Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 lutego 2018

Utopia liliputów

Pomniejszenie (Downsizing)
USA 2017
reż. Alexander Payne
gatunek: dramat, sci-fi
zdjęcia: Phedon Papamichael
muzyka: Rolfe Kent 



Na ten film czekałem od czasu, gdy pierwszy raz zobaczyłem przy jakiejś okazji jego zwiastun. Może nie był to najwyższy poziom ekscytacji, który towarzyszy niektórym zapowiedziom filmowym jednak wiedziałem, że jak tylko produkcja trafi do kin może być pewne, że i ja zamelduję się na sali kinowej. Niestety jednak film okazał się być czymś innym, niż się po nim spodziewałem. 


Skandynawskim naukowcom udaje się zmniejszyć żywe organizmy. Paul Safranek (Matt Damon) zafascynowany zmniejszeniem się i związanym z tym życiu w luksusowej kolonii dla liliputów przekonuje żonę (Kristen Wiig), by razem poddali się zabiegowi zmniejszenia. Gdy przychodzi co do czego ta jednak wycofuje się z przedsięwzięcia, o czym sam Paul dowiaduje się już po swoim zminimalizowaniu. Zmuszony jest więc podjąć samotne życie w pełnym przepychu mikro świecie. Zaprzyjaźnia się ze swym wpływowym sąsiadem, pochodzącym z Bałkanów Dusanem Mirkoviciem (Christoph Waltz).


Film wyszedł spod skrzydeł nietuzinkowego reżysera Alexandra Payne'a. Facet może nie jest z gatunku tych rozpoznawalnych przez ogół reżyserów - celebrytów pokroju Tarantino, jednak nakręcił kilka znacznych tytułów (jak choćby świetna Nebraska czy Bezdroża. W sumie jest to jeden z najlepszych ludzi jeśli trzeba nakręcić film drogi. Pomniejszenie choć bohater prawie stale się przemieszcza jednak filmem drogi nie jest. W sumie zaś produkcja ta cierpi na pewną przykrą dla dzieł filmowych przypadłość - kryzys tożsamości. Twórcy nie identyfikują się z jedną narracją filmu, często zmieniają jego ciężar gatunkowy, niezbyt skutecznie mieszają ramami gatunkowymi. W rezultacie całość jest nieco niestrawna. Zwiastun zapowiadał raczej uroczą komedyjkę o małych ludziach żyjących w wielkim świecie pod jakąś kopułą. Jednak komedii jest tutaj mało. Film czasem uderza w tony apokaliptyczne (nieuchronna zagłada ludzkości, nawet jeśli ta się zmniejszy oszczędzając tym samym zasoby naturalne), czasem zaś angażuje się społecznie pokazując nierówności społeczne nawet w wydawać by się można idealnym, zmniejszonym świecie. Film trochę ujawnia też pewien problem rasizmu w obecnym Hollywood, który ma coraz mniejszy problem z pokazywaniem relacji par biało-czarnych jednak chyba dalej uprzedzony jest do Azjatów. Bohater grany tutaj przez Damona poznaje uciekinierkę z Wietnamu (graną przez pochodzącą z Tajlandii Hong Chau) i w pewnym momencie między nimi zaczyna iskrzyć i dochodzi nawet do seksu, a finalnie zakochania i w domyśle spędzenia ze sobą przez parę reszty życia. Jednak wszystko to można wywnioskować tylko z dialogów, świeżo zakochane w sobie postaci w filmie nie składają sobie nawet pocałunku. Czyżby to w mainstreamowym kinie wciąż był o jeden most za daleko?
Nie jest to jednak film słaby. Broni się w sumie ciekawym pokazaniem świata, jest po rzemieślniczu przyzwoicie nakręcony, postaci są sympatycznie napisane i dobrze zagrane (wyróżniłbym tu też ciekawą dalszoplanową rolę Udo Kiera). Także jak najbardziej można obejrzeć, jednak nie powinno się spodziewać Bóg wie czego. Typowy hollywoodzki przyzwoity przeciętniak. 







sobota, 13 stycznia 2018

Mała liga

Liga sprawiedliwości (Justice League)
USA, Kanada, Wielka Brytania 2017
reż. Zack Snyder
gatunek: akcja, sci-fi
zdjęcia: Fabian Wagner
muzyka: Danny Elfman

Mam jakiś niedorzeczny sentyment do filmów ze świata Uniwersum DC i jego bohaterów. Tak jak nie znoszę filmów traktujących o amerykańskich superbohaterach lubię sobie popatrzeć na herosów rodem z DC. Chociaż każdy kolejny film wypuszczany taśmowo przez Warner Bros jest słabszy to pewnie i tak wybiorę się na następne tego typu produkcje. Po co? Sam nie wiem. 


Bruce Wayne jako Batman (Ben Affleck) w związku ze zbliżającym się zagrożeniem dla istnienia Ziemi (za sprawą niejakiego Steppenwolfa (głosu użycza Ciarán Hinds)) postanawia zebrać rozsianych po świecie ludzi posiadających nadzwyczajne umiejętności: Wonder Woman (Gal Gadot), Aquamana (Jason Momoa), Flasha (Ezra Miller) i Cyborga (Ray Fisher). Przydałby mu się także Superman (Henry Cavill), który jednak zginął w poprzednim odcinku...


Już sam opis filmu wydaje się w wystarczający sposób pokazywać infantylny charakter tej opowieści na kanwie komiksów dla dzieci. Jednak sposób, w jaki go zrealizowano jest jeszcze bardziej infantylny, nudny, sztywny, po prostu głupi. Po raz kolejny w ostatnich latach widzimy na ekranie papkę dla dzieci za ponad miliard złotych. Naprawdę można było te pieniądze wydać na coś przyzwoitego: nakarmić głodnych, uleczyć chorych czy chociaż nakręcić kilka przyzwoitych filmów. Albo jeden przyzwoity film.
A tak dostajemy kolejną snyderowszczyznę, gdzie połowę filmu to slow motion (nie muszę dodawać, że w większości niepotrzebny), niezapadający w pamięć czarny charakter działający bez żadnej motywacji, kiepsko rozrysowane postaci (z emo Cyborgiem na czele), których nie chce się oglądać (możę z wyjątkiem ładnej Gadot) ani słuchać (kto pisał dialogi?). Naprawdę ogląda się to z rosnącą mieszanką znudzenia i zażenowania. Jest kilka scen, które wypadają nieźle, ale to tyle. Ale nowy rok przyniesie nam kolejne filmy tego pokroju, które zarobią więcej niż fajne, mądre produkcje, które będę wypuszczane w tym czasie do kin...Mundus est novis.




środa, 10 stycznia 2018

Pod kopułą

O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji
Polska 1984
reż. Piotr Szulkin
gatunek: sci-fi
zdjęcia: Witold Sobociński
muzyka: Jerzy Satanowski

Po obejrzeniu niedawno opisywanego filmu Ga,ga: Chwała bohaterom, który to zrobił na mnie duże wrażenie postanowiłem od razu zobaczyć inny film Piotra Szulkina. Wybór padł na starszą o rok produkcję tego reżysera.


Przenosimy się do nieodległej przyszłości. Świat po wojnie jądrowej upadł, a resztki rozumnej cywilizacji w postaci kilkuset ludzi tłoczą się w betonowej budowli oczekując na przybycie tajemniczej i zbawczej Arki, która zawiezie ich ku lepszemu życiu. Soft (Jerzy Stuhr) zostaje wysłany przez swego zwierzchnika (Marek Walczewski), by odnalazł budowniczego (Jan Nowicki) budowli, w której się znajdują. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że ta niedługo pęknie niszcząc znajdujące się w środku ostatnie życie na Ziemi...


W porównaniu do Ga, ga: Chwała bohaterom opisywany właśnie film bardziej wpisuje się w ramy gatunkowe science fiction. Nawet momentami można określić to jako hard s-f z dużą dawką filozofowania na temat kondycji ludzkości i pewnej istoty społeczeństwa. Dojrzałem s-f przecież ma pokazywać obawy dotyczące przyszłości, snuć rozważania na temat człowieczeństwa etc. I tutaj tej powagi jest naprawdę sporo. Jest to na pewno całkiem inny film, aniżeli przewrotnie absurdalna produkcja z Danielem Olbrychskim w roli głównej. 
To, co jest w tym filmie na pierwszym planie to oczywiście ślepa wiara w wymyśloną przez wierchuszkę Arkę, która ma zbawić biedującą pod kopułą resztkę ludzkości. Autor w ciekawy sposób przedstawia siłę wiary, religii jako takiej, traktowanej jako ostatnia deska ratunku. Ludzie znajdujący się w budowli nie chcą słyszeć o tym, że Arka to tylko ludzki wymysł i ślepo, fanatycznie wyczekują na poprawę losu. 
Z innych plusów filmu można wymienić naprawdę świetną pracę kamery i jakość zdjęć Sobocińskiego seniora. Czuć tą klaustrofobię, zamknięcie w kilku pomieszczeniach, gdzie w większości miejsc ludzie tłoczą się jak sardynki w puszce.Także nałożone na kamerę filtry oddają pewien niepokój. Pochwalić wypada Szulkina też za to, że zebrał naprawdę mocną ekipę aktorską, gdyż oprócz wymienionych wcześniej bardzo dobrą rolę ma Krzysztof Majchrzak, a i nieźle wypada Krystyna Janda.
Więc jeśli chcecie zobaczyć odpowiednio poważne, skłaniające do refleksji kino s-f,które dodatkowo wywodzi się z Polski to chyba ten film to najlepszy obecnie wybór. Jak kilka innych filmów Szulkina można go nieodpłatnie obejrzeć na vod.pl (nie, to nie jest reklama).







wtorek, 9 stycznia 2018

Od zera do bohatera

Ga, ga: Chwała bohaterom
Polska 1985
reż.. Piotr Szulkin
gatunek: sci-fi
zdjęcia: Edward Kłosiński
muzyka: Grzegorz Fitelberg 

Współczesnym widzom na myśl o polskim kinie przychodzi zapewne wiele słów jednak mało kto wśród haseł - kluczy związanych z rodzimą kinematografią wymieni gatunek science fiction. Ostatnio sci-fi jest u nas na wymarciu, jednak w latach 80. ubiegłego wieku mieliśmy w naszym kinie człowieka, który sobie całkiem nieźle radził w tej stylistyce. O jednym z jego filmów jest ten tekst. 


Świat przyszłości (choć niedalekiej). Niejaki Scope (Daniel Olbrychski) siedzi w przepełnionym więzieniu, którego władze wystrzeliwują osadzonych w niemal samobójcze misje kosmiczne na inne planety. Scope, tak jak wielu przed nim zostaje wytypowany do odstrzelenia i po usłyszeniu kilku instrukcji i załadowaniu do pojazdu kosmicznego wylatuje na nieznaną mu planetę. Ku swemu zaskoczeniu na miejscu zastaje ludzką cywilizację oraz czekającego na jego przylot urzędnika (Jerzy Stuhr), który oznajmia mu, że jest oczekiwanym przez mieszkańców planety bohaterem. Urzędnik nakazuje Scopowi cieszyć się życiem i poleca mu skorzystanie z usług młodej prostytutki Once (Katarzyna Figura). Scope jednak szybko dochodzi do tego, że los bohatera na tej planecie wcale nie należy do najlepszych...


Z braku konkurencji zdecydowałem się określić ten film jako należący do gatunku science fiction, jak zapewne chce tego sam reżyser, co nie znaczy, że obraz ten spełnia wszystkie założenia gatunkowe. Na pewno nie jest to hard sci-fi bo i w sumie o żadnym science nie może być w tym wypadku mowy. Za to jest tu dużo fiction i to z gatunku lepszego fiction, jakie widziałem w polskiej kinematografii. Choć stylistycznie film Szulkina pasuje do sci-fi to chyba równie blisko mu do makabreski, czarnej komedii, groteski - w tym nieraz upiornym humorze dostrzegam siłę produkcji. 
To, co tutaj najbardziej przyciąga do ekranu to sama fabuła i to, w jaki sposób przedstawiono świat akcji. Planeta, na której ląduje Scope to totalna antyutopia, cywilizacja śmierci z prawdziwego zdarzenia. Jednak pełna czarnych charakterów, lumpów, alfonsów i ich podopiecznych to jednak posiadająca wiele cech pseudopraworządności - w celu pokazania tej praworządności wręcz potrzebują bohatera z zewnątrz. By go przykładnie ukarać za zbrodnie, które popełni. Wątek poznawania roli bohaterów w tym świecie to najsilniejsza strona tego filmu. Absurd niektórych scen wręcz poraża. I chociaż nie traktuje tego filmu jako pełnoprawnego science fiction to i tak polecam go każdemu. Tak dekadenckiego świata nie było chyba nigdzie indziej w polskim filmie. Warto udać się więc wraz z Olbrychskim na tą tajemniczą planetę i poznać jej niecne sekrety. 





wtorek, 2 stycznia 2018

Oksymoron

Człowiek z magicznym pudełkiem
Polska 2017
reż. Bodo Kox
gatunek: sci-fi
zdjęcia: Arkadiusz Tomiak
muzyka: Sandro Di Stefano

Czy wam też coś nie pasuje w zdaniu brzmiącym Współczesny polski film fantastyczno-naukowy? Nasi filmowcy nigdy specjalnie nie pasjonowali się lub (co nawet bardziej prawdopodobne) nie byli w stanie (m.in. przez budżet) zrobić dobrego filmu sci-fi, jednak były pewne wyjątki, jak choćby komediowa Seksmisja czy filmy Szulkina. Jednak to lata dawnego reżimu, a od lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku świat poszedł nieco do przodu. Także ten kinowy. U nas pod względem filmowym była za to zapaść, ale że powoli rodzime kino się odradza, to i mamy nasz własny film science fiction AD 2017.


Za sprawą skonstruowanego przez wynalazcę Emfazego Stefańskiego (Arkadiusz Jakubik) radia Adam (Piotr Polak) przenosi się z 1952 roku w przyszłość, do Warszawy roku 2030. Tam znajduje zatrudnienie najniższego szczebla w jednej z korporacji, gdzie spędza czas z niejakim Bernardem (Sebastian Stankiewicz). Tam też poznaje korposzczurkę Gorię (Olga Bołądź), w której się zakochuje.


Nie spodziewałem się po najnowszym filmie Bodo Koxa większych fajerwerków. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że w Polsce można obecnie nakręcić dobry film science fiction. Nawet nie dlatego, że nie ma kreatywnych osób, dobrych scenarzystów czy odpowiednich skryptów (mamy chyba jedną z większych w Europie populację pisarzy trudniących się pisarstwem sci-fi). Rzecz rozbija się jednak o fundusze - polskie kino jest zwyczajnie biedne, opiera się na pomyśle, dobrych dialogach, mocnej fabule ale jednak zrealizowanej za minimalne kwoty. A żeby zrobić dobre kino fantastyczno-naukowe trzeba mieć grube miliony, by zapewnić dobre kostiumy, zrobić dobre efekty specjalne (speców od nich daleko szukać nie trzeba, jest przecież Bagiński i jego Platige Image). W teatrze mówi się, że jeśli nie ma siedmiu krasnoludków to nie wystawia się sierotki Marysi - w filmie jeśli nie ma się finansów to nie zabiera się za sci-fi. Bodo Kox postanowił się zabrać. I wyszło jak wyszło. Moim zdaniem mocno przeciętnie. O ile pochwalić warto sam pomysł, by jednak to zrealizować to film kuleje pod wieloma aspektami - nie czuć chemii między romansującymi Polakiem i Bołądź, sama Warszawa przyszłości to kilka ulic i słabej jakości CGI (porównajcie to z majstersztykiem dopracowania świata w najmniejszych detalach w wydanym w podobnym czasie Blade Runnerze 2049), fabuła trzyma się chyba tylko na słowo honoru, a sama podróż w czasie nie wyjaśniona jest w żaden sposób. Mamy jakieś radio, mamy gadającego ze starego telewizora Jakubika i tyle. Plusem, oprócz samego pomysłu na sci-fi w polskim kinie jest fajna rola Stankiewicza (on pasuje do tego typu postaci), piosenka Maanamu, naprawdę podobający mi się klimat mieszkania Stefańskiego z połowy XX wieku oraz dojrzałe piersi Olgi Bołądź. Także w sumie nie jest źle, ale jednak nic wielkiego nie powstało. Jednak brawa za odwagę i czekam na kolejne projekty Bodo Koxa.




Dorównać legendzie

Blade Runner 2049 
USA, Kanada, Wielka Brytania 2017
reż. Denis Villeneuve
gatunek: sci-fi
zdjęcia: Roger Deakins
muzyka: Hans Zimmer

W 1982 roku Ridley Scott dał światu Łowcę androidów, czyli film na podstawie klasycznej książki science fiction Philipa K. Dicka Czy androidy śnią o elektrycznych owcach z 1968. Filmowe dzieło z Harrisonem Fordem szybko dorobiło się statusu kultowego. Więc kiedy po 35 latach na ekrany wchodzi sequel autorstwa innego reżysera to musi paść pytanie nie tylko jakość nowego dzieła, ale i o sens jego powstania. 


Od wydarzeń z poprzedniej części mija trzydzieści lat. Śledzimy losy nowoczesnego androida K (Ryan Gosling), który zajmuje się wykrywaniem żyjących wśród społeczeństwa starych wersji maszyn, które ma za zadanie zlikwidować. Jego obecność w świecie ludzi kręci się wokół pracy oraz nielicznych chwilach spokoju w domu, gdzie korzysta z posiadanego kobiecego hologramu, Joi (Ana de Armas). W pewnym momencie odkrywa spisek, który może pogrążyć świat w chaosie (jeszcze większym niż dotychczas)...


Moja pierwsza opinia może będzie mało popularna ale jednak ją napiszę: Łowca androidów z 1982 roku nie przypadł mi do gustu. Mimo wielu zachwytów z różnych stron mnie ten film do siebie nie przekonał, oprócz w sumie fajnego pokazania świata (miasta) i ciekawej postaci Forda nie znalazłem tu tego, czego oczekiwałem. Także kolejny film osadzony w tym świecie nie budził we mnie większych fanowskich emocji, poszedłem na niego bez wewnętrznego kultu tej serii. I generalnie muszę powiedzieć, że film wyreżyserowany przez Villenueuve spodobał mi się dużo bardziej. 
Po raz kolejny największym plusem jest scenografia i klimat, jaki buduje pokazane dystopijne miasto przyszłości. Długi metraż filmu (ponad dwie i pół godziny) pozwolił pokazać dużo zakamarków tego nieprzyjaznego świata i dzięki fenomenalnym zdjęciom Deakinsa możemy przesiąknąć do środka tego uniwersum. Scena audiowizualna filmu jest tutaj na pierwszym miejscu, ale jednak kilka innych sfer tej produkcji staje na wysokości zadania. Fajnie ogląda się duet Ryana Goslinga z uroczą Aną de Armas, cała historia, choć trochę pokręcona potrafi wciągnąć, a i miło obejrzeć starego, dobrego Ricka Dekarda. Szkoda tylko, że postać grana przez Harrisona Forda trafiła na pierwszy plan promocji całości. Po plakacie można spodziewać się, że do aktora należy co najmniej połowę filmu. Tak nie jest, bo Dekard pojawia się na ostatnie kilkadziesiąt minut, a i wtedy widzimy go łącznie może trochę ponad kwadrans. Jak na 162 minuty to trochę mało. Także niezbyt zachwycony jestem postacią Niandera Wallace'a granego przez Jareda Leto - sceny z jego udziałem po prostu nużyły. Dobrze za to pokazała się Robin Wright, którą miło oglądało się na ekranie. 
Film nie sprzedał się najlepiej, zamiast zarobić chyba jednak trzeba było do niego wręcz do niego dołożyć. Podobno widzom nie spodobało się wolne budowanie akcji i niespieszne tempo całości. Jak dla mnie jednak to slow cinema przysłużyło się filmowi i udanie zbudowało jego klimat, zwracając uwagę na przeróżne detale. Wydarzenia w filmie mogą nieśmiało sugerować chęć stworzenia kolejnej części, jednak czy tak będzie przy niesatysfakcjonujących dochodach ze sprzedaży 2049? Ciężko spekulować, ale znając dzisiejszy rynek - raczej nie.

 


niedziela, 17 grudnia 2017

Prywatna planeta

Zakazana planeta (Forbidden Planet)
USA 1956
reż. Fred M. Wilcox
gatunek: sci-fi
zdjęcia: George J. Folsey
muzyka: Louis Barron

Zapewne część czytelników uważa, że fenomen filmów science-fiction to dość młoda przypadłość i filmy tego typu święcą tryumfy od całkiem niedawna. Ci, którzy tak twierdzą nawet nie wiedzą, jak bardzo się mylą. Filmy o tej tematyce, a razem z nimi i literatura tego typu swoje złote lata miały dawno temu, a w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego stulecia produkcje tego gatunku wychodziły wręcz masowo ciesząc się wielkim zainteresowaniem ówczesnej widowni. Dzisiaj przedstawię jeden z takich filmów. 


Kosmiczna ekipa ratunkowa kierowana przez komandora J.J. Adamsa (Leslie Nielsen) dociera na planetę Altair, by dowiedzieć się, co stało się z przybyłymi na tę planetę wcześniej członkami statku kosmicznego Bellerofont. Kosmonauci szybko odkrywają, że jedynymi żywymi mieszkańcami na Altair są doktor Mobius (Walter Pidgeon) oraz jego atrakcyjna córka, Altaira (Anne Francis)...


Wszyscy znają i kojarzą zmarłego przed siedmiu laty Lasliego Nielsena. Jednak jego zapisane w naszych wspomnieniach oblicze aktora to twarz starszego pana występującego w charakterystycznych komediowych rolach w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia. Mało kto kojarzy go jednak z innych, wcześniejszych występów. Dzięki temu klasycznemu filmowi mamy więc okazję poznać młodego Nielsena w jednej z jego pierwszych większych ról kinowych. Także sama okazja zobaczenia aktora obsadzonego poza swoim późniejszym emploi może być powodem, dla którego fani kina zainteresują się filmem.
Ale obecność kultowego dla wielu aktora nie jest jedynym pozytywnym punktem całości. Bo chociaż mamy do czynienia z filmem sprzed ponad sześćdziesięciu lat i wiadomo, że szczególnie efekty typowe dla kina sci-fi z tamtego okresu wydają się dzisiaj śmieszne czy wręcz żenujące, to relatywnie patrząc wciąż dostajemy niezłą historię (z kilkoma drażniącymi brakami logicznymi), na którą patrzy się z zaciekawieniem. Świat przedstawiony w filmie jest frapujący, a tajemnica tytułowej planety angażuje widza w poznawanie historii załogi Bellerofonta oraz późniejszej misji ratunkowej. Dla niektórych ówczesne przedstawienie kobiety jako tylko uroczego obiektu seksualnego może razić, tak samo jak sam wątek hmm romansowy jednak jako całość otrzymujemy solidny film science fiction nakręcony w realiach sprzed kilku filmowych epok. Myślę, że to wystarczające argumenty dla prawdziwych kinomaniaków, by poświęcić swój czas na Zakazaną planetę.





Małpi świat

Planeta małp (Planet of the Apes)
USA 1968
reż. Franklin J. Schaffner
gatunek: sci-fi, przygodowy
zdjęcia: Leon Shamroy
muzyka: Jerry Goldsmith

W ostatnich kilku latach mieliśmy prawdziwy małpi renesans. Kino po raz kolejny wróciło do świata wykreowanego w powieści Pierra Boulle, rebootując tym samym serię i pokazując genezę całości. Sądząc po ocenach (sam widziałem do tej pory tylko Genezę Planety Małp, która była całkiem zachęcająca) pomysł się przyjął, ale myślę, że warto wrócić do korzeni i przypomnieć o pierwszym filmie opowiadającym o świecie inteligentnych małp. 


Przyszłość. Grupa kosmonautów trafia na nieznaną planetę, na której rozbija się ich statek kosmiczny. Załoga, pod dowództwem George'a Taylora (Charlton Heston) zaczyna eksplorować tajemniczy glob. Wkrótce trafiają na agresywnie nastawione inteligentne małpy...


Chociaż dla wielu dziwnie mogą wyglądać niekomputerowe postaci małp i ich ręcznie robione maski i kostiumy to wydaje mi się, że tego typu zabieg przetrwał próbę czasu i wygląd małp do dzisiaj prezentuje się schludnie dla oka, a przy okazji dodaje filmowi szczególny klimat. Generalnie wzorowany na powieści świat inteligentnych (przynajmniej w pewnych aspektach) małp i ich ludzkich, zezwierzęconych niewolników prezentuje się intrygująco i poznawanie go razem z przybyszem z kosmosu (a w zasadzie z Ziemi) przynosi dużo frajdy. Stopniowe wnikanie w małpi rasizm, małpi teokratyczny system rządów czy samą hierarchię społeczną ciekawi i powoduje, że od ekranu ciężko się oderwać. Także sama historia kosmonauty, jego małpiej opiekunki, w którą wcieliła się Kim Hunter oraz głównego adwersarza Doktora Zaiusa (Maurice Evans) jest pochłaniająca i z niecierpliwością wraz z bohaterami odkrywamy wszystkie tajemnice skrywane przez fabułę. Wracając do filmu (przyznam, że oglądałem go dawno temu i dużo rzeczy wyparowało mi z głowy, co zresztą widać po moim opisie Genezy Planety Małp) po latach spodziewałem się, że oglądany w 2017 roku nie będzie miał takiej siły przyciągania. A jednak ku mojej satysfakcji okazało się, że ten klasyczny mariaż kina przygodowego i fantastyki naukowej wciąż ogląda się bardzo dobrze. Naprawdę warto. 




sobota, 16 grudnia 2017

Kosmiczne jaja

Paul
USA, Wielka Brytania 2011
reż. Greg Mottola
gatunek: komedia, sci-fi
zdjęcia: Lawrence Sher
muzyka: David Arnold

Gdy jedzie się autokarem w długą podróż przewoźnik uruchamia pokładowy sprzęt telewizyjny, by pasażerom się nie nudziło. Na pewno to znacie. Nigdy nie obejrzy się w ten sposób naprawdę dobrego, przyzwoitego filmu, gdyż filmy tam puszczane przystosowane są do gustu podróżujących wehikułem Januszy i Grażyn. Przeważnie można obejrzeć w ten sposób po raz kolejny takie polskie hity, jak Testosteron, Zróbmy sobie wnuka lub innych Wkręconych. Od czasu do czasu trafić można zaś na głupie filmy pochodzące spoza Polski. Ja na przykład trafiłem na opisywane właśnie dzieło. 


Film opowiada historię dwóch ortodoksyjnych nerdów: Graeme (Simon Pegg) i Clive (Nick Frost) wracając z konwentu fanów komiksów spotykają na swojej drodze kosmitę przedstawiającego się, jako tytułowy Paul. Wysłuchując jego zwierzeń postanawiają pomóc mu wydostać się z Ziemi. Po pewnym czasie w pomoc angażuje się też poznana po drodze konserwatywnie wychowana Ruth (Kristen Wiig). Aby zaś nie było tak łatwo i przyjemnie tropem kosmity podąża agent Zoil (Jason Bateman) wraz z ekipą...


Mówi się, że podróże kształcą. Jednak jeśli podczas przejazdu przez pół kontynentu jedyne, co się człowiekowi oferuje to właśnie ten film, to powyższe powiedzenie znacznie mija się z prawdą. Mamy do czynienia z głupią komedią, tylko niewiele przewyższającą poziomem merytorycznym takie tuzy, jak American Pie, Zemstę frajerów czy Straszny film. Mimo to ogląda się to całkiem przyzwoicie. Postaci, choć strasznie głupie i w tej głupocie mocno przewidywalne (wybierają zawsze najbardziej głupie wyjścia z sytuacji) są sympatyczne i ogląda się je nieźle. Postać Paula choć z wyglądu sztampowa zrealizowana jest dobrze i jej oblicze nie straszy wykonaniem. W dużej mierze jest to specyficzne kino drogi, w czasie której bohaterowie poznają różne postaci i wchodzą z nimi w interakcję. Tutaj największym plusem okazuje się osoba Ruth, która wychowywana jest przez swojego ojca, religijnego fundamentalistę. Także ciekawym zagraniem jest obsadzenie w jednej z ról znanej z serii filmów o Obcym Sigourney Weaver. Wszystko to powoduje, że film, który teoretycznie jest nie do przyjęcia całkiem nieźle broni się przed krytyką. Szkoda jednak zakończenia i ogólnie bardzo słabej fabularnie drugiej części filmu. O ile akcja zawiązuje się całkiem dobrze, to dalej wszystko bardzo mocno się pruje. Generalnie więc nie polecam, chyba, że ktoś poszukuje niewyrafinowanej rozrywki. Ten film powinien jej w jakiś sposób dostarczyć.




środa, 15 listopada 2017

Księżniczka z DC

Wonder Woman
USA (oraz szereg innych państw) 2017
reż. Patty Jenkins
gatunek: akcji, sci-fi
zdjęcia: Matthew Jensen
muzyka: Rupert Gregson-Williams

Na dniach czeka nas premiera Ligi Sprawiedliwości (na którą już sobie bez trudu zamówiłem bilet, co świadczy o tym, że specjalnie mało kto na nią u nas czeka), zaś opisywany właśnie film dobrze przed miesiącem miał w Polsce swoją premierę DVD (i pewnie blu ray). Ja widziałem go w jego premierowym tygodniu, jednak jak widać zaległości blogowe są tak duże, że dopiero teraz poświęcę mu kilka zdań.


Diana (Gal Gadot) jest księżniczką. I to nie byle jaką, bo księżniczką Amazonek. Wraz ze swoimi rodaczkami zamieszkuje oddaloną od ludzkości wyspę i tak jak inne Amazonki spędza czas na doskonaleniu się w walce pod okiem matki (Connie Nielsen) i miejscowej generałki (Robin Wright). Tymczasem na wyspę dociera osoba z innej bajki - żołnierz z czasów pierwszej wojny światowej (Chris Pine). Za nim przybywa agresywnie nastawiona niemiecka armia...


Już po tym kilkuzdaniowym tekstowym wprowadzeniu w akcję widać, że fabuła filmu jest bardzo pretekstowa i nie odstaje ambicją od większości filmów superbohaterskich. Ogólnie budowanie nowego kinowego uniwersum DC Comics tworzy się w wielkich bólach i dla wielu przebrnięcie przez kolejne filmy z Supermanem, Batmanem, Jokerem czy Dianą to niejako droga przez mękę. Sam ciągle daję im kolejne drugie szanse mimo tego, że są to dla mnie filmy ciężkie do strawienia (jednak o wiele bardziej lubię to uniwersum od tego, co oferuje koncern Marvela). Niestety Wonder Woman nie oferuje nic lepszego od poprzednich filmów serii. Historia jest zwyczajnie nieabsorbująca, najlepsze żarty klasycznie użyte już w zwiastunie, a sama Gal Gadot mimo, że bezsprzecznie urocza, to jednak aktorsko bardzo jednowymiarowa. Samo przedstawienie jej postaci, heroski Diany bez zbędnego epatowania seksualnością dla jednych może być atutem, dla innych zaś wadą. W obecnych realiach poprawnie jest nie skupiać się na fizyczności bohaterki, jednak pamiętać należy, że ta fizyczność to jednak główna siła popularności komiksowego pierwowzoru. Oczywiście sam fakt, że zrobiono film dla dzieci (jak większość mainstreamowego kina z USA obecnie) dyskwalifikuje jakieś bardziej dojrzałe podejście do seksownej dziewczyny, która po raz pierwszy spotyka przedstawicieli płci przeciwnej. 
Dużym minusem są dla mnie też efekty specjalne, które zostały zrobione dość kiepsko. Nie jest to oczywiście pamiętny poziom smoka z filmowego Wiedźmina, jednak na obecne standardy te bajery (które są siłą każdego dobrego filmu superbohaterskiego) użyte w filmie odstają. 
Mimo tego, że zawiodłem się na filmie Jenkins z chęcią, jak już zresztą zaznaczyłem na wstępie udam się na najnowszy film dziejący się w uniwersum DC. Nie liczę na nic wielkiego, ale może najwyżej mile się rozczaruje. 


wtorek, 8 sierpnia 2017

Odgrzewanie kotletów

Obcy: Początek (Alien: Covenant)
USA, Australia, Nowa Zelandia 2017
reż. Ridley Scott
gatunek: thriller, sci-fi
zdjęcia: Dariusz Wolski
muzyka: Jed Kurzel

Mam wielki szacunek do pierwszej części Obcego, którego uważam za jeden z najbardziej klimatycznych horrorów w historii (a chyba najlepszego z horrorów science-fiction). Był to film kompletny, który mimo trochę słabszej końcówki potrafił swego czasu zmrozić krew w żyłach. Kontynuacje już nie działały w ten sposób, jednak też potrafiły wnieść trochę do życia kinomanów. Niestety po latach łasi na pieniądze twórcy postanowili po raz kolejny wykorzystać tą kultową markę. 


Załoga tytułowego statku kosmicznego Przymierze (m.in. Katherine Waterston, Demián Bichir i grający cyborga Michael Fassbender) ląduje na nieznanej planecie. Po pewnym czasie zauważają, że grozi im tam ogromne niebezpieczeństwo w postaci pozaziemskiej formy życia...
b

Odkąd tylko przeczytałem, że Scott zamierza stworzyć kolejny film z cyklu o Obcych nie byłem tym pomysłem zachwycony. Przecież to wszystko już było, skończyło się i po co robić kolejny skok na kasę? W końcu kosmiczny Prometeusz nawiązujący do serii okazał się klapą więc można było sobie darować. Niestety twórcy uznali zapewne, że użycie słowa-klucza Alien okaże się strzałem w dziesiątkę i ludzie zachęceni nostalgią wydadzą trochę szekli na bilety do kina, choć sam film niczym ciekawym nie będzie. Biorąc pod uwagę, że samym światowym boxoffice'm produkcja zwróciła się ponad dwukrotnie twórcy sukces finansowy odnieśli. Jednak zyski te nie poszły w parze z dobrym filmem - dostaliśmy drętwy, niestraszny, prosty film pełen kalek z wcześniejszych części uniwersum, niestety na domiar złego pozbawiony klimatu i czaru pierwowzoru (pierwowzorów). Żywi bohaterowie filmu są nijacy i strasznie głupi (a głupota to raczej ostatnia cecha, jaka kojarzyłaby się ze zdobywcami kosmosu), ciężko identyfikować się z kimkolwiek z nich, a tym bardziej żałować jego rychłego zgonu. Sama postać obego (czy też obcych) także przestała fascynować i przerażać, ogląda się tą żarłoczną fabrykę śmierci bez cienia emocji. Także samo zakończenie, tak jak w niedawnym Life było sztampowe, niezaskakujące i łatwe do przewidzenia dużo wcześniej. Może gdybyśmy mieli do czynienia z innym twórcą, z innym tytułem miałbym dla tego filmu trochę więcej uznania, jednak zarówno Scott, jak i Obcy zasługują na wiele lepszy film. Dlatego też ostrzegam przed oglądaniem tego bubla, szkoda czasu i wspomnień dobrych filmów z serii. Kolejną złą wiadomością jest jednak to, że Scott nie zamierza wycofać się z kolejnych filmów w tym uniwersum i planuje już kilka kontynuacji...






niedziela, 9 lipca 2017

Pstrokata papka

Strażnicy Galaktyki vol. 2 (Guardians of the Galaxy Vol. 2)
USA 2017
reż. James Gunn
gatunek: sci-fi, akcja
zdjęcia: Henry Braham
muzyka: Tyler Bates

Jako że mamy lipiec kilka fachowych portali zajmujących się tematyką filmową pokusiło się o własne zestawienie najlepszych kinowych premier pierwszego półrocza 2017 roku. Przy kilku czy nawet kilkunastu co najmniej dobrych produkcjach, jakie w tym czasie zagościły na polskich ekranach część specjalistów uznała, że tym co najlepsze w kinie Anno Domini 2017 był do tej pory opisywany właśnie film. Spróbuję się z tym nie zgodzić.


Po przygodach z pierwszej części bohaterowie (czyli Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista i podkładających głosy pod komputerowe postaci Vin Diesel oraz Bradley Cooper) kontynuują swoją gwiezdną eskapadę jako tytułowi 'Strażnicy Galaktyki. Po drodze pakują się w pewne kłopoty, jednak główną osią fabuły będzie spotkanie Petera Quilla z Ego (Kurt Russell), który przedstawia się, jako jego ojciec i zabiera bohaterów na swoją planetę.



Druga część komiksowej adaptacji Marvela to praktycznie dalej to samo, co w części pierwszej. Tylko, że obecnie jest więcej, mocniej i głośniej. Ale obracamy się ciągle wokół tych samych części składowych. Dla tych, którzy jakimś trafem polubili jedynkę i kontynuacja okaże się być w porządku. Ja jednak miałem dość mieszane uczucia odnośnie części pierwszej, także i tym razem nie jestem w stanie kupić i tego filmu. 
Mamy po raz kolejny pastelowy świat (a w zasadzie światy), luzackich zadziornych bohaterów, trzymającą się na słowo honoru pretensjonalną fabułę oraz sztampowe interakcje między postaciami. Cały ten festiwal klisz właściwych dla kina młodzieżowego przepełnia tona kolorowych efektów specjalnych i miła dla ucha oldschoolowa muzyka. Film ma też jakąś tam wartość edukacyjno - moralną (na zasadzie kontrastu postaci granych przez Russella i Michaela Rookera jako Yondu) jednak wciąż uważam, że jestem już na takie filmu za stary, by w pełni cieszyć się tym, co dzieje się na ekranie. Czasem dziwię się też ludziom w wieku ponadgimnazjalnym, którzy z aż tak wielką radością przyjmują filmy z gatunku tych +12. Doceniając walory motion capture czy efektów specjalnych sam wolę jednak pozostać przy innych klimatach, jakie daje nam kinematografia. 


niedziela, 2 kwietnia 2017

Cyborgi i ludzie

Ghost in the Shell
USA 2017
reż. Rupert Sanders
gatunek: sci-fi, akcja
zdjęcia: Jess Hall
muzyka: Clint Mansell

Byłem ciekawy tego filmu, który jest amerykańskim remakiem chińskiej bajki o tym samym tytule. Ogólnie, gdy słyszę stwierdzenia, takie jak amerykański remake i chińska bajka, to staram się to omijać. Tutaj jednak nie dość, że udałem się na premierę, to wcześniej obejrzałem japoński oryginał. 


Major (Scarlett Johansson) jest posiadającym ludzki mózg cyborgiem, który pracuje w parze z Batou (Pilou Asbæk) w policyjnej sekcji pod dowództwem Aramakiego (Takeshi Kitano). Podczas polowania na niebezpiecznego hakera Kuze (Michael Pitt) zaczyna zastanawiać się nad swą tożsamością...


Nigdy nie byłem psychofanem oryginału, który zresztą obejrzałem 22 lata po jego premierze, więc nijak nie podszedłem do tego filmu sentymentalnie, ani nie uważałem aktorskiej wersji tej produkcji jako szarganie pewnej świętości. Po prostu uważałem, że co najwyżej powstanie kolejny słaby film, jakich wiele. Na szczęście okazało się, że wcale nie było tak źle i znalazłem w obrazie Sandersa kilka solidnych plusów. Począwszy od obsady, gdzie mamy wciąż piękną Johansson, która z racji tego, że poświęciła karierę na granie w mało ambitnych filmach ma duże doświadczenie w podobnych rolach, do tego niezła rola Asbæk, nieoczekiwany występ Kitano (który porozumiewał się w języku japońskim,w sumie w świecie przyszłości każdy mógł dysponować jakimś wszczepionym w mózg translatorem więc czemu nie, lepiej tak, niż jakby miał być zdubbingowany przez jakiegoś Jankesa), a do tego pamiętany za świetną rolę w Zakazanym Imperium Pitt czy Juliette Binoche. Naprawdę obsada dała radę. Drugie co mi się spodobało to sam świat przyszłości. Ultranowoczesne miasto zostało pokazane naprawdę dobrze. Wielki moloch, wypełniony robotami, cyborgami i inną techniką,ładnie pokazany i nakręcony. Chciałoby się zwiedzić jeszcze więcej miejsc tego świata. Sam wątek egzystencjalny bohaterki oceniam zaś stosunkowo słabo i szkoda, że poświęcono mu aż tak wiele miejsca. Także jestem na nie słysząc muzykę filmu - tylko początek i napisy końcowe nawiązywały do świetnej muzyki oryginału, reszta zaś to już standardowe dźwięki hollywoodzkich blockbusterów. Szkoda. Jednak generalnie nie jest źle, seans leci szybko, a kilka rzeczy naprawdę można uznać za udane. Solidna, rzemieślnicza robota.





Duch w zbroi

Ghost in the Shell
Japonia 1995
reż. Mamoru Oshii
gatunek: sci-fi, akcja, chińska bajka
zdjęcia: Hisao Shirai
muzyka: Kenji Kawai

Od chińskich bajek odbijam się zazwyczaj jak od ściany. Ostatnie tego typu produkcje oglądałem w czasach Pokemonów, wcześniej zaś Muminków i Pszczółki Mai. Ostatnio zaś z racji tego, że przeczytałem Trylogię ciągu Gibsona, która to zapoczątkowała podgatunek fantastyki, jakim jest cyberpunk, zaś do kin zbliżała się aktorska wersja opisywanego filmu postanowiłem sięgnąć po oryginał. 


Czasy przyszłości. Świat jest oparty na nowych technologiach, a rządzą nim wielkie korporacje. Na Ziemi przyszłości jest miejsce dla robotów i cyborgów, zaś wielką rolę pełni cyberprzestrzeń. Poznajemy Major Motoko Kusanagi (Atsuko Tanaka) - cyborga posiadającego ludzki mózg, która to w Sekcji 9 walczy z cyberprzestępęczością. Wraz z kolegą z grupy, Batô (Akio Ôtsuka) ściga nieuchwytnego przestępcę zwanym Władcą Marionetek. 


Powiedzenie czegoś niepochlebnego na ten film w światku filmowym jest odbierane jako profanum, a wielu poważnych krytyków zachwyca się nim oceniając go na 9/10 lub wyżej. Ja zaś jako umiarkowany fan cyberpunka, zaś duży oponent chińskich bajek mam tutaj większe pretensje do samej treści, niż konwencji chińskiej bajki, która jaką jest każdy widzi. Postaci nie wypowiadają normalnych dialogów, a rzucają sloganami - słowa hasła dominują w rozmowach i przemyśleniach bohaterów. A przecież każdy z nich ma ludzki mózg, nawet jeśli jest cyborgiem. Niestety nie zachwyciłem się tymi rozważaniami nad naturą człowieczeństwa i uważam, że te wszystkie gadki są pseudo głębokie, coś jakby w konwencji cyberpunku wymyślił to wszystko Paulo Coelho. To,co zaś zachwyca to niesamowita muzyka. Tego chce się słuchać. Taki kontrast pomiędzy światem przyszłości, a tradycyjnymi,dawnymi japońskimi dźwiękami. Ścieżka dźwiękowa z tego filmu zostaje w pamięci na długo po seansie. Także bardzo przypadły mi do gustu długie ujęcia w tej produkcji. Kamera nieraz potrafi zawisnąć gdzieś i zastygnąć na chwilę, dzięki czemu można chłonąć ładnie przedstawione często statyczne kadry. Dlatego więc, mimo że nie zachwyciłem się samą warstwą fabularną, która była co najwyżej przyzwoita to znalazłem tu kilka innych mocnych punktów.






W obcych mackach

Life
USA 2017
reż. Daniel Espinoza
gatunek: sci-fi, horror
zdjęcia: Seamus McGarvey
muzyka: Jon Ekstrand

O tym filmie dowiedziałem się dopiero w dniu jego krajowej premiery. W sumie lubię produkcje na pograniczu fantastyki naukowej i horroru, czy to rozgrywające się na Ziemi, w kosmosie, czy na innych planetach więc uznałem, że może to być całkiem przyzwoita rozrywka. Nie oczekując wielkich rzeczy udałem się więc do kina, by poznać nowego obcego. 


Współczesność - do orbitującej wokół Ziemi Międzynarodowej Stacji Kosmicznej docierają próbki badawcze z Marsa. Rory Adams (Ryan Reynolds) przechwytuje je z przestrzeni kosmicznej i powierza do zbadania Hugh Derry'emu (Ariyon Bakare), który odkrywa w nich pozaziemską formę życia. Jednak euforia załogi szybko mija, gdy szybko rosnący obcy zaczyna zagrażać pasażerom stacji. Kosmonauci (m.in. Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson, Olga Dychowiczna, Hiroyuki Sanada) muszą walczyć o życie.


Szybko dostrzegłem na seansie, że jednak nie jest to produkcja, która mnie usatysfakcjonuje. O ile lubię science fiction i  zawsze chętnie obejrzę jakiś mądry film z tego gatunku, to nie cierpię czegoś takiego, co nazywam stupid fiction. A w tym przypadku mamy do czynienia właśnie z tym podgatunkiem. Film jest głupi, a zachowanie bohaterów bezsensowne. Naprawdę nie wiem czemu autorzy nie wpadli na to, że na stacji kosmicznej przebywają jedni z najmądrzejszych ludzi na świecie, a nie osobniki na pograniczu ułomności umysłowej. Tutaj niby mamy naukowców, ale zachowujących się jak mało rozgarnięte dzieci. Bardzo boli, że bohaterowie oprócz tego, że mają znane facjaty to nie reprezentują sobą niczego. Ciężko się przejmować losami bohaterów, jeśli nic o nich nie wiemy, praktycznie nikt nie ma jakiejś swojej choć marginalnej historii. Wiemy, że jednemu z kosmonautów urodziło się dziecko,a inny nie chce wracać na rodzimą planetę. I tyle. Niestety całość to też oklepane klisze z klasyków gatunku, jednak bardzo spłaszczone wzorem oryginałów i tracące przez to swoją jakość. To taka mieszanka Obcego, Coś i kilku innych produkcji, Niestety nie ma tu choćby części klimatu, jakie miały wyżej wymienione filmy. Także sama postać obcego jest skrajnie oklepana,a przy okazji źle wyglądająca. Po raz kolejny mamy do czynienia z jakąś pseudoośmirnicą ze śmiercionośnymi mackami, która porusza się rurami. Do tego końcówka, niby mająca spowodować efekt wow jest mocno przewidywalna. Ciężko mi się to oglądało. Nie polecam. 




Między nami, mutantami

Logan: Wolverine (Logan)
USA 2017
reż. James Mangold
gatunek: dramat, akcja, sci-fi
zdjęcia: John Mathieson
muzyka: Marco Beltrami

Jak już wiele razy podkreślałem dość łagodnie mówiąc nie jestem fanem filmów o superbohaterach, które w ostatniej dekadzie ku mojemu rozczarowaniu opanowały świat multipleksów i serwisów branżowych. Jako tako lubię Batmana i jego uniwersum, jednak wszystko inne jest mi obce i ogólnie dawno uważam, że jestem za stary na pastelowe przygody facetów w kolorowych rajtuzach. Także przed tym filmem nie znałem postaci Wolverine'a ani jego świata. Jednak kategoria wiekowa inna niż PG13, którą otrzymał Logan skłoniła mnie, by jednak iść i zobaczyć co w trawie piszczy. 


Niedaleka przyszłość. Superbohaterskie mutanty niemal zniknęły z powierzchni Ziemi. Logan (Hugh Jackman) jest podstarzałym, zgorzkniałym facetem, który staje się coraz słabszy. W hangarze na pustkowiu przetrzymuje bliskiego śmierci Charlesa (Patrick Stewart). Nagle w ich życiu pojawia się młoda dziewczyna, Laura (Dafne Keen), która ma w sobie supermoce uderzająco podobne do tych Logana. Dziecko poszukiwane jest przez niejakiego Pierce'a (Boyd Holbrook).


Ciężko jest wskoczyć do filmowego uniwersum, które trwa od lat na ostatni film serii (przed pewnym rebootem za kilka lat). Ja jako osoba całkiem zielona w tym świecie zostałem rzucony na głęboką wodę nie wiedząc często o co chodzi, kim są osoby na ekranie etc. W sumie słusznie, że w setnej części przygód x menów nie tłumaczy się łopatologicznie kto jest kim i czym się zajmuje oraz jakie ma właściwości, a zainteresowani powinni zacząć przygodę z uniwersum od wcześniejszych części. 
Sam film jest dość brutalny, co z jednej strony w porównaniu do innych tego typu produkcji jest plusem, bo przecież gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, jednak same sceny przemocy wywołały u mnie mieszane uczucia. Takie to wszystko nieekskluzywne. 
Mamy do czynienia z konwencją kina drogi pomieszanego ze współczesnym westernem oraz oczywiście kinem superbohaterskim. Gdyby nie było tych wszystkich superwłaściwości, jakimi dysponują bohaterowie uważam, że wyszedłby lepszy film. Także przesadzona (super)końcówka była czymś, co nie przypadło mi do gustu. Opisywany film jest na pierwszym miejscu pierwszego kwartału na liście najlepszych filmów roku według użytkowników filmwebu. Zapewne pozostanie wysoko, dając się wyprzedzić ewentualnie jakiejś animacji czy innemu przedstawicielowi swojego gatunku - tak już wygląda współczesne kino i jego fani. Mnie to nie przekonało - do obejrzenia i zapomnienia. 





sobota, 25 marca 2017

Klasyka po latach

Obcy - 8. pasażer 'Nostromo' (Alien)
USA, Wielka Brytania 1979
reż. Ridley Scott
gatunek: horror, sci-fi
zdjęcia: Derek Vanlint
muzyka: Jerry Goldsmith

W maju do polskich i światowych kin zawita film Obcy: Przymierze, który będzie przybliżał nam uniwersum ksenomorfów. Co ciekawe 80. letni reżyser zapowiedział, że nie będzie to jednorazowy powrót, a planuje w sumie jeszcze pięć filmów o Obcym. Czy będą to zapowiedzi typu opowiadania Camerona o powstaniu Avatara 2,3,4, czy bajdurzenia Axla Rose'a o Chinese Democracy 2 i 3 ciężko stwierdzić, jednak zapowiedź tych filmów skłoniła mnie do odświeżenia sobie serii, z której w sumie nie wszystkie filmy widziałem.


Daleka przyszłość. Międzygalaktyczny statek handlowy 'Nostromo' powraca na Ziemię wraz z ładunkiem zabranym w innym punkcie Wszechświata. Załoga statku w pewnym momencie odbiera sygnał, po czym ląduje na planetoidzie, z której dochodził. Podczas rekonesansu jednego z członków załogi atakuje obca forma życia. Gdy na statku pojawia się ósmy pasażer regularna załoga musi stawić mu zagrożeniu. 


Pamiętam, gdy lata temu kilkukrotnie oglądałem późną porą film na emitującym go Polsacie. To było uczucie, jakiego chyba żaden inny film u mnie nie powodował. Może to zasługa młodego wówczas wieku, może fakt, że ogląda się coś zakazanego (bo przecież z ikonką 18+), możliwe, że przez klaustrofobiczną ciasnotę całości i samą osobę Obcego. Nie wiem czemu, ale jednak fakt jest taki, że wiele razy towarzyszyło mi uczucie gęsiej skórki przy seansie przerywanym męczącymi reklamami. Od tego czasu jednak zdążyłem dorosnąć, obejrzeć ponad tysiąc filmów i inaczej odbierać medium filmowe. Dodatkowo po niemal 40 latach, jakie minęły od premiery filmu widać też, że pod pewnymi aspektami czas odcisnął swe bezlitosne piętno na produkcji Scotta. Przeważnie widać to w warstwie nie aktorskiej czy fiction, ale samej science. Statek kosmiczny wygląda dzisiaj bardzo przedpotopowo, a mamy przecież do czynienia z zaawansowaną technologią setki lat po czasach nam współczesnych. Jednak mimo że ta niedziesiejszość odbiera pewną przyjemność to i tak nie powoduje, że da się to oglądać po latach. Już oczywiście nie z taką samą satysfakcją grozy i klaustrofobicznego zaszczucia, jak przed laty ale jednak wciąż dobrze. Aż zazdroszczę tym poszczególnym okazom człowieka, które to jeszcze nie widziały tego filmu - może nie każdy go polubi, ale znać trzeba. A w przyszłości zamierzam kontynuować rendez-vous z Obcym. 


niedziela, 8 stycznia 2017

Kobieta w bunkrze

Cloverfield Lane 10 (10 Cloverfield Lane)
USA 2016
reż. Dan Trachtenberg
gatunek: thriller, sci-fi
zdjęcia: Jeff Cutter
muzyka: Bear McCreary


Chociaż film ten wśród zwykłych widzów wzbudził umiarkowane odczucia, został też doceniony przez dużą grupę krytyków filmowych. Wielu z nich zaś w publikowanych w ostatnim czasie zestawieniach najlepszych filmów minionego roku wymieniało go za jedną z lepszych produkcji 2016 r. Tak więc uznałem że najwyższa pora nadrobić ten tytuł.


Po wypadku samochodowym Michelle (Mary Elizabeth Winstead) budzi się przykuta do ściany w bunkrze niejakiego Howarda (John Goodman). Mężczyzna twierdzi, że ją uratował i sprowadził do bunkra, który od lat budował na wypadek kataklizmu. Howard mówi kobiecie, że na powierzchni doszło do ataku bronią masowego rażenia i aby przeżyć muszą ukrywać się pod ziemią. W międzyczasie Michelle poznaje innego mieszkańca bunkra, Emmetta (John Gallagher Jr.).


Ogólnie thrillerowa konwencja zamknięcia kogoś w miejscu odosobnienia, takim jak bunkier, piwnica, klatka czy inne więzienie jest znana filmowcom od wielu lat. Także uargumentowanie przetrzymującego, że więzi kogoś dla jego dobra też była już niejednokrotnie wykorzystywana (nawet świetnie parodiowana w jednym ze starych odcinków South Park). Jednak tutaj wszystko to jest początkowo na zaskakująco świeżym poziomie. Wiarygodna gra Goodmana, który w swym schronie przetrzymuje naiwnego prostaczka Emmetta i uroczą (choć jak się okaże nie tak głupią) Michelle cały czas nakazuje widzowi zastanawiać się, czy postać Howarda mówi prawdę, czy zmyśla, by zachować morale i spokój pozostałej dwójki. Przez długi czas oglądając autorzy w dobry sposób mylą tropy, podsuwając bohaterom rozwiązania, które mogą przeważyć szalę na jedną ze stron, by zaraz zasiać kolejną wątpliwość. I gdyby cały film był zbudowany w ten sposób, co pierwsze 60-70 minut naprawdę uznałbym, że zasługuje może nie na listę najlepszych 5-10 filmów roku, lecz na pewno na miano dobrej produkcji. Niestety ostatnie sceny filmu,a właściwie końcowe 20 procent to szczyt głupoty i zwyczajnej żenady. Oglądając końcówkę byłem naprawdę zawiedziony i smutny, że tak dobrze zapowiadający się, przez dużą część trwania klimatyczny film zamienił się w coś takiego. Mamy tutaj ewolucję łabędzia w brzydkie kaczątko na oczach nieświadomych widzów. I za tą fatalną końcówkę wypierającą całość z klimatu odejmuję osobiście co najmniej 2 punkty w 10 stopniowej skali. Spory niedosyt. A pewnie nadejdzie kontynuacja. 





niedziela, 1 stycznia 2017

Pożegnanie z Gotham

Mroczny Rycerz powstaje (The Dark Knight Rises)
USA, Wielka Brytania 2012
reż. Christopher Nolan 
gatunek: akcja, sci-fi

Choć od początku batmanowej trylogii Christophera Nolana minęło dopiero 11 lat, a właśnie opisywana ostatnia jej część trafiła do kina zaledwie przed czterema laty (z miesiącami) to praktycznie od daty premiery finalnego filmu produkcje te mają status kultowy. Wydaje się, że nawet w większym stopniu, niż nietoperzowe filmy Burtona. I to raczej zasłużenie, gdyż Nolan godnie wprowadził postać Bruce'a Wayne'a w XXI wiek. 


Po reformach Harvey'a Denta i wycofaniu się Batmana (Christian Bale) z życia miasta w Gotham City wreszcie nastaje względny porządek. Komisarz Gordon (Gary Oldman) i jego podwładni muszą mierzyć się tylko ze zwykłą przestępczością. Jednak osiem lat po wydarzeniach z poprzedniego filmu do miasta przybywa najemnik Bane (Tom Hardy), który wraz ze swoją małą armią zaczyna terroryzować miasto. Potrzebny jest powrót obrońcy Gotham...


Czego i kogo w tym filmie nie ma! W najdłuższej części trylogii Nolan zaludnia miasto licznymi ważnymi postaciami, dodatkowo też zagranymi przez równie głośne nazwiska. Pojawia się wreszcie w serii Selina Kyle, czyli Kobieta-Kot, a świetnie portretuje ją Anne Hathaway (wydaje mi się, że w jednej ze swych najlepszych ról, wpasowała się idealnie), dobra kreacja Josepha Gordona-Levitta, który tutaj mnie wreszcie do siebie przekonał, jest także Marion Cotillard (która akurat do tego filmu zbytnio nie pasowała) i powracający weterani kina - Morgan Freeman i Michael Caine w rolach, w jakich widzieliśmy już wcześniej. Także pod względem aktorskim ciężko było zgromadzić producentom lepszych profesjonalistów. Jednak nagromadzenie takiej pokaźnej gamy aktorów z nazwiskami i danie im mniej lub więcej czasu trwania filmu pojawia się pewien problem - jest tu po prostu za mało Batmana w Batmanie. Nietoperz pierwszy raz ukazuje się na ekranie w 45 minucie filmu, później postać ta znika na grubo ponad godzinę, by znowu wkroczyć do akcji w ostatnich scenach. Trochę mało. Chociaż chwała Nolanowi, że mimo skromnego wykorzystania głównego bohatera serii nie traci się zainteresowania akcją - po prostu chce się patrzeć na inne postaci i to, co wyrabiają na ekranie - mało który tak długi film ogląda się tak płynnie. Duża w tym zasługa Toma Hardy'ego w postaci Bane'a. Jest to postać zupełnie inna niż znany z poprzedniej części Joker w wykonaniu Heatha Ledgera. I chociaż Hardy nie zyskał tyle uwielbienia, co jego czarnocharakterowy poprzednik to wywiązał się ze swojej intrygującej roli bardzo dobrze.
Także uważam, że jako film akcji jest to jedna z lepszych pozycji dostępnych na rynku. Urealistycznienie komiksowego uniwersum wyszło Nolanowi na dobre, a żadnej części trylogii nie trzeba się wstydzić. Finalna część jest moim zdaniem słabsza niż Mroczny rycerz jednak prezentuje się lepiej, niż rozpoczynający serię Batman-Początek. Także jeśli ktoś jeszcze nie widział to warto. Dla fanów postaci i nie tylko. A co do samego pożegnania z Gotham, to jak wiadomo nie było to pożegnanie definitywnie. Powrócimy tam jeszcze nie raz. 





sobota, 31 grudnia 2016

Przebudzeni

Pasażerowie (Passengers)
USA 2016
reż. Morten Tyldum
gatunek: sci-fi, przygodowy

W ostatnich kilku latach w Hollywood powstało kilka ambitnych (lub przynajmniej próbujących takimi być) filmów o tematyce około kosmicznej.  Mieliśmy więc Grawitację, Marsjanina czy Interstellar. Tym razem zaś otrzymujemy kolejną produkcję w międzygwiezdnym anturażu, lecz przeznaczoną typowo do segmentu rozrywkowego. 


Pojazd kosmiczny Avalon wiezie kilka tysięcy poddanych hibernacji Ziemian na odległą o 120 lat podróży planetę, którą mają zasiedlić. Na skutek awarii jeden z pasażerów, Jim (Chris Pratt) budzi się dopiero po 30 latach od wylotu. Nie mogąc ponownie zapaść w sen tuła się po pustym statku, gdzie jedynym towarzyszem jest barman - android Arthur (Michael Sheen). Jim postanawia obudzić jedną z podróżujących, Aurorę (Jennifer Lawrence)...


Po obejrzeniu zwiastuna (który jak większość ostatnio powstających zdradza stanowczo za dużo) postanowiłem udać się na ten film do kina. Zapowiadała się całkiem przyjemna rozrywka z fajnymi, dającymi się lubić aktorami, jakimi niewątpliwie są Pratt i Lawrence (fajny to dla nich dobre określenie, gdyż specjalnie dobrymi bym jednak ich nie nazwał). Do tego kolejny hollywoodzki film europejskiego reżysera, którego cenię za ekranizację Łowców głów jeszcze z norweskich czasów. I pierwsza część filmu,gdzie Jim przemierza statek desperacko próbując stawić czoła samotności jest naprawdę niezła (nie oczekiwałem fajerwerków, ale początek był jak najbardziej solidny). Niestety od czasu, gdy bohater zauważył śpiącą w kapsule Aurorę następuje zwrot o dobre 180 stopni i zamiast pociesznego pseudo sci-fi mamy połączenie melodramatu z komedią romantyczną. Od tego czasu co chwilę zerkałem na zegarek. Do tego trzecia część filmu przybiera barwy filmu katastroficznego noszącego też wciąż sznyt melodramatyczny. Niestety wszystko to zostało wykonane w sposób bardzo,ale to bardzo mdły, drętwy i dość nudny. 
Nie oczekiwałem od tego filmu uwypuklania problemów, jakie niosą podróże w kosmosie, czy jakichś większych rozważań na temat cywilizacji, ale nie lubię, gdy w filmach, które chcą się nazywać naukowymi wciąż robi się z widza głupka. Niestety opisywany film nie jest science fiction, a co najwyżej stupid fiction. Jedyne co naprawdę dobrze wychodzi, to trójka głównych aktorów, chociaż show kradnie drugoplanowa rola Sheena, który jest doskonały w roli robota. Pratt i Lawrence pasują do siebie w filmie, bije od nich pewna chemia, co jest na plus, jednak zauważyłem, że zostali tutaj wrzuceni tylko po to, by pokazywać swoje wyrobione sylwetki. Okej, jednak mam do tego zastrzeżenie - jeśli autorzy zmusili nas do oglądania nagiego dupska Pratta, mogliby zasadą parytetu postąpić to samo z Lawrence. Ja osobiście jestem zawiedziony, jednak myślę, że jako film do szybkiego obejrzenia i równie szybkiego zapomnienia części osób może przypaść do gustu.