Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. Pine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. Pine. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 listopada 2017

Księżniczka z DC

Wonder Woman
USA (oraz szereg innych państw) 2017
reż. Patty Jenkins
gatunek: akcji, sci-fi
zdjęcia: Matthew Jensen
muzyka: Rupert Gregson-Williams

Na dniach czeka nas premiera Ligi Sprawiedliwości (na którą już sobie bez trudu zamówiłem bilet, co świadczy o tym, że specjalnie mało kto na nią u nas czeka), zaś opisywany właśnie film dobrze przed miesiącem miał w Polsce swoją premierę DVD (i pewnie blu ray). Ja widziałem go w jego premierowym tygodniu, jednak jak widać zaległości blogowe są tak duże, że dopiero teraz poświęcę mu kilka zdań.


Diana (Gal Gadot) jest księżniczką. I to nie byle jaką, bo księżniczką Amazonek. Wraz ze swoimi rodaczkami zamieszkuje oddaloną od ludzkości wyspę i tak jak inne Amazonki spędza czas na doskonaleniu się w walce pod okiem matki (Connie Nielsen) i miejscowej generałki (Robin Wright). Tymczasem na wyspę dociera osoba z innej bajki - żołnierz z czasów pierwszej wojny światowej (Chris Pine). Za nim przybywa agresywnie nastawiona niemiecka armia...


Już po tym kilkuzdaniowym tekstowym wprowadzeniu w akcję widać, że fabuła filmu jest bardzo pretekstowa i nie odstaje ambicją od większości filmów superbohaterskich. Ogólnie budowanie nowego kinowego uniwersum DC Comics tworzy się w wielkich bólach i dla wielu przebrnięcie przez kolejne filmy z Supermanem, Batmanem, Jokerem czy Dianą to niejako droga przez mękę. Sam ciągle daję im kolejne drugie szanse mimo tego, że są to dla mnie filmy ciężkie do strawienia (jednak o wiele bardziej lubię to uniwersum od tego, co oferuje koncern Marvela). Niestety Wonder Woman nie oferuje nic lepszego od poprzednich filmów serii. Historia jest zwyczajnie nieabsorbująca, najlepsze żarty klasycznie użyte już w zwiastunie, a sama Gal Gadot mimo, że bezsprzecznie urocza, to jednak aktorsko bardzo jednowymiarowa. Samo przedstawienie jej postaci, heroski Diany bez zbędnego epatowania seksualnością dla jednych może być atutem, dla innych zaś wadą. W obecnych realiach poprawnie jest nie skupiać się na fizyczności bohaterki, jednak pamiętać należy, że ta fizyczność to jednak główna siła popularności komiksowego pierwowzoru. Oczywiście sam fakt, że zrobiono film dla dzieci (jak większość mainstreamowego kina z USA obecnie) dyskwalifikuje jakieś bardziej dojrzałe podejście do seksownej dziewczyny, która po raz pierwszy spotyka przedstawicieli płci przeciwnej. 
Dużym minusem są dla mnie też efekty specjalne, które zostały zrobione dość kiepsko. Nie jest to oczywiście pamiętny poziom smoka z filmowego Wiedźmina, jednak na obecne standardy te bajery (które są siłą każdego dobrego filmu superbohaterskiego) użyte w filmie odstają. 
Mimo tego, że zawiodłem się na filmie Jenkins z chęcią, jak już zresztą zaznaczyłem na wstępie udam się na najnowszy film dziejący się w uniwersum DC. Nie liczę na nic wielkiego, ale może najwyżej mile się rozczaruje. 


sobota, 3 września 2016

Prawdziwa Ameryka

Aż do piekła (Hell or High Water)
USA 2016
reż. David Mackenzie
gatunek: dramat, kryminał 

Większość filmów amerykańskich toczy się w wielkich miastach. Poznajemy przeróżne historie od dramatów przez kryminały po filmy akcji dziejące się w Nowym Jorku, Chicago, Los Angeles czy od biedy w Detroit czy San Francisco. Jednak te wielkie aglomeracje miejskie to przecież tylko silnie zaludnione enklawy w kraju, gdzie zdecydowana większość powierzchni to bezdroża i pustynie. Prawdziwa Ameryka zaś zaczyna się tam, gdzie kończy się miasto. I w tym filmie to widać. 


Po wyjściu z więzienia Tanner Howard (Ben Foster) wraz ze swym rozwiedzionym bratem Toby'm (Chris Pine) zaczyna okradać oddziały pewnego banku, który wcześniej skonfiskował ich rodzinną farmę. W tym celu podróżują po wyludnionej okolicy atakując poszczególne placówki. Ich śladem rusza odliczający dni do emerytury strażnik teksasu, Marcus Hamilton (Jeff Bridges). 


Fabuła jak widać po krótkiej zapowiedzi jest raczej sztampowa i dość prosta. Jednak w tego typu filmach prostota nie jest minusem, dostajemy przecież typowe męskie kino z minimum środków, a maksimum satysfakcji z przekazu, jaki niesie film. W filmie widzimy prawdziwą duszę USA, specyfikę dużej części kraju i jej mieszkańców. Zapomniane przez ludzi i Boga półwymarłe miasteczka, w których żyją czy wręcz wegetują przygnieceni kryzysem ekonomicznym ludzie. Ludzie, jak to w tych rejonach kraju bywa to typowe rednecki, którym do szczęścia wystarczy piwo i naładowana broń. W miejscach, gdzie dzieje się akcja pistolet (lub strzelbę bądź nawet karabin) posiada każdy - czy to młodzieniec czy dziadek. I nikt nie zawaha się jej użyć. Więc też bohaterowie poruszają się tu w realiach współczesnego Dzikiego Zachodu. Ścigać ich zaś będzie zbliżający się do emerytury, pragnący ostatnich chwil sławy zgorzkniały rasista, który widział już chyba w swoim życiu wszystko. Mimo sztampowych postaci ogląda się to nadzwyczaj sprawnie.
Siłą filmu jest klimat tych zapadniętych dziur, w których dzieje się akcja. To one, bardziej niż postaci (które mimo swej sztampowości są sztampowe w sposób akceptowalny) budują tu atmosferę. A wszystko podkreśla wspaniała, odpowiednio skomponowana do filmu muzyka Nicka Cave'a Całość więc aż chce się oglądać. Nie jest to film, który doczeka się lawiny nagród i o którym będzie się mówiło latami, a raczej taki z tych, które w przyszłości zagoszczą w późnowieczornych ramówkach niszowych stacji, jednak jeśli jest okazja obejrzeć - naprawdę warto. 





niedziela, 20 grudnia 2015

Kłopotów ciąg dalszy

Szefowie wrogowie 2 (Horrible Bosses 2)
USA 2014
reż. Sean Anders
gatunek: komedia kryminalna 


To chyba pierwszy przypadek filmu pełnometrażowego, który jako kontynuację obejrzałem niemal zaraz po tym, jak zakończyłem seans pierwszej części. Na pewno jest to pierwsza taka rzecz na tym blogu. Jednak bohaterowie występujący w Szefowie wrogowie  okazali się być na tyle sympatyczni, że zdecydowałem się jak najszybciej poznać ich dalsze losy skoro już twórcy dali nam taką możliwość.


Po wydarzeniach znanych z pierwszej części przyjaciele Nick (Jason Bateman), Kurt (Jason Sudeikis) i Dale (Charlie Day) postanawiają zostać sami sobie szefami i założyć własny biznes. Pomóc im w tym ma wynaleziony przez nich samych prysznic z kilkoma dodatkowymi funkcjami. Szybko znajdują oni inwestora, który pomaga im uzyskać kredyt i obiecuje zakupić całą partię produktu. Kiedy jednak mężczyźni wyrabiają się z normą i udają się z tą wiadomością do inwestora Berta Hansona (Christoph Waltz) okazuje się, że ten ich oszukał i teraz zamierza zniszczyć ich firmę przy okazji zabierając towar i patent na niego za darmo. Zrozpaczeni mężczyźni postanawiają porwać syna Hansona, Rexa (Chris Pine).


Film niestety nie ma już świeżości i potencjału, jaki posiadał jego poprzednik. Co prawda wciąż jeszcze potrafi przysporzyć widzowi uśmiechu i pewnej całkiem solidnej dawki dobrej zabawy to nie robi tego w ten sposób, jaki robiła część poprzednia. Wyraźnie widać już, że powtarzanie pewnej konwencji zbyt długo nie przynosi tego samego efektu: zestaw zgranych kart nie daje tego samego wrażenia, gdy wtedy, gdy widzi się je po raz pierwszy. Fabuła jest słabsza niż części pierwszej, która była jakaś taka bardziej przyswajalna i lżejsza. Tutaj bohaterom kibicuje się już w mniejszym stopniu niż wcześniej. Dobrze chociaż, że do oprócz obecnego wroga w postaci zagranego przez Waltza Hansona wciąż jako widzowie mamy dostęp do polubionych w poprzedniej części postaci granych przez Kevina Spacey, Jennifer Aniston czy Jamiego Foxxa, którzy w dużym stopniu ratują produkcję. 
Film ten ma wciąż swoje plusy, pewne żarty dalej bawią jednak myślę, że lepiej będzie jeśli producenci poprzestaną na dwóch filmach z tymi bohaterami i tymi specyficznymi żartami. Na trzecią część prawie tego samego jednak już nie wystarczy, a lepiej zachować naprawdę dobrze napisanych i zagranych bohaterów w pamięci jako uczestników dobrych filmów.