Cold Fish (Tsumetai nettaigyo) Japonia 2010 reż. Sion Sono gatunek: thriller zdjęcia: Shinya Kimura muzyka: Tomohide Harada
Wielokrotnie spotykałem się gdzieś z nazwiskiem reżysera tego filmu, Sionem Sono. Uznawany jest on przez wielu za jedną z bardziej wyrazistych twarzy współczesnego kina na spółkę z Takeshim Kitano. Siono tak jak jego rodak robi specyficzne filmy, które trafiają do specjalnego grona odbiorców. Po kilku festiwalowych retroperspektywach twórczości Siono, które ominąłem postanowiłem obejrzeć jakiś jego film, by sprawdzić czy jest to twórca odpowiadający moim gustom. Wybór padł na Cold Fish.
Pokładany właściciel sklepu akwarystycznego Shamoto (Mitsuru Fukikoshi) zostaje zawiadomiony, że jego córkę Mitsuko (Hikari Kajiwara) przyłapano na kradzieży w sklepie. Czym prędzej jedzie wraz z młodą żoną Taeko (Megumi Kagurazaka) na miejsce zdarzenia, by dowiedzieć się o szczegółach. Tam spotyka pana Muratę (Denden) - właściciela sieci sklepów zoologicznych, który przyłapał Mitsuko na kradzieży. Murata proponuje zapomnieć o sprawie, w zamian zaś niedoszła złodziejka ma pracować w jednym z jego sklepów akwarystycznych. Jakby tego było mało mężczyzna proponuje Shamoto wejście w spółkę...
Siadając do seansu tego filmu nie wiedziałem zbytnio czego mogłem się spodziewać. Generalnie zaczęło się dość niestandardowym ujęciem i specyficzną sceną w domu bohaterów, kilkanaście późniejszych minut upłynęło zaś monotonnie żeby nie powiedzieć, że nudnie. Jednak niech nikt nie myśli w tych początkowych minutach filmu, by odejść od ekranu. Dalsza część projekcji solidnie wynagradza widzowi początkowe nudy. Kiedy Shamoto odkrywa prawdziwą naturę pana Muraty i jego żony Aiko (Asuka Kurosawa) zaczyna się jazda na maksa, która trwa do samego końca. Sion Siono łączy gatunki, by później pomieszać je między sobą nie dając widzowi moralnego spokoju. Dostajemy pełne absurdu gore pełne makabry i przy tym wisielczego humoru. Obserwujemy też powolną zamianę Shamoto z losera w człowieka na wzór swego prześladowcy. Plakat filmu może wytrawnym widzom przywodzić na myśl Davida, bohatera Nędznych psów.Shamoto przechodzi podobną do niego drogę. Na pewno nie jest to film, który spodoba się każdemu, raczej trafi tylko do nielicznych. Do mnie trafił więc polecam go zobaczyć i samemu wyrobić sobie zdanie.
Cisza (Das Letzte Schweigen) Niemcy 2010 reż. Baran bo Odar gatunek: dramat, kryminał zdjęcia: Nikolaus Summerer muzyka: Michael Kamm
Ostatnimi czasu oglądam ciekawy niemiecki serial wyprodukowany dla Netflixa noszący tytuł Dark. Reżyserem serialu jest pochodzący ze Szwajcarii Baran bo Odar. Tak się akurat złożyło, że przed rozpoczęciem oglądania pierwszego niemieckiego serialu produkowanego przez i dla Netflixa widziałem film pełnometrażowy stworzony przez tego reżysera kilka lat wcześniej. I teraz kilka zdań będzie właśnie o nim.
W 1986 roku zostaje zgwałcona i zamordowana dziewczynka o imieniu Pia. Sprawcy tej zbrodni nigdy nie wykryto. Po niemal ćwierć wieku w podobny sposób ginie inna dziewczynka, Sinnika, a policja podejrzewa działania tego samego sprawcy. W śledztwo angażuje się śledczy David Jahn (Sebastian Blomberg), zaś działania policji czujnie śledzi Timo Friedrich (Wotan Wilke Möhring), który zna tożsamość sprawcy sprzed lat, Duńczyka Peera Sommera (Ulrich Thomsen).
Film Barana bo Odara nie jest typowym kryminałem. Przynajmniej dla mnie, gdyż za jeden z wyznaczników filmów/książek tego gatunku jest moim zdaniem to, że morderca (czy ogólniej mówiąc sprawca, nie zawsze przecież chodzi o mord) nie jest początkowo znany. Tutaj praktycznie od samego początku wiemy kto i w sumie dlaczego, możemy się zastanawiać tylko ewentualnie kto w jakim stopniu odpowiedzialności.
Jednak nie dyskwalifikuje to filmu Szwajcara, gdyż w jego dziele nie chodzi o to kto czy nawet dlaczego robił drugiemu co sobie nie miłe tylko bardziej skupia się na emocjach bohaterów, oddawania ich rozterek, wahań psychicznych i nastrojów. Tutaj leży chyba prawie największa siła filmu. Największą zaś są piękne kadry, artystyczne zdjęcia, niemal poetycka praca kamery. Film ten jest po prostu świetny pod względem wizualnym.
Tempo filmu natomiast jest dość nierówne, rwane. Pierwsza połowa wlecze się, wręcz nudzi, trzeba czasem ze sobą walczyć, by nie odejść od ekranu (na szczęście piękne zdjęcia powstrzymują od wstania), zaś druga część przyspiesza i sprawia, że od tego momentu ogląda się to emocjonująco.
Cieszy fakt, że bo Odar nie ocenia, nie stawia od początku tezy, pod którą robi cały film. Bardziej sprawia wrażenie neutralnego dokumentalisty - stawia kamerę i przygląda się swoim bohaterom. Trudne, skłaniające do refleksji ciężkie gatunkowo kino bliskie wizualnej perfekcji. Warte obejrzenia.
Relatywnie często spotykam się z kinem azjatyckim i wielokrotnie na blogu staram się polecać filmy pochodzące z tego kontynentu, a szczególnie z Korei Południowej, Japonii czy Chin. Niestety specyfika filmowa tamtego regionu powoduje, że często można odbić się od nawet dobrze ocenianej produkcji. I tak właśnie jest w tym wypadku.
W filmie poznajemy historię nauczycielki Yuko Moriguchi (Takako Matsu), której córka w niedalekiej przeszłości została zamordowana przez uczniów z klasy, którą uczy. Po czasie Yuko stara się wyjaśnić, co zaszło feralnego dla jej rodziny dnia szukając winnych zdarzenia wśród swoich podopiecznych.
Średnia tego filmu na Filmwebie to bardzo dobre 7,5 (przy ponad 5 tysiącach głosów), zaś na międzynarodowym IMDB przy niemal 30 tysiącach ocen to aż 7,8/10. Także trzeba powiedzieć, że film większości ludzi zdecydowanie się podobał. Niestety mi nie. O gustach się nie dyskutuje, ale jednak dziwię się tym, którzy zachwycali się tym japońskim filmem. Moim zdaniem każdy jego składowy element jest co najwyżej marny. Począwszy od sposobu narracji, w który wpleciono dziesiątki retrospekcji (często zaś jest to jedna retrospekcja pokazana po raz któryś z rzędu) przez pretekstową fabułę po aspekty techniczne (naprawdę sposób pracy kamery oraz nałożone na film filtry potrafiły mnie odrzucać). Może i to nauczycielskie śledztwo głównej bohaterki ma coś do zaoferowania widzowi jednak mnie to nie przekonuje. A wydumana końcówka przepełnia wręcz czarę goryczy. Może dla fanów literatury Paula Coelho będzie to dobra pozycja, ja jednak pasuję.
W tym roku opisywałem już jeden z filmów Takeshiego Kitano, komedię Ryuzo i siedmiu najemników, zaś trochę wcześniej, bo we wrześniu zeszłego roku miałem okazję obejrzeć Zatoichiego. Jednak tego znanego aktora i reżysera świat najbardziej kojarzy dzięki brutalnym filmom o tematyce mafijnej. Także zdecydowałem się kontynuując oglądanie jego filmów na właśnie tego typu...rozrywkę.
Szefowi klanu yakuzy, Kan'naiemu (Sôichirô Kitamura) nie podoba się zdobywaniu większych wpływów bossów mniejszego szczebla, w tym Ikemoto (Jun Kunimura), Murase (Renji Ishibashi), Katô (Tomokazu Miura) czy Ôtomo (Takeshi Kitano). Postanawia więc wykorzystać swe wpływy na wzajemnym skłócaniu członków gangu.
W tym filmie Kitano niszczy mit gangstera, jaki często starają się pokazać niektórzy filmowcy. Nie ma tutaj szlachetnym mężów, którzy egzekwują swoje prawa opierając się na swoistych kodeksach honorowych i posiadających jakiekolwiek zasady. Reżyser nie pozostawia też złudzeń, czy bycie gangsterem się opłaca. Bohaterowie filmu wciąż żyją w strachu,a jedna chwila wystarczy, by z myśliwego zmienić się w zwierzynę. Z filmu można dowiedzieć się,tego, że mafia nie wybacza, chociaż to akurat znane jest od dawna. Dobrze w produkcji Kitano funkcjonuje klasyczny motyw sprawowania uzurpatorskiej władzy, jaką tu roztacza Kan'nai. Stosując metodę kija i marchewki z tylnego siedzenia za pomocą różnych podszeptów napuszcza przeciw sobie swych podwładnych, którzy eliminują się z dość wymyślnym i na pewno dużym okrucieństwem. Od połowy film zamienia się wręcz w prawdziwy festiwal przemocy, co bardziej wrażliwi kinomani mogą nie doczekać do napisów końcowych. Jednak nie jest to typowy film akcji. Fabuła rozwija się długo, a całość nakręcona jest w bardzo surowym anturażu. Kitano zamiast na fajerwerkach skupił się na pokazaniu całej mafijnej machiny, która wciąż mocno trzyma się w jego kraju (co pokazuje występująca w filmie bezradna lub nie chcąca reagować policja). Na pewno nie jest to film dla każdego, ogląda się go z duszą na kamieniu jednak choćby dla samego obrazu dość egzotycznych dla nas grup przestępczych można spędzić niemal dwie godziny przed ekranem.
A-jeo-ssi Korea Południowa 2010 reż. Jeong-beom Lee gatunek: dramat, akcja
Po krótkiej okołoświątecznej przerwie czas wracać do prowadzenia bloga. Przez ten tydzień nazbierało się trochę filmowych zaległości, które trzeba w kilku słowach opisać. Kontynuując podróż po bezdrożach światowego kina natknąłem się na wysoko oceniany koreański film (średnia 7,7/10 na filmwebie przy ponad 6000 ocen) i postanowiłem się z nim skonfrontować.
Tańcząca w klubie matka So-mi (Sae-ron Kim) okrada gangsterów. Ci chcąc odzyskać swoją własność porywają kobietę i jej córkę. Tą pierwszą szybko zabijają i wycinają jej organy na sprzedaż. Natomiast dziecka zaczyna szukać jej sąsiad, prowadzący lombard Tae-sik (Bin Won). Przestępcy nie zdają sobie sprawy, że mężczyzna wcześniej był rządowym agentem do zadań specjalnych...
Jeśli miałbym oceniać ten film tylko pod kontem realizacji scen walki to produkcji należałaby się niemal maksymalna nota. Momenty, gdy siła argumentów jest zastępowana przez argumenty siły naprawdę zostały stworzone pierwszorzędnie i wielu hollywoodzkich mistrzów może do dzisiaj patrzeć z zazdrością na to, co dzieje się na ekranie. Także główna postać aktorska, czyli Bin Won wnosi dużo plusów dodatnich do całości. Szkoda, że był to ostatni film w karierze aktora, który raczej nie planuje już powrotu przed kamerę.
Niestety świetne walki i dobry aktor wiodący nie przykryją niedostatków, których jest w tym filmie niestety dość dużo. Na pewno trzeba do nich zaliczyć sztampową fabułę, której oklepane schematy widzieliśmy na ekranie wielokrotnie. Równie sztampowe są postaci, zarówno głównego bohatera, jak i jego adwersarzy czy dziewczynki, którą chce uratować. Między nim, a małą nie ma moim zdaniem potrzebnej tutaj chemii, do Leona i Matyldy z Leona Zawodowca brakuje im tyle, ile mnie do Seulu. Także patrząc na oceny oczekiwałem czegoś lepszego i trochę się zawiodłem. Nie jest to na pewno film zły i bez bólu można go oglądać czerpiąc dość dużą satysfakcję niektórymi scenami, jednak jako całość prezentuje się co najwyżej nieźle.
Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część 1 i 2 (Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 1 and 2) USA, Wielka Brytania 2010/2011 reż. David Yates gatunek: przygodowy, fantasy
Miałem to szczęście, że moje dzieciństwo przypadało na erę wielkiego boomu na Harry'ego Pottera w naszym kraju, a same książki wychodziły rok po roku, więc czytając miałem zawsze tyle lat, co główni bohaterowie. Tak samo, gdy zaczęły powstawać filmy wciąż byłem w wieku bohaterów, dzięki czemu mogłem najpełniej przeżywać akcję. Chociaż daleko mi do nazwania się kiedykolwiek potteromaniakim (lub jakimkolwiek maniakiem) to sentyment do serii pozostał, mimo że ostatniej części już ani nie przeczytałem, ani nie obejrzałem. To drugie niedopatrzenie postanowiłem właśnie nadrobić.
Po śmierci Dumbledore'a Voldemort (Ralph Fiennes) przejmuje władzę nad magicznym światem. Tymczasem ścigany przez swego wroga Harry Potter (Daniel Radcliffe) wraz z przyjaciółmi Ronem (Rupert Grint) i Hermioną (Emma Watson) szukają horkrusów, dzięki których zniszczeniom będzie możliwe pokonanie Voldemorta.
Obejrzałem oba filmy (część pierwszą i drugą) jednak postanowiłem nie rozdzielać ich na dwie notki i opisać w kilku zdaniach to co widziałem w jednym poście. W sumie jest to podzielenie jednej książki, może dla mnie trochę niezrozumiałe i tyle. W rankingu umieszczę filmy osobno, na potrzeby teksty wystarczy tylko jeden.
Sam pozostaję największym fanem pierwszych trzech/czterech książek o Potterze, jak i ich adaptacji filmowych. Uważam, że najwięcej magii zarówno literackiej, jak filmowej było zawartych w tych częściach i to właśnie początkowe, baśniowe części stanowią o sukcesie całej serii, która z części na część szła według mnie w zbyt hmm mrocznym kierunku rezygnując z tego, co miała najlepsze - magii, magicznej szkoły i jej sekretów na rzecz sztampowego pojedynku dobra ze złem w wydaniu dla nastolatków.
Także ostatnia część przez brak magicznej nauki w równie magicznej szkole i zamienienie się w istne przeciwieństwo pierwszych części jest dla mnie rozczarowaniem. Chociaż przez te prawie pięć godzin nie zabraknie tutaj efektownych pojedynków na różdżki,przeróżnych efektów świetlnych przez to wywoływanych, przejażdżek na miotłach czy używania magicznych przedmiotów to całościowo nie czuć tu wcale magii, która niknie pod wpływem swojej częstotliwości sprowadzając się do kolorowych efektów...Niestety czuć w tym przesyt.
Także film (czy też książka jeśli bym przeczytał) dla nastolatków obejrzany po latach, gdy jest się już w latach oddalony od targetu wiekowego produktu nie daje tyle satysfakcji, co kiedyś. Wiele rzeczy wydaje się nielogiczne, dodane na siłę, czy wręcz bezsensowne. Ale takie już prawidła opowieści dla młodszych widzów/czytelników.
Niestety też jakoś nie mogłem się przekonać do bohaterów, których wcześniej uwielbiałem. Zarówno Harry, jak i jego przyjaciele są mdli i po prostu nudni. Postać Voldemorta nie jest już tak straszna jak kiedyś, a mnie najbardziej irytowało tak mało czasu poświęconego świetnie sportretowanemu przez Alana Rickmana Snape'owi.
Gdybym oglądał ten film mając 16-17 lat na pewno uważałbym go za bardzo dobry, teraz jednak co najwyżej mogę powiedzieć, że jest średni z kilkoma niezłymi scenami. Niestety dla Pottera, a na szczęście dla innych filmów z wiekiem gust filmowy też podlega zmianie. Osobiście wieńczącą część uznaję nieznacznie lepszą niż pierwszy film z 2010 roku.
Oczy Julii( Los Ojos de Julia) Hiszpania 2010 reż. Guillem Morales gatunek: thriller
Thrillery kręcone w ostatniej dekadzie w Hiszpanii naprawdę przypadły mi do gustu. Po obejrzeniu takich filmów, jak Trup, Słodkich snówczy La Cara ocultamogłem z całą pewnością powiedzieć, że jestem fanem tamtejszej szkoły gatunkowej. Włączając Oczy Julii miałem więc nadzieję, że film ten będzie równie dobry, jak wyżej wymienione.
Odzyskująca wzrok po operacji oczu siostra Julii (Belén Rueda), Sara zostaje odnaleziona martwa w piwnicy. Wszystko wskazuje, że kobieta powiesiła się popełniając samobójstwo. Julia jednak nie chce w to uwierzyć i postanawia wszcząć własne śledztwo, w którym sceptycznie pomaga jej mąż, Isaac (Lluís Homar). Wkrótce Julia dowiaduje się o tajemniczym mężczyźnie spotykającym się z jej siostrą, a co gorsze sama zaczyna tracić wzrok...
Wszystko zaczyna się jak w rasowej hybrydzie dreszczowca z kryminałem. Mamy enigmatyczną zbrodnię, dążącą do prawdy bohaterkę, tajemniczego podejrzanego. W pewnym momencie napięcie jest wyczuwalne, a niemal wręcz namacalne. Niestety szereg chwytów, jakie serwują widzom autorzy mniej więcej od połowy filmu rujnuje całość w bardzo dużym stopniu i zamiast nastrojowego filmu mamy kalkę thrillerów klasy B (lub C) z psychopatycznym prześladowcą w roli głównej.
Bardzo razi mnie niekonsekwencja twórców oraz ich skłonność do wprowadzania różnych irytujących i niedorzecznych twistów fabularnych przekreśla produkcję, która szybko staje się nielogiczna i niespójna. Wiele rzeczy dzieje się 'bo tak' i nie mamy wyjaśnienia szeregu ważnych i niespodziewanych spraw z uzdrowieniami włącznie. Naprawdę liczyłem na dobry film jednak tym razem srogo się przeliczyłem. Chcąc obejrzeć ciekawy hiszpański thriller radzę najpierw zobaczyć jeden z filmów, które wymieniłem na początku, a Oczy Julii oglądać tylko w wypadku zostania koneserem tamtejszej kinematografii.
Morze Żółte (Hwanghae) Korea Południowa 2010 reż. Hong-jin Na gatunek: dramat, sensacyjny, thriller
Od jakiegoś czasu lubię koreańskie kino, chociaż jest z nim trochę, jak ze znanymi z Harry'ego Pottera fasolkami wszystkich smaków Bertiego Botta - nigdy nie wiadomo co dokładnie znajdziemy w danym filmie. Mimo opisów i wcześniejszych ocen może się okazać, że słaby według niektórych film przypadnie do gustu, zaś coś ocenianego bardzo dobrze okaże się kompletnym badziewiem. Ale taka nieprzewidywalność to także pewien drobny urok tego kina.
Gu-nam (Jung-woo Ha) jest żyjącym w Chinach taksówkarzem borykającym się z licznymi problemami, od alkoholu po hazard. Jakby tego było mało jego żona wyjechała do Korei i nie daje znaków życia, zaś Gu-nam musi spłacić jego wizę. Z pomocą przychodzi mu lokalny przemytnik Jeong-hak Myeon (Yoon-seok Kim), który proponuje mu pieniądze w zamian za zabójstwo na zlecenie na terenie Korei.
Trochę napaliłem się na obejrzenie tego filmu. Po przeczytaniu opisu stwierdziłem, że może idealnie wpasować się gatunkowo i klimatycznie w mój gust filmowy. Początek seansu zapowiadał, że film może być dobry. Ciekawie zobrazowany beznadziejny los bohatera w miejscu bez perspektyw, nieoczekiwana propozycja i wypłynięcie do Korei na zlecenie. Później zaś próba realizacji tegoż. Wszystko do tego momentu miało ręce i nogi oraz wypadało całkiem nieźle. Niestety to tylko 45 minut z prawie dwóch i pół godziny (co ciekawe widziałem wersję reżyserką filmu, pierwszy raz okazała się ona krótsza od tej normalnej). Później klimat idzie się kochać zaś na pierwszy plan wkraczają bezsens, głupota i krwawa jatka. Bohaterowie okazują się głupi (tak głupich policjantów nie widziałem od czasu...poprzedniego filmu tego reżysera, czyli W pogoni. Równie dobrze ekipę policyjną mogliby stanowić Benny Hill, Muminek, Lumpy z Happy Tree Friends oraz Flip i Flap), nieśmiertelni i niewrażliwi na ciosy łomami, nożami czy siekierami (Rambo przy bohaterach to Cienki Bolek). Bezsens fabularny przez ostatnie 2/3 filmu jest ogromny i w pewnym momencie reżyser nawet chyba nie troszczy się o to, by jakoś chociaż udawać, że jest jakaś fabuła, a po prostu kieruje widzów na kolejne sceny rzezi (jak w co gorszych pornosach, gdzie aktorzy początkowo wymienią kilka zdań fabularnych, jednak gdy dochodzi do pierwszych scen akcji zapominają, że chodzi tu o coś innego niż pieprzenie). Naprawdę zaczynam dochodzić do wniosku, że Hong-jin Na jest po prostu kiepskim reżyserem, gdyż nie potrafi on z dobrych materiałów startowych stworzyć pełnokrwistego filmu, dopracowanego i bogatego w szczegóły. Naprawdę ten film miał wielki potencjał i oczami wyobraźni widzę już dobrą opowieść opartą na początkowych scenach. Gdyby dalej pójść tym tropem dostalibyśmy film aspirujący do najlepszych, niestety skończyło się tak, jak się skończyło i niestety nie mogę tego filmu nikomu polecić. A szkoda.
Różyczka Polska 2010 reż. Jan Kidawa - Błoński gatunek: dramat
Leon Lech Beynar znany szerzej jako Paweł Jasienica należy do bardziej znanych polskich historyków. Chociaż wiele stawianych przez niego tez było tendencyjnych, a jeszcze więcej z tego co pisał po pół wieku od wydania zostało zdezaktualizowane to jest to chyba i tak do dzisiaj najbarwniej piszący eseista historyczny parający się historią naszego kraju więc po wzięciu poprawki na niektóre jego stwierdzenia polecam go każdemu chcącemu poczytać o polskiej historii (a jego książki są dość lekkostrawne, co rzadkie w tym gatunku). Mimo że rozpisałem się o panu Jasienicy film jednak nie traktuje o nim, zaś jego nazwisko nie pada tu ani razu. Ale dlaczego o nim wspominam? O tym niżej.
Zakochana w pracowniku urzędu bezpieczeństwa, Romanie Rożku (Robert Więckiewicz) młoda i atrakcyjna pracownica uniwersytetu, Kamila (Magdalena Boczarska) zgadza się na jego prośbę podjąć próbę zbliżenia się do pracującego na uczelni profesora Adama Warczewskiego (Andrzej Seweryn), antysystemowego pisarza podejrzewanego o pochodzenie żydowskie. Kamila wzbudza zaufanie dużo starszego od siebie pisarza i wkrótce się do niego wprowadza. Nie przestaje jednak pisać donosów...
Wspomniany na początku Paweł Jasienica poślubił rok przed śmiercią po wcześniejszej czteroletniej dość zażyłej znajomości niejaką Zofię O'Bretenny. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owa Zofia była inwigilującą go współpracownicą służb bezpieczeństwa PRL, która nie zrezygnowała z pisania donosów na pisarza nawet po poślubieniu go. Córka Jasienicy jednak upiera się, by nie porównywać historii Warczewskiego z życiorysem jej ojca strasząc prawnikami i procesem o naruszenie jej dóbr osobistych. Tak wiec reżyser filmu odżegnał się od postaci realnego pisarza twierdząc, że scenariusz obrazu jest tylko i wyłącznie fikcją i wyobraźnią scenarzystów. Cóż, każdy może jednak sobie wyrobić własne zdanie, jak to jest naprawdę.
Film będący w sumie kameralną rozgrywką między trzema postaciami, w które umiejętnie wcielają się Seweryn, Więckiewicz i Boczarska (bardziej zgrabną figurą, która ku mojej uciesze często ukazana została w negliżu niż aktorskim talentem). Chociaż akcja często dzieje się w plenerach lub na imprezach różnego rodzaju to najważniejszy jest tu ten trójkąt aktorski. Chociaż Braciak i Frycz wypadali też na tyle nieźle, że poddałem ich procesowi otagowania.
Historia będąca motorem napędowym całości opiera się na jednej z najmniej chlubnych kart historii nie tylko PRL ale może i całej historii Polski, czyli antyżydowskich wystąpieniach władz będących następstwem wydarzeń marcowych oraz będąca ich skutkiem przymusowa emigracja tysięcy Polaków pochodzenia mojżeszowego.
Autorzy pokazali całkiem sprawnie klimat tamtych lat z kontrastem szarości dnia codziennego i radosnych imprez (w barach dla plebsu czy w PKiN dla wierchuszki intelektualnej) oraz to, że życie wtedy mogło być całkiem przyjemne dla ludzi, którzy nie mieli większych aspiracji. Film nakręcono w stylu przypominającym filmy z epoki, dlatego ogląda się to wszystko bardzo realistycznie. Także cała otoczka drugiej połowy lat 60. ubiegłego wieku, zarówno styl, poprzez wystroje na samochodach kończąc wyszła dobrze.
O ile jednak to były plusy bardzo zawiodłem się na wyjątkowo tendencyjnym ukazaniu stron konfliktu. Sprzeciwiający się władzy i systemowi ludzie to kulturalna, obyta ze wszystkim co godne elita (która czasowo zepchnięta jest na margines). Bohater grany przez Seweryna na spotkaniach autorskich z czytelnikami non stop cytuje starożytnych myślicieli i średniowiecznych świętych nie zaniżając się do poziomu poniżej IQ 135. Byłem na kilku spotkaniach z topowymi pisarzami i nie spotkałem się z żadnym tego typu cytatem. Za to kilka razy było cytowanie Warsaw shore lub Gangu Albanii. Natomiast oponenci tej tłamszonej przez władze elity intelektualnej to tylko wulgarne przygłupy, które najpierw biją,a potem...biją, bo gdy przychodzi do rozmowy to wulgaryzmy mieszają z kaleczeniem mowy ojczystej. Na dodatek, by podkreślić ich zepsuty charakter pomagierzy władzy ludowej są okropnie brzydcy. Takim zestawieniem autorzy już na wstępie pokazują, kto jest tu tym dobrym, a kto złym. Zaś inteligentny widz naprawdę bez podziału na pięknych i bestie mógłby wskazać komu kibicować.
Mam wiec problem z oceną tego filmu, która w warstwie technicznej jest zrobiona bardzo fachowo i bez zastrzeżeń, intryga fabularna inspirowana prawdziwymi zdarzeniami też wypada całkiem nieźle, aktorstwo stoi na dobrym poziomie, jednak niestety przedstawienie wszystkiego kuleje i psuje odbiór całości co najmniej o jeden punkt dziesięciostopniowej skali. Już niezależnie od poglądów politycznych za samą próbę podłożenia głosu pod Gomułkę pasujące bardziej do Studia Yayo, a nie aspirującego filmu należy się pewna reprymenda. Niemniej jednak to wciąż warty polecenia film traktujący o ważnym społecznie i politycznie (choć po pół wieku już chyba bardziej historycznie) problemie. Jak najbardziej można.
Alicja w Krainie Czarów (Alice in Wonderland) USA 2010 reż. Tim Burton gatunek: fantasy, przygodowy
Po trochę przedłużonym długim weekendzie wracam do półświatka polskiej blogosfery. Nie wiem czy ktoś czekał czy nie (pewnie co najwyżej ktoś mnie przez ten czas odlajkował) ale oto jestem z pierwszym wpisem z zaległego od dwóch tygodni contentu. Na pierwszy majowy ogień idzie Tim Barton i jego wizja świata z klasycznej powieści Lewisa Carrolla.
Nastoletnia Alicja (Mia Wasikowska) z nudnego XIX wiecznego przyjęcia, które okazuje się być jej imprezą zaręczynową trafia w dziwny sposób do magicznej krainy, gdzie panuje groteskowa Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Dziewczyna dowiaduje się, że trafiła do tego świata, by zdetronizować ją i osadzić na tronie jej siostrę (Anne Hathaway). Alicji pomóc w tym ma Szalony Kapelusznik (Johnny Depp).
Książkę będącą oryginałem czytałem dawno, dawno temu (chyba jeszcze w zeszłym tysiącleciu) więc w sumie jeśli chodzi o kanoniczną wersję to wiem, że dzwoni ale nie wiem w którym kościele. Jeśli zaś chodzi o film to pierwsze na co zwróciłem uwagę to wybór reżysera. Chyba nikt inny nie pasowałby lepiej do tego szalonego filmu, jak właśnie Tim Burton. Także kadra aktorska z często pojawiającym się na ekranie duetem Depp - Bonham Carter pasuje jak nic do tego ekscentrycznego uniwersum. Świat wykreowany przez Bartona jest odpowiednio odjechany, dziwaczny i pokręcony. Wszystko jest kolorowe i sugestywne. Jednak jak dla mnie całość wyglądała dość sztucznie i mimo dbałości jakoś mało wiarygodnie. Do tego nie jestem fanem filmów kręconych w większości na green screenach. Także sama fabuła oparta na kanwie ponad stuletniej książki mnie nie porwała. Może gdybym miał z 12 lat mniej wsiąknąłbym w tę historię jednak w wieku ponad dwukrotnie większym całość mnie nie porwała. Wszystko było tu zbyt proste, szablonowe i czarno - białe. Raczej nuda i sztampa. Ale raczej całość robiona była z myślą o zapełniającym sale kinowe od dobrych kilku lat tak zwanym widzu familijnym i takiemu pewnie się podobał. Dla niego też niebawem wyjdzie kolejna część serii, jednak ja raczej szybko kontynuacji nie obejrzę.
Kret Polska, Francja 2010 reż. Rafael Lewandowski gatunek: dramat
I oto mamy (a w sumie mieliśmy, bo omawiana produkcja ma już dobre 6 lat) kolejny polski film o lustracji. Film, gdzie jedną z głównych aktorek pierwszoplanowych jest teczka. W naszym kraju jest to temat po 26 latach po przemianach systemowy dalej temat, który wielu gorączkuje i sprawia niemało kontrowersji. Nigdy mnie ta IPNowska martyrologia nie pociągała ani pod punktem historycznym, ani tym bardziej filmowym, jednak zdecydowałem się zobaczyć film mającego trochę inne spojrzenie na sprawę wychowanego we Francji reżysera Lewandowskiego.
Zygmunt Kowal (Marian Dziędziel) jest zasłużonym dawnym przywódcą kopalnianych strajków podczas stanu wojennego. Wraz z synem Pawłem (Borys Szyc) obecnie zajmuje się przywożeniem używanej odzieży z Francji, by odsprzedawać je w okolicznych lumpeksach. W pewnym momencie w jednym z tabloidów ukazuje się artykuł, w którym autor ujawnia, że Zygmunt współpracował z komunistycznym reżimem.
Duża część akcji dzieje się w Bielsku - Białej i jest to dość dobra odmiana, gdyż nie ma zbyt dużo filmów umiejscowionych w tej okolicy. Może jednak po prostu reżyser zdecydował się na to miasto za sprawą rejestracji samochodowych, które mają sugestywny dla treści filmu początek SB. Sam fakt, czy główny bohater donosił czy nie donosił w sumie miało dla mnie drugorzędne znaczenie, choć dla wielu ten wątek zapewne okaże się najważniejszy. Najciekawiej prezentuje się pokazanie skomplikowanych relacji między ojcem, a synem (który poślubił córkę górnika, który zginął podczas strajków zapoczątkowanych przez Zygmunta). Dużą rolę w pokazaniu ich relacji odgrywają sami aktorzy, którzy spisują się bardzo dobrze. Szyc jest ogólnie dobrym aktorem, choć czasem ma problem z dobrym wyborem ról, tutaj akurat trafił na niezły materiał. Dziędziel zaś w ostatniej dekadzie naprawdę wyrobił sobie dobrą markę charakterystycznego aktora, który plusuje za swój naturalizm.
Przerzucanie się teczkami wieńczy w filmie niezbyt dobra moim zdaniem końcówka, która wyjaśnia przeszłość, ale nie pokazuje przyszłości. Reżyser za to nieźle ukazuje nierozumiejącą sytuacji w kraju Polonię (w tym wypadku tą z Francji ale równie dobrze mogłaby to być każda inna). Może i Lewandowski porusza tutaj ważny temat ale wolałbym w polskim kinie coś innego, a teczkowe kino gatunkowe z pocałowaniem ręki zamieniłbym na co innego. Wszak i sama postawa Zygmunta pokazuje, że nie teczka wieńczy człowieka.
AO Ostatni Neandertalczyk (Ao, le dernier Néandertal) Francja 2010 reż. Jacques Malaterre gatunek: dramat, przygodowy
W zeszłym miesiącu opisywałem film osadzony w bardzo podobnym klimacie (napisałbym, że i czasach, ale wydarzenia z obu filmów dzieli jakieś 50 tysięcy lat więc chyba to za dużo, by tak stwierdzić), a mianowicie świetną Walkę o ogieńJeana - Jacquesa Annauda. Tym filmem zaś powracam do świata neandertalczyków i pierwszych ludzi współczesnych. Czy film o prawie trzydzieści lat młodszy od swego szacownego konkurenta okazał się lepszy?
Przenosimy się jakieś 30 tysięcy lat wstecz, by poznać historię neandertalczyka Ao (Simon Paul Sutton), który po wybiciu przez homo sapiens niedobitków swego plemienia rusza z Syberii do Europy, by w miejscu, gdzie się urodził odnaleźć dawno nie widzianego brata. W tej podróży od pewnego momentu towarzyszyć mu będzie kobieta z gatunku homo sapiens, Aki (Aruna Shields).
Film Malatarre na pewno jest bardziej wiarygodny historycznie od produkcji Annauda. Czy też w sumie prehistorycznie, bo o żadnych źródłach pisanych z tamtego okresu nie może być mowy, a więc wyklucza to stricte historyczne pojmowanie tematu. Zaznaczyć jednak trzeba też, że Walka o ogień nie aspirowała do filmu pokazującego rzeczywiste (prawdopodobne) wydarzenia, a była raczej luźno - przygodową adaptacją książki o wariacjach na temat czasów prehistorycznych. Przez ostatnie 3 dekady ludzkość dowiedziała się wiele o neandertalczykach i dlatego, w filmie tym wyglądają już oni znacznie bardziej przystępnie niż nieokrzesane małpoludy z filmu sprzed 35 lat. Jednak trochę ich przedstawienie w produkcji Malatarre jest dla mnie odpychające. Doczepienie doklejonego nosa wygląda niedbale czy wręcz śmiesznie, patrząc na Ao czułem pewien dyskomfort. Także to, jak neandertalczycy ubierali się na skutej lodem Syberii było śmieszne. Skórzane kubraczki odsłaniające gołe nogi i ręce może prezentowałyby się dobrze w He - Manie czy w Xenie ale przecież w takich ciuszkach nawet gruboskórni ludzie pierwotni odmroziliby sobie tyłki. Ich niedbałe ubranie kontrastuje zaś z przesadnie dbałą depilacją jakiej niewątpliwie poddała się Aki. Kobieta sprzed trzydziestu tysięcy lat jest dokładnie wygolona (czyżby metodą laserową) na całym ciele, nie zostawiając sobie nawet włosa pod pachą czy milimetrowego zarostu na nodze. Cuda, cuda ogłaszają normalnie! Kolejna rzecz, która mnie irytowała to nieustanne przemyślenia wygłaszane z offu przez Ao (a czasem też i Aki). Neandertalczyk ten jawi się w nich jako wielki myśliciel, filozof i pacyfista. Słuchając tego bredzenia to w sumie można domyślić się, dlaczego jego gatunek wymarł. Przemyślenia Ao pasowałyby raczej do postaci gimnazjalnego emo w polskim filmie niż do prymitywnego praczłowieka. Do tego jego wędrówka z południa Europy na Syberię tam i z powrotem jest niepojęta. Neandertalczyk mający w głowie GPS i idący na piechotę przez pół świata, gdzie na każdym kroku coś chce go zabić i zjeść?
Jednak nie licząc tych wszystkich wad i zastrzeżeń nie uważam też, że mamy do czynienia ze złym filmem. Jeśli przyjmie się umowność tej produkcji można naprawdę zagłębić się w ten ciekawy, pełen niebezpieczeństw świat sprzed tysięcy lat. Historia tu opowiedziana jest raczej z gatunku tych prostszych ale ogląda się to naprawdę dobrze. Dużą zasługę w tym mają bardzo poprawne zdjęcia oraz muzyka. Także gra aktorska głównych bohaterów stoi na niezłym poziomie. Shields w roli Aki naprawdę daje radę, potrafi samą mimiką powiedzieć wszystko, czego chce. Także Sutton wypada nieźle, a gdyby bardziej wiarygodny doklejany nochal pewnie oceniłbym go wyżej.
Reasumując dostajemy całkiem poprawny film z kilkoma poważnymi, lecz nie przekreślającymi całość błędami. Poziom Walki o ogień to to nie jest, jednak dla każdego, kto zainteresowany jest tematem pozycja obowiązkowa, a i fani kina przygodowego znajdą tu coś dla siebie.
Bobasy [Bébé(s)] Francja 2010 reż. Thomas Balmès gatunek: dokumentalny
Trochę ponad rok temu opisałem na blogu jedyny do tej pory film dokumentalny, jaki pojawił się na łamach mej strony. Jaskinia zapomnianych snówWernera Herzoga zrobiła na mnie dość duże wrażenie i sądziłem, że filmy dokumentalne częściej będą gościły na moim blogu. Tak się jednak nie stało i musiało minąć ponad 12 miesięcy, by przedstawiciel tego szanownego gatunku filmowego ponownie się tu pojawił. Teraz mam nadzieję, że dokumenty będą częściej występowały na blogu i nawet myślałem nad stałą rubryką dla nich poświęconą (na przykład Dokumentalne środy czy Wtorki z dokumentem). Napisałbym, abyście sami, jako czytelnicy napisali w komentarzach, co o tym sądzicie, jednak patrząc na liczbę i częstotliwość tychże do tej pory chyba nie ma wielkiego sensu tego robić. A tymczasem kilka słów ode mnie o filmie, któremu poświęcony jest ten wpis.
Z kamerą podążamy w cztery różne strony świata, by śledzić pierwszy rok życia czterech przychodzących na świat ludzi. Dzieci z sawanny w Namibii, mongolskiej stepowej jurty czy wielkomiejskich Tokio i San Francisco poznajemy jeszcze, gdy przebywają w brzuchach swych matek. Później będziemy towarzyszyć im przez pierwsze kilkanaście miesięcy ich życia, gdzie każdy dzień będzie stanowił nowe wyzwanie.
Tak pogodnego, optymistycznego i po ludzku ciepłego filmu dawno nie widziałem. Towarzyszenie tytułowym bobasom w ich codziennej eksploracji nowego dla nich świata to naprawdę miłe dla oka i umysłu odprężenie po ciężkim dniu. Oglądanie zmagań dzieci w przeróżnych sytuacjach, jak na przykład walka ze snem, próbie umycia się czy stanowienia pierwszych kroków to naprawdę radosne i wartościowe widowisko. Gdy jeden z bohaterów zrobi pod koniec filmu pierwszy krok i stanie dumnie wyprostowany na stepie, a jego włosy będą smagane wiatrem i gdy zobaczymy dumę na jego małej twarzy na pewno się uśmiechniemy. A takich momentów jest znacznie więcej.
Film ten też pokazuje, że my ludzie wszyscy jesteśmy tacy sami niezależnie od koloru skóry, miejsca urodzenia czy statusu materialnego. Przynajmniej gdy jesteśmy niemowlakami. Zarówno dziecko w ubogiej chacie w Afryce, jak i żyjące w przepychu San Francisco ma takie same potrzeby, cieszy się z tych samych rzeczy i robi generalnie to samo. Nie ma między nimi żadnej różnicy. Każde też zapewne chce być kochane i tą miłość otrzymuje tak, na ile pozwalają warunki. Pokazanie tego to bardzo wartościowy czynnik tego filmu.
80 minut seansu mija bardzo szybko i myślę,że za jakiś czas będę chciał obejrzeć przygody małych bohaterów raz jeszcze i polecam ten film chyba każdemu. Naprawdę warto.
Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia (Loong Boonmee raleuk chat) Tajlandia 2010 reż. Apichatpong Weerasethakul gatunek: dramat, fantasy
W zeszłym roku opisując dość solidny horror Shutter - Widmowspomniałem na wstępie, że jest to moje pierwsze spotkanie z tajskim kinem. Było to dokładnie rok temu, 3 marca i tak się przypadkowo złożyło, że teraz nadszedł czas na kolejny mój kontakt z filmem z tego orientalnego kraju. Tym razem wybór padł na film wydawać by się mogło nie byle jaki, gdyż dzieło reżysera którego nazwiska nawet nie spróbuję wymawiać otrzymało w 2010 roku Złotą Palmę w czasie festiwalu w Cannes (przez 70 lat tylko dwóch Polaków odebrało tę statuetkę: Wajda i Polański).
Na tajską wieś przybywają Jen (Jenjira Pongpas) i Roong (Kanokporn Tongaram), by spotkać się z ciężko chorym na ostrą niewydolność nerek wujka Boonmee (Thanapat Saisaymar). Mężczyzna przeczuwający bliskość swej śmierci toczy egzystencjalne rozmowy z członkami rodziny. W czasie wieczornego posiłku materializuje się duch żony gospodarza, zmarła przez 19 laty Huay (Natthakarn Aphaiwonk), a z lasu przybywa zaginiony syn bohatera, który zamienił się w małopoluda.
Jest to film bardzo silnie zakorzeniony w kulturze, religii i obyczajowości tajskiej, czy szerzej dalekowschodniej, która to u nas jest niemal zupełnie nieznana. Nawet znając założenia buddyzmu ale nie praktykując tego wyznania ciężko jest wczuć się w tę historię i sposób, w jaki myślą o życiu i śmierci bohaterowie. Dlatego też taki film okazuje się niezrozumiały dla większości europejskich widzów. Mamy tu więc do czynienia z wierzeniami w reinkarnację, pewnością działania karmy czy bezapelacyjne przyjmowanie pojawienia się duchów czy potworów. Światopogląd tajski jest zupełnie inny niż nasz, więc wiele rzeczy w filmie może okazać się dziwna.
Urzeka w filmie sposób przedstawienia świata. Choć same statyczne kadry nie są najlepsze to przedstawiają bardzo bogatą przyrodę Tajlandii. Mamy świetne łąki, lasy, jeziora czy dżungle. Do tego, tak jak w bardzo dobrym W objęciach wężamamy tu do czynienia z wciąż słyszalnymi w tle odgłosami. Ciągle jakieś zwierzęta piszczą, terkoczą czy też wydają inne właściwe swemu gatunkowi odgłosy. Ta świadomość czyjejś obecności gdzieś tam z boku jest bardzo ciekawym doświadczeniem.
Dziwi mnie scena pokazana mniej więcej w połowie filmu. Przenosimy się w czasie do historii brzydkiej księżniczki, która to zabawia się w jeziorze z sumem. Dziwne to, kontrowersyjne i zadowolić może zwolenników rybiej zoofilii.
Film mnie ten nie porwał, ale jak już pisałem nie jestem w stanie na 100% zrozumieć wszystkiego tego, co zobaczyłem na ekranie. Mądrzejsi ode mnie ludzie, którzy obejrzeli tysiące filmów dojrzeli w nim coś genialnego, skoro postanowili wyróżnić go w Cannes. Więc mimo to polecam obejrzeć, jednak na pewno nie jest to film dla zwykłego zjadacza kinowego popcornu.
Wyśnione Miłości (Les Amours imaginaires) Kanada 2010 reż. Xavier Dolan gatunek: melodramat
Niektórzy uważają Xaviera Dolana za reżyserskiego geniusza młodego pokolenia i za dowód na to stawiają między innymi film Mama, od którego przy pierwszej próbie seansu szybko się odbiłem oraz właśnie opisywaną produkcję, którą Kanadyjczyk nakręcił mając zaledwie 20 - 21 lat. O ile mogę się zgodzić, że nakręcenie w miarę profesjonalnie jakiegokolwiek filmu w tym wieku to już pewna sztuka, to jednak po tym co zobaczyłem o wielki talent i filmowy geniusz Dolana bym jednak nie posądzał.
Fabuła jest banalnie prosta i do opisania w kilku słowach. Poznajemy parę dobrych przyjaciół: Marie (Monia Chokri) i Francisa (Xavier Dolan). Pewnego razu poznają oni awangardowego Nicolasa (Niels Schneider), z którym zaczynają się spotykać. Wkrótce zarówno Marie jak i Francis zakochują się w nowym znajomym i zaczynają rywalizować o jego względy...
Nie wiem czego oczekiwałem po tym filmie, jednak miałem nadzieję, że w miarę głośna produkcja złotego dziecka kanadyjskiego kina do tego oparta na kontrowersyjnej wydawać by się mogło fabule, że całość będzie wyglądała całkiem znośnie. Niestety srodze się zawiodłem. Nie znalazłem w sumie ani jednego elementu (może od biedy Chokri) który jako tako mi się spodobał. Sama głośna fabuła okazała się mało absorbującą historią, jakich wiele w każdym nowym numerze Bravo Girl. Może zachwyci ona gimnazjalistów jednak jak dla mnie to bardzo pretensjonalne i słabe. Równie słaby był według mnie montaż filmu, który to całkowicie nie przypadł mi do gustu.
Reasumując nie wiem co mógłbym więcej o tym filmie napisać, gdyż mimo że nie była to najsłabsza produkcja jaką widziałem w ostatnich miesiącach to swoją nijakością zostawiła we mnie bardzo mało pozostałości po sobie w mej pamięci. Nie polecam chyba, że jesteś w gimnazjum.
Naznaczony (Insidious) USA, Kanada 2010 reż. James Wan gatunek: horror
Tym razem przyszła kolej na kolejny horror opisywany na tym blogu. Niestety większość oglądanych filmów tego gatunku przeze mnie w ostatnim roku (dzięki czemu mogły zostać tu opisane) miała według mnie dość niską jakość przez co i oceny były niezbyt wysokie. Ostatnimi dobrymi filmami z tego gatunku jakie widziałem i mogę z czystym sercem polecić to Mama i Kobieta w czerni. Można też zobaczyć Obecność. Ta ostatnia jest dziełem reżysera, który dał światu szokującą pierwszą Piłę, a także jest reżyserem opisywanego właśnie filmu. To wydaje się odpowiednią gwarancją, by uznać że Naznaczony będzie czymś wartym uwagi.
Poznajemy młode małżeństwo z trójką dzieci. Josh (Patrick Wilson) i Renai (Rose Byrne) wraz z potomstwem wprowadzają się do nowego domu. Pewnego dnia ich najstarszy syn, Dalton (Ty Simpkins) spada z drabiny na strychu, po czym zapada w śpiączkę. Od tego czasu Renai jest świadkiem zjawisk paranormalnych, które nie ustają mimo kolejnej wyprowadzki. Po radzie matki Josha (Barbara Hershey) małżeństwo postanawia skorzystać z pomocy medium (Lin Shaye).
Wan w tym filmie zastosował chyba 80% pomysłów występujących w gatunku jakim jest horror. Czego tu nie znajdziemy: zamykające się same z siebie drzwi, poruszająca się niewidzialną siłą klamka, szmery i stuki, pojękiwania w nawiedzonym złym domu, zjawy poruszające się w pobliżu, demony, pogromców duchów, krwawe odbicia rąk na białych prześcieradłach, równoległy świat duchów etc. Do wyboru, do koloru. Jest tego aż za dużo i przesyt tych strachów zamiast powodować lęk wzbudza śmiech (przynajmniej u autora tych słów). Czerwonomordy demon, który powinien być głównym złym (i w założeniu jest) całego zamieszania powoduje salwę śmiechu zamiast choć grama przerażenia. Film w ogóle nie straszy, a raczej aspiruje do bycia niespełnioną komedią.
Do tego postaci duchów są tak marnie zrobione, że wzbudzają nie paniczny lęk a co najwyżej wyrazy politowania. No bo kto boi się zjaw wyglądających jak figury woskowe wyciągnięte wprost ze sławnego gabinetu madame Tussauds?
Ogólnie sama fabuła też raczej do odkrywczych (jak zresztą przeważnie w horrorach) nie należy i sam fakt, że ktoś postanowił jeszcze odcinać kupony i nakręcił dwie kolejne części zakrywa o niesmaczny żart. Najgorsze jest to, że filmy te zwróciły się pewnie w kilka pierwszych godzin wyświetlania w kinach. Ja w każdym razie nie mam zamiaru ich oglądać. Nie po tym co zobaczyłem w części pierwszej, podobno najlepszej.
Chrzest Polska 2010 reż. Marcin Wrona gatunek: dramat
Reżyser Marcin Wrona nie był chyba nigdy zbyt rozpoznawalny przez szeroką publiczność. Nakręcił kilka filmów, których część zdobyła pewną popularność wśród krytyków filmowych. Sam bardziej zainteresowałem się Wroną w czasie, gdy obejrzałem w kinie zwiastun jego najnowszego filmu, pt. Demon, który właśnie wszedł do kin. Jednak największą rozpoznawalność reżyser zdobył, gdy popełnił samobójstwo w czasie trwania festiwalu filmowego w Gdyni.
Do domu Michała (Wojciech Zieliński) przyjeżdża jego dawny kolega, Janek (Tomasz Schuchardt). W dawnych czasach obaj panowie należeli do lokalnej grupy przestępczej dowodzonej przez bezwzględnego "Grubego" (Adam Woronowicz). Obecnie Michał jest szczęśliwie żonatym mężczyzną mieszkającym ze swą młodą żoną, Magdą (Natalia Rybicka). Janek dowiaduje się że za to, że Michał zakapował na policji brata "Grubego", przez co ten trafił do więzienia teraz na jego przyjaciela zapadł mafijny wyrok śmierci.
Przez cały czas trwania filmu unosi się nad nim ciężka, duszna atmosfera, która to rośnie z każdą chwilą. Nawet żarty w produkcji Wrony nie potrafią wyładować napięcia ciążącego wśród bohaterów, a są co najwyżej robieniem dobrej miny do złej gry. Autorzy potrafili świetnie stworzyć naprawdę mocny klimat zagrożenia i niepewności. Za to brawa.
Braw natomiast ciężko szukać w montażu samego filmu, który to został zrobiony dziwnie, żeby nie powiedzieć źle. Przynajmniej mi nie przypadło to do gustu.
Dziwnie zostali też przedstawieni gangsterzy występujący w filmie. Oprócz odcinania się od roli Popiełuszki Woronowicza, który naprawdę nieźle wyszedł w swej roli to inni (znaczna część) nie sprawiają zbyt groźnego wrażenia. Obok Michała Koterskiego z kastetem czy pałką mogłoby pojawić się jedno z dzieci z Bullerbyn.
Docenić należy za to zarówno grę aktorską tria (czy czworga) głównych bohaterów, gdyż zagrane to zostało bardzo dobrze oraz plus należy się za muzykę. Muzykę minimalistyczną ale trafiającą w punkt, pojawiającą się właśnie wtedy kiedy trzeba, potęgującą klimat produkcji.
Ogólnie dostajemy całkiem niezły film, który toczy się swoim własnym, raczej wolnym tempem jednak nie jest to minusem. Warto zobaczyć, chociaż ciężko napisać o tym filmie, że jest też jakimś bardzo dobrym produktem.
Wyspa tajemnic (Shutter Island) USA 2010 reż. Martin Scorsese gatunek: thriller
W 2010 roku rekordy biła Incepcja, jednak moim zdaniem rola tego filmu została mocno przeceniona. Kasowy hit Christophera Nolana 825 miliony dolarów tylko w pierwszy weekend swej obecności w kinach. Jednak moim zdaniem w tym roku miało miejsce dużo lepszych filmów, niż według mnie przeciętna Incepcja, dajmy na to kanadyjsko-francuskie Pogorzelisko, Prawdziwe męstwo czy właśnie inny oprócz Incepcji film z Leonardo diCaprio czyli właśnie teraz omawiany.
Poznajemy losy szeryfa federalnego Teddy'ego Danielsa (Leonardo DiCaprio), który wraz ze swym nowym partnerem Chuckiem (Mark Ruffalo) przybywa na wyspę nieopodal Bostony, gdzie znajduje się więzienie dla chorych psychicznie przestępców. Agenci mają za zadanie rozwikłać zagadkę zaginięcia jednej z więźniarek. Przyjmuje ich doktor Cawley (Ben Kingsley). Wkrótce Daniels odkrywa, że zarówno doktor, jak i inni przebywający na wyspie mają wiele do ukrycia.
W sumie nie można za dużo powiedzieć o fabule, żeby tym którzy nie widzieli nie psuć zabawy, gdyż jest to film, który trzeba doświadczyć samemu. Wszystko od pewnego momentu zaczyna się zmieniać jak w kalejdoskopie i liczba twistów fabularnych przekracza tu liczbę innych zakręconych produkcji. Mimo wszystko jest to spójne i satysfakcjonujące widza. Inni powinni się uczyć jak robić twisty fabularne! Zakończenie zaś jest takie, że po jego obejrzeniu długo zastanawiałem się co naprawdę jest fikcją, a co jawą. Widać, że film powstał w oparciu o dobrą książkę. A samo zakończenie sprawia, że chce się obejrzeć film od nowa wyłapując wszystkie niuanse. Do tego dochodzi ulokowanie filmu w ciekawym okresie (połowa lat 50. XX wieku, szalejący makkartyzm), w elektryzującym otoczeniu wyspy oraz wśród naprawdę dobrych aktorów. Tu nie ma o czym pisać, tu trzeba oglądać! I zapewne odebrać indywidualnie, bo każdy może mieć inne wnioski po seansie.
Lapońska odyseja (Napapiirin sankarit) Finlandia 2010 reż. Dome Karukoski gatunek: komedia
Przy okazji wchodzenia do polskich kin filmu Stary człowiek i może przypomniałem sobie, że oglądałem już wcześniej produkcję tego reżysera i Serce lwa bo o nim mowa przypadło mi do gustu. Jako że nie mam możliwości obejrzeć najnowszego filmu Karukoskiego zdecydowałem się więc wrócić do któregoś z wcześniejszych dzieł reżysera. Przy dość ograniczonym wyborze padło na Lapońską odyseję, która to jest komedią tak samo jak anonsowany w kinach najnowszy film reżysera. Pora więc sprawdzić czy Finowie mają poczucie humoru.
Zgodnie z tytułem akcja dzieje się na północnych pustkowiach Finlandii. Niezbyt zaradny życiowo, wieloletni bezrobotny Janne (Jussi Vatanen) mieszka sobie spokojnie wraz z żoną Inari (Pamela Tola) utrzymując się z zasiłku. Jako że Finlandia przechodzi w erę cyfryzacji ich analogowy telewizor przestaje działać. Jussi zwleka z kupnem nowego, jednak chęć obejrzenia przez Inari Titanica w telewizji zmusza go do wyjścia i kupna. Pieniądze dane mu przez żonę Janne jednak przepija w barze. Na wieść o tym żona stawia mu ultimatum zdobycia dekodera do rana, inaczej zakończy ich siedmioletni związek. Janne z pomocą równie jak on pechowych przyjaciół Kapu (Jasper Pääkkönen) i Tapio (Timo Lavikainen) rusza w podróż do oddalonego o 200 kilometrów miasta w celu zdobycia urządzenia.
Chyba tylko Finowie potrafiliby zrobić pełnometrażowy film o kupnie dekodera, który to staje się przy okazji małą opowieścią o sensie życia. Kumpelska historia wypadu do sklepu przybiera tutaj pewien metafizyczny wymiar. Bohaterom tego filmu drogi nie raz i nie dwa przyjdzie zastanowić się nad sensem swojej fińskiej egzystencji. Oczywiście ich podróż nie ograniczy się do skromnego wyjścia z domu do sklepu, gdyż wkroczą oni nieświadomie na szlak przygody. Bardzo kłopotliwej. Przyjdzie im się zmierzyć z lesbijkami - zabójczyniami, podłą babą z hotelowej recepcji wyposażoną w paralizator czy średnio radzącymi sobie z angielskim Rosjanami. Janne działając z nożem na gardle będzie musiał zdobyć wystarczająco dużo pieniędzy, by uratować swój związek. Nie zniży się jednak do tego, by wziąć dekoder za darmo od byłej miłości żony, bogatego lecz zniewieściałego Pikku-Mikko (Kari Ketonen), który będzie chciał szybko wykorzystać jego życiowe problemy, by zdobyć Inari.
Trochę dziwnie czułem się oglądając bohaterów filmu, których pamiętałem, jako neonazistów z poprzedniej produkcji reżysera. Widocznie Karukoski cierpi na ten sam problem, jak Smarzowski - zatrudnia swych ulubionych aktorów do większości swych produkcji.
Sam film jednak mnie rozczarował. Nie wiem czy Finowie śmiali się z tego filmu czy nie, jednak dla mnie nie był on specjalnie śmieszny. Może dwie, trzy sceny wzbudziły jakiś lekki uśmiech, jednak to o wiele za mało. Najlepsze w tej produkcji są chyba plenery, gdyż urokliwe zakątki na skraju świata nadają się do uświadczenia orgazmu przez oczy. Natomiast sama warstwa fabularna mnie nie przekonała. Można obejrzeć, jednak chyba szkoda czasu. Bardziej polecam bardziej dramatyczne dzieła reżysera.