Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

Mała liga

Liga sprawiedliwości (Justice League)
USA, Kanada, Wielka Brytania 2017
reż. Zack Snyder
gatunek: akcja, sci-fi
zdjęcia: Fabian Wagner
muzyka: Danny Elfman

Mam jakiś niedorzeczny sentyment do filmów ze świata Uniwersum DC i jego bohaterów. Tak jak nie znoszę filmów traktujących o amerykańskich superbohaterach lubię sobie popatrzeć na herosów rodem z DC. Chociaż każdy kolejny film wypuszczany taśmowo przez Warner Bros jest słabszy to pewnie i tak wybiorę się na następne tego typu produkcje. Po co? Sam nie wiem. 


Bruce Wayne jako Batman (Ben Affleck) w związku ze zbliżającym się zagrożeniem dla istnienia Ziemi (za sprawą niejakiego Steppenwolfa (głosu użycza Ciarán Hinds)) postanawia zebrać rozsianych po świecie ludzi posiadających nadzwyczajne umiejętności: Wonder Woman (Gal Gadot), Aquamana (Jason Momoa), Flasha (Ezra Miller) i Cyborga (Ray Fisher). Przydałby mu się także Superman (Henry Cavill), który jednak zginął w poprzednim odcinku...


Już sam opis filmu wydaje się w wystarczający sposób pokazywać infantylny charakter tej opowieści na kanwie komiksów dla dzieci. Jednak sposób, w jaki go zrealizowano jest jeszcze bardziej infantylny, nudny, sztywny, po prostu głupi. Po raz kolejny w ostatnich latach widzimy na ekranie papkę dla dzieci za ponad miliard złotych. Naprawdę można było te pieniądze wydać na coś przyzwoitego: nakarmić głodnych, uleczyć chorych czy chociaż nakręcić kilka przyzwoitych filmów. Albo jeden przyzwoity film.
A tak dostajemy kolejną snyderowszczyznę, gdzie połowę filmu to slow motion (nie muszę dodawać, że w większości niepotrzebny), niezapadający w pamięć czarny charakter działający bez żadnej motywacji, kiepsko rozrysowane postaci (z emo Cyborgiem na czele), których nie chce się oglądać (możę z wyjątkiem ładnej Gadot) ani słuchać (kto pisał dialogi?). Naprawdę ogląda się to z rosnącą mieszanką znudzenia i zażenowania. Jest kilka scen, które wypadają nieźle, ale to tyle. Ale nowy rok przyniesie nam kolejne filmy tego pokroju, które zarobią więcej niż fajne, mądre produkcje, które będę wypuszczane w tym czasie do kin...Mundus est novis.




środa, 15 listopada 2017

Księżniczka z DC

Wonder Woman
USA (oraz szereg innych państw) 2017
reż. Patty Jenkins
gatunek: akcji, sci-fi
zdjęcia: Matthew Jensen
muzyka: Rupert Gregson-Williams

Na dniach czeka nas premiera Ligi Sprawiedliwości (na którą już sobie bez trudu zamówiłem bilet, co świadczy o tym, że specjalnie mało kto na nią u nas czeka), zaś opisywany właśnie film dobrze przed miesiącem miał w Polsce swoją premierę DVD (i pewnie blu ray). Ja widziałem go w jego premierowym tygodniu, jednak jak widać zaległości blogowe są tak duże, że dopiero teraz poświęcę mu kilka zdań.


Diana (Gal Gadot) jest księżniczką. I to nie byle jaką, bo księżniczką Amazonek. Wraz ze swoimi rodaczkami zamieszkuje oddaloną od ludzkości wyspę i tak jak inne Amazonki spędza czas na doskonaleniu się w walce pod okiem matki (Connie Nielsen) i miejscowej generałki (Robin Wright). Tymczasem na wyspę dociera osoba z innej bajki - żołnierz z czasów pierwszej wojny światowej (Chris Pine). Za nim przybywa agresywnie nastawiona niemiecka armia...


Już po tym kilkuzdaniowym tekstowym wprowadzeniu w akcję widać, że fabuła filmu jest bardzo pretekstowa i nie odstaje ambicją od większości filmów superbohaterskich. Ogólnie budowanie nowego kinowego uniwersum DC Comics tworzy się w wielkich bólach i dla wielu przebrnięcie przez kolejne filmy z Supermanem, Batmanem, Jokerem czy Dianą to niejako droga przez mękę. Sam ciągle daję im kolejne drugie szanse mimo tego, że są to dla mnie filmy ciężkie do strawienia (jednak o wiele bardziej lubię to uniwersum od tego, co oferuje koncern Marvela). Niestety Wonder Woman nie oferuje nic lepszego od poprzednich filmów serii. Historia jest zwyczajnie nieabsorbująca, najlepsze żarty klasycznie użyte już w zwiastunie, a sama Gal Gadot mimo, że bezsprzecznie urocza, to jednak aktorsko bardzo jednowymiarowa. Samo przedstawienie jej postaci, heroski Diany bez zbędnego epatowania seksualnością dla jednych może być atutem, dla innych zaś wadą. W obecnych realiach poprawnie jest nie skupiać się na fizyczności bohaterki, jednak pamiętać należy, że ta fizyczność to jednak główna siła popularności komiksowego pierwowzoru. Oczywiście sam fakt, że zrobiono film dla dzieci (jak większość mainstreamowego kina z USA obecnie) dyskwalifikuje jakieś bardziej dojrzałe podejście do seksownej dziewczyny, która po raz pierwszy spotyka przedstawicieli płci przeciwnej. 
Dużym minusem są dla mnie też efekty specjalne, które zostały zrobione dość kiepsko. Nie jest to oczywiście pamiętny poziom smoka z filmowego Wiedźmina, jednak na obecne standardy te bajery (które są siłą każdego dobrego filmu superbohaterskiego) użyte w filmie odstają. 
Mimo tego, że zawiodłem się na filmie Jenkins z chęcią, jak już zresztą zaznaczyłem na wstępie udam się na najnowszy film dziejący się w uniwersum DC. Nie liczę na nic wielkiego, ale może najwyżej mile się rozczaruje. 


wtorek, 10 października 2017

Szaleniec z kataną

Miecz zagłady (Dai-bosatsu tôge)
Japonia 1966
reż. Kihachi Okamoto
gatunek: dramat, akcji
zdjęcia: Hiroshi Murai
muzyka: Masaru Satô

Filmy samurajskie były znakiem rozpoznawczym powojennego japońskiego kina lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Przede wszystkim kojarzone były one z reżyserką maestrią Akiry Kurosawy oraz dwóm genialnym aktorom: Tatsuya Nakadai i przede wszystkim Toshirô Mifune. W opisywanym filmie obaj się pojawiają, jednak reżyserii podjął się mniej sławny Kihachi Okamoto. 


Film opowiada historię samuraja Ryunosuke Tsukue (Tatsuya Nakadai), który to ponad wszystko inne stawia doskonalenie zawodowe, co w jego wypadku przekłada się na sztukę mordowania ludzi. Wszystko inne w jego życiu stacza się na dalszy plan. Po tym, gdy w szkole walki zabija swojego przeciwnika i wiąże się z jego żoną (Ichirô Nakatani) brat poległego (Yûzô Kayama) zapowiada zemstę za śmierć brata. W tym celu zaczyna pobierać lekcje szermierki od Toranosuke Shimada (Toshirô Mifune).


Film ten jest całkiem inny pod względem fabularnym od większości filmów o tematyce samurajskiej. Przeważnie główną postacią tego typu kina jest dobry bohater lub też ewentualnie neutralny moralnie, który jednak od niechcenia (dla pieniędzy, wpływów czy też kobiety) robi światu dobrze. Bohater tego filmu Okamoto jest zaś bohaterem negatywnym, który swym postępowaniem etycznym nie wzbudza w widzu (jak i w innych postaciach w filmie) pozytywnych emocji. Postać Ryunosuke to jedna z silnych stron tej produkcji. Druga zaś, to świetne zdjęcia. Mało który film sprzed ponad pół wieku jest tak dobrze nakręcony. Kadry tego filmu to absolutny majstersztyk, a niemal każdy nadaje się do wydruku i zawieszenia na ścianie jako dekoracyjny obraz. Chapeau bas!
Niestety film cierpi na ten sam mankament, co większość produkcji samurajskich. Tempo jest przeważnie ślemazarne, a postaci zbyt mocno teatralnie wypowiadają swe kwestie. Chociaż bardziej przemawiają za mną pozycje Kurosawy i Kobayashiego to produkcja Okamoto jest na tyle oryginalna to warto ją obejrzeć. 





niedziela, 9 lipca 2017

Pstrokata papka

Strażnicy Galaktyki vol. 2 (Guardians of the Galaxy Vol. 2)
USA 2017
reż. James Gunn
gatunek: sci-fi, akcja
zdjęcia: Henry Braham
muzyka: Tyler Bates

Jako że mamy lipiec kilka fachowych portali zajmujących się tematyką filmową pokusiło się o własne zestawienie najlepszych kinowych premier pierwszego półrocza 2017 roku. Przy kilku czy nawet kilkunastu co najmniej dobrych produkcjach, jakie w tym czasie zagościły na polskich ekranach część specjalistów uznała, że tym co najlepsze w kinie Anno Domini 2017 był do tej pory opisywany właśnie film. Spróbuję się z tym nie zgodzić.


Po przygodach z pierwszej części bohaterowie (czyli Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista i podkładających głosy pod komputerowe postaci Vin Diesel oraz Bradley Cooper) kontynuują swoją gwiezdną eskapadę jako tytułowi 'Strażnicy Galaktyki. Po drodze pakują się w pewne kłopoty, jednak główną osią fabuły będzie spotkanie Petera Quilla z Ego (Kurt Russell), który przedstawia się, jako jego ojciec i zabiera bohaterów na swoją planetę.



Druga część komiksowej adaptacji Marvela to praktycznie dalej to samo, co w części pierwszej. Tylko, że obecnie jest więcej, mocniej i głośniej. Ale obracamy się ciągle wokół tych samych części składowych. Dla tych, którzy jakimś trafem polubili jedynkę i kontynuacja okaże się być w porządku. Ja jednak miałem dość mieszane uczucia odnośnie części pierwszej, także i tym razem nie jestem w stanie kupić i tego filmu. 
Mamy po raz kolejny pastelowy świat (a w zasadzie światy), luzackich zadziornych bohaterów, trzymającą się na słowo honoru pretensjonalną fabułę oraz sztampowe interakcje między postaciami. Cały ten festiwal klisz właściwych dla kina młodzieżowego przepełnia tona kolorowych efektów specjalnych i miła dla ucha oldschoolowa muzyka. Film ma też jakąś tam wartość edukacyjno - moralną (na zasadzie kontrastu postaci granych przez Russella i Michaela Rookera jako Yondu) jednak wciąż uważam, że jestem już na takie filmu za stary, by w pełni cieszyć się tym, co dzieje się na ekranie. Czasem dziwię się też ludziom w wieku ponadgimnazjalnym, którzy z aż tak wielką radością przyjmują filmy z gatunku tych +12. Doceniając walory motion capture czy efektów specjalnych sam wolę jednak pozostać przy innych klimatach, jakie daje nam kinematografia. 


niedziela, 2 kwietnia 2017

Cyborgi i ludzie

Ghost in the Shell
USA 2017
reż. Rupert Sanders
gatunek: sci-fi, akcja
zdjęcia: Jess Hall
muzyka: Clint Mansell

Byłem ciekawy tego filmu, który jest amerykańskim remakiem chińskiej bajki o tym samym tytule. Ogólnie, gdy słyszę stwierdzenia, takie jak amerykański remake i chińska bajka, to staram się to omijać. Tutaj jednak nie dość, że udałem się na premierę, to wcześniej obejrzałem japoński oryginał. 


Major (Scarlett Johansson) jest posiadającym ludzki mózg cyborgiem, który pracuje w parze z Batou (Pilou Asbæk) w policyjnej sekcji pod dowództwem Aramakiego (Takeshi Kitano). Podczas polowania na niebezpiecznego hakera Kuze (Michael Pitt) zaczyna zastanawiać się nad swą tożsamością...


Nigdy nie byłem psychofanem oryginału, który zresztą obejrzałem 22 lata po jego premierze, więc nijak nie podszedłem do tego filmu sentymentalnie, ani nie uważałem aktorskiej wersji tej produkcji jako szarganie pewnej świętości. Po prostu uważałem, że co najwyżej powstanie kolejny słaby film, jakich wiele. Na szczęście okazało się, że wcale nie było tak źle i znalazłem w obrazie Sandersa kilka solidnych plusów. Począwszy od obsady, gdzie mamy wciąż piękną Johansson, która z racji tego, że poświęciła karierę na granie w mało ambitnych filmach ma duże doświadczenie w podobnych rolach, do tego niezła rola Asbæk, nieoczekiwany występ Kitano (który porozumiewał się w języku japońskim,w sumie w świecie przyszłości każdy mógł dysponować jakimś wszczepionym w mózg translatorem więc czemu nie, lepiej tak, niż jakby miał być zdubbingowany przez jakiegoś Jankesa), a do tego pamiętany za świetną rolę w Zakazanym Imperium Pitt czy Juliette Binoche. Naprawdę obsada dała radę. Drugie co mi się spodobało to sam świat przyszłości. Ultranowoczesne miasto zostało pokazane naprawdę dobrze. Wielki moloch, wypełniony robotami, cyborgami i inną techniką,ładnie pokazany i nakręcony. Chciałoby się zwiedzić jeszcze więcej miejsc tego świata. Sam wątek egzystencjalny bohaterki oceniam zaś stosunkowo słabo i szkoda, że poświęcono mu aż tak wiele miejsca. Także jestem na nie słysząc muzykę filmu - tylko początek i napisy końcowe nawiązywały do świetnej muzyki oryginału, reszta zaś to już standardowe dźwięki hollywoodzkich blockbusterów. Szkoda. Jednak generalnie nie jest źle, seans leci szybko, a kilka rzeczy naprawdę można uznać za udane. Solidna, rzemieślnicza robota.





Duch w zbroi

Ghost in the Shell
Japonia 1995
reż. Mamoru Oshii
gatunek: sci-fi, akcja, chińska bajka
zdjęcia: Hisao Shirai
muzyka: Kenji Kawai

Od chińskich bajek odbijam się zazwyczaj jak od ściany. Ostatnie tego typu produkcje oglądałem w czasach Pokemonów, wcześniej zaś Muminków i Pszczółki Mai. Ostatnio zaś z racji tego, że przeczytałem Trylogię ciągu Gibsona, która to zapoczątkowała podgatunek fantastyki, jakim jest cyberpunk, zaś do kin zbliżała się aktorska wersja opisywanego filmu postanowiłem sięgnąć po oryginał. 


Czasy przyszłości. Świat jest oparty na nowych technologiach, a rządzą nim wielkie korporacje. Na Ziemi przyszłości jest miejsce dla robotów i cyborgów, zaś wielką rolę pełni cyberprzestrzeń. Poznajemy Major Motoko Kusanagi (Atsuko Tanaka) - cyborga posiadającego ludzki mózg, która to w Sekcji 9 walczy z cyberprzestępęczością. Wraz z kolegą z grupy, Batô (Akio Ôtsuka) ściga nieuchwytnego przestępcę zwanym Władcą Marionetek. 


Powiedzenie czegoś niepochlebnego na ten film w światku filmowym jest odbierane jako profanum, a wielu poważnych krytyków zachwyca się nim oceniając go na 9/10 lub wyżej. Ja zaś jako umiarkowany fan cyberpunka, zaś duży oponent chińskich bajek mam tutaj większe pretensje do samej treści, niż konwencji chińskiej bajki, która jaką jest każdy widzi. Postaci nie wypowiadają normalnych dialogów, a rzucają sloganami - słowa hasła dominują w rozmowach i przemyśleniach bohaterów. A przecież każdy z nich ma ludzki mózg, nawet jeśli jest cyborgiem. Niestety nie zachwyciłem się tymi rozważaniami nad naturą człowieczeństwa i uważam, że te wszystkie gadki są pseudo głębokie, coś jakby w konwencji cyberpunku wymyślił to wszystko Paulo Coelho. To,co zaś zachwyca to niesamowita muzyka. Tego chce się słuchać. Taki kontrast pomiędzy światem przyszłości, a tradycyjnymi,dawnymi japońskimi dźwiękami. Ścieżka dźwiękowa z tego filmu zostaje w pamięci na długo po seansie. Także bardzo przypadły mi do gustu długie ujęcia w tej produkcji. Kamera nieraz potrafi zawisnąć gdzieś i zastygnąć na chwilę, dzięki czemu można chłonąć ładnie przedstawione często statyczne kadry. Dlatego więc, mimo że nie zachwyciłem się samą warstwą fabularną, która była co najwyżej przyzwoita to znalazłem tu kilka innych mocnych punktów.






Między nami, mutantami

Logan: Wolverine (Logan)
USA 2017
reż. James Mangold
gatunek: dramat, akcja, sci-fi
zdjęcia: John Mathieson
muzyka: Marco Beltrami

Jak już wiele razy podkreślałem dość łagodnie mówiąc nie jestem fanem filmów o superbohaterach, które w ostatniej dekadzie ku mojemu rozczarowaniu opanowały świat multipleksów i serwisów branżowych. Jako tako lubię Batmana i jego uniwersum, jednak wszystko inne jest mi obce i ogólnie dawno uważam, że jestem za stary na pastelowe przygody facetów w kolorowych rajtuzach. Także przed tym filmem nie znałem postaci Wolverine'a ani jego świata. Jednak kategoria wiekowa inna niż PG13, którą otrzymał Logan skłoniła mnie, by jednak iść i zobaczyć co w trawie piszczy. 


Niedaleka przyszłość. Superbohaterskie mutanty niemal zniknęły z powierzchni Ziemi. Logan (Hugh Jackman) jest podstarzałym, zgorzkniałym facetem, który staje się coraz słabszy. W hangarze na pustkowiu przetrzymuje bliskiego śmierci Charlesa (Patrick Stewart). Nagle w ich życiu pojawia się młoda dziewczyna, Laura (Dafne Keen), która ma w sobie supermoce uderzająco podobne do tych Logana. Dziecko poszukiwane jest przez niejakiego Pierce'a (Boyd Holbrook).


Ciężko jest wskoczyć do filmowego uniwersum, które trwa od lat na ostatni film serii (przed pewnym rebootem za kilka lat). Ja jako osoba całkiem zielona w tym świecie zostałem rzucony na głęboką wodę nie wiedząc często o co chodzi, kim są osoby na ekranie etc. W sumie słusznie, że w setnej części przygód x menów nie tłumaczy się łopatologicznie kto jest kim i czym się zajmuje oraz jakie ma właściwości, a zainteresowani powinni zacząć przygodę z uniwersum od wcześniejszych części. 
Sam film jest dość brutalny, co z jednej strony w porównaniu do innych tego typu produkcji jest plusem, bo przecież gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, jednak same sceny przemocy wywołały u mnie mieszane uczucia. Takie to wszystko nieekskluzywne. 
Mamy do czynienia z konwencją kina drogi pomieszanego ze współczesnym westernem oraz oczywiście kinem superbohaterskim. Gdyby nie było tych wszystkich superwłaściwości, jakimi dysponują bohaterowie uważam, że wyszedłby lepszy film. Także przesadzona (super)końcówka była czymś, co nie przypadło mi do gustu. Opisywany film jest na pierwszym miejscu pierwszego kwartału na liście najlepszych filmów roku według użytkowników filmwebu. Zapewne pozostanie wysoko, dając się wyprzedzić ewentualnie jakiejś animacji czy innemu przedstawicielowi swojego gatunku - tak już wygląda współczesne kino i jego fani. Mnie to nie przekonało - do obejrzenia i zapomnienia. 





niedziela, 5 lutego 2017

Krwawa rzeka

Mei Gong He Xing Dong
Chiny, Hongkong 2016
reż. Dante Lam
gatunek: akcja

Znajdująca się w tytule filmu rzeka Mekong nie jest zbyt znana w naszym kraju, jednak pełni ona dość ważną rolę w Azji. Ta czwarta najdłuższa rzeka Azji, a dziewiąta na świecie jest prawie pięciokrotnie dłuższa, niż nasza Wisła. Przy okazji przepływa przez sześć krajów, dzięki czemu jest ważna z handlowego punktu widzenia. Co istotne dla samego filmu - niektóre jej rejony są siedliskiem przestępczości. 


Na rzece przestępcy zaatakowali chiński statek, rabując go oraz zabijając kilkunastu podróżujących na nim Chińczyków. Chińskie władze postanawiają pomścić rodaków oraz pozbyć się Naw Khama (Pawarith Monkolpisit) - władającego niekontrolowaną przez żaden rząd częścią rzeki przestępcy. W tym celu wysyłają oddział specjalny.


Jeśli oceniałoby się tylko stopień realizacji strzelanin, pościgów oraz przeróżnych wybuchów film ten z całą odpowiedzialnością mógłbym polecić tym, którzy katują po raz dwudziesty Rambo - produkcja Lama może być uznana za całkiem dobrą, przepełnioną non-stop akcją alternatywą. Jest to typowy męski film, oglądany do piwa. Myśleć nie trzeba wcale, za to obejrzy się wszystko to, o co chodzi w filmie akcji. Do tego egzotyka miejsca, jakim są tereny rzeki Mekong potrafi przyciągnąć do oglądania - mimo że ogląda się po raz setny tą samą historię, to orientalne realia pochłaniają. Szkoda tylko, że film jest strasznie jednowymiarowy - oprócz pogoni i strzelanin nie ma sobą nic do zaoferowania. Wszystko wygląda pięknie, jednak jest wydmuszką. Fabuła (oparta na prawdziwych wydarzeniach) trzyma się na słowo honoru, w sumie nie wiemy zbytnio o co chodzi, a bohaterowie wymieniają tylko albo kurtuazyjne zdania, nim przejdą do właściwej akcji (tak zwana struktura fabularna pornosa), albo usłyszą kilka zdań założeń tego, co muszą w najbliższym czasie wykonać (tutaj strukturalnie najbliżej filmowi do gry FPS). Niestety nic tu się nie trzyma kupy i po prostu bohaterowie czasem coś powiedzą, by pchnąć akcję do przodu. Ostatnie 25% filmu to już brak jakichkolwiek rozmów i tylko czysta akcja - w sumie może lepiej byłoby, gdyby zrezygnowano z dialogów zupełnie i cały film był oparty na scenach sensacyjnych. W rezultacie dostajemy bardzo dobry film pod względem scen akcji i zerowy fabularnie. A więc w mojej ocenie ujdzie ale nie tego szukam w kinie.




czwartek, 26 stycznia 2017

Zombieland

Resident Evil 2: Apokalipsa (Resident Evil: Apocalypse)
USA, Francja, Kanada, Niemcy, Wielka Brytania 2004
reż. Alexander Witt
gatunek: horror, akcja
zdjęcia: Derek Rogers
muzyka: Jeff Danna

Niedawno opisałem pierwszy film z serii adaptacji gier Resident Evil i przy tej okazji napisałem o powodach, dla których porwałem się na seans. Teraz realizując obietnice tam zawarte szybko zabrałem się za drugą część tej serii.


Alice (Milla Jovovich) wydostaje się z Ula i laboratorium korporacji Umberlla i wychodzi na powierzchnię Racoon City, które jest pogrążone w chaosie spowodowanym trwającą właśnie apokalipsą zombie. Wkrótce spotyka Jill Valentine (Sienna Guillory) i razem z nią próbuje wydostać się z miasta...


Będzie to jedna z krótszych notek na blogu. Uważam, że film, który posiada więcej państw koproducenckich niż punktów w ocenie od 1 do 10 nie zasługuje na zbyt długie rozpisywanie się. W dalszym ciągu jest mało klimatycznie, głupio, źle zagrane i równie marnie sfilmowane. Efekty specjalne są o jakieś dwie dekady opóźnione i całość całkiem nie dorównuje grze. Mimo wszystko według mnie druga część jest nieznacznie lepsza niż poprzedniczka. Może dlatego, że tutaj posiada choć trochę szczątkowej fabuły (w małym stopniu nawiązującą do gier, choć znany z trzeciej części Nemesis tutaj jest tylko marnym cieniem siebie) i mało wyszukany lecz występujący humor. Jednak dalej jest to po prostu słaby film, do którego lepiej nie zasiadać. Nie wiem czy wytrzymam kolejną część. 






wtorek, 24 stycznia 2017

Zombie: początek

Resident Evil 
USA, Francja, Niemcy, Wielka Brytania 2002
reż. Paul W.S. Anderson
gatunek: horror, akcja
zdjęcia: David Johnson
muzyka: Marco Beltrami

Od czasu zagrania w przed niemal dwoma dekadami w drugą część Residenta jestem umiarkowanym fanem serii gier japońskiego Capomu. Z okazji wypadającej właśnie premiery siódmej numerowanej części gry oraz nadchodzącej, podobno ostatniej części filmowych przygód granej przez Jovovich Alice postanowiłem sięgnąć po pierwszy film z logo RE.


W znajdującym się głęboko pod ziemią tajnym ośrodku badawczym zwanym Ulem dochodzi do zakażenia biologicznego. Zarządzająca jednostką sztuczna inteligencja postanawia wybić pracowników znajdujących się na miejscu, by nie doprowadzić do przedostania się skażenia. Po pewnym czasie na miejsce przybywa oddział sił specjalnych, a w raz z nim Alice (Milla Jovovich)...


Do tego filmu jako entuzjasta serii gier podchodziłem cyklicznie już kilka razy w ostatniej dekadzie. Nigdy jednak nie udało mi się go obejrzeć w całości. Do dzisiaj, gdyż postanowiłem w oczekiwaniu na kolejną część gry wreszcie zapoznać się z serią filmową uznając, że może następne części wypadną dla mnie lepiej. I tym razem udało mi się wytrwać te 100 minut przed ekranem i poznać całą historię, jaką ma do zaoferowania Anderson. Obraz ten tylko utrzymał mnie, że język gier jest praktycznie nieprzetłumaczalny na język filmu - po prostu coś, co nawet wypadałoby dobrze na ekranie gracza nijak nie prezentuje się zachęcająco w aktorskiej obróbce dla widza (nawet lubiącego gry). Niestety film Andersona choć operuje kilkoma zbieżnymi z grami nazwami i tematami wydaje mi się, że nijak ma się do tej atmosfery, jaką mamy w cyklu Conami (porównując pierwszą część gry z pierwszą częścią filmu dostajemy przecież całkiem coś rozbieżnego). Do tego zupełnego braku klimatu i atmosfery survivalu dochodzą fatalnie wykonane zombie, wymyślona na kolanie fabuła, tragiczna gra aktorska (kiedyś myślałem, że Jovovich będzie stać na więcej, jednak zaszufladkowała się w tandecie) oraz archaiczne (nawet jak na tamte czasy) efekty specjalne. Dostajemy zatem potworka, który aspirował pewnie do bycia czymś zupełnie innym niż w rezultacie jest. Dziwią mnie więc te całkiem optymistyczne oceny ludzi, ja nie widzę w tym filmie nic zapadającego w pamięć. Jednak zamierzam już niebawem katować się kolejnymi częściami serii - może będzie lepiej?





niedziela, 1 stycznia 2017

Pożegnanie z Gotham

Mroczny Rycerz powstaje (The Dark Knight Rises)
USA, Wielka Brytania 2012
reż. Christopher Nolan 
gatunek: akcja, sci-fi

Choć od początku batmanowej trylogii Christophera Nolana minęło dopiero 11 lat, a właśnie opisywana ostatnia jej część trafiła do kina zaledwie przed czterema laty (z miesiącami) to praktycznie od daty premiery finalnego filmu produkcje te mają status kultowy. Wydaje się, że nawet w większym stopniu, niż nietoperzowe filmy Burtona. I to raczej zasłużenie, gdyż Nolan godnie wprowadził postać Bruce'a Wayne'a w XXI wiek. 


Po reformach Harvey'a Denta i wycofaniu się Batmana (Christian Bale) z życia miasta w Gotham City wreszcie nastaje względny porządek. Komisarz Gordon (Gary Oldman) i jego podwładni muszą mierzyć się tylko ze zwykłą przestępczością. Jednak osiem lat po wydarzeniach z poprzedniego filmu do miasta przybywa najemnik Bane (Tom Hardy), który wraz ze swoją małą armią zaczyna terroryzować miasto. Potrzebny jest powrót obrońcy Gotham...


Czego i kogo w tym filmie nie ma! W najdłuższej części trylogii Nolan zaludnia miasto licznymi ważnymi postaciami, dodatkowo też zagranymi przez równie głośne nazwiska. Pojawia się wreszcie w serii Selina Kyle, czyli Kobieta-Kot, a świetnie portretuje ją Anne Hathaway (wydaje mi się, że w jednej ze swych najlepszych ról, wpasowała się idealnie), dobra kreacja Josepha Gordona-Levitta, który tutaj mnie wreszcie do siebie przekonał, jest także Marion Cotillard (która akurat do tego filmu zbytnio nie pasowała) i powracający weterani kina - Morgan Freeman i Michael Caine w rolach, w jakich widzieliśmy już wcześniej. Także pod względem aktorskim ciężko było zgromadzić producentom lepszych profesjonalistów. Jednak nagromadzenie takiej pokaźnej gamy aktorów z nazwiskami i danie im mniej lub więcej czasu trwania filmu pojawia się pewien problem - jest tu po prostu za mało Batmana w Batmanie. Nietoperz pierwszy raz ukazuje się na ekranie w 45 minucie filmu, później postać ta znika na grubo ponad godzinę, by znowu wkroczyć do akcji w ostatnich scenach. Trochę mało. Chociaż chwała Nolanowi, że mimo skromnego wykorzystania głównego bohatera serii nie traci się zainteresowania akcją - po prostu chce się patrzeć na inne postaci i to, co wyrabiają na ekranie - mało który tak długi film ogląda się tak płynnie. Duża w tym zasługa Toma Hardy'ego w postaci Bane'a. Jest to postać zupełnie inna niż znany z poprzedniej części Joker w wykonaniu Heatha Ledgera. I chociaż Hardy nie zyskał tyle uwielbienia, co jego czarnocharakterowy poprzednik to wywiązał się ze swojej intrygującej roli bardzo dobrze.
Także uważam, że jako film akcji jest to jedna z lepszych pozycji dostępnych na rynku. Urealistycznienie komiksowego uniwersum wyszło Nolanowi na dobre, a żadnej części trylogii nie trzeba się wstydzić. Finalna część jest moim zdaniem słabsza niż Mroczny rycerz jednak prezentuje się lepiej, niż rozpoczynający serię Batman-Początek. Także jeśli ktoś jeszcze nie widział to warto. Dla fanów postaci i nie tylko. A co do samego pożegnania z Gotham, to jak wiadomo nie było to pożegnanie definitywnie. Powrócimy tam jeszcze nie raz. 





środa, 28 grudnia 2016

Porwana

A-jeo-ssi
Korea Południowa 2010
reż. Jeong-beom Lee
gatunek: dramat, akcja

Po krótkiej okołoświątecznej przerwie czas wracać do prowadzenia bloga. Przez ten tydzień nazbierało się trochę filmowych zaległości, które trzeba w kilku słowach opisać. Kontynuując podróż po bezdrożach światowego kina natknąłem się na wysoko oceniany koreański film (średnia 7,7/10 na filmwebie przy ponad 6000 ocen) i postanowiłem się z nim skonfrontować.



Tańcząca w klubie matka So-mi (Sae-ron Kim) okrada gangsterów. Ci chcąc odzyskać swoją własność porywają kobietę i jej córkę. Tą pierwszą szybko zabijają i wycinają jej organy na sprzedaż. Natomiast dziecka zaczyna szukać jej sąsiad, prowadzący lombard Tae-sik (Bin Won). Przestępcy nie zdają sobie sprawy, że mężczyzna wcześniej był rządowym agentem do zadań specjalnych...


Jeśli miałbym oceniać ten film tylko pod kontem realizacji scen walki to produkcji należałaby się niemal maksymalna nota. Momenty, gdy siła argumentów jest zastępowana przez argumenty siły naprawdę zostały stworzone pierwszorzędnie i wielu hollywoodzkich mistrzów może do dzisiaj patrzeć z zazdrością na to, co dzieje się na ekranie. Także główna postać aktorska, czyli Bin Won wnosi dużo plusów dodatnich do całości. Szkoda, że był to ostatni film w karierze aktora, który raczej nie planuje już powrotu przed kamerę.
Niestety świetne walki i dobry aktor wiodący nie przykryją niedostatków, których jest w tym filmie niestety dość dużo. Na pewno trzeba do nich zaliczyć sztampową fabułę, której oklepane schematy widzieliśmy na ekranie wielokrotnie. Równie sztampowe są postaci, zarówno głównego bohatera, jak i jego adwersarzy czy dziewczynki, którą chce uratować. Między nim, a małą nie ma moim zdaniem potrzebnej tutaj chemii, do Leona i Matyldy z Leona Zawodowca brakuje im tyle, ile mnie do Seulu. Także patrząc na oceny oczekiwałem czegoś lepszego i trochę się zawiodłem. Nie jest to na pewno film zły i bez bólu można go oglądać czerpiąc dość dużą satysfakcję niektórymi scenami, jednak jako całość prezentuje się co najwyżej nieźle.


czwartek, 15 grudnia 2016

Ronin

Straż przyboczna (Yôjinbô)
Japonia 1961
reż. Akira Kurosawa
gatunek: dramat, akcja

W 1964 roku Sergio Leone nakręcił pierwszą część Dolarowej Trylogii z Clintem Eastwoodem, czyli Za garść dolarów. Wspominam o tym ze względu na to, że fabuła była niemal identycznym przeniesieniem do westernowego klimatu opowieści Kurosawy. Japoński reżyser zaskarżył producentów filmu Włocha o wykorzystanie pomysłu bez jego zgody i nawet zasłużenie wygrał proces. 


Japonia XIX wieku. Do miasta, w którym trwa walka między dwoma skonfliktowanymi klanami przybywa samotny samuraj, Sanjuro (Toshirô Mifune). Szybko daje się poznać jako przerastający wszystkich umiejętnościami mistrz miecza. Obaj lokalni watażkowie próbują przeciągnąć samuraja na swoją stronę, ten jednak woli przyglądać się ich zmaganiom przesiadując w oberży Gonjiego (Eijirô Tôno). Tymczasem do miasta powraca po długiej nieobecności brat z jednego z bossów - Unosuke (Tatsuya Nakadai). 


Pierwsze, co rzuca się w oczy (i myśli) to fantastyczny klimat, jaki towarzyszy miasteczku. Oglądając film faktycznie można się przenieść w czasie do Japonii czasu anarchii. Oprócz wiernie odwzorowanego miasta swoje robi tu także bardzo odpowiednia muzyka, ze świetnym motywem przewodnim na czele. Także gra aktorska stoi tu na wysokim poziomie - mamy przede wszystkim Toshirô Mifune, który swą obecnością dodaje zawsze co najmniej jeden punkt do filmu, w którym gra. Dodatkowo jego oponentem jest tutaj drugi gigant japońskiego aktorstwa - Tatsuya Nakadai. Choć ci aktorzy spotykali się na ekranie przez ponad ćwierć wieku (1954 do 1980) w aż czternastu wspólnych produkcjach, to oglądanie ich razem nigdy się nie znudzi. 
Jak kiedyś już wspominałem samurajskie filmy mają coś z westernów i śmiało można ten film nazwać easternem - zmienia się kultura i kontynent, colty są zastępowane przez katany (choć jeden z bohaterów posługuje się pistoletem), lecz wszystkie prawidła. jakimi rządzi się gatunek pozostają niezmienne (dlatego też Leone bez problemów mógł splagiatować film). 
Niestety ząb czasu też dosięgnął tę produkcję, co widać boleśnie przy scenach walki. Niestety po ponad pół wieku od premiery pojedynki na miecze prezentują się bardzo, ale to bardzo słabo z technicznego punktu widzenia. Wiadomo, że wówczas nie istniały efekty specjalne, jakie znamy dzisiaj i wszystko musiało być bardziej teatralne i umowne, jednak nie sposób nie odjąć co najmniej  punktu filmowi, gdyż po prostu walki bez krwi, ran, obrażeń wyglądają po prostu źle.
Jednak generalnie warto przenieść się do tego miasteczka, by poznać losy jego mieszkańców i samuraja znikąd. Choćby dla naprawdę dobrze nakręconych zdjęć, genialnemu aktorstwu i pasującej co całości muzyki. 




wtorek, 13 grudnia 2016

Blokowiska fantasy

Straż nocna (Nocznoj Dozor)
Rosja 2004
reż. Timur Biekmambietow
gatunek: fantasy, akcja 

Będąc w liceum uwielbiałem czytać książki Siergieja Łukjanienki, który to był wówczas jednym z moich ulubionych pisarzy. Jego powieści, w tym przede wszystkim cykl Patroli to naprawdę kawał dobrej roboty. Do dzisiaj dziwię się, że jedna z lepszych urban fantasy powstała właśnie w Rosji. Jako że niedawno dowiedziałem się, że autor wydał kolejną część swojej sztandarowej sagi postanowiłem obejrzeć ekranizację pierwszego tomu Patroli, czyli Nocnego patrolu (swoją drogą nie rozumiem, dlaczego pokracznie przetłumaczono tytuł filmu).


Od wieków siły ciemności i światła ścierają się miedzy sobą. Dawno temu doszło między nimi do wielkiej bitwy, jednak dowódca dobrej strony, Geser (Władimir Mieńszow) i przywódca ciemności, Zawulon (Wiktor Wierzbicki) zdając sobie sprawę z idealnej równowagi między siłami podpisują trwający do chwili obecnej rozejm, na mocy którego ustanowione zostały Dzienny oraz Nocny Patrol, których zadaniem jest strzec równowagi sił. We współczesnej Moskwie działa Anton Gorodecki (Konstantin Chabienski), który należy do Nocnego Patrolu kontrolującego siły ciemności. 


Od zawsze lubiłem podgatunek fantastyki nazywany urban fantasy, czyli po prostu fantastykę miejską. Siłą rzeczy dobrych książek z tego gatunku powstało raczej mało, filmów zaś jeszcze mniej, dlatego każdy znośnie zrealizowany czy napisany akt twórczy fani gatunku muszą przyjąć z radością. Cykl Łukjanienki (przynajmniej początek, dalszych części nie czytałem) był właśnie spełnieniem marzeń dla tych ludzi. Wampiry, czarownice, wiedźmy i potwory innych proweniencji mieszkające we współczesnym świecie, w wielkich i obskurnych blokowiskach, często obok siebie!? Dodać do tego znośną fabułę i materiał na dobre czytadło jest. Niestety przy ekranizacji wystarczyło tylko lub aż przenieść tą dobrą fabułę i w przyzwoity sposób to pokazać żeby było dobrze. Niestety reżyser zrobił to dość pokracznie. Film, owszem da się oglądać i czerpać pewną satysfakcję z tego, jednak w żadnym aspekcie nie umywa się on do swej książkowej wersji. W epoce Władycy Pierścieni zastosowano efekty, którym bliżej często do filmowego Wiedźmina, poprzez zwolnienie czasu (Zack Snyder musiał być dumny, gdy to widział) wydłużono film pewnie o jakiś kwadrans, jak nie dłużej, aż wreszcie średnio przeniesiona fabuła z licznymi brakami względem pierwowzoru i przede wszystkim nietrafiona obsada. Niestety dla mnie spory zawód. Polecam najpierw sięgnąć po książkę jeśli chce się oglądać ten film, aby później się nie zniechęcić. 






niedziela, 11 grudnia 2016

Kosmiczna awantura

Strażnicy galaktyki (Guardians of the Galaxy)
USA 2014
reż. James Gunn
gatunek: akcja, sci-fi

Jak wielokrotnie już wspominałem nie jestem specjalnym miłośnikiem komiksów, ani tym bardziej ekranizacji komiksowych. Jeśli jednak już czasem coś wybieram, są to produkcje ze stajni DC (które oceniam i tak raczej krytycznie), do pstrokatego Marvela mam jakąś psychiczną blokadę. Tak więc po długim czasie marvelowej abstynencji sięgnąłem po wysoko oceniany film z ich uniwersum, gdzie nie ma ani Hulka, ani Spider Mana, ani innych Iron Manów. Czy będzie to dla mnie nowy początek z tym uniwersum?


Peter Quill (Chris Pratt) w dzieciństwie po śmierci matki zostaje porwany przez kosmitów. Po latach, jako łowca wykrada pewien artefakt, którego jak się okazuje pilnie potrzebuje niejaki Ronan (Lee Pace), by zniszczyć kilka światów. W celu zdobycia owego artefaktu wysyła Gamorę (Zoe Saldana), której jednak nie po drodze ze swym mocodawcą. Kobieta w wyniku splotu okoliczności nawiązuje współpracę z Quillem oraz spotkanymi po drodze Draxem (Dave Bautista) i zmutowanym kosmicznym szopem Rocketem (głos Bradleya Coopera) i jego przyjacielem, chodzącym drzewem Grootem. Razem próbują sprzedać artefakt. 


Jak można przeczytać w tym krótkim opisie fabuła nie jest zbyt skomplikowana, i szybko okazuje się, że banda wymoczków będzie zmuszona stawić czoła arcyłotrowi, który realizując kampanijną myśl polityczną Krzysztofa Kononowicza chce doprowadzić do tego, żeby nie było niczego. Gdzie będzie się podziewał, gdy już zniszczy wszechświat chyba ów Ronan się nie zastanawiał. Rozumiem jednak, że mamy do czynienia z ekranizacją podrzędnego komiksu, który ma zaspokoić rozrywkowe potrzeby amerykańskiej młodzieży, więc na jakąś logiczną i skomplikowaną intrygę nie ma co liczyć. Zresztą przecież scenariuszem nie zajmował się ani Lem, ani Dick, ani nawet Dukaj. Jeśli wyłączy się całkowicie myślenie to mamy do czynienia z pewną porcją lekkiej rozrywki (choć naukowcy wyliczyli, że w filmie tym ginie najwięcej osób w historii kina, więc jak na produkcję dla dzieci, to jednak trochę dziwne. W Reksiu czy Kreciku skierowanej do podobnej grupy docelowej nikt nie ginął, a jakoś dało się oglądać). Na pewno na plus zaliczyć można dwójkę najdziwniejszych bohaterów, czyli zgryźliwego szopa i zmutowane drzewo. Postaci te są sympatyczne i dobrze zrealizowane. Czego nie można powiedzieć o nijakiej Gamorze i wielu jej pokolorowanych na różne kolory tęczy kosmicznych pobratymcach. Ich realizacja przypomniała mi film porno ze Smerfami, podobny rozmach wykonania. Do tego charakterologicznie Gamora jest po prostu nijaka, już lepiej wypada debilowaty Drax. Dobrze wypada też Pratt, którego chętnie obejrzałbym wreszcie w czymś innym, niż komercyjne kino rozrywkowe. 
Jak w innych filmach Marvela jest oczojebnie, kolorowo i pstrokato. Ogólnie pasuje do klimatu całości, który trochę przypominał mi świat Starcrafta 2 (co jest na plus), jednak z tymi radosnymi kolorami trochę przegięto. Cóż, generalnie więc jestem daleki od zachwytu i nie kupuję aż tak wysokich ocen dla tego filmu, jednak w sumie jako zapychacz czasu sprawdza się on całkiem dobrze. Myślę, że chętnie obejrzę zapowiedzianą drugą część, chociaż też raczej jako guilty pleasure, niż coś, na co czekam z niecierpliwością oczekując najlepszego filmu roku. A do przekonania się do Marvela został mi już chyba tylko Deadpool.




czwartek, 17 listopada 2016

Make Greece Great Again

300: Początek imperium (300: Rise of an Empire)
USA 2014
reż. Noam Murro
gatunek: akcja 

Gdy dekadę temu Zack Snyder wziął się za 300, czyli ekranizację cieszącego się sukcesem komiksu Franka Millera z miejsca film stał się hitem, który jest mile wspominany do dzisiaj. Było to coś nowego w kinie, film może dość prosty w treści ale innowacyjny w formie i narracji. Komiksowy film Snydera spodobał się więc wielu i nic dziwnego, że doczekał się kontynuacji będącej adaptacją innego komiksu Millera, Xerxesa. Aż dziw, że trzeba było czekać na niego aż 8 długich lat. 


Chcąc zrealizować marzenie ojca, władca Persji Kserkses (Rodrigo Santoro) wysyła ogromną armię, by ta podbiła Grecję. Na jej czele stoi Greczynka Artemizja (Eva Green). Grecki wódz Temistokles (Sullivan Stapleton) chce zjednoczyć wszystkie polis, by stawić czoło najeźdźcy. Próbuje też zdobyć przychylność władczyni Sparty, Gorgo (Lena Headey).


Zawsze uważałem, że język angielski w filmach umiejscowionych w czasach antycznych brzmi co najmniej śmiesznie i jest w ogóle nie na miejscu. Dlatego chylę czoła przed Melem Gibsonem, który w swoich filmach wyżyłował aktorów tak, by ci mówili łaciną,po aramejsku czy nawet w językach indiańskich. Tutaj jednak, jak w 99% przypadków autorzy poszli na łatwiznę i postaci przemawiają o dumie, honorze i wolności nowoczesną angielszczyzną (z naleciałościami amerykańskimi). Cóż, w naszym Quo Vadis Neron też zamiast kwiecistą łaciną posługiwał się językiem Słowackiego, więc można uznać, że to żadna wada. Chociaż klimatu filmowi odbiera. Gorzej jednak, jeśli te angielskie przemowy wygłaszane są przez kilku ubranych w prześcieradła hollywoodzkich aktorów, którzy prężą swe muskularne klaty na tle nieschodzącego z planu green screenu. Chyba cały film powstał w oparciu o CGI, i to CGI wyglądającym dość biednie i niestety wtórnie, gdyż większość scen wyglądało jak żywcem przeniesione z 300 Snydera. Monotonia i wtórność to znak rozpoznawczy filmu, który nie przykuwa do ekranu ani miodnymi efektami, ani ciekawymi postaciami, ani tym bardziej fabułą. Jeśli akurat nie ma utrzymanej w powolnych kadrach jatki to bohaterowie wygłaszają banalne tyrady o powinnościach Greka, umiłowaniu demokracji etc., a wszystko to w naprawdę językiem drętwym i pozbawionym odrobiny ikry i polotu. Do tego to ciągłe stosowanie slow motion woła o pomstę do nieba. Ileż można! Gdyby nakręcono ten film bez tego zbędnego pseudoefekciarstwa byłby on o 1/3 krótszy. Niestety nawet jędrne cyce Evy Green nie obroniły tej produkcji. Dla pamięci starych, dobrych 300 byłoby lepiej, gdyby kontynuacja jednak nigdy nie powstała. 




niedziela, 18 września 2016

Zamachowcy

Am-sal 
Korea Południowa 2015
reż. Dong-hun Choi
gatunek: thriller, akcji

W Polsce znajomość historii powszechnej stoi na dość marnym poziomie, choć zapewne i tak jej znajomość u średnio wykształconego Polaka jest lepsza, niż u podobnych ludzi z wielu innych krajów. Edukacja historyczna jednak ogranicza się w sumie do kilku pojęć związanych ze starożytnością, Napoleonem czy wojnami światowymi. Reszta to czarna plama. Szczególnie cierpi na tym historia Azji, która na przestrzeni dziejów jest bogata w wiele ciekawych (i krwawych) epizodów. Za pomocą tego filmu przeniesiemy się do lat 30. ubiegłego wieku do okupowanej przez Japończyków Korei. 


Rok 1933, okupowana przez siły japońskie Korea. Koreańscy partyzanci tworzą małą grupę w celu zlikwidowania japońskiego oficera oraz koreańskiego kolaboranta nowej władzy. Grupę uformowaną przez Yeoma (Jung-Jae Lee) stanowią snajperka Ok-yoon Ahn (Ji-hyun Jun), specjalista od ciężkich broni Ok-chu Sang (Jin-woong Jo) oraz ekspert od wybuchów Hwang (Deok-mun Choi). Nie wiedzą jednak, że Yeom spiskuje z Japończykami i wysyła za ich oddziałem zabójcę, znanego jako Hawaii Pistol (Jung-woo Ha) oraz jego pomocnika, Pomade (Dal-su Oh).


Dwudziestowieczna historia Korei trochę przypomina tą Polską. Wiele lat krwawej okupacji, powstańcze walki z najeźdźcą i sprawnie zorganizowany ruch oporu działający na wielu płaszczyznach. Dlatego, tak jak w naszych filmach tzw. patriotycznych ukazujących bohaterstwo powstańców i bojowników o wolność mamy całą garść pompatyczności, tak i tu jest sporo tej narodowej dumy oraz całej patriotycznej otoczki. Czasem to przeszkadza, jednak twórcy na szczęście nie poszli z tym aż tak bardzo jak wielu amerykańskich twórców i znaleźli pewną granicę, gdzie patos przestaje być strawny i nie przekroczyli jej. 
Wizualnie film jest arcydziełem. Świetnie zrealizowany od strony technicznej, posiadający fenomenalne kostiumy i scenografię. Można się niemal namacalnie przenieść do okupowanej Korei sprzed 80 lat. Naprawdę wielkie brawa dla twórców za tak klimatyczną otoczkę. Fabuła natomiast jest nieco zawiła i przez pierwsze kwadranse (trochę też za sprawą podobnych do siebie Koreańczyków), jednak po 1/3 seansu takiego wprowadzenia można się już we wszystkim połapać. To, co szczególnie oprócz ciekawej historii i oddania klimatu zachwyca, to sceny akcji. Mało kto potrafi je tak świetnie przedstawić, jak Azjaci, jednak to co widzimy w tym filmie to jest prawdziwy majstersztyk. Prawdziwa poezja. Raziło mnie trochę (czasem bardziej niż trochę) to, że bohaterowie podczas walk przechodzili czasem w tryb Rambo i sami bez problemu potrafili eksterminować cały oddział japońskiej armii. Niestety, taka konwencja. Jednak jeśli potrafi się to zaakceptować to film przyniesie masę radości, bo jest to naprawdę dwuipółgodzinna akcja połączona z naprawdę inteligentną fabułą. Wisienką na torcie są nawiązania do światowego kina, które w wielu scenach umiejętnie przemycił reżyser. Między innym dwa razy do filmu...Popiół i diament Andrzeja Wajdy. Inne smaczki polecam wychwycić samemu, to zadanie dla prawdziwych miłośników kina. Polecam ten film chyba każdemu - azjatyckie kino w najlepszym możliwym wydaniu.





poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Realizm komiksowy

Mroczny Rycerz (The Dark Knight)
USA, Wielka Brytania 2008 
reż. Christopher Nolan
gatunek: akcja, thriller

Wstyd się przyznać, ale dopiero w osiem lat od premiery tego filmu pierwszy raz udało mi się go zobaczyć. A szkoda, bo chętnie udałbym się na seans kinowy drugiej części batmanowej trylogii Nolana. Ten film musi świetnie prezentować się na dużym ekranie i chyba właśnie powstał, by oglądało się go w kinie, a nie w domowym zaciszu. Wiele razy miałem okazję do tego, by obejrzeć ten film jednak niestety teraz do tego doszło. Więc poniżej kilka zdań ode mnie na temat najsłynniejszego komiksowego filmu Nolana.


Batman (Christian Bale) wraz z policjantem Jamesem Gordonem (Gary Oldman) i dobrze zapowiadającym się nowym prokuratorem okręgowym Harvey'em Dentem (Aaron Eckhart) zaprowadzają spokój na ulicach Gotham doprowadzając do aresztowania wielu przestępców. Jednak w mieście pojawia się nowy niebezpieczny wróg, wpół obłąkany i sadystyczny przestępca nazywany Jokerem (Heath Ledger).


O tym filmie napisano i powiedziano już chyba wszystko. Jest to jeden z najpopularniejszych obrazów ubiegłej dekady, który m.in za sprawą kultowej gry Ledgera w roli Jokera (i jego tajemniczej śmierci zaraz po nakręceniu zdjęć do filmu) wpisał się do kanonu najważniejszych filmów XXI wieku.  Oprócz popisów aktorskich (bo mimo popisowej, oscarowej roli Ledgera świetnie spisują się tutaj też Eckhart, Michael Cain, a i Bale nie razi) mamy film pięknie zrealizowany, w którym niemal każdy kadr mógłby zostać przerobiony na plakat. Wszystko dobrze komponuje się z nastrojową muzyką, która dochodzi do głosu w najważniejszych momentach, by perfekcyjnie zbudować napięcie. Mamy też w tym filmie nie klasyczny film superbohaterski, a pełnokrwisty thriller, w którym szaleńczo obsesyjny człowiek znikąd staje na drodze pełnego rozterek bohaterowi. Ta pełna realizmu interpretacja przygód najpopularniejszego bohatera uniwersum DC sprawia, że nie jest to zwykłe blockbusterowe filmidło ukazujące pogoń faceta w lateksowych kalesonach za clownem. To dużo, dużo więcej. Nolan przeniósł postaci z fantastycznego świata do tego naszego, rzeczywistego i zrobił to z perfekcyjną precyzją. Postać Jokera nie jest tylko dobrze zagrana, ale i świetnie wprowadzona (i później prowadzona). Tego zabrakło bardzo w najnowszym Legionie samobójców, gdzie według mnie Jared Leto wypadł dobrze, jednak jego postać została delikatnie mówiąc zgwałcona przez scenariusz. Pewnie każdy szanujący się fan filmów akcji i Batmana obejrzał już ten film i jego przekonywać do obejrzenia nie trzeba. Jednak jeśli czytają to ludzie, którzy (tak jak zresztą ja) mają awersję do blockbusterów o superludziach to piszę wam - śmiało włączajcie Mrocznego Rycerza, tego filmu nie da się nie polubić! Chociaż zamiast Batmana w roli głównej mógłby tu wystąpić spokojnie James Bond.




czwartek, 25 sierpnia 2016

Redefinicja legendy

Batman-Początek (Batman Begins)
USA, Wielka Brytania 2005
reż. Christopher Nolan
gatunek: akcja

W ostatnim czasie jakoś dziwnie wsiąknąłem w filmowe (i nie tylko, jednak tutaj zajmuję się jedynie kinem) w uniwersum DC ze szczególnym uwzględnieniem Batmana. Bruce Wayne to dla mnie ulubiona postać z grona superbohaterów amerykańskiego komiksu. Może dlatego, że nie posiada on żadnych supermocy, a wszystko co osiągnął zawdzięcza własnej pracy i najnowszym technologią. Dlatego też w najbliższych dniach będzie od czasu do czasu notka poświęcona filmom z tym bohaterem. W tym poście kilka zdań ode mnie o filmie stosunkowo nowym (choć od premiery minęła już ponad dekada), który początkuje trylogię jednego z wirtuozów dzisiejszej kinematografii - Christophera Nolana. 


Milioner Bruce Wayne (Christian Bale) w dzieciństwie był świadkiem morderstwa rodziców. Teraz podróżuje po świecie próbując poznać zło, z którym postanowił walczyć. W czasie swych perypetii poznaje tajemniczego Dukarda (Liam Neeson), który uczy go wielu przydatnych rzeczy. Po powrocie do rodzinnego Gotham przy pomocy zaufanych sprzymierzeńców: Alfreda (Michael Caine) i Luciusa Foxa (Morgan Freeman) jako Batman wypowiada wojnę gangsterom pracującym dla Carmina Falcone (Tom Wilkinson). Nie wie, że jego największym wrogiem będą ludzie, dla których pracuje Strach na Wróble (Cillian Murphy). Wkrótce przy pomocy sierżanta Gordona (Gary Oldman) i odważnej prawniczki Rachel (Katie Holmes) będzie musiał uratować miasto...


Nie mogłem strawić początku tego filmu. Losy Bruce'a Wayne'a do czasu jego powrotu do Gotham City, jakie przedstawił w swej wizji reżyser są dla mnie strasznie pokręcone i niezbyt logiczne. Nie wiem dlaczego bohater miał wybrać się w takie miejsca, w jakie się wybrał i co miało mu to dać. Motywacja Bruce'a jaką poznajemy w wytłumaczeniu jego działań w tym aspekcie nie przekonuje mnie niemal zupełnie. Na szczęście po tym niezbyt zgrabnym prologu, który kończy się ważną dla dalszej fabuły walką akcja przenosi się we właściwe miejsce, do Gotham i tam już do końca śledzimy poczynania bohatera.
Christopher Nolan odciął się od poprzednich ekranizacji przygód Człowieka - Nietoperza prezentując nam mocno autorską wersję opowieści o genezie tej postaci. Oczywiście wszystkie kanoniczne sprawy (jak zabójstwo rodziców) zostały tu ukazane, jednak reżyser dodał też trochę od siebie. Mamy więc tu do czynienia z bardzo naturalistyczną, realną wersją zdarzeń, jakie dzieją się w filmie. Praktycznie nie ma tu nadprzyrodzonych wydarzeń i wszystko (jak na ekranizację komiksu) wygląda bardzo...normalnie. Dla jednych to minus, dla innych zaleta. Ja uważam, że dobrze się stało, że Nolan obrał właśnie taką ścieżkę przedstawienia świata. Z drobnymi korektami to wszystko mogło zdarzyć się naprawdę! I to jest duży plus.
Pewien mały plus należy się również za grę aktorską, która jest dobra. Chociaż mnie Bale nie przekonał w stu procentach do roli Mrocznego Rycerza (naprawdę wg mnie lepiej poradził sobie Ben Affleck), jednak nie ogląda się go z jakąś odrazą. Także Neeson gra tutaj moim zdaniem trochę inną wersję Qui-Gon Jinna po modyfikacji i zmianie uniwersum. Morgan Freeman, jak to Morgan Freeman gra tu Morgana Freemana, ale to akurat nie przeszkadza. Gary Oldman i Murphy stoją zaś na wysokim poziomie i dobrze się ich ogląda. Brawa należą się też za charakteryzację i sposób nakręcenia. Wiele kadrów jest naprawdę przepięknych i nadaje się wprost na plakat. 
Pierwszy raz po ponad 10 latach od premiery miałem okazję obejrzeć ten film będący początkiem trylogii i już powoli zabieram się za ocenianego za najlepszy film tej serii Mrocznego rycerza. Mam nadzieję, że będzie to produkcja lepsza niż ta właśnie opisywana, choć i tutaj źle nie było. 







Bad Company

Legion samobójców (Suicide Squad)
USA 2016
reż. David Ayer
gatunek: akcja

Gdy tylko po raz pierwszy przeczytałem o tym, że powstaje ten film od razu wiedziałem, że chcę go zobaczyć. Jako że jak już pisałem wcześniej nie jestem fanem komiksów czy superbohaterów to musiało znaczyć, że film Ayera spotyka z mojej strony pewne wyróżnienie. Potem doszły newsy o obsadzie oraz rewelacyjny trailer. Wiadomości o usunięciu co mocniejszych scen oraz fakt zmniejszenia kategorii wiekowej ostudziły mój entuzjazm jednak do kina wybrałem się z umiarkowanym optymizmem. A jak oceniam to, co zobaczyłem? Kilka zdań o tym poniżej.


Działająca na polecenie rządu Amanda Waller (Viola Davis) udaje się do Arkham Asylym, w którym przetrzymywani są najwięksi kryminaliści w USA w celu zrekrutowania z nich groźnego oddziału mającego docelowo być wysyłanym w miejsca największych walk. W skład tej ekipy wejść mają supersnajper Deadshot (Will Smith), kochanka Jokera, Harley Quinn (Margot Robbie), Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje), Diablo (Jay Hernandez), Boomerang (Jai Courtney) oraz Enchantress (Cara Delevingne). Zgrają ma dowodzić Rick Flag (Joel Kinnaman). Tytułowy Legion (kto to tłumaczył?) szybko wyrusza na pierwszą misję z gatunku tych niemożliwych...


Film Ayera został rozjechany przez krytykę i przez widzów. Większość zarzuca mu praktycznie wszystko co tylko można zarzucić filmowi o superbohaterach (lub w tym wypadku superzłoczyńcach) i o ile w kilku aspektach krytycy mają rację, to sam nie przyczepiłbym się do wielu z zarzucanych przez nich minusów. W moim odczuciu nie mamy do czynienia z filmem złym. Czy więc z dobrym? Też nie. Jest to obraz mający swoje zalety, jak i swoje wady (czasem spore), na który paradoksalnie fajnie się patrzy i naprawdę dobrze się to ogląda. A chyba o to chodzi w wakacyjnym blockbusterze, co nie? Jak ktoś szuka ambitnych, dopracowanych fabuł z rozwiniętą psychologią postaci niech przerzuci się raczej na rumuńską nową falę, a nie ogląda film, w którym poznajemy Człowieka - Krokodyla walczącego z jakąś odmianą kitowców z Power Rangers właściwą dla uniwersum DC.
To co mi się w filmie podobało to przede wszystkim Margot Robbie w roli Harley. Nie dość, że Margot Robbie powinna się każdemu podobać w każdej roli, to tutaj naprawdę jest bezkonkurencyjna i po prostu kradnie ten film. Wielu obiecywało sobie dużo po roli Jareda Leto jako Jokera, jeszcze inni bali się tego wyboru. Jak dla mnie Leto jako Joker jest bardzo udany. Nie patrzę na niego w porównaniu do wszystkich poprzedników wcielających się w tę postać ale jako Jokera na miarę naszych czasów. Mogę powiedzieć śmiało 'tak, to jest Joker'. I o ile nie jestem fanem muzyki jaką tworzy ten pan to słowa wielkiego uznania należą mu się za tę (jak i kilka innych) rolę. Tylko szkoda, że jest go tak mało w filmie. Po zwiastunach wydawałoby się, że pełni on niemal pierwszoplanową rolę, a tutaj pojawia się w kilku scenach. Widząc trailer można śmiało powiedzieć, że widziało się prawie wszystkie sceny z udziałem tej postaci. Leto przekonuje, że wycięto wiele scen z Jokerem, które były naprawdę mocne, a wszystko to w celu obniżenia kategorii wiekowej. Zakładam, że ma rację i naprawdę jest to słaba zagrywka ze strony wytwórni. Dochodzimy tu właśnie do kategorii wiekowej, która pokazuje, że film ten jest de facto filmem dla dzieci. Mając tak wielki potencjał na zrobienie ostrego, zadziornego dzieła dla dorosłego widza dostajemy taką papkę. Szkoda.


Także to, co się rzuca w oczy to niespójność. Wiele scen zostało wrzuconych bez większego sensu i pożytku dla fabuły. Nie można się czasem połapać co i dlaczego oglądamy na ekranie. Największy zaś zarzut to osoba oponenta czy też oponentów tytułowej drużyny. Tak słabego przeciwnika nie widziałem w żadnym filmie. Bez większej historii, z głupią motywacją, do tego bez niemal jakiejkolwiek interakcji z postaciami. Przebija to chyba nawet głównego bossa z Batman vs Superman. A przecież tworzone właśnie rozszerzone uniwersum DC ma masę arcyciekawych wrogów do wykorzystania. 
Nie mogę się za to przyczepić do dobrze zrobionych efektów specjalnych oraz do gry aktorskiej. Chociaż w moim odczuciu Robbie i Leto wychodzą wyraźnie przed szereg, to należy choćby pochwalić Kinnamana i Smitha. Reszta także nie przechodzi bokiem obok produkcji. Także jako całość film ten nie jest żadnym arcydziełem, który wyznaczy trendy w kinie o superludziach, jednak jako wakacyjny przerywnik od ciężkich produkcji - sprawdza się bardzo dobrze. Warto, choćby dla Margot Robbie.