piątek, 26 grudnia 2014

Zabili go i uciekł

Ujrzałem diabła (I saw the devil)
Korea Południowa 2010
reż. Jee-woon Kim
gatunek: thriller
zdjęcia: Mogae Lee
muzyka: Mowg

Pierwsze sceny produkcji Kima przypominały mi swym klimatem Fargo braci Coen. Mieliśmy tutaj jako scenerię zaśnieżone mroczne pustkowie, które ogarnięte było ze wszystkich stron śniegiem. Nie powiem - początek bardzo klimatyczny. Zachęcało to do dalszego oglądania tego dwuipółgodzinnego filmu. Sama scena porwania i zabójstwa też niczego sobie. Niestety potem było już tylko gorzej, a o fakcie, że to jednak nie Fargo  dowiadujemy się nadzwyczaj szybko.


Ujrzałem diabła  mamy do czynienia z falą niczego nie umotywowanej przemocy, która razi i szokuje widza od początku do końca.
Tytułowy diabeł Keyong-cheol Jang (znany np. z Oldboya Min-sik Choi) podróżuje po bezdrożach w celu pochwycenia i mordowania ludzi. Kiedy porywa i zabija młodą dziewczynę wpada w kłopoty, gdyż ta okazuje się być narzeczoną agenta koreańskich służb specjalnych - Soo-hyeon Kima (Byung-hun Lee). Ten postanawia dokonać na mordercy zemsty. Jednak nie chce go zabić od razu, lecz dopada go, bije, po czym wypuszcza, a później ta sytuacja się powtarza...


Niezbyt rozumiem na czym opierają się założenia fabularne filmu i przesłanki, jakie kierują głównymi bohaterami. Zarówno zachowanie polującego na diabła Kima, jak i zamieniającego się z łowcy w zwierzynę Janga są nieracjonalne. Sam Jang podróżuje bez większego celu mordując każdego, kto nawinie mu się pod nóż/kij/cokolwiek innego, a jego oprawca znajdujący go zawsze przed policją dopada go, bije czy wręcz masakruje i odjeżdża. Masakry odbywają się zazwyczaj kombinacją torba do duszenia - pięści - noże -gazrurka - kamień - wbicie śrubokręta w kończynę, co nie powoduje większego rezultatu w postaci zgonu.
W zamierzeniu film miał być pokazem przemocy i wpajanego nam od podstawówki stwierdzenia przemoc rodzi przemoc, ale w rezultacie wyszedł zwyczajnie głupi film o zemście, pełen sadystycznych scen i irracjonalnych zdarzeń.
Chociaż scenę w taksówce zobaczyć warto.


wtorek, 23 grudnia 2014

Biegiem przez dżunglę

Apocalypto
USA 2006
reż. Mel Gibson
gatunek: dramat, przygodowy
zdjęcia: Dean Semler
muzyka: James Horner

Jako reżyser Mel Gibson znany jest głównie z Braveheart oraz Pasji. Zarówno w jednym jak i drugim dziele Australijczyk obrazowo i sugestywnie przedstawia świat w jakim żyją jego bohaterowie. W filmach tych widać perfekcjonizm reżysera (w którym innym filmie biblijnym aktorzy mówią po łacinie czy aramejsku?) oraz dbałość o detale - brutalność w brutalnych scenach jest po prostu brutalna i tyle. Nie inaczej jest z mniej kojarzonym filmem Gibsona - Apocalypto. Reżyser przenosi nas tutaj w ostatnie lata trwania cywilizacji Majów, cywilizacji tajemniczej, brutalnej ale też w tym wszystkim bardzo ciekawej. Bohaterowie tej produkcji mówią w starożytnym języku Majów - Yucatec




Bohaterem filmu jest Łapa Jaguara (Rudy Youngblood), który żyje wraz z ciężarną żoną i synem w wiosce w dżungli. Jako syn dowódcy drużyny łowców wiedzie udane życie w osadzie. Wszystko jednak zmienia się pewnego ranka, gdy wioskę atakują łowcy głów. Łapa Jaguara ukrywa żonę i dziecko w wielkim dole nieopodal wioski, po czym rzuca się w wir walki. Walki z góry skazanej na porażkę, gdyż doborowy oddział najeźdźców masakruje osadę, a ocalałych przy życiu mieszkańców z Jaguarem włącznie bierze w niewolę. Zaczyna się ciężka podróż do miasta...


Gibson zrobił solidne kino drogi, gdzie wszystko idzie po sznurku zgodnie z zasadą 'tam i z powrotem', jednak z kilku powodów każda ze stron podróży bohatera będzie wyglądała inaczej. 
Jest to film, w którym mam wrażenie pada więcej trupów niż zdań złożonych, a doliczyłem się 114 ofiar.
Jednak dzięki cudownej pracy kamery każde niemal ujęcie jest perfekcyjne, wszystko zdaje się być tam, gdzie powinno. Brak rozbudowanych dialogów nie jest tu wadą. 
Jeśli ktoś chce zobaczyć w miarę wiarygodny obraz świata Majów, gdzie pierwszy biały człowiek dopiero wkrótce ma się pojawić to jest dla niego pozycja jak znalazł. Chyba, że przerazi go duża dawka bezkompromisowej brutalności.



.

piątek, 14 listopada 2014

Kłopoty to jego specjalność

Chinatown
USA 1974
reż. Roman Polański
gatunek: czarny kryminał
zdjęcia: John A. Alonzo
muzyka: Jerry Goldsmith

Wiele osób tęskni dzisiaj za klasycznymi kinami w stylu noire. Do tego gatunku aspiruje wszak m.in. seria Sin City, jednak brak w niej ducha standardowych produkcji tego typu. Od czasu L.A. Confidential z Kevinem Spacey'em w roli głównej nie mieliśmy okazji oglądać dobrego kina z tego podgatunku kryminału.
Dla wielu ostatnim duchowym następcą klasyków z Humphreyem Bogartem w rolach głównych był właśnie opisywany tutaj film Romana Polańskiego. Reżyser stara się tworzyć kino gatunkowe i wśród różnych gatunków, jakich filmowania się podjął w 1974 roku wybór padł właśnie na film noire.

Akcja filmu toczy się w 1937 roku w Los Angeles. Poznajemy tutaj sztandarową postać gatunku - samotnego detektywa o nazwisku J.J. Gittes. W tej roli świetnie spisał się (jak zwykle zresztą) Jack Nicholson. Gittes dostaje zlecenie od Idy Sesion, która nakazuje mu śledzić swego męża, którego oskarża o niewierność. Wkrótce jednak okazuje się, że zlecająca osoba tylko podszywa się pod żonę tego prominentnego człowieka, a on sam zostaje znaleziony martwy w dziwnych okolicznościach...


Fabuła filmu podażą zgodnie ściśle określonych ramach, które determinują cały gatunek czarnego kryminału, czy to tego filmowego, czy książkowego (wszak największe tryumfy kino noire święciło przenosząc na ekran prozę Raymonda Chandlera). Mamy tutaj szereg schematycznych postaci, które pojawiają się w każdej tego typu opowieści: zgorzkniały detektyw, tajemnicza femme fatale, zepsuty mafioso z szajką na swych usługach czy błądzący po omacku policjant. Ciężko tu odróżnić dobro od zła, nic nie jest tu po prostu czarne lub białe, dominują różne odcienie szarości. Widz wie, że każdy wybór Gittesa to wybór nie mniejszego zła. 


Polański w tej produkcji oddał hołd kinu oraz literaturze noire. Przeniósł wszystko co najlepsze w tym temacie na ekran odkurzając ten gatunek po latach ze wszystkimi plusami, jak i minusami jego funkcjonowania. Dla fanów tego typu kina pozycja kultowa oraz obowiązkowa, natomiast dla reszty może on się okazać mocno czerstwym produktem. Ja jako fan gatunku jestem jednak jak najbardziej na tak! Przedwojenne Los Angeles przeniesione na ekran za sprawą Polańskiego warte jest obejrzenia. 





niedziela, 2 listopada 2014

Transhumanizm

Transcendencja (Transcendence)
USA 2014
reż. Wally Pfister
gatunek: S-F, dramat
zdjęcia: Jess Hall
muzyka: Mychael Danna


Transcendencja to film o potędze nauki i miłości w jednym. Doktor Will Caster (Johnny Depp) jest naukowcem, a  jego praca opiera się na stworzeniu sztucznej inteligencji, która posiadałaby świadomość. Lecz czym tak naprawdę jest owa świadomość? I czy urządzenie komputerowe może je posiadać? Po latach pracy okazuje się, że najwidoczniej może. Jednak powstający projekt budzi kontrowersje szczególnie wśród grupy terrorystycznej, która sprzeciwia się badaniom nad sztuczną inteligencją, w obawie, że projekt badawczy może przynieść więcej strat niż korzyści dla społeczeństwa.



  Po jednym z wystąpień na którym wygłasza swój wykład główny bohater zostaje zaatakowany, na skutek którego wydarzenia umiera.  Jego ukochana i wierna żona nie może się pogodzić z odejściem męża, dlatego postanawia wykorzystać jego maszynę, by umieścić w niej umysł swojej wielkiej miłości. Mimo że Will umiera, jego umysł i świadomość zostaje w komputerze, co daje możliwość na komunikowanie się ze swoją żoną.
Po podłączeniu umysłu bohatera do sieci internetowej, małżeństwo pełne wiary w lepszy świat, postanawia go zmienić i naprawić, w czym ciągle przeszkadza im grupa terrorystyczna, która chce unicestwić szybki postęp dokonań naukowców. Jak toczą się losy głównych bohaterów, czy zmienią świat na lepsze, czy ktoś im przeszkodzi i czy komputer może mieć swoją świadomość? To pozostawiam dla oglądających, by cierpliwie doczekali końca. 


Film nie tylko opowiada o miłości dójki ludzi do siebie i ich bezgranicznemu zaufaniu i oddaniu, ale także zmusza do głębszej refleksji. Po obejrzeniu projekcji, widz powinien zadać sobie serię pytań. Po pierwsze: dokąd zmierza era Internetu? Czy ingerencja maszyn w życie człowieka jest dobra? Gdzie jest granica moralna i etyczna między życiem człowieka, a wbudowaniem naszego umysłu i świadomości do komputera? Czy szybko postępujący rozwój technologiczny nie wyprzedza myślenia człowieka, przez co przejmuje nad nim kontrolę? Te i inne pytania zostawiam dla oglądających!




niedziela, 5 października 2014

Gdzie się podziała Belén?

La Cara oculta
Hiszpania, Kolumbia 2011
reż. Andrés Baiz
gatunek: thriller
zdjęcia: Josep M. Civit
muzyka: Federico Jusid

Adrián (w tej roli Quim Gutiérrez) jest dyrygentem filharmonii. Gdy dostaję ofertę pracy przeprowadza się z Hiszpanii do stolicy Kolumbii - Bogoty. Wraz z nim do nowego kraju jedzie jego dziewczyna - Belén (Clara Lago). Razem wynajmują stojący samotnie dom w oddali od miasta. W pewnym momencie dziewczyna znika, zostawiając dyrygentowi enigmatyczne nagranie, w którym oznajmia swe odejście. Adrián szybko znajduje pocieszenie w osobie młodej barmanki Fabiany (Martina García)...


Film Baiza jest zręcznie przygotowanym thrillerem, jednak trochę zmniejsza napięcie, gdy już w połowie swego trwania zdradza wiele szczegółów fabularnych. Wtedy już wiemy co zdarzyło się z Belén i poznajemy szybko wcześniejsze wydarzenia z jej perspektywy, by na końcu poznać zakończenie historii. Historii, która ogólnie została wymyślona dość zgrabnie i z przyjemnością śledzi się wydarzenia mające miejsce na ekranie. W śledzeniu tym pomaga główne aktorskie trio, które jest bardzo wiarygodne i spełnia pokładane przez widza nadzieje na zobaczenie dobrej gry. 
Baiz pokazuje wiele całkiem odważnych scen, mamy tu i nagość i sceny seksu, wszystko to jednak dobrze komponuje się z fabułą i nic nie jest dodane na siłę. A tej odwagi coraz częściej brakuje w hollywoodzkich produkcjach. Dzięki reżyserowi widz ma możliwość zaznajomić się dokładniej z dwoma zdolnymi aktorkami, za co duży plus :)
Sama akcja głównie toczy się w wynajmowanym przez Adriána domu oraz w filharmonii, jednak jest też miejsce na pokazanie Bogoty z kilku kadrów z lotu ptaka. Miasto i jego usytuowanie robi przepiękne wrażenie i przynajmniej ja chętnie bym kiedyś poznał te rejony. 

Ta hiszpańsko-kolumbijska koprodukcja na pewno nie zasługuje na miano thrillera doskonałego jednak potrafi się obronić ciekawym pomysłem, dobrze dobraną obsadą oraz samą realizacją. Jeśli ktoś jest fanem kina europejskiego (a zwłaszcza hiszpańskiego), lubi ten gatunek filmowy oraz ceni sobie obecność młodych, pięknych i utalentowanych aktorek jest to produkcja dla niego! 90 minut filmu przejdzie szybko w oczekiwaniu na poznanie prawdy o losach Belén, Fabiany oraz Adriána.




piątek, 3 października 2014

Ranking Tygodnia 3

To już trzeci tygodniowy ranking, zbliżamy się powoli do czwartego zestawienia i tym samym też do Rankingu Miesiąca.
W tym tygodniu czas pozwolił tylko na cztery produkcje, ale były to jednak rzeczy powyżej przeciętnej, które przeważnie mogłyby się śmiało ubiegać o wysokie miejsca w tygodniu poprzednim. Tak więc oto mój subiektywny ranking z ostatnich siedmiu dni.

Ranking Tygodnia 3: 

                                                            1. Frantic (Francja, USA, 1988) 









Co zrobić z niechcianym sobowtórem?

The Double
Wielka Brytania 2013
reż. Richard Ayoade
gatunek: dramat
zdjęcia: Erik Wilson
muzyka: Andrew Hewitt

Zamknięty w sobie Simon (w tej roli znany z The Social Network czy Zombieland Jesse Eisenberg) pracuje w fabryce. Żyje w alienacji od świata, jest niedoceniany w pracy, wyszydzany przez matkę oraz ignorowany przez kobietę, w której jest zakochany (Mia Wasikowska). Jednak nie umie lub nie chce zmienić stanu rzeczy. W pewnym momencie w fabryce, w której pracuje Simon zostaje zatrudniony niejaki James - osoba, która wygląda i ubiera się zupełnie jak Simon, lecz ma całkiem odmienny od niego charakter.


Ayoade obsadził w dwóch głównych rola Eisenberga i dobrze na tym wyszedł. Obserwując zachowanie zarówno Simona, jak i Jamesa widzimy, że mamy do czynienia z tą samą, ale jednak kompletnie inną osobą. Swą grą aktorską fantastycznie oddaje on kontrasty, jakie dzielą obie te postaci. Rola Eisenberga jest na pewno najmocniejszym punktem produkcji.
Drugim walorem, który wzbudza uwagę widza jest świat przedstawiony w filmie. Mamy tu do czynienia z mieszanką Orwella i Kafki. Świat jest tu zły i tajemniczy, niby rzecz dzieje się praktycznie w naszej rzeczywistości, jednak każdy już po kilkunastu minutach może stwierdzić, że na pewno nie chciałby spędzić w tym świecie swego życia. Wieczne kontrole, szarość i podporządkowanie się pracy to jedyne perspektywy, jakie czekają tu na ludzi pokroju Jamesa.

Fabuła zostawia nam wiele niedopowiedzeń i nie daje pod koniec odpowiedzi na wszystkie pytania dociekliwych widzów. Zostawia to furtkę do domysłów, jednak ja skończyłem seans z pewnym brakiem satysfakcji. The Double na pewno nie jest też filmem przegadanym, mało w nim dialogów, dominują półsłówka podparte gestykulacją czy mimiką. Całość tworzy dość smętną atmosferę.
Ogólnie mam trudności co do oceny tej produkcji, gdyż jednak ewidentnie czegoś jej brakuje. Sama kreacja Eisenberga i ciekawy świat nie ratuje filmu, który jak dla mnie jest jednak tylko trochę powyżej średniaka. Znajdą się pewnie ludzie, którzy docenią film Ayoade, ale dla większości może to być nie do przebrnięcia. Sam tą zaledwie 90 minutową produkcję oglądałem na dwa razy. Może kogoś zachęci fakt, że inspiracją dla autorów było opowiadanie Dostojewiego pod tytułem Sobowtór.





Jim Morrison dziwnym człowiekiem był

The Doors
USA 1991
reż. Oliver Stone
gatunek: biograficzny, muzyczny
zdjęcia: Robert Richardson
muzyka: The Doors

W 20 lat po przedwczesnej śmierci lidera grupy The Doors Jima Morrisona Oliver Stone postanowił przenieść na ekran historię tej znaczącej grupy.
Widzowie mają okazję zobaczyć jak funkcjonował zespół od czasu założenia, aż do samego końca.
Główną rolę otrzymał Val Kilmer, który wywiązał się z zadania znakomicie. Pod względem wyglądu jest bardzo podobny do Morrisona, dzięki czemu widz nie czuje, że śledzi grę aktorską, tylko ma wrażenie, że uczestniczy w życiu prawdziwego Jima. A w biografiach osób, które żyły w XX wieku musi następować podobizna wizerunku aktora z odtwarzaną przez niego postacią. To już nie jest Juliusz Cezar, Jezus czy Władysław Jagiełło, gdzie producenci mają swobodę pewnej swej interpretacji postaci, tylko mamy do czynienia z osobą, która żyła jeszcze niedawno i jest licznie udokumentowana za pomocą zdjęć i wideo.
Oprócz samego wyglądu należy pochwalić Kilmera za wręcz tytaniczną pracę, jakiej dokonał ucząc się śpiewać tak, jak Morrison. W wielu biografiach dodaje się prawdziwy głos bohatera, o którym opowiada film, tutaj jednak nikt nie poszedł na łatwiznę, a efekt jest taki, że trudno odróżnić Vala od Jima. Wielkie brawa.


Ciężko mi określić, czy wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w filmie były na 100% przeniesione z realnego życia Morrisona, gdyż nie jestem na tyle zaznajomiony  w jego historii. Ale na pewno liczne skandale na koncertach, czy podczas nagrań są przedstawione realnie.
Nie ma tu miejsce na apoteozę Morrisona, nikt specjalnie go tu nie gloryfikuje. Często przedstawiony jest jako osoba skrajnie odpychająca, ktoś, z kim fajnie może zabalować jeden wieczór, ale notorycznie spotykać się z nim już nie sposób. 
Stone w swym filmie pokazuje rytm życia gwiazdy rocka w okresie znaczącej aktywności dzieci kwiatów. Oprócz muzyki ma tu miejsce nieustanne odurzanie się narkotykami, seks z kim popadnie i stałe alkoholizowanie się. Pokolenie lat 60. miało szczęście, że jeszcze nie znano wtedy AIDS. 
I choć znamy zakończenie tej produkcji to i tak mile się ogląda te wszystkie wybryki Morissona, gdzie czasem będzie chciał wyskoczyć przez okno, innym razem rozwali telewizor lub będzie gonił się po pokoju z nożami. 
Film ten pokazuje też dlaczego tak wiele znanych osób z tak zwanego 'pokolenia 27' opuścił nasz świat w tym wieku. Przypadek Morrisona ale i Hendrixa czy Joplin pokazuje, że to się nie mogło udać. Nie da się tak po prostu żyć przez lata. Morderczy tryb życia w końcu każdego zaprowadzi do nieuniknionego końca...


Ogólnie jednak dziwię się czemu film ten nosi tytuł The Doors a nie Jim Morrison. Inni członkowie zespołu są potraktowani po macoszemu i w zasadzie pełnią tylko rolę wypełniacza. Tylko mający polskie korzenie Ray Manzarek czasem stara się wybić z tej nijakości. Rozumiem, że jakieś 80/90% siły tego zespołu to charyzma lidera, ale jednak tytuł do czegoś zobowiązuje. A tutaj mamy sytuację, że gdy pierwszy raz widzimy wszystkich członków zespołu, to każdy się już dobrze zna i w piętnaście sekund wymyślają jeden ze swych hitów - Light my fire.
Mimo wszystko warto zobaczyć film Stone'a dla sporej dawki dobrej muzyki oraz dla zapoznania się z destrukcyjną karierą Morrisona. Jeśli ktoś jest fanem The Doors, rocka czy lat 60. ubiegłego wieku, a jeszcze nie widział tego filmu to powinien to jak najszybciej zrobić. 




czwartek, 2 października 2014

Wojna nie kończy się po ostatnim strzale

Drabina Jakubowa (Jacob's Ladder)
USA 1990
reż. Adrian Lyne
gatunek: psychologiczny, horror
zdjęcia: Jeffrey L. Kimball
muzyka: Maurice Jarre

Głównym bohaterem jest tutaj grany przez znanego z późniejszej głównej roli w Skazanych na Shawshank Tima Robinsa - Jacob Singer. Jacoba poznajemy w krótkiej reminiscencji, jako żołnierza walczącego w Wietnamie. Obraz ten jest jednak niepełny i pozbawiony kluczowych scen. Następnie akcja przenosi nas kilkanaście lat naprzód, gdzie będący już weteranem Singer pracuje jako listonosz, żyje w konkubinacie z Jezebel (Elizabeth Peña), a przede wszystkim cierpi na dręczące go koszmary, które w pewnym momencie zaczynają pojawiać się nie tylko we śnie, ale i na jawie...



Rzadko kiedy widz ma do czynienia z filmem tak mrocznym, przygnębiającym i ciężkim w odbiorze. Film, w którym gęstą atmosferę beznadziejności można kroić nożem. Gdzie nawet przez moment nie można dostrzec choć skrawka optymizmu płynącego z ekranu. Taką ciężką produkcją jest właśnie Drabina Jakubowa. Niepokój to słowo klucz dla dzieła Lyne'a. Od początku z niepokojem właśnie śledzimy poczynania Jacoba zmierzającego krętą drogą do zagłady. Przez swą tematykę i sposób, w jaki został zrealizowany nie jest to produkcja do każdego.
Początkowo oglądając Drabinę Jakubową myśli się, że będziemy mieli do czynienia z dramatem, później można skłaniać się do gatunku, jakim jest horror, lecz szybko można też wpaść na pomysł, że to film psychologiczny. I ciężko jest wybrać dominujący gatunek tej produkcji, gdyż bardzo często zmienia się to w czasie akcji. 


Jeśli kojarzycie sławną japońską serię gier (i później też filmów) Silent Hill, to wiedzcie, że autorzy zainspirowali się zamieszczonymi w Cichych Wzgórzach pokracznymi potworami i atmosferą właśnie dzięki opisywanej obecnie produkcji. Gdy będziecie oglądać scenę w szpitalu od razu połapiecie się w czym rzecz. 
Gra aktorska stoi tu na wysokim poziomie, a to za sprawą Robinsa i towarzyszącej mu Peñii. Warto też zauważyć, że w roli jednego z synów Singera wystąpił dobrze znany w naszym kraju Kevin sam w domu, czyli Macaulay Culkin.
Ogólnie jeśli ktoś ma ochotę na ciężkie kino, które nie pozostawi mu po seansie zbyt dużo dobrych wspomnień, tylko trochę refleksji to warto sięgnąć po ten film, by dowiedzieć się co stało się z oddziałem Sinera w Wietnamie. Jeśli zaś ktoś chce spędzić wieczór z uśmiechem na twarzy, to nie jest to produkcja dla niego.   


wtorek, 30 września 2014

Nie taki Paryż piękny, jak go malują

Frantic
Francja, USA 1988
reż. Roman Polański
gatunek: thriller
zdjęcia: Witold Sobociński
muzyka: Ennio Morricone

Światowej sławy kardiochirurg Richard Walker (Harrison Ford) przybywa wraz z żoną Sondrą (Betty Buckley) do Paryża na międzynarodowe forum kardiochirurgiczne, w którym ma wygłosić kilka odczytów. Jest to powrót małżeństwa do stolicy Francji po dwudziestu latach, gdy spędzili tam noc poślubną. W hotelu okazuje się, że doszło do pomyłki bagażów, a dostarczona do pokoju walizka nie należy do nich. W czasie kąpieli Richarda Sondra znika bez śladu...


Polański tworzył w swojej karierze kino gatunkowe najwyższych lotów. Mieliśmy horrory, komedie, filmy psychologiczne czy kino noire, pora więc przedstawić thriller, jakim niewątpliwie jest Frantic.
Pierwsze skrzypce gra tutaj Harrison Ford, który w czasie trwania zdjęć do filmu jest przecież jednym z najlepszych aktorów Hollywoodzkich za sprawą swych występów jako Indiana Jones czy Han Solo w serii Star Wars. Dekadę pełną sukcesów uświetnił on rolą zagubionego w mieście grzechu doktora. Świetnie odegrał nie znającego języka, miotającego się z miejsca w miejsce zdesperowanego człowieka, zagubionego w obcym mieście, które nie przypomina tego z okładek folderów turystycznych. Dopełnieniem jego roli jest przyszła żona reżysera Emmanuelle Seigner, która jako tajemnicza Michelle jest przewodnikiem Walkera po Paryżu.


Polański świetnie odwzorował miasto, pokazując je od nieznanej niewtajemniczonym strony. Miasto jest tu brudne, zapuszczone, złe i odpychające. Klimat, jakim przesiąka każda scena filmu po wyjściu z hotelu jest wart zobaczenia więcej niż raz. Fabuła zgrabnie lawiruje wokół poszukiwań pani Walker, reżyser i scenarzysta podstawiają widzom mylne kroki, podsuwają domysły i wszystko idzie dobrze, do czasu zakończenia, które według mnie jest trochę nietrafione. Mimo wszystko warto zobaczyć ten film z kolejnego francuskiego etapu pracy Polańskiego. Aż czasem się zastanawiam, jak wiele mógł osiągnąć Polański, gdyby mógł pozostać w Hollywood...





czwartek, 25 września 2014

Milion sposobów, jak nudzić się na Zachodzie

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie (A Million Ways to Die in the West)
USA 2014
reż. Seth MacFarlane
gatunek: western, komedia
zdjęcia: Michael Barrett
muzyka: Joel McNeely

Plakat promujący premierę kinową tej produkcji głosił Film kolesia, który dał wam TEDA. Dla jednych znaczyło to, że warto iść na najnowszy film MacFarlane'a z marszu, dla innych zaś oznaczało, że należy się od tego dzieła trzymać z daleka. Dla mnie, jako że Ted mi jakoś szczególnie ani zaimponował ani zraził jest to po prostu kolejna aktorska produkcja ojca Family Guya.
Fabuła produkcji jest banalna. Fajtłapowatego Alberta Starka (w tej roli sam MacFarlane) zostawia dziewczyna. Co gorsza zostawia go dla nadętego i irytującego, a przy okazji najbogatszego w okolicy Foya (tutaj znany z Jak poznałem waszą matkę Neil Patrick Harris). W walce o ponowne względy dziewczyny Albertowi pomaga niedawno przybyła do osady Anna (Charlize Theron). Stark nie wie jednak, że Anna jest żoną znanego rewolwerowca Clincha (tutaj kojarzony z Rob Roya Liam Neeson).



Patrząc na obsadę aktorską, która piastuje główne role wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z produkcją na poziomie. Niestety tak nie jest. W założeniu twórców mamy do czynienia z komedią, a więc logiczne jest, że powinniśmy tutaj znaleźć zabawne dialogi i wzbudzające uśmiech sytuacje. I autorzy sypią swoje żarty z prędkością kałasznikowa. Kilkanaście na minutę. Praktycznie wszystkie dotyczą obciągania, wypróżniania się lub pierdów. W ogóle nie rozumiem zamiłowania amerykańskich filmowców, nie tylko tutaj czynnościami fizjologicznymi. Czy to kogoś na pewno bawi? Mnie nieszczególnie. Więc autorzy dają nam dziesiątki, jeśli nie setki zabawnych według nich zdarzeń i powiedzeń, niestety jak dla mnie te naprawdę śmieszne oscylują na poziomie jednej na godzinę. Ergo niecałe dwa razy na cały film. Oprócz tego cała fabuła jest strasznie przewidywalna i miejscami ogromnie nudna. Niemal dwie godziny klozetowych dowcipów to istna droga przez mękę.


Do plusów produkcji można zaliczyć ładne plenery stanu Nowy Meksyk, zgrabnie odwzorowane miasteczko oraz nie najgorsza w sumie grę aktorską. Miłośnicy gimnazjalnych (góra!) żartów pewnie doliczą do tego humor. Jak dla mnie film ten jest jednak gorszy od dającego się oglądać Teda. Jako fan animacji tworzonych przez Setha MacFarlane'a przykro mi było oglądać Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie, a oczekiwałem od tego filmu zdecydowanie więcej. Może jednak lepiej będzie, gdyby Seth pozostał przy krótkometrażowych animacjach, bo serie takie, jak American Dad i Family Guy wychodzą mu o wiele lepiej.  




Coś jest nie tak z tym gościem

Słodkich snów (Mientras duermes)
Hiszpania 2011
reż. Jaume Balagueró
gatunek: thriller
zdjęcia: Pablo Rosso
muzyka: Lucas Vidal

Już w początkowych scenach filmu zauważymy, że główny bohater - César (grany przez znanego z roli Malamadre w  Celi 211 Luisa Tosara) jest jakiś dziwny. Poznajemy go jako pracującego od niedawna jako dozorca w pewnej kamienicy. Oprócz sumiennego wykonywania swych obowiązków zaczyna nachodzić jedną z mieszkanek kamienicy - młodą Clarę (Marta Etura). Jako cieć ma dostęp do każdego z mieszkań zamieszkiwanych przez lokatorów budynku...


Mamy tu do czynienia z bardzo mocno obsadzonym filmem. Producenci musieli się dobrze wysilić, gdyż zatrudniono do pracy nad Słodkich snów czołówkę Hiszpańskiego kina. Począwszy od reżysera - znanego jako twórca serii popularnych horrorów [REC] Jaume Balagueró, po obsadę aktorską, gdzie pierwsze skrzypce grają najpopularniejszy współcześnie aktor z Półwyspu Iberyjskiego - Luis Tosar oraz znana z wielu dobrych produkcji Marta Etura. Wyszło to filmowi na dobre, gdyż zarówno poziom reżyserii, jak i gry aktorskiej głównych bohaterów nie pozostawia wiele do życzenia. 
Sama fabuła kręci się wokół cierpiącego na problemy psychiczne ciecia Césara jest trochę naciągana, ale czasem należy przymknąć oko na drobne niedociągnięcia, by móc cieszyć się w pełni produkcją. César jak sam mówi, nie umie odczuwać szczęścia, więc potajemnie działa tak, by innym też nie było miło. Śledząc jego poczynania mające uprzykrzyć ludziom życie spędzimy ekscytujące i pełne napięcia 100 minut, w czasie których będziemy zastanawiać się czy kibicować tej postaci czy liczyć, że tym razem coś nie pójdzie po jego myśli. 


Współczesne kino hiszpańskie dało światu kilka dobrych lub bardzo dobrych filmów o ciężkiej tematyce. Słodkich snów jest jednym z nich. Każdy miłośnik dreszczowców (jak ładnie określa się u nas gatunek, jakim jest thriller) powinien zaznajomić się z tą produkcją, o ile już wcześniej tego nie zrobił.
Połączenie dobrej fabuły (opartej na podstawie książki Alberto Mariniego Kiedy śpisz, choć nie jest to adaptacja), zgrabnej pracy reżysera i jego asystentów oraz przekonującej gry aktorskiej. Warto zobaczyć i nie będzie to zmarnowany czas!





środa, 24 września 2014

Zagadka z kostnicy

Trup (El Cuerpo)
Hiszpania 2012
reż. Oriol Paulo
gatunek: thriller, kryminał 
zdjęcia: Óscar Faura
muzyka: Sergio Moure

Milionerka Mayka Villaverde (Belén Rueda) umiera na zawał. Jak się szybko okazuje w jej śmierć zamieszany jest dużo młodszy mąż denatki Álex (w tej roli Hugo Silva), który chce przywłaszczyć sobie jej majątek, a resztę życia spędzić z atrakcyjną kochanką (Aura Garrido). Nieoczekiwanie dla nich Álex dostaje telefon z policji. Okazuje się, że ciało jego żony zniknęło z kostnicy...


W filmie reżysera Oczu Julii mamy do czynienia z mroczną produkcją zgrabnie łączącą elementy kryminału z thrillerem. Jeśli Hiszpania jawi nam się jako kraj nieustannie grzejącego słońca i skwaru należy się po seansie filmu Paulo wyzbyć tego obrazu. W Trupie niemal cały czas na bohaterów czekają ulewne deszcze, które potęgują nastrój przygnębienia i grozy wiszącej w powietrzu. Oprócz deszczowych plenerów większą część akcji spędzimy z bohaterami w kostnicy, skąd zniknęło ciało Mayki. Miejsce to samo w sobie niezbyt przyjemne zostało przez reżysera dodatkowo pokarane przerwą w dostawach prądu. Oglądając poczynania bohatera w tej klaustrofobicznej i mrocznej lokacji samy dobrze czujemy atmosferę lęku i zaszczucia, jakiej jest poddawany Álex. Śledztwo prowadzone przez naznaczonego traumatyczną przeszłością Jaimego Peña (José Coronado) nabiera rozpędu z każdą minutą. Zaczyna się gra między Álexem, Jaimiem oraz domniemanym porywaczem ciała. 



Produkcja Oriola Paulo trzyma w napięciu przez cały czas swego trwania. Choć szybko dowiadujemy się kto stoi za zgonem Mayki to sprawa tajemniczego zniknięcia jej ciała nie potrafi oderwać od ekranu. A wiele zwrotów akcji i twisterów fabularnych nakaże widzowi co chwilę rewidować swoje poglądy odnośnie tego co dzieje się w świecie bohaterów filmu. Co do gry aktorskiej to odnoszę uwagę, że wiele filmów hiszpańskich jest granych bardziej jak w teatrze niż w kinie. Tak było np. w Celi 211 i tak moim zdaniem jest miejscami i tutaj. Może to specyfika języka, z którym stykam się rzadko, a może tylko moje błędne twierdzenie. Jednak jakkolwiek by nie było Trup to kawał mocnego kina, który porwie widzów bez reszty. O ile domknie się oczy na właściwe gatunkowi zbiegi okoliczności etc. Kolejna bardzo udana europejska produkcja! 




Chlanie, branie i ruchanie

Drogówka
Polska 2013
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: kryminał
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr., Michał Sobociński
muzyka: Mikołaj Trzaska

Wreszcie miałem okazję zobaczyć na własne oczy dyskusyjny film Wojtka Smarzowskiego Drogówka. Poznajemy tutaj siedmioro warszawskich policjantów z tytułowej drogówki. Wiodą oni życie godząc obowiązki służbowe ze wspólnymi imprezami i innymi przyjemnościami fizycznymi. Wszystko układa się dobrze, do czasu, gdy jeden z nich nie zostaje zamordowany...


Nie orientuję się jakie życie wiodą przedstawiciele prawdziwej polskiej drogówki, ale obawiam się, że reżyser przesadził z proporcjami. Na pewno część, może i duża z realnych przedstawicieli tych służb mundurowych ma problemy z hazardem, alkoholem czy odwiedzaniem domów uciechy, jednak na pewno nie wszyscy - jak to przedstawił w filmie Smarzowski. Bohaterowie produkcji to każdy niemal bez wyjątku połączenie alkoholików, łapówkarzy i regularnie zdradzających swe żony dziwkarzy, których ulubionym słowem jest 'kurwa'. Praktycznie każdy z nich naznaczony jest nie jedną z wyżej wypisanych wad, lecz każdą z powyższych. Co ciekawe każdy z przedstawionych policjantów mieszka w jakiejś zrujnowanej melinie. Na pewno z kondycją moralną przedstawicieli wydziału drogowego nie jest specjalnie dobrze, ale chyba na Boga też nie aż tak źle! 
Oczywiście, jak w innych filmach tegoż reżysera fabuła w mocno krzywym zwierciadle pokazuje obraz społeczny naszego narodu. Dosadnie, ale właśnie w taki sposób można najlepiej okazać wszystkie przywary. I mamy tutaj wszystko. Popełniającego wykroczenie księdza, chcącego się wymigać łapówką, co ciekawe tegoż księdza widzimy później ulatniającego się z burdelu. Są prowadzący po pijaku politycy bełkoczący coś o immunitecie, jaki im przysługuje, skorumpowani biznesmeni, służbiści i politycy, a nawet pokazane wiwatujące z okazji przejazdu papieża tłumy, wśród których jeden z ochraniających przejazd policjantów szybko znajduję chętną na płatny seks. Oto Polska właśnie?

Kadra aktorska, jaką widzimy w filmie to głównie ludzie, których znamy z poprzednich produkcji reżysera m.in. Wesela  i Domu złego. Głównie czas spędzimy tu z Bartłomiejem Topą, Arkadiuszem Jakubikiem, Erykiem Lubosem a na ekranie migną też Maciej Stuhr czy Jacek Braciak. Aktorzy spisują się w swych rolach dobrze i przekonująco. O ile oczywiście wizją reżysera było zrobienia z nich meneli w mundurach.
Cały film nakręcony jest dość specyficznie i zapewne praca kamery, jak i sposób narracji nie każdemu przypadnie do gustu. Jest też olbrzymia dawka wulgaryzmów, niektóre sceny dialogowe składają się z samych wyrazów uważanych za politycznie niepoprawne. A po trzech minutach rzucanie mięsem przestaje śmieszyć nawet tych, którzy uważali to z początku za element komediowy. Nie spisywałem wulgaryzmów, ale strzelam, że dwa najczęściej występujące w filmie słowa to  kurwa oraz chuj. Smarzowski przebił więc kultowe Psy, chyba nawet dwie części na raz!
Film jednak jak najbardziej warty obejrzenia. O ile są jeszcze tacy, którzy tego nie zrobili. 





wtorek, 23 września 2014

Oko w oko z potworem

Anioł Śmierci (Wakolda)
Argentyna, Hiszpania 2013
reż. Lucía Puenzo
gatunek: dramat
zdjęcia: Nicolás Puenzo


Rok 1960. Na odludnej drodze w Patagonii podróżująca rodzina spotyka czarującego mężczyznę o niemieckim pochodzeniu (Àlex Brendemühl). Razem kontynuują wspólną podróż. Gdy rodzina dociera na miejsce wędrówki, by otworzyć tam hotel Niemiec staje się ich pierwszym gościem...


Główną osią fabularną stanie się, oprócz poznanie tajemnicy emigranta zażyłość, jaka stworzy się między nim, a ciężarną Evą (w tej roli Natalia Oreiro) i jej córką Lilith. Wbrew woli męża Eva pozwala przybyszowi na zastosowanie terapii hormonalnej na nadzwyczaj niewysokiej córce, a także powierza mu w opiece swą, jak się okazuje mnogą ciążę. Wszystko to na jego zapewnienie w stylu Trust me, I'm a doctor. Jednak kilka osób chce poznać tożsamość Niemca.

Autorzy mierzą się w filmie z trudnym tematem powojennej emigracji zbrodniarzy niemieckich do krajów Ameryki Południowej. Choć poznawany w produkcji niemiecki lekarz jawi się tu jako uroczy i przede wszystkim pomocny specjalista, typ dobrego wujka w rzeczywistości jego życie jest naznaczone wieloma zbrodniami. Każdy kto tylko był w Oświęcimiu i zapoznał się z eksperymentami prowadzonymi przez Josefa Mengele wie o o czy piszę. Film nie wyjaśnia w większy sposób jego zbrodni, więc dla zainteresowanych tematem polecam lekturę książki Miklósa Nyiszliego pt. Byłem asystentem doktora Mengele. Rzuci to obraz na wspomnianą postać i pomoże zrozumieć film. Film, który nie jest skierowany dla wszystkich. Brak tu akcji, wszystko dzieje się wolno i niejako samo z siebie. Jednak warto zobaczyć tą produkcję ze względu na tematykę, ładne krajobrazy i całkiem niezłą grę aktorską. Ciekawostką może być udział znanej u nas z szeregu telenowel południowoamerykańskich, jak choćby Zbuntowany anioł Natalię Oreiro. Ta zapomniana już u nas latynoska gwiazda pokazała w filmie Puenzo, że jest dość utalentowaną aktorką.  





poniedziałek, 22 września 2014

Typowy Bond

GoldenEye
Wlk. Brytania 1995
reż. Martin Campbell
gatunek: sensacyjny 
zdjęcia: Phil Meheux
muzyka: Éric Serra

W GoldenEye po raz pierwszy w najsłynniejszego agenta Jej Królewskiej Mości wciela się Pierce Brosnan. Reaktywował on postać 007 w sześć lat po ostatnim filmie z Timothy Daltonem. Nowy Bond musiał odnaleźć się w nowej rzeczywistości - po skończeniu zimnej wojny.
Główną osią fabuły jest wykradnięcie z rosyjskiej bazy kontrolujące satelity urządzenie o nazwie GoldenEye. Oczywiście Bond musi wytropić sprawców i przerwać ich intrygę...


Jako fan bondowskich filmów jednak wiem, że to nie fabuła jest główną siłą filmów z tej serii. Dla mnie w Bondach liczą się wszak spektakularne pościgi, najnowocześniejsze w danym okresie nowinki techniczne, cudowne plenery, wyraziści antygoniści oraz piękne kobiety i szybkie samochody. Wszystko to możemy znaleźć też w GoldenEye.
Akcja mknie tu przez bite 130 minut rzucając Bonda przez szereg szerokości geograficznych. Zwiedzimy z Bondem Monte Carlo, Londyn, Petersburg, bazy wojskowe na Syberii czy tropikalną Kubę. A w żadnym z tych miejsc bohater grany przez Brosnana nie będzie narzekał na nudę. 

Oczywiście, jak każda część z cyklu GoldenEye opiera się na kilku wciąż powtarzanych schematach w zmieniającej się tylko otoczce, ale przecież od kina akcji nie oczekuje się przełamywania artystycznych barier. Po raz jedyny w filmie mamy do czynienia z polską dziewczyną Bonda - przynajmniej jeśli chodzi o narodowość aktorki, gdyż zagraną przez Izabellę Scorupco bohaterka jest w filmie Rosjanką. 
Mamy też ciekawą postać będącą czarnym bohaterem - znanego z późniejszych dokonań we Władcy Pierścieni czy Grze o tron Seana Beana. Wszyscy wymienieni aktorzy dobrze wykonali swą pracę.
Tak więc każdy fan serii o agencie 007 powinien zakończyć seans z zadowoleniem, wszyscy inni, którzy nastawiają się na bezpretensjonalną rozrywkę w stylu kina akcji w zasadzie też nie będą narzekać. Dobre kino klasy B! 





Wesoła jest praca w burdelu

Piękność dnia (Belle de jour)
Francja 1967
reż. Luis Buñuel
gatunek: dramat, psychologiczny 
zdjęcia: Sacha Vierny

Séverine (Catherine Deneuve) wiedzie dostatnie życie u boku przystojnego i zamożnego męża (w tej roli Jean Sorel) . Mimo pozornej szczęśliwości w związku nie czuje się zadowolona z życia. Gdy przyjaciółka opowiada jej, że ich wspólna znajoma pracuje w domu publicznym Séverine na początku nie kryje oburzenia. Po pewnym czasie coraz częściej myśli jednak o tym przybytku, by w pewnym momencie sama zacząć pracę jako prostytutka przyjmując pseudonim Piękność dnia..



Film nie stara się ani gloryfikować ani potępiać samej moralności pracy w zawodzie prostytutki, jednak pokazuje codzienność pracy w burdelu. Mamy tutaj do czynienia z całą paletą ludzkich zachowań i dewiacji. Każdy z klientów domu publicznego ma inne preferencje, nieraz bardzo dziwaczne. Główna bohaterka musi odnaleźć się w nowej roli, poznać motywacje współpracownik i pogodzić wszystko z normalnym życiem. Z czasem jednak zaczyna bać się odkrycia ze strony męża, jednak ciężko jej też porzucić swą pracę.


Mamy tu do czynienia z filmem, w którym dużą rolę odgrywa symbolika. Wyraźnie widać odwołania do rozważań Freuda, ale też wnikliwy kinoman zaobserwuje ich dużo więcej. Trzeba tylko je odkryć i odpowiednio połączyć. 
Reżyser przeniósł na ekran powieść Josepha Kessela o tym samym tytule pozwalając tym samym poznać szerszej widowni zapoznanie się z Séverine. Zatrudniona do roli głównej bohaterki Catherine Deneuve była w tamtych czasach ideałem kobiecego piękna, tak więc Buñuel dał radość milionom mężczyzn na całym świecie obsadzając ją w tej roli. 
Ogólnie film po latach nie zatracił swych walorów, tematyka wciąż pozostaje aktualna, a fani filmów psychologicznych, Deneuve i francuskiego kina na pewno spędzą z Séverine dobrze spędzone 100 minut. 




Zabili go i uciekł

Strzały w Arizonie (Gun Fury)
USA 1953
reż. Raoul Walsh
gatunek: Western

W tym wpisie przeniesiemy się w czasy złotej ery westernu, czyli lat 50. XX wieku, kiedy to nakręcono najwięcej filmów tego gatunku.
Strzały w Arizonie nie są tak znane, jak choćby Rio Bravo, W samo południe  czy 15:10 do Yumy, jednak też należą do ścisłej klasyki gatunku.
Główną osią fabuły są tutaj perypetie Bena Warrena (Rock Hudson) i Jennifer Ballard (Donna Reed). Panna Ballard podróżuje dyliżansem do Kalifornii, gdzie ma poślubić Bena. W dyliżansie spotyka kilku mężczyzn. W miejscu postoju dołącza do nich Ben. Ruszają w dalszą podróż, podczas której spotkani mężczyźni dokonują rabunku złota, które również transportowane jest w dyliżansie...


Fabularnie mamy tutaj do czynienia z bardzo prostą konstrukcją fabularną właściwą nie tylko dla westernów lat 50. ale i dla kina tych czasów w ogóle. Nie spotkamy tutaj wielowątkowej akcji ani złożonych sylwetek psychologicznych postaci. Wszystko ciągnie się jak po sznurku, aż do momentu spodziewanego rozwiązania.
Widoczne jest też nagrywanie wielu momentów (pościgi, jazda w dyliżansie, niektóre sceny walki) w studio. Ale taki już urok filmów z tamtych okresów. Obecnego widza musi razić, że przy masie strzelanin nie widać żadnych śladów po postrzale, zero krwi etc. Tak samo już w jednej z początkowych scen Ben pada martwy, by po chwili wstać, otrzepać się, chwiejnym krokiem przejść się po zrzucony kapelusz, po czym bez żadnych zmartwień o kondycję fizyczna ruszyć w pościg. 



Strzały w Arizonie w wielu aspektach nie przetrwały próby czasu. Współczesny widz, który nie jest zorientowany z tematyką i sposobami produkcji klasycznych westernów będzie miał straszne kłopoty z polubieniem tego filmu. Jednak ci, którzy uwielbiają westerny, szczególnie te sprzed pół wieku i starsze będzie się tu czuł jak w domu i 75 minut seansu strzeli mu jak z bicza (a właściwie lassa) strzelił.
Wystarczy tylko przymknąć oko na niedociągnięcia i przenieść się w czasie do magicznych lat świetności Hollywood. 




W poszukiwaniu straconego czasu

Dziewczyna zawodowa (The Girlfriend Experience)
USA 2009
reż. Steven Soderbergh
gatunek: dramat? obyczajowy?
zdjęcia: Steven Soderbergh
muzyka: Ross Godfrey

Zapewne gdyby nie fakt, że w głównej roli filmu Soderbergha osadzono znaną z porno Sashę Grey nikt nie musiałby się męczyć z podziwianiem tej produkcji. Jednak dzięki temu debiutowi panny Grey w normalnym filmie wielu ludzi, w tym i ja skusiło się na zapoznanie się z tą produkcją. Poznajemy w niej młodą dziewczynę o imieniu Chelsea (w tej roli oczywiście Grey), która to zarabia na życie jako dziewczyna do towarzystwa. Podobno cała akcja toczy się w czasie kampanii prezydenckiej z 2008 roku. Podobno, bo nawiązań do niej za wiele nie uświadczymy...


Ciężko mówić tutaj o jakiejś fabule, gdyż po prostu jesteśmy świadkami dwuosobowych dialogów lub monologów głównej bohaterki, która może i trudni się prostytucją ale posiada też rozbudowane życie wewnętrzne, więc czasem musimy posłuchać jej rozmyślań. Przeważnie jednak ogranicza się to do tego, że Chelsea tłumaczy nam co ubrała na spotkanie. W tle mamy tam jeszcze stałego chłopaka głównej bohaterki (sic!), który jest z nią podobno od półtora roku, dochodzą do tego spotkania na rozmowę z dziennikarzem zgłębiającym tajniki zawodu dziewczyny do towarzystwa jednak wątki te są tak płytkie, że nie ma co się w nie zagłębiać.


Odrębne zdanie należy się pracy kamery. W zasadzie nie ma tu mowy o żadnej jej pracy. Każda scena wygląda tak, że mamy statyczną kamerę umiejscowioną gdzieś w próżni i na jej tle śledzimy rozmowy nieruchomych bohaterów. Zero jakiejkolwiek dynamiki, zero zbliżeń (a do zbliżeń przyzwyczaili się przecież fani twórczości Sashy), po prostu jest i kręci. Przypomina mi to popularny kiedyś polski serial Kasia i Tomek, gdzie raz postawiona kamera ogarniała jeszcze tytułowych bohaterów lecz inni już byli poucinani. 

Reasumując mamy tu do czynienia z bardzo słabą produkcją. Cóż z tego, że Sasha Grey radzi sobie lepiej z konwencjonalnym aktorstwem niż bracia Mroczkowie skoro produkcja ta nie ma ani sensu w zakresie fabuły (trudno tu w zasadzie mówić o jakiejkolwiek fabule), gra aktorska jest słaba, a praca kamery woła o pomstę do nieba. Jeśli ktoś liczy na łóżkowe wyczyny Grey, to też się przeliczy, gdyż w zasadzie oprócz kilku sekund, na których widać ją topless nie ma tu nic więcej. Fani jej aktorstwa lepiej niech wrócą do gatunku, z którego się wywodzi. Dawno nie oglądałem tak złego filmu, miałem problem z określeniem nawet jego gatunku. 75 minut niczego. Jednym słowem DRAMAT! A więc niech będzie dramat. 





niedziela, 21 września 2014

Czy aby na pewno nie może być jeszcze gorzej?

Poważny człowiek (A Serious Man)
USA 2009
reż. Ethan Coen, Joel Coen
gatunek: dramat
zdjęcia: Roger Deakins
muzyka: Carter Burwell
Tytułowego bohatera poznajemy, jako człowieka, który prowadzi spokojne, ustabilizowane życie. Może nie jest człowiekiem sukcesu w pełnym tego słowa znaczeniu, ale Larry Gopnik (Michael S. Stuhlbarg) posiada dobrą posiada dobrą pracę, dom, samochód oraz rodzinę w postaci żony i dwójki dzieci. W pewnym momencie jednak okazuje się, że zamiast spodziwanej podwyżki i awansu jego posada jest zagrożona, a żona ma romans z przyjacielem rodziny, a po żądaniu przez nią rytualnego żydowskiego rozwodu Larry musi wyprowadzić się do motelu. A zawsze przecież może być gorzej...


Mamy tu do czynienia z czarną komedią, która jednak nie śmieszy, tak jak powinna śmieszyć komedia. Ja widzę w tej produkcji dramat, gdyż sytuacja, w jakiej znalazł się bohater produkcji braci Coen jest nie do pozazdroszczenia. Ogólnie jest to film o bezsilności. O walce człowieka z losem, który jest przewrotny. Czasem wydaje się, że gorzej być nie może, a jednak życie dostarcza kolejnych kłopotów. Innym razem zaś, gdy wydaje się, że wychodzi się już na prostą niespodziewanie pojawiają się nowe, kto wie czy nie gorsze problemy.


Film braci Coen zawiera wiele motywów z tradycji żydowskiej i dla kogoś kto nie jest zaznajomiony z tą kulturą wiele aspektów pozostaje niezrozumianych. Część tych spraw jest tłumaczona na bieżąco, aczkolwiek nie wszystkie zwroty zostają omówione. Tak więc jest to produkcja dla świadomego w tym aspekcie widza. 
Ogólnie nie jest to film dla widzów, którzy oczekują zobaczenia komedii. Produkcja jest dość trudna w odbiorze i na pewno nie każdemu się spodoba. A dla kogo jest przeznaczona? Dla fanów egzystencjalnych filmów i produkcji braci Coen będzie jak znalazł. 





Milcząc na bezdrożach

The Rover
Australia, USA 2014
reż. David Michôd
gatunek: dramat
zdjęcia: Natasha Braier
muzyka: Antony Partos

Akcja filmu została osadzona w 10 lat po niewyjaśnionym dokładnie kryzysie gospodarczym, który spowodował znaczny krach cywilizacyjny (przynajmniej w Australii, nie wiadomo co z resztą świata). W tym bezlitosnym świecie poznajemy Erica (w tej roli Guy Pearce), który podróżuje po australijskich bezdrożach swym samochodem. W pewnym momencie troje bandytów kradnie mu auto, a Eric rusza w pogoń za rabusiami. Po pewnym czasie spotyka niedorozwiniętego umysłowo brata jednego ze złodziei. Razem ruszają w podróż...


Film nie jest typową produkcją post-apokaliptyczną, świat nie został tu pokarany plagą zombie czy ghuli, wciąż istnieje elektryczność, możliwe jest zdobycie benzyny czy nawet jazda pociągiem. Jednak widocznie widać, że przez brak jakiejś scentralizowanej władzy ludzie zatracili kręgosłup moralny i przeważa tu prawo silniejszego. Dominuje w filmie wątek braku zrozumienia, postaci nie mogą się tu ze sobą dogadać. A skoro nie ma miejsca na siłę argumentów głównym argumentem zaczyna być argument siły.
Główny bohater nie jest tu wyjątkiem, o czym przekonujemy się już w pierwszych kilkunastu minutach trwania filmu, gdzie w jednej ze scen zabija on sprzedającego broń karła.
Nie jest to film przegadany, bohaterowie wypowiadają tutaj mało słów, a liczbę pełnych zdań, jakie wypowiada Eric można zliczyć na jednej ręce drwala. Nieco bardziej rozmowny jest jego towarzysz - lekko upośledzony Rey (w tej roli Robert Pattinson). Trochę obawiałem się kondycji aktorskiej gwiazdy Zmierzchu, lecz Pattinson swoją grą rozwiał me obawy - jego Rey to jedna z lepszych kreacji aktorskich tego roku. Akompaniujący mu, znany z m.in. Memento Pearson też bardzo dobrze radzi sobie w roli małomównego twardziela. 


Odrębny akapit należy poświęcić scenerią, w jakich dzieje się akcja. Jestem pod ogromnym wrażeniem australijskich pustkowi, po których przemieszczają się bohaterowie. Poruszający się po jałowym terenie samochód, a w oddali majestatycznie groźne góry. Tak, to robi wrażenie, a zdjęcia Natashy Breier doskonale oddają ten specyficzny klimat. Chociaż wydaje mi się, że nie potrzeba apokalipsy, by ujrzeć australijskie odludzie w takim stanie. Co ciekawe drogi na kompletnym zadupiu w dekadę po upadku cywilizacji wciąż prezentują się lepiej, niż te, z którymi mamy do czynienia w naszym kraju w chwili obecnej.

Reasumując mamy tu do czynienia z solidnym kinem drogi, który skłania do myślenia o naszym człowieczeństwie. Tak już jest z tym gatunkiem post-apo, że powoduje chwilę zadumy nad tym, do czego skłonni są ludzie, gdy zabraknie systemu szeroko pojętej sprawiedliwości. 
Ogólnie nie jest to film, który przejdzie do historii kina, czy nawet gatunku. O ile o Mad Maxie będzie się pamiętało nadal The Rover zapewne zniknie w nawale kolejnych produkcji, jednak warto ten film zobaczyć dla dobrej gry aktorskiej dwóch głównych bohaterów, znakomitych plenerów i ciekawej historii, jaka ma miejsce. Nie tylko dla fanów gatunku.