lub chociaż emerytowanym policjantem). Chyba sam Neeson nie pamięta już ile razy musiał ratować swoją filmową rodzinę. Niestety w tym filmie musi robić to ponownie. Co nie dziwi jeśli popatrzy się na postać reżysera. Hiszpan Jaume Collet-Serra współpracował już z Irlandczykiem z Północy przy takich podobnych do siebie hitach, jak Non-Stop, Tożsamość czy Nocny pościg. Ostatni z wymienionych filmów nawet mi się podobał. Opisywany teraz zaś jest mocno zbliżony do Non-Stop, oczywiście ze zmianą środka transportu z samolotu na pociąg. 
Gdyby nie było wymienionych wcześniej filmów czy trylogii Uprowadzona na pewno spojrzałbym na ten film przychylniej. Niestety odtwórczość jest tutaj ogromna, tego kotleta odgrzano już za dużą ilość razy. Jeśli ktoś nie oglądał wcześniej żadnych filmów akcji z Neesonem (są tacy?) to może spokojnie zasiąść przed ekranem i obejrzeć ten film. Generalnie jest to przyzwoicie skonstruowana sensacja z raczej kiepskimi efektami specjalnymi ale nadrabiająca solidnym aktorstwem (warto pochwalić dalszoplanowych Rolanda Møllera i  Patricka Wilsona). Jednak jeśli widzieliście już więcej niż dwa filmy akcji z Irlandczykiem zadajcie sobie pytanie: czy chcecie oglądać to jeszcze raz? W takim wypadku to produkcja tylko dla fanów gatunku.




wtorek, 23 stycznia 2018

Jeszcze gorszy Mikołaj

Zły Mikołaj 2 (Bad Santa 2)
USA 2016
reż. Mark Waters
gatunek: komedia (?)
zdjęcia: Theo van de Sande
muzyka: Lyle Workman

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody. O ile pierwsza część Złego Mikołaja mogła się podobać, zapełniła ówcześnie pewną lukę w kinie, wykreowała ciekawą postać to jednak twórcy sequela nie zauważyli, że przez te trzynaście lat świat się zmienił, poszedł do przodu. A oni zaserwowali znowu to samo.


Willie (Billy Bob Thornton) dziaduje kolejny rok z rzędu. Za jedyną pociechę życiową ma kolejne butelki alkoholu. Tymczasem jego dawny wspólnik, karzeł Marcus (Tony Cox) po wyjściu z więzienia pierwsze kroki kieruje właśnie do byłego partnera w zbrodni. Tym razem ma on plan, w który zaangażował już wyrodną matkę Willie'go, Sunny (Kathy Bates). Trójka ma obrabować w czasie świąt organizację charytatywną, którą kieruje atrakcyjna Diane Hastings (Christina Hendricks).


Generalnie nie jestem zwolennikiem powstawania sequeli, jednak przyznam, że czasem wychodzą udane kontynuacje, a część nawet przebija swoich poprzedników. Problem z tą akurat kontynuacją jest taki, że chyba kompletnie nikt na nią nie czekał. A na pewno nie ponad dekadę po ukazaniu się pierwszej części. Trzeba było kuć żelazo póki gorące. Zły Mikołaj był zły, jego sequel niestety jest jeszcze gorszy. W zasadzie po raz kolejny dostajemy wulgarną opowiastkę o seksie i grzaniu wódy. Niezbyt wyszukane aluzje seksualne są obecne w każdym dialogu, ich poziom zaś zniechęca do oglądania przygód bohaterów (wśród których jest też jedna z najbardziej drażniących postaci filmowych wszech czasów, czyli grany przez Bretta Kelly'ego Thurman Merman). Warto dodać, że jak na film z gatunku heist movie motyw napadu jest tu niemal nieistotny.
Szkoda tylko idealnie pasującego do roli zniszczonego życiem Thorntona, który swoją obecnością choć trochę ratuje film. Film, który jest zrealizowany rzemieślniczo przyzwoicie od strony technicznej, jednak całkiem zrujnowany w innych aspektach.




sobota, 20 stycznia 2018

Gender story

Wojna płci (Battle of the Sexes)
USA 2017
reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris
gatunek: biograficzny, sportowy
zdjęcia: Linus Sandgren
muzyka: Nicholas Britell


Druga połowa zeszłego roku obrodziła w filmy o tematyce sportowej. Biorąc pod uwagę wcześniejsze lata 2017 okazał się wyjątkowo szczęśliwy dla filmowego prezentowania tenisa. Nie tak dawno pisałem o Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem, który to mimo głupiego polskiego podtytułu okazał się niezłym filmem, by po kilku tygodniach ukazał się w kinach kolejny film o tematyce okołotenisowej. 


Rok 1973 - trwa walka o prawa kobiet w tenisie, który ówcześnie bardzo nierówno traktuje sportowców i sportsmenki. Najlepsza zawodniczka tamtych czasów, Billie Jean King (Emma Stone) zostaje wyzwana na tenisowy pojedynek, z dawnym mistrzem,a obecnie emerytem Bobby'm Riggsem (Steve Carell). Równocześnie obserwujemy rodzący się romans zamężnej Billie Jean z fryzjerką Marilyn (Andrea Riseborough).


Ten film naprawdę miał potencjał na to, aby być filmem dobrym. Umiejscowienie historii w ciekawych czasach, pokazanie rodzących się z dużym trudem zawodowych kobiecych rozgrywek tenisowych i medialny mecz topowej tenisistki z podstarzałym ex-mistrzem - szowinistą. Do tego obsadzenie w głównych rolach znajdującą się w najlepszym momencie dotychczasowej kariery aktorskiej Emmy Stone oraz lubianego, kojarzonego z rolami komediowymi Steve'a Carella. To naprawdę mogło się udać. Niestety scenarzyści obstawili nie te karty, które powinni. Ukierunkowując historię na lesbijski romans pomiędzy King a Barnett scenarzyści weszli na minę. Nie tylko światopoglądową ale i mogącą zniszczyć cały film. Udający się do kina mogli liczyć się z genderową opowieścią o pewne zrównanie praw zawodników i zawodniczek (co jest okej, bo jednak przepaść gaż była wcześniej ogromna) jednak nie spodziewali się tego, że twórcy przez większą część filmu serwować będą homoseksualne love story. To bardzo rzutuje na całość.
Na szczęście film ratuje sam background opowieści - tenisowy świat lat siedemdziesiątych, podejście mężczyzn to sportsmenek tak, jakby były one gorszym gatunkiem (szczególnie zapada w pamięć scena, gdy reporter telewizyjny protekcjonalnie obejmuje swą rozmówczynię podczas rozmowy na żywo). Także aktorzy dają radę. Emma Stone jest odpowiednio pobrzydzona i wpasowuje się w rolę. Całe show kradnie jednak postać Riggsa grana przez Carella - mimo jego szowinistycznego (chyba jednak na potrzeby zrobienia zamieszania wokół swojej osoby, a nie z realnych poglądów) nastawienia jest postacią, której ciężko nie lubić. Kiedy tylko pojawiał się na ekranie od razu rosła też moja sympatia dla filmu. Gdyby przerobić przeważający wątek homoromansowy, odpowiednio go skrócić i skupić się na innych aspektach, które twórcą wyszły byłoby lepiej. A tak jest średnio. 




sobota, 13 stycznia 2018

Macierzyństwo nieodpowiedzialne

Złe mamuśki (Bad Moms)
USA 2016
reż. Jon Lucas, Scott Moore
gatunek: komedia
zdjęcia: Jim Denault
muzyka: Christopher Lennertz

Lubię oglądać filmy z Milą Kunis. Nie dlatego, że pochodząca ze Związku Radzieckiego aktorka jest jakoś specjalnie dobra w swym zawodzie czy też występuje w samych dobrych filmach. Kunis aktorsko przecież nie jest specjalnie wybitna a i filmy, w których występuje przeważnie do zbyt ambitnych nie należą. Lubię filmy z nią bo z seksistowskich pobudek, gdyż po prostu wygląda na ekranie całkiem atrakcyjnie. 


Kura domowa Amy (Mila Kunis) pod wpływem swych przyjaciółek Carli (Kathryn Hahn) i Kiki (Kristen Bell) postanawia zostawić za sobą dotychczasowe życie, zostawia męża, zaniedbuje dzieci i rzuca się w wir nocnego życia.


Ten film jest zły. Bardzo zły. Tak bardzo zły, że wcale nie zdziwił mnie fakt, że w około rok powstała jego kontynuacja, która utrzymywała się w naszych kinach przez dobrze ponad miesiąc. Film ten jest kolejnym w ostatnim czasie komedią w stylu modnej teraz feministycznej odmiany bromance. Kilka kobiet w wieku MILFowskim traktuje się jakby były o połowę młodsze niż są w rzeczywistości, piją, klną, gadają o seksie, który sobie czasem pouprawiają i to w założeniu ma być śmieszne. Ale śmieszne nie jest. Nie chce mi się pisać o tym filmie. Naprawdę jest on tak żałosny, że po prostu wystarczy, że napiszę byście go nie oglądali.