Ghost House USA, Tajlandia 2016 reż. Rich Ragsdale gatunek: horror
Horror filmowy to specyficzny gatunek. Chyba w jego wypadku jest największa procentowa szansa na zobaczenie beznadziejnej produkcji. Oczywiście czasem zdarza się wyjątek jednak przeważnie oglądając horror trzeba spodziewać się czegoś słabego. I tak też jest tym razem.
Julie (Scout Taylor-Compton) i Jim (James Landry Hébert) wybierają się na wakacje marzeń do Tajlandii. Tam poznają angielskich turystów, za których sprawą Julie zostaje nawiedzona przez złowrogiego ducha. Jim wraz z pomocą tubylca Gogo (Michael S. New) próbuje zwalczyć opętanie swojej dziewczyny...
Nie ma co ukrywać, to jest zły film. Opiera się na tym samym formacie co dziesiątki równie złych filmów grozy. Tematyka jest oklepana bardziej niż sekretarka Harvey'a Wildsteina. Niestety sytuacji nie poprawia zatrudnienie kiepskiego reżysera i równie słabych aktorów. Jedyne co wyróżnia ten film od całego mrowia mu podobnych produktów to umiejscowienie go w Tajlandii. Plusem tego zabiegu jest choć skromne poznanie tego państwa ze szczególnym uwzględnieniem Bangkoku i pokazanie obyczajowości zamieszkujących go ludzi (oczywiście wielkość przekazanej wiedzy o tym kraju jest dostosowane do amerykańskich odbiorców niskobudżetowego horroru klasy B). Także jeśli nie jest się fanem słabych filmów czy horrorów klasy B nie warto tracić czasu na tę produkcję.
Mięso (Grave) Belgia, Francja, Włochy 2016 reż. Julia Ducournau gatunek: thriller, horror zdjęcia: Ruben Impens muzyka: Jim Williams
W ostatnich latach narodził się ponadnarodowy trend filmowy, który popycha do przodu nurt transgatunkowych filmów z pogranicza thrillera i horroru. W wielu krajach można zauważyć trend powstawania ambitniejszych hybryd gatunkowych, ich twórcy aspirują zaś wyżej niż horrory klasy B wyświetlane późną nocą w maratonach filmowych multipleksów. Do listy tych aspirujących autorów dopisała się też Francuzka Juli Ducournau.
Należąca do rodziny ortodoksyjnych wegetarian Justine (Garance Marillier) udaje się szlakiem swojej starszej siostry Alexii (Ella Rumpf) na studia weterynaryjne. Tam jako pierwszoroczniaczka szybko wraz z rówieśnikami staje się ofiarą studenckiej fali. W pewnym momencie dziewczyna zostaje poddana inicjacyjnemu zadaniu w postaci zjedzenia surowego mięsa. Justine po raz pierwszy zasmakuje mięsnego pokarmu...
Podoba mi się odwrócenie priorytetów w tym filmie. Reżyserka świadomie porzuca stosowanie tanich horrorowych chwytów, jak na przykład stosowanie jump scarów na korzyść kreowania kina artystycznego. Oczywiście hardcore'owi fani horrorów z góry uznają, że nie tędy droga i odwrócą się od filmu, uznając go za nudny i co najważniejsze nie straszny. Jednak ścieżka obrana przez Docournau (podobna do tej, którą kroczyli twórcy Czarownicy) jest dużo bardziej wysublimowana, intryguje nie tanimi efektami, a klimatem, który powoli wchłania widza w świat wykreowanego obrazu. Film ten jest wykonany z dużym artystycznym zacięciem. Każdy kadr jest tutaj dopieszczony, wydaje się, że nie ma nic przypadkowego. Czy to scena podróży polną drogą, czy grzebanie w krowim odbycie - zdjęcia są perfekcyjne i po prostu piękne. Cieszy także gra aktorska. Młoda Marillier daje radę, często wręcz urzeka na ekranie, z ciekawością będę obserwował rozwój jej przygody z filmem (a może rozwinie się to do pełnoprawnej kariery?). Także partnerująca jej, nieco starsza Ella Rumpf dobrze wpasowała się w rolę i z przyjemnością obejrzę inne filmy z jej udziałem.
Film ma swoje wady, czasem wydaje się nielogiczny (skala uczelnianej fali jest przesadzona, także imprezy kampusowe bardziej przypominają głupią amerykańską komedię niż coś aspirującego do realizmu), a i sama tematyka i bezkompromisowe sceny gore mogą razić wiele osób (choć dla mnie są plusem). Na pewno trzeba oglądać to z nastawieniem, że bliżej temu do lekko niepokojącego slow cinema, niż pełnoprawnego horroru czy nawet thrillera. Inaczej można się rozczarować.
Mother! USA 2017 reż. Darren Aronofsky gatunek: horror, thriller zdjęcia: Matthew Libatique
Szczerze mówiąc dość mocno czekałem na ogólnodostępną premierę tego filmu. Nazwisko reżysera, ciekawa obsada oraz całkiem niezły zwiastun sprawiły, że uważałem Mother! za jedną z najważniejszych premier drugiej połowy 2017 roku. I choć festiwalowe opinie o filmie były mieszane, gdyż jedni skrajnie uważali produkcję za genialną lub żałosną to sam miałem nadzieję, że trafię do tej pierwszej grupy. Niestety po seansie bliżej mi chyba jednak do tego drugiego obozu.
Pewnego dnia do domu szukającego natchnienia pisarza (Javier Bardem) i jego młodej żony (Jennifer Lawrence) przybywa tajemniczy mężczyzna (Ed Harris). Jako że dom położony jest na odludziu a zaczyna się ściemniać gospodarz pozwala mu przenocować. Po pewnym czasie do drzwi małżeństwa puka żona gości (Michelle Pfeiffer)...
Wydawałoby się, że ten film ma wszystko, by zdobyć serca widzów: przyciągające nazwiska aktorów i reżysera, dobrze zrealizowane zdjęcia, klimat domu, który to dom pełni rolę pełnoprawnego bohatera całości oraz tajemnicę, która wydaje się otaczać zarówno gospodarzy, jak ich gości. Naprawdę zapowiadało się nieźle. Niestety po emocjonującym wprowadzeniu w film reżyser i scenarzysta w jednym psuje wszystko, przez co atrakcyjna całość wali się niczym domek z kart. Aronofsky niczym samozwańczy wizjoner (jak czasem nazywają go jego krytycy) miesza wątki, część z nich choć ciekawie wcześniej rozwinięta kończy się bez sensu, robiąc miejsce kolejnym, coraz to bardziej absurdalnym scenom. Scenom z każdą chwilą bardziej absurdalnym, pseudo surrealistycznym, kiczowatym wręcz. Z całości ma wynikać wedle reżysera jakieś wielkie przesłanie, drugie dno, które wplótł w tryby akcji. Dno zresztą nie jedno, a kilka, bo według niego film to metafory nie tylko zawodu artysty (pisarza, a może nawet filmowca? samego reżysera? a nawet starotestamentowego Boga (Aronofsky musiał się czegoś dobrze napalić). Niestety tych den jest znacznie więcej, bo logika filmu i jego irracjonalność w drugiej części oraz zniszczenie i poplątanie wątków części pierwszej to kolejne moim zdaniem dno. I chociaż gra aktorska się broni, klimat początkowo jest naprawdę dobry to całość odpycha. Jeśli zastanawiacie się czy obejrzeć ten film i szukacie polecenia go, to ode mnie tego nie dostaniecie. Duży, duży zawód.
Śmierć nadejdzie dziś (Happy Death Day) USA 2017 reż. Christopher Landon gatunek: horror zdjęcia: Toby Oliver muzyka: Bear McCreary
Dość niespodziewanie dla wszystkich, z twórcami włącznie film ten zarobił w amerykańskich kinach kosmiczne pieniądze. Przy budżecie mniejszym niż 5 mln dolarów (w Polsce oznaczałoby to superprodukcję, w USA to filmowe grosze) film zarobił w box office 115 mln dolarów z czego połowę w rodzimych kinach. Także więc, gdy film zawitał do naszych kin chciałem na własne oczy przekonać się o co tyle szumu.
Tree Gelbman (Jessica Rothe) budzi się w łóżku poznanego poprzedniej nocy Cartera Davisa (Israel Broussard) i pośpiesznie się z nim żegnając rusza w wir typowego dnia w studenckim życiu: od zajęć przez spotkanie ze współlokatorką z akademika (Ruby Modine). Wieczorem podczas drogi na kolejną imprezę zostaje zamordowana przez uzbrojonego w nóż zamaskowanego sprawcę. Chwilę później dziewczyna budzi się w łóżku...Cartera Davisa. I przeżywa po raz kolejny ten sam feralny dla niej dzień...
Kilka miesięcy przed opisywanym filmem w USA prawdziwą filmową sensacją okazał się inny film czerpiący garściami z repertuaru kina grozy, czyli Uciekaj!. Tamten film połączył horror z wątkami socjologicznymi i komedią, produkcja Landona zaś łączy horror typu slasher z odrobiną kina inicjacyjnego i tak jak film Jordana Peele'a specyficznej komedii. Oba filmy choć trochę do siebie podobne (przynajmniej jeśli chodzi o budżet rodem z festiwalu Sundance oraz ramy gatunkowe) to jakościowo jednak pozostają na dwóch różnych biegunach. Uciekaj! zbiera liczne nagrody i po cichu staje się cichym koniem oscarowych nominacji, zaś o opisywanym właśnie filmie raczej nie słyszy się w kontekście zdobytych nagród i uzbieranych nominacji.
Film jest kolażem pomysłów i koncepcji znanych z filmów kilku gatunków. Całość jednoznacznie kojarzy się z filmem Dzień świstaka, przygody bohaterki są pod względem formy tożsame z katuszami granego przez Billa Murray'a Phila, horrorowe wstawki zaś bardzo przypominają takie slashery, jak Halloween czy Krzyk.
Gatunkowy mariaż sprawia, że ogląda się to całkiem przyjemnie, choć niestety fabularnie jest tutaj dość drażniąco. Początkowo pod względem scenariusza wszystko jest okej (jak na komediowy horror), jednak druga część filmu jawi się już jako pełna dziwnych twistów fabularnych sieczka. Twórcy chcąc wydłużyć film i jakoś go podrasować wprowadzili za dużo komplikacji, głupoty i pewnego infantylizmu. To skutecznie obniża komfort oglądania. Także niesympatyczna bohaterka nie sprawia, że można jej początkowo kibicować, a wręcz z satysfakcją ogląda się jej kolejne zgony.
Także jako przyjemny weekendowy film rozrywkowy produkt ten jest jak najbardziej akceptowalny, jednak dla szukających czegoś ambitniejszego zdecydowanie nie polecam.
Mumia (The Mummy) USA 1932 reż. Karl Freund gatunek: horror, romans zdjęcia: Charles J. Stumar muzyka: James Dietrich
Myślę, że wszyscy kojarzą serię Mumia. W latach 1999 i 2001 powstały dwa całkiem fajne filmy łączące kino przygodowe z horrorem z Brendanem Fraserem i Rachel Weisz w rolach głównych. Po latach bardzo miło wspominam te filmy (choć oglądając je dzisiaj zapewne okazałoby się, że aż tak mi się nie podoba). Niedawno zaś powstał reboot tej serii z Tomem Cruisem w głównej roli. Ja jednak będąc filmowym hipsterem nie zdecydowałem się na seans słabo ocenianego filmu z hollywoodzkim aktorem, tylko wróciłem do korzeni i obejrzałem inny film opowiadający tę samą historię.
Rok 1921. Brytyjscy archeologowie kierowani przez sir Josepha Whemple'a (Arthur Byron) odkrywają mumię kapłana Imhotepa (Boris Karloff). Jeden z archeologów odczytuje teksty zwoju znalezionego przy sarkofagu co powoduje, że mumia ożywa. Po latach Whemple przybywa ponownie do Egiptu z synem Frankiem (David Manners), który na miejscu zakochuje się w przebywającej tam Helen Grosveno (Zita Johann). Poznają oni też tajemniczego Egipcjanina Ardatha Beya.
W kinowo zamierzchłych latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku Universal Pictures miało swój oddział nazywany Universal Monsters, który zajmował się produkcją filmów grozy. Generalnie franczyza ta działała aż do lat 60. ubiegłego wieku, jednak chyba to co najciekawsze dla kinomanów powstało w latach trzydziestych. Oprócz opisywanego tu filmu nakręcono wówczas między innymi Draculę czy Frankensteina). Na owe czasy były to naprawdę spore przedsięwzięcia filmowe, które pozostały w pamięci widzów aż do dzisiaj (dla zainteresowanych tematem polecam link do strony na wikipedii, gdzie znajdziecie między innymi listę wszystkich filmów nakręconych przez tę wytwórnię, wystarczy kliknąć TUTAJ).
Oczywiście ciężko jest opisać wrażenia płynące z seansu tego filmu po osiemdziesięciu pięciu latach od jego nakręcenia. W sumie nie wolno nawet porównywać tego, co się widzi na ekranie śledząc przygody ikony ówczesnych Monster movies czyli Borisa Karlffa do tego, co oglądamy współcześnie. Inne kino, inne czasy, inni ludzie. Jednak jako miłośnik kina uważam, że po prostu warto oglądać klasykę, taką jak ta, by przekonać się o tym, jak wyglądało kino w początkowej erze nieniemej. Jest to nie tylko podróż kinowa, ale i socjologiczno-antropologiczno-hisstoryczna. Historia jest dość naiwna, jednak sama gra Karloffa czy realizacja (biorąc pod uwagę wiek filmu) stoi na całkiem przyzwoitym poziomie. Myślę, że seans nie będzie dla nikogo czasem straconym.
Hollywoodzkie dziwki uzbrojone w piły łańcuchowe (Hollywood Chainsaw Hookers) USA 1988 reż. Fred Olen Ray gatunek: komedia, horror zdjęcia: Scott Andrew Ressler muzyka: Michael Perilstein
Zdarzają się takie filmy, że wystarczy przeczytać sam ich tytuł, aby wiedzieć z jakiej jakości dziełem będziemy mieli okazję się mierzyć. Nie chodzi tutaj tylko o filmy pornograficzne, które to raczej nie są zbyt wysublimowane w swych tytułach (zasiadając do Bolesnej defloracji cycatej blondyny lub Analnych rozkoszy nastolatek nie mamy raczej nadziei na obejrzenie dramatu psychologicznego, od razu spodziewamy się zobaczyć na ekranie bolesną deflorację cycatej blondyny i analne rozkosze nastolatek) ale i o szereg produkcji klasy od B do Z, której opisywany film jest świetnym przykładem.
Detektyw Jack Chandler (Jay Richardson) ma za zadanie odszukać zaginioną dziewczynę, Samanthę (Linnea Quigley). Poszukując jej trafia na trop sekty prostytutek, które wyznają staroegipski kult pił mechanicznych. Szybko też poznaje lidera tego kultu (Gunnar Hansen)...
Już sam tytuł nie pozostawia wątpliwości co do jakości tego filmu. Jego opis i fotosy także nie powinny zmienić percepcji co do jego wybitności. Jednak co ciekawe...w całej tej tandecie, głupocie i kiczu dostrzec można pewien subtelny urok. Zdaję sobie sprawę, że to fatalny film ale muszę przyznać, że przyjmując założoną przez twórców konwencję bardzo dobrze się bawiłem oglądając go! Bo ciężko zakładać, że coś się twórcom nie udało i miało wyjść poważanie, a wyszło jak wyszło. Dysponując minimalnym budżetem reżyser i scenarzysta Ray (autor tyleż mierny, co płodny bo wyreżyserował do tej pory 134 filmy, napisał ponad 50 scenariuszy, a i wystąpił przed kamerą prawie 35 razy) stworzył świadomie irracjonalną fabułę o jawnogrzesznicach biegających z piłami mechanicznymi po mieście tnąc swych klientów na lewo i prawo przy okazji robiąc to z pobudek religijnych (i to staroegipskich!). Wzorowany na chandlerowskim detektywie (o nazwisku Chandler) tropiąc sektę trafia do jej tajnej kwatery (drogę torują mu drogowskazy typu Do tajnej kwatery sekty prosto albo Jesteś już blisko), a finałowa walka odbywa się na piły mechaniczne, ale wyłączone.
Poziom aktorstwa może i jest naiwny, jednak trudno było mi ukryć sympatii do tych postaci i aktorów. Także jeśli ktoś szuka typowego odmóżdżacza typu gore, gdzie można i się pośmiać, i obejrzeć nagie i zgrabne ciała to jest dobry wybór. Odłóżcie swój gust filmowy na półkę, a sami zasiądźcie i delektujcie się tym bardzo guilty pleasure!
Egzorcysta (The Exorcist) USA 1973 reż. William Friedkin gatunek: horror zdjęcia: Owen Roizman muzyka: Jack Nitzsche
Mam pełną świadomość tego, że właśnie opisuję jeden z najlepiej ocenianych i w ogóle jeden z najważniejszych filmów grozy, jakie do tej pory zostały nakręcone. Nie jest tak, że oglądałem ten film dopiero niedawno po raz pierwszy, bo miałem z nim (nie)przyjemność już wcześniej, jednak po latach sobie go odświeżyłem (powód podam poniżej) i dlatego zdecydowałem poświęcić mu krótką notkę.
Regan (Linda Blair), córka rozpoznawalnej aktorki Chris (Ellen Burstyn) po kontakcie z planszą Ouija zaczyna dziwnie się zachowywać. Lekarze nie mogą znaleźć przyczyny stanu, w jaki popada dziewczynka, a jej matka umacnia się w twierdzeniu, że córka została opętana przez diabła. Prosi o pomoc księdza-psychiatrę, ojca Karrasa (Jason Miller)...
Zdecydowałem się powrócić po latach do tego straszakowego klasyku powodowany tym, że akurat przeczytałem książkę autorstwa zmarłego w tym roku Williama Petera Blatty'ego. Po lekturze postanowiłem jak najszybciej obejrzeć film Friedkina i porównać go do książki, którą uznałem za naprawdę bardzo dobrze napisaną powieść. I niestety w porównaniu do oryginału film nie wytrzymuje konkurencji. O ile przy wcześniejszych seansach, które odbywały się bez znajomości książki uznawałem go za niezły horror, tak teraz widzę, że przy swoim pierwowzorze odstaje o kilka długości. Każdemu, kto jeszcze nie widział filmu polecam więc książkę. Tak samo tym, którzy film widzieli (niezależnie czy im się podobał, czy nie) - warto przeczytać powieść Blatty'ego. To całkiem inny rodzaj obcowania z bohaterami i grozą całej sytuacji. Grozą, która w filmie choć odczuwalna, to na pewno nie na takim poziomie, jak w książce. Co do filmu na pewno jednak pochwalić mimo wszystko efekty specjalne, które przetrwały upływ czasu oraz role Maxa von Sydow, która choć krótka, to jak najbardziej zostająca w pamięci. To, że proponuję przeczytanie książki nie znaczy, że uważam jego ekranizację za złą - po prostu jest to przyzwoity horror. Książka to coś znacznie więcej.
Areszt domowy (Housebound) Nowa Zelandia 2014 reż. Gerard Johnstone gatunek: horror, komedia zdjęcia: Simon Riera muzyka: Mahuia Bridgman-Cooper
Filmy kręcone w Nowej Zelandii są w naszym kraju dość dobrze znane. Między innymi tolkienowskie trylogie Petera Jacksona Władcy Pierścieni i Hobbita, które były kręcone właśnie na tym krańcu świata. Oprócz tego jednak współczesne kino nowozelandzkie oferuje całkiem niezłą rozrywkę, czego przykładem są filmy Taiki Waititiego (Co robimy w ukryciuczy Hunt for the Wilderpeople). Dlatego też z dużym entuzjazmem podszedłem do opisywanego właśnie filmu z Nowej Zelandii.
Po popełnienia przestępstwa sąd skazuje niepokorną Kylie (Morgana O'Reilly) na areszt domowy. Pod prawnym przymusem musi wrócić do domu swojej matki Miriam (Rima Te Wiata). Kylie nie może dogadać się zarówno z matką, jak i jej nowym partnerem. Co gorsza Miriam uważa, że dom, w którym mieszkają jest nawiedzony...
Filmy z Nowej Zelandii mają swój własny, unikalny styl, w którym specyficzny humor miesza się z równie absurdalnymi, groteskowymi poważniejszymi scenami rodem z tragikomedii. Nie inaczej jest w filmie Johnstone'a, który również jest miksem gatunkowym. Niestety jednak w moim odczuciu niezbyt strawnym. Owszem, mamy tutaj liczne nawiązania do horroru, wszystko jest też polane typowo nowozelandzkim specyficznym klimatem. Jednak kino to nie matematyka. Tutaj 2+2+2 niekoniecznie zawsze musi dać sześć. W tym wypadku jest po prostu zwyczajnie za dużo grzybów w tym barszczu - co scenę mamy inną horrorową kalkę, gdzie oglądamy na przemian mroczne historie wynikające z przeszłości, złowrogich sąsiadów - morderców, nawiedzone pomieszczenia, sceny egzorcyzmów i trzaskające drzwi etc etc. Jest tego po prostu za dużo i człowiek z czasem staje się zmęczony. Sama fabuła,która początkowo wciąga jest przez to po pewnym czasie coraz bardziej marginalna i nużąca. Także kilka dużych nieścisłości i luk w historii sprawia, że widz zaczyna się coraz mniej angażować w nazbyt wydumaną całość. Na domiar złego sytuacji nie ratuje główna bohaterka, która irytuje niemal w każdej scenie. Wiecznie niezadowolona, bufoniasta heroina o wyglądzie młodej, zirytowanej Kayah denerwuje i zwyczajnie nie sposób jej polubić.
Całość ma pewien oryginalny klimat (o co w sumie trudno biorąc pod uwagę fakt, jak nie oryginalnymi schematami się posługuje) jednak ogólnie można uważać ten film za zawód. Oczekiwałem czegoś lepszego.
Ostatnia klątwa (Johnny Frank Garrett's Last Word) USA 2016 reż. Simon Rumley gatunek: horror zdjęcia: Milton Kam muzyka: Simon Boswell
Horror to obok komedii jeden z cięższych gatunków filmowych. Paradoksalnie można uznać za łatwe nakręcenie go, jednak gdy przychodzi co do czego okazuje się, że trzeba posiadać pewien niewątpliwy talent, by w obrazie filmowym przestraszyć kogoś lub po prostu zrobić dobry, klimatyczny film grozy. Niestety pokłosiem tego trudu jest to, że dziewięć na dziesięć filmów w obrębie tego gatunku to absolutnie niestrawne gnioty, których nie da się oglądać. Niestety tak też jest tym razem.
Tytułowy (w oryginale) bohater, Johnny Frank Garrett (Devin Bonnée) zostaje skazany na śmierć. Przed wykonaniem wyroku odgraża się osobą odpowiedzialnym za skazanie go. Pozostawia po sobie także list, w którym przysięga im krwawą zemstę z zaświatów. Po egzekucji jeden z uczestniczących w sprawie przysięgłych, Adam Redman (Mike Doyle) nabiera przypuszczeń, że mężczyzna był niewinny. Tymczasem osoby uczestniczące w procesie zaczynają tajemniczo ginąć...
Jeśli oglądało się w życiu choć jeden słaby horror to mniej więcej można przypuszczać, co wydarzy się tutaj. I jak ogólnie będzie wykonane. Na kanwie prawdziwej historii (J.F. Garett istniał naprawdę) stworzono tragiczny, oparty na schematach film, który jest męczący, nudny, irytujący jednak w żadnej mierze nie jest straszny. Jedyną rzeczą odróżniającą go od zalewu innych podobnych produkcji jest taśma filmowa imitująca te z lat 70. czy początku 80. ubiegłego wieku, jednak taka ciekawostka nijak nie wpływa na ogólną jakość całości. To jest tak złe, że nawet szkoda pisać o konkretach - po prostu nie ma żadnej solidnie wykonanej rzeczy w tej produkcji. Także ostrzeżenie dla kinomanów - strzeżcie się nie tylko klątwy Garetta ale i filmu o nim. Zdecydowanie odradzam.
Life USA 2017 reż. Daniel Espinoza gatunek: sci-fi, horror zdjęcia: Seamus McGarvey muzyka: Jon Ekstrand
O tym filmie dowiedziałem się dopiero w dniu jego krajowej premiery. W sumie lubię produkcje na pograniczu fantastyki naukowej i horroru, czy to rozgrywające się na Ziemi, w kosmosie, czy na innych planetach więc uznałem, że może to być całkiem przyzwoita rozrywka. Nie oczekując wielkich rzeczy udałem się więc do kina, by poznać nowego obcego.
Współczesność - do orbitującej wokół Ziemi Międzynarodowej Stacji Kosmicznej docierają próbki badawcze z Marsa. Rory Adams (Ryan Reynolds) przechwytuje je z przestrzeni kosmicznej i powierza do zbadania Hugh Derry'emu (Ariyon Bakare), który odkrywa w nich pozaziemską formę życia. Jednak euforia załogi szybko mija, gdy szybko rosnący obcy zaczyna zagrażać pasażerom stacji. Kosmonauci (m.in. Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson, Olga Dychowiczna, Hiroyuki Sanada) muszą walczyć o życie.
Szybko dostrzegłem na seansie, że jednak nie jest to produkcja, która mnie usatysfakcjonuje. O ile lubię science fiction i zawsze chętnie obejrzę jakiś mądry film z tego gatunku, to nie cierpię czegoś takiego, co nazywam stupid fiction. A w tym przypadku mamy do czynienia właśnie z tym podgatunkiem. Film jest głupi, a zachowanie bohaterów bezsensowne. Naprawdę nie wiem czemu autorzy nie wpadli na to, że na stacji kosmicznej przebywają jedni z najmądrzejszych ludzi na świecie, a nie osobniki na pograniczu ułomności umysłowej. Tutaj niby mamy naukowców, ale zachowujących się jak mało rozgarnięte dzieci. Bardzo boli, że bohaterowie oprócz tego, że mają znane facjaty to nie reprezentują sobą niczego. Ciężko się przejmować losami bohaterów, jeśli nic o nich nie wiemy, praktycznie nikt nie ma jakiejś swojej choć marginalnej historii. Wiemy, że jednemu z kosmonautów urodziło się dziecko,a inny nie chce wracać na rodzimą planetę. I tyle. Niestety całość to też oklepane klisze z klasyków gatunku, jednak bardzo spłaszczone wzorem oryginałów i tracące przez to swoją jakość. To taka mieszanka Obcego, Cośi kilku innych produkcji, Niestety nie ma tu choćby części klimatu, jakie miały wyżej wymienione filmy. Także sama postać obcego jest skrajnie oklepana,a przy okazji źle wyglądająca. Po raz kolejny mamy do czynienia z jakąś pseudoośmirnicą ze śmiercionośnymi mackami, która porusza się rurami. Do tego końcówka, niby mająca spowodować efekt wow jest mocno przewidywalna. Ciężko mi się to oglądało. Nie polecam.
Obcy - 8. pasażer 'Nostromo' (Alien) USA, Wielka Brytania 1979 reż. Ridley Scott gatunek: horror, sci-fi zdjęcia: Derek Vanlint muzyka: Jerry Goldsmith
W maju do polskich i światowych kin zawita film Obcy: Przymierze, który będzie przybliżał nam uniwersum ksenomorfów. Co ciekawe 80. letni reżyser zapowiedział, że nie będzie to jednorazowy powrót, a planuje w sumie jeszcze pięć filmów o Obcym. Czy będą to zapowiedzi typu opowiadania Camerona o powstaniu Avatara 2,3,4, czy bajdurzenia Axla Rose'a o Chinese Democracy 2 i 3 ciężko stwierdzić, jednak zapowiedź tych filmów skłoniła mnie do odświeżenia sobie serii, z której w sumie nie wszystkie filmy widziałem.
Daleka przyszłość. Międzygalaktyczny statek handlowy 'Nostromo' powraca na Ziemię wraz z ładunkiem zabranym w innym punkcie Wszechświata. Załoga statku w pewnym momencie odbiera sygnał, po czym ląduje na planetoidzie, z której dochodził. Podczas rekonesansu jednego z członków załogi atakuje obca forma życia. Gdy na statku pojawia się ósmy pasażer regularna załoga musi stawić mu zagrożeniu.
Pamiętam, gdy lata temu kilkukrotnie oglądałem późną porą film na emitującym go Polsacie. To było uczucie, jakiego chyba żaden inny film u mnie nie powodował. Może to zasługa młodego wówczas wieku, może fakt, że ogląda się coś zakazanego (bo przecież z ikonką 18+), możliwe, że przez klaustrofobiczną ciasnotę całości i samą osobę Obcego. Nie wiem czemu, ale jednak fakt jest taki, że wiele razy towarzyszyło mi uczucie gęsiej skórki przy seansie przerywanym męczącymi reklamami. Od tego czasu jednak zdążyłem dorosnąć, obejrzeć ponad tysiąc filmów i inaczej odbierać medium filmowe. Dodatkowo po niemal 40 latach, jakie minęły od premiery filmu widać też, że pod pewnymi aspektami czas odcisnął swe bezlitosne piętno na produkcji Scotta. Przeważnie widać to w warstwie nie aktorskiej czy fiction, ale samej science. Statek kosmiczny wygląda dzisiaj bardzo przedpotopowo, a mamy przecież do czynienia z zaawansowaną technologią setki lat po czasach nam współczesnych. Jednak mimo że ta niedziesiejszość odbiera pewną przyjemność to i tak nie powoduje, że da się to oglądać po latach. Już oczywiście nie z taką samą satysfakcją grozy i klaustrofobicznego zaszczucia, jak przed laty ale jednak wciąż dobrze. Aż zazdroszczę tym poszczególnym okazom człowieka, które to jeszcze nie widziały tego filmu - może nie każdy go polubi, ale znać trzeba. A w przyszłości zamierzam kontynuować rendez-vous z Obcym.
Wśród twórców filmów japońskich sprzed pół wieku w świadomości obecnego widza dominują dwa nazwiska, które zawłaszczyły tamtejsze poletko filmowe na kilka dekad: legendarny Akira Kurosawa oraz Masaki Kobayashi. W tamtym okresie w tym kraju działało jednak kilku innych utalentowanych reżyserów, a wśród nich zmarły w 2012 roku w wieku stu lat Kaneto Shindô.
Japonia epoki Edo. Od lat trwają wyniszczające wojny klanów. By przeżyć i się wyżywić mieszkające na pustkowiu dwie kobiety: teściowa (Nobuko Otowa) i synowa (Jitsuko Yoshimura) utrzymują się z zabijania w zasadzkach przechodzących przez okolicę samurajów. Pewnego dnia z wojny wraca ich sąsiad, Hachi (Kei Satô). Mężczyzna przynosi wiadomość, że syn i mąż bohaterek zginął podczas wojennej zawieruchy...
Psychologiczny horror w realiach dawnej Japonii epoki niepokojów oparty na tamtejszych wierzeniach to był dla mnie całkiem obiecujący temat. Szczególnie, że obraz, który posiada bardzo dobrą średnią ocen na filmwebie (z którą to nie zawsze się jednak zgadzam) w połączeniu z czasem realizacji filmu,który przypadł na okres japońskiego prosperity filmowego. To musiało się udać i tym samym przypaść w moje gusta. Jednak po seansie mam pewne mieszane uczucia związane z tą produkcją.
Opowieść powstała na kanwie dawnej buddyjskiej opowieści ludowej i oparta jest na znalezionej przez bohaterkę pod koniec filmu masce. Niektórzy też dopatrują się powiązania tematyki i symboliki filmu z wydarzeniami z Hiroszimy i Nagasaki. Choć dopiero właśnie od czasu zobaczenia maski klimat robi się trochę z pogranicza kina grozy to samo jej wprowadzenie nie przysporzyło według mnie jakiegoś elementu strachu. Zwrócić uwagę zaś można do odważnej, jak na lata 60. w kinie (i to azjatyckim, dość konserwatywnym wówczas) pokazanie seksualności, potrzeb erotycznych i ogólnej golizny. Ten przekaz w połączeniu z klaustrofobicznym terenem działań bohaterów to główne plusy produkcji. Nieraz zastanawiałem się, jak ten film pięknie prezentowałby się w kolorze, jednak pod koniec filmu znałem, że dobrze jest tak, jak jest. Odcienie bieli i szarości produkują specyficzny, sugestywny klimat, przez co obraz prezentuje się świetnie. Także w sumie mimo zawiedzenia się na warstwie grozy (film reklamowany jako horror powinien ją posiadać) w kilku innych elementach mogę pochwalić produkcję. Więc najlepiej chyba obejrzeć i ocenić samemu.
Zemsta po latach (The Changeling) Kanada 1980 reż. Peter Medak gatunek: horror zdjęcia: John Coquillon muzyka: Rick Wilkins
Przyzwyczajony do powstających współcześnie taśmowo podobnych do siebie, schematycznych filmów grozy postanowiłem sięgnąć do produkcji sprzed lat, gdzie horrory wydawały się być trochę bardziej wysublimowane (żeby przytoczyć chociaż Omen, Ducha, Byt czy Egzorcyzmy lub Dziecko Rosemary). Jednak tym razem wybrałem seans trochę mniej znanego filmu.
Kompozytora Johna Russella (George C. Scott) spotyka życiowa tragedia - jego żona i córka giną na jego oczach w wypadku drogowym. Po kilku miesiącach zdruzgotany mężczyzna postanawia się przeprowadzić. Zajmująca się wynajmem zabytkowych nieruchomości Claire Norman (Trish Van Devere) znajduje mu przestronny, stary dom. Wkrótce Russell odkrywa, że posiadłość jest nawiedzona...
W obecnych czasach, w których od kilku dekad dominuje kult młodości bohaterami horrorów są przeważnie nastolatki, ewentualnie młode mamy etc. Opisywany właśnie klasyczny film grozy za głównego bohatera ma dorosłego mężczyznę po pięćdziesiątym roku życia. Jednak to chyba jeden z niewielu elementów wyróżniających ten film, dzięki którym jest on inny niż te powstające obecnie. Bo jeśli chodzi o wszystkie zabiegi i schematy mamy tutaj do czynienia z typowym horrorem typu dom, w którym straszy. A Russella i widzów straszy się tu za pomocą takich nowości, jak otwieranie drzwi, skrzypienie podług, hałasy ze strychu, walenie po rurach czy kołysanie się sufitu. Wychodzi na to, że oglądając jeden tego typu film można założyć, że widziało się już wszystko. Sama historia też jest bardzo prosta, choć jak na standardy gatunku całkiem przyzwoita. Chociaż dziwi mnie dlaczego samotny mężczyzna, po traumie straty rodziny wprowadza się do domu, gdzie mógłby spokojnie zamieszkać cały tabor Cyganów? Film broni się też scenami z medium, które wypadają przekonująco i ogląda się je dobrze. Muzyka, choć standardowa, jak dla gatunku też jest plusem dodatnim. Atmosfery strachu czy zaszczucia bohatera jednak specjalnie się nie odczuwa. Jest to raczej film dla zapalonych miłośników gatunku, niż dla wszystkich. Także fani horroru mogą się dobrze bawić i czuć, jak u siebie...w domu. Dla innych niekoniecznie.
Resident Evil 2: Apokalipsa (Resident Evil: Apocalypse) USA, Francja, Kanada, Niemcy, Wielka Brytania 2004 reż. Alexander Witt gatunek: horror, akcja zdjęcia: Derek Rogers muzyka: Jeff Danna
Niedawno opisałem pierwszy film z serii adaptacji gier Resident Evili przy tej okazji napisałem o powodach, dla których porwałem się na seans. Teraz realizując obietnice tam zawarte szybko zabrałem się za drugą część tej serii.
Alice (Milla Jovovich) wydostaje się z Ula i laboratorium korporacji Umberlla i wychodzi na powierzchnię Racoon City, które jest pogrążone w chaosie spowodowanym trwającą właśnie apokalipsą zombie. Wkrótce spotyka Jill Valentine (Sienna Guillory) i razem z nią próbuje wydostać się z miasta...
Będzie to jedna z krótszych notek na blogu. Uważam, że film, który posiada więcej państw koproducenckich niż punktów w ocenie od 1 do 10 nie zasługuje na zbyt długie rozpisywanie się. W dalszym ciągu jest mało klimatycznie, głupio, źle zagrane i równie marnie sfilmowane. Efekty specjalne są o jakieś dwie dekady opóźnione i całość całkiem nie dorównuje grze. Mimo wszystko według mnie druga część jest nieznacznie lepsza niż poprzedniczka. Może dlatego, że tutaj posiada choć trochę szczątkowej fabuły (w małym stopniu nawiązującą do gier, choć znany z trzeciej części Nemesis tutaj jest tylko marnym cieniem siebie) i mało wyszukany lecz występujący humor. Jednak dalej jest to po prostu słaby film, do którego lepiej nie zasiadać. Nie wiem czy wytrzymam kolejną część.
Od czasu zagrania w przed niemal dwoma dekadami w drugą część Residenta jestem umiarkowanym fanem serii gier japońskiego Capomu. Z okazji wypadającej właśnie premiery siódmej numerowanej części gry oraz nadchodzącej, podobno ostatniej części filmowych przygód granej przez Jovovich Alice postanowiłem sięgnąć po pierwszy film z logo RE.
W znajdującym się głęboko pod ziemią tajnym ośrodku badawczym zwanym Ulem dochodzi do zakażenia biologicznego. Zarządzająca jednostką sztuczna inteligencja postanawia wybić pracowników znajdujących się na miejscu, by nie doprowadzić do przedostania się skażenia. Po pewnym czasie na miejsce przybywa oddział sił specjalnych, a w raz z nim Alice (Milla Jovovich)...
Do tego filmu jako entuzjasta serii gier podchodziłem cyklicznie już kilka razy w ostatniej dekadzie. Nigdy jednak nie udało mi się go obejrzeć w całości. Do dzisiaj, gdyż postanowiłem w oczekiwaniu na kolejną część gry wreszcie zapoznać się z serią filmową uznając, że może następne części wypadną dla mnie lepiej. I tym razem udało mi się wytrwać te 100 minut przed ekranem i poznać całą historię, jaką ma do zaoferowania Anderson. Obraz ten tylko utrzymał mnie, że język gier jest praktycznie nieprzetłumaczalny na język filmu - po prostu coś, co nawet wypadałoby dobrze na ekranie gracza nijak nie prezentuje się zachęcająco w aktorskiej obróbce dla widza (nawet lubiącego gry). Niestety film Andersona choć operuje kilkoma zbieżnymi z grami nazwami i tematami wydaje mi się, że nijak ma się do tej atmosfery, jaką mamy w cyklu Conami (porównując pierwszą część gry z pierwszą częścią filmu dostajemy przecież całkiem coś rozbieżnego). Do tego zupełnego braku klimatu i atmosfery survivalu dochodzą fatalnie wykonane zombie, wymyślona na kolanie fabuła, tragiczna gra aktorska (kiedyś myślałem, że Jovovich będzie stać na więcej, jednak zaszufladkowała się w tandecie) oraz archaiczne (nawet jak na tamte czasy) efekty specjalne. Dostajemy zatem potworka, który aspirował pewnie do bycia czymś zupełnie innym niż w rezultacie jest. Dziwią mnie więc te całkiem optymistyczne oceny ludzi, ja nie widzę w tym filmie nic zapadającego w pamięć. Jednak zamierzam już niebawem katować się kolejnymi częściami serii - może będzie lepiej?
Wędrując po meandrach kinematografii od czasu do czasu trafia mi się do obejrzenia japoński film grozy. Wielu uważa, że azjatyckie horrory to te najstraszniejsze i posiadające najlepszy klimat, zaś Japonia tworzy tego typu produkcje masowo i za sprawą choćby serii Ringu czy Ju-on wielu twórców może jeździć na rozpoznawalnej w świecie marce. Niestety jak się okazuje, że tak jak nie każdy czarny musi dobrze grać na basie, tak i nie każdy japoński reżyser potrafi solidnie przestraszyć.
Początkująca aktorka Nagisa Sugiura (Yûka) wierzy w reinkarnację i jest pewna, że w poprzednim życiu została zamordowana. Aby spróbować przypomnieć sobie to uczucie staruje w castingach na role postaci, które giną w czasie filmu. Pewnego razu zostaje zaangażowana do filmu, który opowiada prawdziwą historię masowego mordu w hotelu...
Filmów grozy, których akcja rozgrywa się w nawiedzonych hotelach było w historii kina już całkiem sporo. Do najsłynniejszych należą na pewno adaptacje prozy Stephena Kinga: Lśnienie i 1408, całkiem sporo było też filmów, gdzie głównym strachem były lalki: choćby seria Laleczka Chucky czy spin off Obecności, czyli Annabelle. Tutaj zaś twórcy zdecydowali się trochę połączyć nawiedzone hotele i równie nawiedzone lalki dodając do tego jeszcze kilka elementów. I co? I nic. Naprawdę nie ma w tym filmie moim zdaniem żadnego fragmentu, który w jakiś stopniu jest straszny czy chociaż w jakimś stopniu niepokojący. Niestety nic nie trzymało mnie przed ekranem - ani nieciekawi, nie dający się lubić bohaterowie czy wcielający się w nich postaci, niemrawa skacząca fabuła, brak jakiejś atmosfery tajemnicy czy napięcia,a już na pewno nie same strachy, które są oklepane i nudne. Jedyne co nie odstaje od normy to muzyka, która jest odpowiednia do gatunku, jednak nie jest też nic, czego wcześniej nie słyszeliśmy w filmach grozy.
Także oczekiwałem czegoś lepszego, filmu będącego chociaż średniakiem. Niestety jest duże rozczarowanie i odradzam tym, którzy nie są fanatykami azjatyckich straszaków.
Austopsja Jane Doe (The Autopsy of Jane Doe) Wielka Brytania 2016 reż. André Øvredal gatunek: horror zdjęcia: Roman Osin muzyka: Danny Bensi
Chociaż zazwyczaj bardzo surowo oceniam horroru nie powiedziałbym, że nie lubię tego gatunku. W sumie bardzo go lubię, tylko nie moją winą jest, że jakość zdecydowanej większości jego przedstawicieli jest mocno słaba. Jednak czasem trafiają się perełki, takie, jak Czarownicaczy koreański Lament. Zachęcony zwiastunem postanowiłem wybrać się więc na ten brytyjski film grozy licząc, że i tym razem czeka mnie dobry seans.
Do domu koronera Tommy'ego Tildena (Brian Cox) i pomagającemu mu w pracy syna Austina (Emile Hirsch) policjanci przywożą niezidentyfikowane ciało młodej kobiety (Olwen Catherine Kelly) prosząc o wykonanie sekcji zwłok, by można ustalić przyczyny jej śmierci. Mężczyźni od razu zabierają się do pracy w znajdującym się w domu prosektorium. Szybko dochodzą do zaskakujących wniosków na temat znajdującego się na stole sekcyjnym ciała...
W wielu filmach oglądaliśmy już fragmenty sekcji zwłok i wysłuchiwaliśmy tyrad pochylających się nad ciałami lekarzy-patologów. Jednak przeważnie były to tylko krótkie fragmenty filmów, a niemal nigdy sam proces sekcji nie był tematem przewodnim filmu. A szkoda. Jednak twórcy tego filmu postanowili to zmienić, choć urozmaicając to horrorowym kinem gatunkowym. Pierwsza część filmu mimo wszystko to sumienna, naukowa robota, która niczym zapewne nie odbiega od prawdziwych procedur podczas sekcji. Później zaś zaczynają się dziać dziwne rzeczy, dochodzi do pewnej paranormalnej aktywności i robi się z tego już normalny horror. Co jednak cieszy jest to horror (porównując to z innymi filmami z tego gatunku) wciąż dość inteligentny przeznaczony raczej dla bardziej wymagającego widza. Choć trzeba pożegnać się z prawidłami natury (konwencja tego wymaga), to nikt nie robi tu z widza debila, a sceny straszne są bardzo odpowiednio dawkowane. Nie mamy tu do czynienia z jump scare'ami, a napięcie i groza dozowane jest stopniowo, nieraz zaś wiemy,że zaraz coś złego się wydarzy i po prostu na to czekamy. A chyba świadomość grozy jest bardziej straszna niż później sama groza więc mi to odpowiada. Mimo to w kilku scenach wychodzi fakt, że fabuła jest grubymi nićmi szyta, jest kilka sprzeczności i nieświadomych niedopowiedzeń czy braku drążenia wydawałoby się wcześniej ważnych tematów. Jednak i tak uważam, że ten niskobudżetowy brytyjski film jest jednym z lepszych filmów gatunku ostatnich kilku lat. Warto obejrzeć. Szczególnie, że twórcy pokazali, że można stworzyć dobry film grozy korzystając z małej przestrzeni i skromnej liczby bohaterów.
Frankenstein USA 1931 reż. James Whale gatunek: horror
Dracula, King Kong, Mumia, Frankenstein - dzisiaj postaci te to standardowi bohaterowie filmów grozy i science fiction. Jednak nie jest to bynajmniej wytwór współczesnej filmografii, gdyż nie dość, że większość klasycznych potworów to wcześniejsi bohaterowie literaccy, to jeszcze zostali zaadoptowani na potrzeby kina dawno, dawno temu. Dzisiaj krótko o legendarnym filmie z kanoniczną rolą Borisa Karloffa.
Doktor Henry Frankenstein (Colin Clive) wraz ze swym sługą Fritzem (Dwight Frye) tworzą z ludzkich szczątek potwora (Boris Karloff). Na skutek wypadku monstrum otrzymuje mózg przestępcy...Tymczasem zbliża się ślub doktora z piękną Elizabeth (Mae Clarke), która wraz z jego przyjacielem (John Boles) rusza odciągnąć go od eksperymentów...
Opisywany właśnie film to kawał historii światowego kina. Zbliżający się do osiągnięcia dziewięćdziesięciu lat film ze stajni Universal był jednym z wielu w tamtych czasach monster movies tworzonych przez to studio. Do dzisiaj mówiąc Frankenstein w świadomości widza pojawia się filmowy wizerunek Borisa Karloffa z tego filmu z 1931 roku. Chociaż kręcona w studio adaptacja XIX wiecznej powieści Mary Shelley oglądana dzisiaj trąci już myszką okazując oznaki zestarzenia dalej jest jak najbardziej przyswajalna dla obecnego widza. Trochę szwankuje samo przedstawienie tragicznych w książce losów monstrum, tutaj ukazanego bez odrobiny człowieczeństwa.
Przed ponad osiemdziesięcioma laty film ten musiał robić na ówczesnych widzach kolosalne wrażenie, którego siłą rzeczy dzisiaj wywołać nie może. Jednak kilka motywów, które zainaugurowane zostały w tym filmie występowały w horrorach przez wiele następnych lat. Obecnie dalej to wciąż strawny film, którego oglądanie nie boli. Dla fanów opowieści grozy pozycja obowiązkowa.
Lament (Gok-seong) Korea Południowa 2016 reż. Hong-jin Na
gatunek: thriller, horror
Od jakiegoś czasu jestem jawnym fanem południowokoreańskiego kina, które stopniowo próbuję polecać także przy pomocy tego bloga. Oczywiście filmy z Korei są tak różne nie tylko od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni oglądać w Polsce, ale i od siebie nawzajem, że ciężko o wrzucanie wszystkiego tworzonego w tym kraju do jednego wora. Dlatego też sam staram się eksperymentować z tamtejszą różnorodnością, czego przykładem są bardzo skrajne oceny, gdyż przeważnie albo jakiś film budzi we mnie zachwyt, albo też odbijam się od niego, jak od ściany. Chociaż poprzednie filmy Hong-jin Na oceniłem raczej średnio to dałem mu kolejną szansę. I tym razem się nie zawiodłem!
Jong-goo (Do-Won Kwak) jest fajtłapowatym policjantem z prowincjonalnego miasteczka. Gdy w wiosce dochodzi do fali zbrodni, podczas których nagle owrzodziali ludzie zabijają swoich bliskich rozpoczyna on swe śledztwo. Początkowo ignoruje plotki miejscowych, mówiące, że za wydarzeniami w wiosce stoi przybyły niedawno do okolicy, zamieszkały w lesie starszy Japończyk (Jun Kunimura). Po tym, gdy Jong-goo odwiedza chatkę przybysza jego córka (Hwan-hee Kim) zapada na tajemniczą chorobę. Za radą teściowej Jong-goo wzywa szamana (Jeong-min Hwang). Tymczasem w wiosce pojawia się tajemnicza kobieta (Woo-hee Cheon)...
Spotkałem się z wieloma opiniami różnych recenzentów dotyczących opisywanego właśnie filmu. Wszyscy byli nim zachwyceni i uznali go zgodnie, za jeden z lepszych filmów tego roku. W zeszłym tygodniu Lament miał swą premierę kinową i sam udałem się wczoraj do jedynego studyjnego kina w okolicy, które to wyświetla produkcję (tylko przez weekend). Oczywiście żaden multipleks nie zainteresował się nawet jednorazowym pokazem specjalnym, mimo świetnych recenzji i zachwytów płynących z każdej ze stron. Należy dodać do tego, że ten weekend nie przyniósł nam wyczekiwanych premier, na które każdy kinomaniak wyczekiwał od pierwszej zapowiedzi. Od piątku w multipleksach z nowych rzeczy leci tak oczekiwany i zapewne genialny tytuł, jak Firmowa gwiazdka. Poza tym wyświetla się m.in. liczącą niemal rok Planetę singli. Tymczasem dla opisywanego właśnie filmu miejsca brak. Szkoda słów.
Poprzednie filmy Hong-jin Na (W pogonii Morze żółte) niewątpliwie posiadały potencjał, niestety nie został on w pełni wykorzystany, przez co filmy te miały dużo mankamentów. Jednak tym razem reżyser stworzył film niemal kompletny. Podobno produkcja trwała aż rok, jednak dla takich efektów warto było czekać (Na zamilkł twórczo od czasu ostatniego filmu na długie sześć lat). Film jest zrealizowany po prostu fantastycznie. Począwszy od cudownych plenerów, po świetne ujęcia i prace kamery, muzykę, aktorstwo, scenografię po montaż i sposób przedstawienia tygla kulturowego, gdzie chrześcijaństwo spotyka buddyzm i szamanizm (bo w Korei, co ciekawe religijne dominuje właśnie chrześcijaństwo, które jednak egzystuje obok tradycyjnego buddyzmu, czy nawet szamanizmu). Film zaczyna się jako rasowy thriller kryminalny, jednak szybko przechodzi w horror satanistyczny. Horror jednak bez efektów straszenia poprzez wyskakujące potwory i towarzyszącą temu szokową muzykę, jest o wiele bardziej wysublimowanie. Mamy tutaj do czynienia ze znanymi z mitologii koreańskich (i japońskich) symboli, trochę też zaczerpnięto z symboliki chrześcijańskiej. Do tego obłędne sceny, takie jak szamańskie rytuały zapadają w pamięć na długo.
Oczywiście wciąż nie jest to film dla każdego. Koreańskie kino katuje świeżych widzów długim montażem (rzadko poniżej 2 godzin, tutaj zaś niemal 2:40), co dla Zachodniego widza typowe było w Złotych Latach Hollywood, lecz nie dziś. Poza tym specyficzny koreański temperament i maniera (tytuł filmu zresztą bardzo odpowiedni: bohaterowie często płaczą, płacz ten przeradza się w wycie, jakby nie patrzeć lamentu tu dużo) dla nieobytych z tym kinem może okazać się trudny do przyjęcia. Sama fajtłapowata praca policji, tak jak i tutaj zdarzała się w innych koreańskich filmach. To pokłosie lat 80. (gdzie przy tamtejszych policjantach nasze ZOMO może się jawić jako harcerstwo), od czasu których ufność do kompetencji tych służb jest w kraju znikoma. Dlatego też na pierwszy koreański film Lament może nie być zbyt szczęśliwym wyborem.
Jeśli jednak wcześniej widziało się kilka tamtejszych produkcji, i kupuje się tego typu kino to opisywany film to produkcja obowiązkowa! Jak dla mnie kandydat do jednego z najlepszych filmów roku, zawierający wszystko, co dobry film powinien mieć. Typowo koreańska hybryda gatunkowa, do której w myślach będzie wracać się długo po seansie! Trzeba zobaczyć.
The Ring - Krąg 0. Narodziny (Ringu 0: Bâsudei) Japonia 2000 reż. Norio Tsuruta gatunek: dramat, horror
Dla większości nawet niedzielnych miłośników filmu znana jest seria Ringu, zapewne dzięki hollywoodzkiemu remake'owi z Naomi Watts w roli głównej. Ringu jak i amerykański Ring są moim zdaniem jednymi z najlepszych horrorów, jakie powstały,ich kontynuacja także stoi na całkiem przyzwoitym (choć gorszym od podstawowej historii) poziomie, a Zachodnia wersja, co dziwne podobała mi się nawet chyba bardziej. Także do filmu będącego prequelem jedynki podchodziłem z pewnymi nadziejami, że znowu obejrzę przyzwoity film z tej serii.
Sadako (Yukie Nakama) chodzi do szkoły średniej. Nieakceptowana przez rówieśników zapisuje się do kółka teatralnego, które przygotowuje aktualnie przedstawienie. Odtwórczyni głównej roli wkrótce potem ginie w dziwnych okolicznościach. Reżyser decyduje się przekazać jej rolę Sadako...
Totalnie zawiodłem się na tym filmie. Jeśli w oryginale po obejrzeniu kasety umierało się po siedmiu dni, to po obejrzeniu tego filmu trzeba będzie dochodzić przez siedem dni do siebie odzyskując powoli chęć na obejrzenie jakiegokolwiek filmu. To co zaserwował nam tutaj Tsuruta woła o pomstę do nieba. Nawet nie będę wypisywał minusów skupiając się tylko na plusach. A że plusów nie ma to i tę część pominę. Dostajemy niestraszny horror pozbawiony sensu i klimatu, doprawiony jakimś pseudodramatem głównej bohaterki, która zachowuje się jak prekursor emo. Zmuszałem się do oglądania kolejnych scen tej 100 minutowej produkcji, choć i tak zajęło mi to dwa dni. Niestety tym filmem producenci chcieli połasić się na łatwy pieniądz fundując widzom niesamowity bubel. Aż strach pomyśleć, jak wyglądaj kolejne filmy żerujące na naprawdę dobrym oryginalnym pomysłem zaczerpniętym z książki Suzukiego. Ale biorąc pod uwagę sam tytuł Jason vs Sadako czy Sadako vs Kayako musi to być bardzo wysublimowana rozrywka zarezerwowana tylko dla nielicznej elity intelektualnej...A co do opisywanego filmu - stanowczo odradzam!