Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Inny wymiar kina

Dziesięć czółen (Ten Canoes)
Australia 2006
reż. Peter Djigirr, Rolf De Heer
gatunek: przygodowy
zdjęcia: Ian Jones

Jedną z tych rzeczy, za które kocham kino jest możliwość podróży w czasie i przestrzeni (nie odrywając się z miejsca). Dzięki filmom można odwiedzić wiele niedostępnych miejsc i poznać odległe kultury. Tak też jest w opisywanym właśnie filmie, który przenosi widza wprost do fascynującego świata Aborygenów sprzed wielu, wielu lat.


Narrator historii (David Gulpilil) opowiada widzom o dziejących się w odległych czasach wydarzeniach w pewnej aborygeńskiej wiosce. W historii tej poznajemy dwóch braci: starszy mieszka w wiosce wraz z trzema  żonami, młodszy zaś zamieszkuje poza nią wraz z innymi kawalerami. Mimo że młodzieniec zakochany jest w najmłodszej żonie swego brata musi poczekać z małżeństwem do czasu, aż brat umrze. Dopiero wtedy może przejąć wszystkie jego żony...


Film ten jest pierwszym znaczącym dziełem filmowym stworzonym w pradawnym języku Aborygenów. Doczekał się też szeregu nagród, w tym nagrodę specjalną na festiwalu w Cannes i kilka statuetek na australijskich festiwalach. I wydaje mi się, że całkiem słusznie, bo jest to w mojej opinii film niezwykły. Dla wielu może okazać się to produkcją o niczym, jednak jeśli wpadnie się w nieśpieszny rytm snutej historii i spróbuje przestawić na myślenie podobne do sposobu życia i wierzeń Aborygenów odkryje się prawdziwą filmową perełkę. 
Urzeka klimat całości. Piękne zdjęcia pokazujące rytm życia mieszkańców Australii kontrastują z pociesznie amatorskim (choć nie słabym) aktorstwem. Jakiś czas temu pisałem o nominowanej do zeszłorocznego Oscara Tannie dziejącej się bardziej współcześnie na jednej z wysp Vanuatu i trochę przypominającej tej film. Dziesięć czółen jest jedna według mnie filmem lepszym. Dlatego tym, którzy szukają w filmie czegoś innego niż non stop akcję, pragną spojrzeć inaczej na świat to polecam z czystym sercem ten film.





czwartek, 25 stycznia 2018

Przygoda w dżungli

Dżungla (Jungle)
Australia, Kolumbia 2017
reż. Greg McLean
gatunek: biograficzny, thriller, przygodowy
zdjęcia: Stefan Duscio
muzyka: Johnny Klimek

Coraz bardziej podoba mi się postpotterowa kariera Daniela Radcliffe'a Wciąż młody aktor próbuje wymknąć się z zaszufladkowania i chętnie wybiera w tym celu ucieczkę w kino niekomercyjne. Choć dla pewnej części szczególnie niedzielnych kinomanów zawsze pozostanie Harrym Potterem. Do ciekawych ról Brytyjczyka po występach w m.in. Człowieku scyzoryku czy Kobiecie w czerni dołącza rola w tym filmie. 


Lata 80. ubiegłego wieku. Grupa znajomych z Izraela podróżuje po Ameryce Południowej. Jeden z nich, Yossi (Daniel Radcliffe) spotyka tam w pewnym momencie tajemniczego Karla (Thomas Kretschmann), który proponuje mu wyprawę w wciąż dziewicze rejony dżungli oraz odwiedzenie nieznanym światu Indian. Yossiemu udaje się namówić przyjaciół (Alex Russell i Joel Jackson) na wyruszenie z Karlem.


Bardzo lubię filmy (oraz książki), które przedstawiają niedostępne lądy, puszcze czy dżungle oraz zamieszkujące je cywilizacje lub prymitywne ludy. Generalnie tego typu filmy są jednym z moich ulubionych motywów w kinie. Dlatego z dużym zadowoleniem przyjąłem wieść, że na ekrany naszych kin zmierza film o takiej tematyce. A co ciekawe jest to film oparty na faktach (choć widz oglądając go może mieć inne zdanie, a jednak to się zdarzyło).
Należy na pewno pochwalić rolę Radcliffe'a i to, co musiał wykonać na potrzeby filmu. Bardzo męcząca i eksploatująca organizm rola. Za podobne ekstremalne zaangażowanie Leonardo DiCaprio w filmie Zjawa dostał m.in. Oscara. Na pewno brytyjski aktor nie doczeka takiego uznania za ten film, jednak warto zaznaczyć, że ta wymagająca rola go nie przerosła.
To co zachwyca w tym filmie to tytułowa dżungla. Wraz z bohaterami wsiąkamy w nią, czujemy tą niezbadaną przez człowieka przestrzeń. Dżungla jednocześnie kusi, cieszy oczy swym widokiem ale też przeraża. Natomiast gdy już zaczyna się survivalowy moment filmu ta pierwotna knieja zaczyna widzów wręcz przytłaczać. Wszystko to zostało natomiast świetnie nakręcone,  a żwawa fabuła nie pozwala się nudzić. Na takie filmy warto chodzić do kina!



czwartek, 14 grudnia 2017

Trochę inne love story

Tanna
Australia, Vanuatu 2015
reż. Martin Butler
gatunek: melodramat
zdjęcia: Bentley Dean
muzyka: Antony Partos

 Tym razem zajmuję się filmem dość szczególnym. Bo ile razy mieliśmy okazję obejrzeć obraz wyprodukowany (w kooperacji bo w kooperacji, ale jednak) przez ludzi z oceanicznej wyspy Vanuatu? Już sam fakt, że film zainteresował krytyków, czego rezultatem była między innymi oscarowa nominacja za produkcję nieanglojęzyczną oznacza, że warto zobaczyć produkcję Butlera. 


Przenosimy się na tytułową wyspę Tanna obecnie wchodzącą w skład Vanuatu. Jesteśmy świadkami życia prymitywnych plemion zamieszkujących okolicę. Wawa (Marie Wawa) zakochuje się w wzajemności w  synu wodza,  Dainie (Mungau Dain). Wódz (Charlie Kahla) jak i starszyzna plemienia ma względem młodych jednak całkiem inne plany, niż oni sami...


W filmie cofamy się o kilkadziesiąt lat wstecz od czasów współczesnych, jednak nie ma to zbytnio znaczenia, gdyż bohaterowie żyją wciąż w epoce neolitycznej. Jednak przedstawia to pewien kryzysowy i krytyczny punkt,w jej historii, który wprowadził drobne zmiany w życiu tej niewielkiej prahistorycznej społeczności. W gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia z klasyczną historią rodem z Romea i Julii. To pokazuje, że pewne archetypy zachowań są po prostu właściwe ludzkości niezależnie od czasu występowania czy zaawansowania technologicznego. Film Butlera potęguje tę świadomość i odruchowo (przynajmniej w moim przypadku) rodzi się pewna bliskość łącząca kultury i epoki. W gruncie rzeczy w podstawowych zachowaniach, marzeniach i potrzebach życiowych wszyscy jako ludzie jesteśmy w gruncie rzeczy tacy sami, a przynajmniej bardzo podobni. Nie ważne czy mieszkamy w Koluszkach, Nowym Jorku czy na pierwotnej wyspie. 
O samym filmie ciężko się wypowiadać wkraczając w jakieś zawiłe tematy. Postaci, które tu występują to realni mieszkańcy oceanicznych wysepek, bez szkoły aktorskiej i jakiegoś specjalnego przygotowania. Ale i tak (a może dzięki temu) aktorsko dają radę. Nie talentem czy formą aktorską, ale realizmem. Także nie przeszkadza praca kamery,a całość kręcona jest w naprawdę urokliwych miejscach ulokowanych w Oceanii. Także wydaje mi się, że warto obejrzeć ten film i na moment przenieść się do prymitywnej osady, zwiedzić wyspę Tanna i poznać oklepaną, lecz uniwersalną historię. Mało efektowny ale efektywny film. Warto - można odkryć odrobinę świata nie wstając z fotela. 




wtorek, 10 października 2017

Na poznanych wodach

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales)
Australia, USA 2017
reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg
gatunek: przygodowy, fantasy 
zdjęcia: Paul Cameron
muzyka: Geoff Zanelli

Pierwsza część disneyowskiego hitu o piratach z Karaibów była niekwestionowanym sukcesem. Wykorzystała do tego zarówno oryginalną awanturniczą opowieść, gdzie film kostiumowy mieszał się z fantasy, do tego postawiła na świetną obsadę aktorską: Johnny Depp, który był wówczas w swej życiowej formie (niestety wykreowana wtedy postać towarzyszy mu do tego czasu niemal w każdej kolejnej produkcji), młody Orlando Bloom świeżo po życiowym sukcesie jako Legolas oraz urocza Keira Knightley i Geoffrey Rush. Wydana kilka lat później kontynuacja nie była już tak dobra, jednak oryginalna piracka trylogia doczekała się niezłego zwieńczenia w 2007. Najlepiej dla wszystkich piratów i ich fanów byłoby, gdyby twórcy na tym poprzestali, niestety żądza pieniądza w tym wypadku zmusiła ich do restartu serii w 2011 roku, już bez kilku głównych postaci ze starszych części. W dziesięć lat później Jack Sparrow powrócił ponownie...


Jack Sparrow (Johnny Depp) tuła się wraz ze swą załogą po Karaibach próbując wyżyć z piratowania. Jednak kolejne próby rozbojów niespecjalnie się układają, co negatywnie wpływa na jego pozycję w grupie. Tymczasem ze swego więzienia w Trójkącie Bermudzkim ucieka pewien upiór - hiszpański kapitan Salazar (Javier Bardem),  który za życia był pogromcą piratów. Teraz chce zemścić się na Sparrowie za to, że ten pokonał go przed laty, a przy okazji dokończyć swego dzieła anihilacji piratów. 


Już po samym krótkim opisie widać, że po raz piąty producenci i scenarzyści korzystają w tej serii z tego samego, mocno wyeksploatowanego pomysłu: upiory kontra piraci. Zmieniają się trochę upiorne mordy i ich właściwości, jednak generalnie kolejny raz widzimy na ekranie to samo. Oglądanie Deppa w poszczególnych częściach Piratów z Karaibów trochę przypomina oglądanie swojej ulubionej gwiazdy porno, która występuje w roli głównej każdego filmu, jednak zmieniają jej się jej partnerzy i konfiguracja scen. Wszystko jednak sprowadza się do jednego i mniej więcej wiemy przed seansem, co nas czeka. Tutaj też nie jesteśmy zaskakiwani przez twórców i w sumie już przed seansem na 95% możemy domyślać się wszystkiego, co zobaczymy. Oklepanie tematu to największy minus tej produkcji, bo świeżości tu tyle, co swego czasu w wędlinach z Constaru. 
Gdyby jednak cztery pierwsze części nigdy nie powstały i teraz patrzylibyśmy na oryginalny produkt to naprawdę można byłoby się zachwycić. Film jest dobrze nakręcony, posiada solidne i ładnie wyglądające efekty specjalne, lokacje są klimatyczne, a postaci całkiem dobrze napisane. Przede wszystkim całość jest wypełniona non stop akcją, ciągle coś się dzieje, a na nudę po prostu nie ma miejsca. Ciekawostką jest też fakt, że w dość pokraczny sposób, ale jednak domyka się historia znana z oryginalnej trylogii, a dzieje się to za sprawą m.in. nowych postaci, w które wcielają się Brenton Thwaites i Kaya Scodelario (znana z roli Effy w serialu Skins). Powraca także Geoffrey Rush jako Barbossa, który dla wielu jest najciekawszą postacią uniwersum. 
Całościowo nie jest więc źle, jednak biorąc pod uwagę odtwórczość filmu nie można być w pełni zadowolonym. Fani serii powinni się cieszyć, dla reszty (zaznajomionych już z tematem) będzie to pewien zawód. 

 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Odgrzewanie kotletów

Obcy: Początek (Alien: Covenant)
USA, Australia, Nowa Zelandia 2017
reż. Ridley Scott
gatunek: thriller, sci-fi
zdjęcia: Dariusz Wolski
muzyka: Jed Kurzel

Mam wielki szacunek do pierwszej części Obcego, którego uważam za jeden z najbardziej klimatycznych horrorów w historii (a chyba najlepszego z horrorów science-fiction). Był to film kompletny, który mimo trochę słabszej końcówki potrafił swego czasu zmrozić krew w żyłach. Kontynuacje już nie działały w ten sposób, jednak też potrafiły wnieść trochę do życia kinomanów. Niestety po latach łasi na pieniądze twórcy postanowili po raz kolejny wykorzystać tą kultową markę. 


Załoga tytułowego statku kosmicznego Przymierze (m.in. Katherine Waterston, Demián Bichir i grający cyborga Michael Fassbender) ląduje na nieznanej planecie. Po pewnym czasie zauważają, że grozi im tam ogromne niebezpieczeństwo w postaci pozaziemskiej formy życia...
b

Odkąd tylko przeczytałem, że Scott zamierza stworzyć kolejny film z cyklu o Obcych nie byłem tym pomysłem zachwycony. Przecież to wszystko już było, skończyło się i po co robić kolejny skok na kasę? W końcu kosmiczny Prometeusz nawiązujący do serii okazał się klapą więc można było sobie darować. Niestety twórcy uznali zapewne, że użycie słowa-klucza Alien okaże się strzałem w dziesiątkę i ludzie zachęceni nostalgią wydadzą trochę szekli na bilety do kina, choć sam film niczym ciekawym nie będzie. Biorąc pod uwagę, że samym światowym boxoffice'm produkcja zwróciła się ponad dwukrotnie twórcy sukces finansowy odnieśli. Jednak zyski te nie poszły w parze z dobrym filmem - dostaliśmy drętwy, niestraszny, prosty film pełen kalek z wcześniejszych części uniwersum, niestety na domiar złego pozbawiony klimatu i czaru pierwowzoru (pierwowzorów). Żywi bohaterowie filmu są nijacy i strasznie głupi (a głupota to raczej ostatnia cecha, jaka kojarzyłaby się ze zdobywcami kosmosu), ciężko identyfikować się z kimkolwiek z nich, a tym bardziej żałować jego rychłego zgonu. Sama postać obego (czy też obcych) także przestała fascynować i przerażać, ogląda się tą żarłoczną fabrykę śmierci bez cienia emocji. Także samo zakończenie, tak jak w niedawnym Life było sztampowe, niezaskakujące i łatwe do przewidzenia dużo wcześniej. Może gdybyśmy mieli do czynienia z innym twórcą, z innym tytułem miałbym dla tego filmu trochę więcej uznania, jednak zarówno Scott, jak i Obcy zasługują na wiele lepszy film. Dlatego też ostrzegam przed oglądaniem tego bubla, szkoda czasu i wspomnień dobrych filmów z serii. Kolejną złą wiadomością jest jednak to, że Scott nie zamierza wycofać się z kolejnych filmów w tym uniwersum i planuje już kilka kontynuacji...






środa, 14 grudnia 2016

Powrót

Lion. Droga do domu (Lion)
Australia, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Garth Davis
gatunek: dramat, biograficzny

Kiedy przed kilkoma miesiącami zobaczyłem po raz pierwszy kinowy zwiastun tego filmu (później niestety na innych seansach musiałem patrzeć na niego do znudzenia) od razu wiedziałem, że pozycja ta będzie na tyle interesująca, że warto będzie się na nią udać do kina. Film, którego historia przez jakąś część dzieje się w egzotycznych Indiach (którym jednak daleko tu do stylistyki znanej z Bollywood), do tego prawdziwa historia - nic tylko oglądać! Później jeszcze doszły naprawdę wysokie oceny wystawiane przez krytyków i widzów, tak więc nie ma zmiłuj, musiałem załapać się na to do kina.


Film opowiada historię Saroo (Sunny Pawar i Dev Patel), który jako pięciolatek gubi się w Indiach i trafia po wielu perypetiach do tamtejszego sierocińca, skąd zostaje adoptowany przez rodzinę z dalekiej Australii (Nicole Kidman i David Wenham). Po latach ponad trzydziestoletni bohater obsesyjnie zaczyna myśleć o odnalezieniu swojej biologicznej matki i swego rodzeństwa. W dążeniu do tego wspiera go poznana na studiach Lucy (Rooney Mara). 


Pierwsze zaskoczenie po skonfrontowaniu pełnego filmu z oglądanym wcześniej zwiastunem to fakt, że film w dużo większej części, niż przekazywał to trailer skupiał się na losach młodego bohatera, który błąkał się po Indiach. W zwiastunie widzieliśmy przez znaczny czas znanego ze Slumdoga Patela. Jak dla mnie o wiele lepiej dla filmu, że jednak przez długi czas koncentruje się na losach młodego bohatera i pokazaniu skali skrajnego ubóstwa, w jakim muszą egzystować Hindusi. Część filmu dziejąca się w Azji jest o wiele ciekawsza niż nijaki epizod rozgrywający się w Australii.
To, co rzuca się na pierwszy rzut oka to idealne zdjęcia i piękne kadry Greiga Frasera oraz pasująca do całości dobrze skomponowana ścieżka dźwiękowa. 
Trochę zaś zawiodłem się na przedstawieniu samej historii dorosłego bohatera, która była bardzo przewidywalna i prostolinijna. Na pewno można byłoby to nakręcić lepiej. Irytowały mnie też (i to bardzo) przeskoki dorosłego bohatera do jakichś wspomnień z dzieciństwa, gdzie co chwilę musieliśmy oglądać jego matkę zbierającą kamienie i tego typu podobne sceny. Raz czy dwa można było taki zabieg wykonać, jednak ciągłe wracanie do krótkich scen z przeszłości było na dłużą metę drażniące. Tak samo jak bazowanie na emocjach widza, który w zamyśle twórców w połowie scen miał płakać jak bóbr. Zresztą o ile do młodego Saroo można było czuć sympatię i mu współczuć, to starszy bohater tylko irytował. A do Indii wybierał się jak Daenerys do Westeros. No cóż, samą forsowaną na siłę ckliwością nie zatai się niedoskonałości. A niestety mimo solidnej treści źródłowej w wielu scenach film jest fabularną wydmuszką. Tak więc produkcja moim zdaniem poprawna, nawet niezła, jednak na pewno nie unikalna i wyjątkowa. 




piątek, 4 listopada 2016

Żółte piekło

Przełęcz ocalonych (Hacksaw Ridge)
USA, Australia 2016
reż. Mel Gibson
gatunek: biograficzny, dramat, wojenny


Mel Gibson, enfant terrible światowego kina powraca do reżyserii po okrągłych dziesięciu latach do kręcenia filmów opisywaną właśnie produkcją. Bez zachwalających recenzji wiedziałem już, że chcę obejrzeć ten film w dniu ogólnej premiery, gdyż po prostu uważam, że facet robił do tej pory co najmniej bardzo dobre filmy, od Bravehearta, poprzez Pasję, na Apocalypto kończąc. Uznałem więc, że to nie może się nie udać.  


Desmond Doss (Andrew Garfield) żyje sobie gdzieś na amerykańskiej prowincji w czasie drugiej wojny światowej. Ma ojca alkoholika (Hugo Weaving) ale też i niezłą narzeczoną (Dorothy Shutte). Pod wpływem patriotycznego obowiązku pozostawia to wszystko i wciela się do wojska. Tam trafia pod oko sierżanta Howella (Vince Vaughn). Problemem jest jednak to, że religia zabrania Dossowi trzymania broni...


Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że Gibson inspirował się prawdziwą historią człowieka z krwi i kości - Desmonda Dossa (który przed napisami końcowymi pokazany jest na materiałach archiwalnych). Mamy więc zapewne trochę upiększoną i ucharakteryzowaną na potrzeby filmu, jednak w gruncie rzeczy realną historię z krwi i kości. Producenci do filmu obsadzili oprócz kilku bardziej znanych twarzy ludzi z grubsza anonimowych dla ogółu. Zdało to egzamin, gdyż widzimy tu przeważnie zwykłych ludzi, którzy nie zalatywali nam z ekranu wcześniej setki razy. Do tego dochodzą naprawdę dobre role znanego z Matrixa i Władcy Pierścieni Weaving'a i pokazującemu wreszcie, że jak dostanie dobrą rolę to potrafi Vincenta Vaughna. Trochę moim zdaniem kuleje główna postać zagrana przez Garfielda - ten nieustanny głupkowaty wyraz twarzy i równie mało inteligentny uśmiech nie schodzący z oblicza był dla mnie nieco irytujący. 
Dostajemy w tym filmie trzy różne od siebie segmenty - początkowy z dzieciństwem i młodością bohatera, który musi mierzyć się z życiem przy uciążliwym ojcu (oraz stawiać pierwsze niepewne kroki randkowe), później to już armijny obóz przygotowawczy, gdzie Doss poznaje efekty działania wojskowej fali oraz crème de la crème filmu, czyli sceny batalistyczne na Okinawie. Sceny te zapewne zmuszą krytyków do zredefiniowania poglądu na sekwencje wojenne. Przez lata to scena z lądowania na plaży Omaha w Szeregowcu Ryan'ie uchodziła za pokazowe naturalistyczne oddanie piekła walki. W filmie Gibsona wydaje mi się, że mamy to samo tylko wzięte do potęgi. Wszechobecny chaos, wybuchy, brutalność, śmierć, zwłoki, okaleczenia, fragmenty ciał czy wnętrzności - autorzy nie stosowali tu żadnej cenzury. To jedna z najlepszych filmowych bitew w historii, warto podkreślić, że zrealizowana bez ogromnego budżetu czy masy efektów CGI. Choć film Gibsona jest momentami pompatyczny to ta pompa nie razi niemal wcale, a i stosowanie niezbyt lubianego przeze mnie slow motion jest tutaj dawkowane w rozsądnych ilościach. Jeśli jeszcze miałbym się do czegoś przyczepić to to, w jaki sposób zostali przedstawieni Japończycy - mamy tutaj jakąś wrzeszczącą, brutalną masę ludzi, którzy bardziej przypominają potwory pokroju orków z powieści Tolkiena - nie wypowiadając ani jednego słowa sieją tylko zniszczenie. Można byłoby ich trochę jednak uczłowieczyć, pokazać beznadzieję ich sytuacji - wszak pojeni od dziecka opowieściami o honorze, bezwzględnemu posłuszeństwu etc walczyli za beznadziejną sprawę w przegranej już wojnie kończącej imperialistyczne zapędy Japonii.
Oglądając film naszła mnie myśl, że gdyby każdy wierzący (jakiejkolwiek religii by nie był) byłby człowiekiem takim, jak bohater filmu nasz świat byłby o wiele lepszym miejscem do życia.
A film Gibsona polecam, nie tylko fanom kina wojennego. Wyczuwam Oscara.





środa, 27 kwietnia 2016

Śpiąca kurewna

Śpiąca piękność (Sleeping Beauty)
Australia 2011
reż. Julia Leigh
gatunek: dramat, erotyczny 

Filmów, które traktowały o prostytucji, jako sposobie na życie i łatwy dorobek było w kinematografii wiele. Sam na tym blogu pisałem o Piękności dnia, Młodej i pięknej czy Dziewczynie zawodowej lub choćby w pewnym sensie wpisującą się w tematykę kupczenia ciałem Malenie. Opisywany właśnie film także odnosi się niejako do najstarszego zawodu świata,choć w pewnej wariacji. 


Lucy (Emily Browning) przybyła na studia do Sydney z Perth. Mimo że ima się przeróżnych prac dorywczych od pomocy biurowej przez sprzątanie w kawiarni po branie udziału w jakichś eksperymentach medycznych ciągle brakuje jej pieniędzy, przez co grozi jej eksmisja. Pewnego razu dziewczyna znajduje w gazecie ogłoszenie, w którym poszukiwane są dziewczyny do obsługi kelnerskiej na zamkniętych przyjęciach. Jak się okazuje, praca ma też jednak drugie dno...


Film ten na poziomie pomysłu jest na pewno zarysowany bardzo ciekawie i mimo wszystko całkiem oryginalnie. Zapewne dzięki temu dostał się swego czasu do oficjalnej sekcji festiwalu w Cannes, gdzie co zrozumiałe przepadł. Niestety warstwa techniczna, jak i fabularna oraz w dużej mierze aktorska stoi już na bardzo ale to bardzo niskim poziomie. 
Dostajemy film, który jest zlepkiem słabo połączonych lub wcale niepołączonych ze sobą scen z życia bohaterki. Więc widzimy jak Lucy przez chwilę uczestniczy w eksperymencie medycznym, potem moment coś sprząta, kseruje w biurze, wysłuchuje skarg współlokatorów czy snuje się po ulicy. Gdy znajduje zaś pracę widzimy znów sceny, gdzie półnago obsługuje starszych jegomości, by za jakiś czas zostać bez słowa tytułową śpiącą królewną, gdzie śpiąc w pokojowym łożu zdaje się na łaskę bogatych emerytów, którzy mogą z nią robić prawie wszystko. Co ciekawe dziewczyna nie zadaje żadnych pytań, na wszystko się zgadza, jest bardzo nijaka jako postać filmowa. Najgłupsza zaś scena, to taka, gdy po potrzebująca pieniędzy Lucy po dostaniu pierwszej wypłaty wyciąga zapalniczkę i dosłownie puszcza zarobioną ciałem gotówkę z dymem.
Naprawdę chciałbym za coś pochwalić film, ale nic go nie ratuje. Jest tylko odrobinę lepszy od strasznego gniota, jakim był wymieniony na wstępie film z udziałem Sashy Grey. Nie polecam, duży zawód.





sobota, 23 kwietnia 2016

Szykowny powrót

Projektantka (The Dressmaker)
Australia 2015
reż. Jocelyn Moorhouse
gatunek: dramat, komedia

Australijska reżyserka Jocelyn Moorhouse nie jest raczej zbyt rozpoznawalna ze swoich wcześniejszych dzieł, których zrobiła dotychczas mimo 56 lat na karku tylko cztery (wliczając już opisywany film), chociaż produkcje te były całkiem chwalone. Teraz wraca po długiej, osiemnastoletniej przerwie z filmem na podstawie Rosalie Ham, zaś by pomóc w rozgłosie tej produkcji zdecydowano się zatrudnić znaną choćby z Titanica Kate Winslet.


Jest rok 1951. Do pustynnego miasteczka gdzieś w Australii po 25 latach wraca Myrtle "Tilly" Dunnage (Kate Winslet). Chce ona wyjaśnić przyczyny śmierci małego chłopca, przez zgon którego musiała opuścić w dzieciństwie miasteczko. Kobieta wracająca do domu stukniętej matki (Judy Davis) musi zmierzyć się z niechęcią całego lokalnego społeczeństwa. Pozytywny stosunek ma do niej tylko młodszy od Myrtle Teddy (Liam Hemsworth). 


Pierwsze co mi się rzuciło w oczy po obejrzeniu tego filmu to myśl, że ktoś popełnił tu liczne wpadki castingowe. Główną bohaterką jest tutaj w rzeczywistości ponad 40. letnia Winslet, której postać jest znacznie odmłodzona i ma w filmie około 31 - 33 lat. Grany przez Hemswortha Teddy ma ją pamiętać z młodości, nim ta wyjechała z miasta. Tyle, że sam aktor ma dokładnie tyle lat ile bohaterka jest poza miasteczkiem. Dodatkowo jej przyjaciółka z klasy, Gertruda (w tej roli Sarah Snook) jest od Winslet o 12 lat młodsza. Rozumiem, że w takich pustynnych osadach na pustkowiu do klas nie chodziły dzieci z poszczególnych roczników, a raczej zbieranina kilku lat, ale 12 lat to trochę przesada. Dlatego całość castingowo mimo że aktorzy nie są źli jest moim zdaniem niedopasowana a to źle świadczy o producentach filmu.
Podobał mi się za to klimat takiej zaściankowej osady na środku niczego, przypominający westernowe miasteczka. Typowo westernowa muzyka pojawiała się dodatkowo w kilku wstawkach i to też ów klimat wzmacniało. Cała fabuła choć mocno feministyczna i kręcąca się wokół głównej bohaterki jest poprowadzona całkiem zręcznie i sprawnie. Dwie godziny filmu może nie zlecą jak z bicza strzelił, ale na pewno produkcja ta nie dłuży się aż nadto.
Całość ogląda się dość dobrze, więc na pewno nie jest to strata czasu. Do tego kadra aktorska (z dodatkowo znany między innymi z ról Elronda czy agenta Smitha Hugiem Weavingiem) sprawia, że ogląda się to dobrze. Także mimo pewnych wad na pewno nie jest to strata czasu.




czwartek, 24 marca 2016

Morskie opowieści

W samym sercu morza (In the Heart of the Sea)
Australia, Wielka Brytania, USA 2015
reż. Ron Howard
gatunek: dramat

Obejrzałem będąc w kinie zwiastun tego filmu kilkukrotnie i za każdym razem nie porwał mnie on zbytnio. Dlatego też minęło trochę czasu od oficjalnej premiery, nim zdecydowałem się przystąpić do seansu. Spodziewałem się filmu luźno opartego na Moby Dicku Hermana Melville'a, XIX wiecznego klasyku literatury światowej. Jednak w trakcie samego seansu okazało się, że choć postać Melville'a pojawia się w filmie to jest on bardziej wzorowany na losach załogi statku wielorybniczego Essex, które opisał wcześniej załogant Owen Chase, a historycznie do sprawy podszedł też niejaki Nathaniel Philbrick w niewydanej w Polsce książce. 


W połowie XIX wieku do domu Toma Nickersona (Brendan Gleeson) przybywa pisarz Herman Melville (Ben Whishaw) przekonując go do opowiedzenia mu historii wyprawy statku wielorybniczego Essex sprzed trzech dekad. Nickerson niechętnie wraca do tamtych czasów wspominając o swoim pierwszym rejsie pod dowództwem kapitana Pollarda (Benjamin Walker) i pierwszego oficera Owena Chase'a (Chris Hemsworth) oraz konsekwencji spotkania się z białym wielorybem...


Ciężko mi jest ocenić ten film jednoznacznie. Z jednej strony naprawdę dobrze mi się oglądało, opowiedziana w nim historia była wciągająca (a co najlepsze - prawdziwa), a aktorstwo stało na wysokim poziomie. Z drugiej zaś strony wszystko, co według Howarda i producentów miało stanowić o sile filmu moim zdaniem nie zagrało tak, jak powinno. Zaczynając od bardzo sztucznie wyglądających scen kręconych przy użyciu blue screenu, po zbyt częstą patetyczną muzykę, która towarzyszy bohaterom niemal na każdym kroku, czy naprawdę przesadną częstotliwość używania spowolnienia czasu. Niestety sceny efektów specjalnych wyglądają strasznie nienaturalnie i po prostu widać, że są robione metodą komputerową. Postaci snujące się po statku i dziwnie się zachowujące na tle sztucznego tła wyglądają bardzo słabo i mnie przynajmniej raziły. Pozytywnie zaś odebrałem sceny, gdy z samego serca morza przenosimy się do przytulnego mieszkania starego Nickersona. Naprawdę ta lokacja twórcom wyszła bardzo dobrze. Także sam klimat nadmorskiego miasteczka portowego pierwszej połowy XIX wieku wyszedł twórcom nieźle i szkoda tylko, że scen dziejących się na uliczkach miasta jest tak mało.
Sama historia opowiedziana jest całkiem wciągająco, a biorąc pod uwagę to, że mamy do czynienia z faktami tylko nieco przerobionymi na potrzeby filmu dodaje jeszcze więcej plusów dla widza. 
Ogólnie lubię filmy o tematyce marynistycznej, szczególnie dziejące się w okresie wcześniejszym niż XX wiek. Dlatego też mimo wielu braków, jakie ma film Howarda nie mogę przejść wobec niego całkiem obojętnie. Całość, choć bywa irytująca ma kilka solidnych, mocnych punktów, dzięki czemu wypada lepiej niż niezbyt według mnie dobry zwiastun. A po obejrzeniu filmu mam ochotę zagłębić się wreszcie w dzieło Melville'a, a może nawet dotrzeć do zapisków samego Chase'a Narrative of the Most Extraordinary and Distressing Shipwreck of the Whale-Ship Essex. A jeśli w kinie chodzi też o to, aby pobudzić ciekawość to opisywana produkcja najwyraźniej to założenie spełnia. Jak na blockbuster nie jest źle, umiarkowanie polecam. 






czwartek, 14 stycznia 2016

Nudne fantazje

To właśnie seks (The Little Death)
Australia 2014
reż. Josh Lawson
gatunek: komedia

Jeśli chodzi o filmy to w większości wypadków po przeczytaniu krótkiego opisu wiesz czego się po nich spodziewać i w sumie dostajesz to, czego oczekiwałeś. Czasem obraz odbiega w jakiejś części od wcześniejszych wyobrażeń, zaś raz na jakiś czas dostajemy całkiem co innego niż to, na co liczyliśmy. I tak właśnie było tym razem. 


Film przedstawia losy kilku par mieszkających we współczesnej Australii. Każda z nich : Maeve (Bojana Novakovic) i Paul (Josh Lawson), Dan (Damon Herriman) i Evie (Kate Mulvany), Rowena (Kate Box) i Richard (Patrick Brammall) oraz kilka innych (m. in. Alan Dukes i Erin James) ma pewne manie, fantazje i parafilie seksualne, z którymi musi się zmierzyć. 


Liczyłem na luźną, śmieszną i luźnie podchodzącą do seksu produkcję będącą zbiorem kilku niezbyt ze sobą powiązanych historii. Jednak nic takiego nie ma w tym filmie miejsca. Dostajemy depresyjną opowieść o różnych zboczeniach i oczekiwaniach seksualnych, które przydarzają się bohaterom, a całość nie ma w sobie zbyt dużo luzu i humoru, którego oczekiwałbym od komedii. W sumie nie licząc ostatniej sceny - historii w call center nie było tu zbyt dużo momentów na śmiech. Jako komedia film ten więc zawodzi niemal na całej linii. Także długość (niecałe 100 minut) to stanowczo za mało, by przedstawić, choćby szczątkowo losy aż tylu bohaterów. Także przez to dostajemy mało spersonalizowane postaci, do których trudno czuć szczególną atencję czy obrzydzenie. Ogólnie więc ciężko jest znaleźć jakieś wyróżniające się plusy tej produkcji. Obejrzeć można, jednak nie dostarczy to na pewno oczekiwanego odprężenia. Nie polecam.





niedziela, 13 grudnia 2015

Ziemie jałowe

Mad Max: Na drodze gniewu (Mad Max: Fury Road)
Australia, USA 2015
reż. George Miller
gatunek: sensacyjny, sci-fi

W 36 lat po premierze pierwszej części Mad Max'a z początkującym wtedy Melem Gibsonem i w 30 lat po trzeciej części sagi siedemdziesięcioletni George Miller powrócił do swej kultowej postaci Maxa Rockatansky'ego i postanowił ją odgrzać przy okazji obsadzając w roli głównego bohatera mającego okres swego aktorskiego prosperity Toma Hardy'ego. Biorąc pod uwagę sam wynik osiągnięty przez boxoffice można uznać, że się opłacało. 


W postapokaliptycznym świecie z rządzonej przez samozwańczego tyrana Wiecznego Joe (Hugh Keays - Byrne) Cytadeli ucieka uzbrojona ciężarówka prowadzona przez Furiozę (Charlize Theron), która porywa żony dyktatora z zamiarem wywiezienia ich w bezpieczne miejsce. Szybko za nimi rusza pościg dowodzony przez samego Wiecznego Joe. Jednego z wojowników tyrana, Nuxa (Nicholas Hoult) przy życiu podtrzymuje Max (Tom Hardy), który dostarcza mu swej krwi. 


Film ten składa się w sumie z jednego wielkiego pościgu. Dwie godziny ciężarówka ucieka, a troglodyci ją gonią. Pogoń przez pustkowie wygląda fajnie, mamy wszechobecną pustynię, wymyślne pojazdy, nieźle wyglądające stroje i zwyczaje ostatnich żyjących ludzi. Sama gonitwa przez pustynie byłaby fajna, gdyby trwała 20-30 minut, a resztę filmu stanowiłaby jakaś fabuła. Niestety fabuły tu nie ma żadnej, jest tylko pościg, który po kilkunastu minutach staje się monotonny. Komputerowe efekty specjalne ograniczono do minimum, co się chwali w XXI wieku, jednak na przykład sceny wybuchów to poziom filmowego Wiedźmina. 
Film ten zbiera pozytywne recenzje ze względu na intensywność etc i co ciekawe ma duże szanse na Złote Globy czy nominację do Oscara. Ja tego nie rozumiem, gdyż film jest naprawdę jednowymiarowy i po prostu nudny w swej intensywności. 
Mimo zatrudnienia ciekawych nazwisk aktorskich, jak Hardy'ego czy Theron film aktorsko dużo nie wnosi, gdyż ci aktorzy nie mają zbytnio gdzie się pokazać. Główne postaci wygłaszają co najwyżej kilkanaście zdań w sumie, porozumiewają się przeważnie w kilku słowach. Można byłoby zatrudnić noname'ów za 10% gaży i wyszłoby na to samo.
Na 2017 rok zapowiedziano Mad Max: Pustkowie. Jeśli zapowiada się na dwie godziny tego samego to wielka szkoda, gdyż ten postapokaliptyczny świat ma w sumie duży potencjał. Potencjał, który ten film jednak zmarnował. 





niedziela, 8 listopada 2015

Londyńska rozpusta

Rozpustnik (The Libertine) 
Australia, Wielka Brytania 2004
reż. Laurence Dunmore
gatunek: dramat, historyczny 

Tytułowym rozpustnikiem jest postać historyczna żyjąca w XVII wieku, hrabia John Wilmot. Był to żyjący w okolicy dworu króla Karola II poeta i awanturnik nie stroniący od używek oraz rozwiązłego trybu życia. W ponad 320 lat po śmierci arystokraty jego postać przybliżył większemu gronu reżyser Laurence Dunmore w swoim jedynym pełnometrażowym filmie.


Hrabia John Wilmot (Johnny Depp) na życzenie króla Karola II (John Malkovich) powraca z banicji na prowincji do Londynu, by na polecenie króla skomponować utwór będący ukoronowaniem panowania władcy. Hrabia mimo mieszkania z atrakcyjną, młodą żoną Elizabeth (Rosamund Pike) woli spędzać czas włócząc się z przyjaciółmi po karczmach i burdelach. Postanawia też uwieźć początkującą aktorką Elizabeth Barry (Samantha Morton).


Film ten, którego znaczna część akcji dzieje się w teatrze został też bardzo teatralnie zrobiony. Mamy tutaj wiele scen w zamkniętych pomieszczeniach, teatralne kostiumy i peruki (jakie nosiło się chętnie w tamtej epoce), do tego sama gra aktorska jest potraktowana z lekko teatralną manierą. Mamy tutaj plejadę gwiazd aktorskich z Deppem i Malkovichem na czele jednak nie są oni tutaj jakoś specjalnie przekonujący i wiarygodni. Do tego kamera, jaką nagrano film jest dość dziwna i sposób realizacji nie przypadł mi do gustu. Dobrze za to wykreowano londyńskie ulice z tamtego okresu, które wyglądają całkiem wiarygodnie i niezachęcająco.
Najgorsze jest to, że film ten jest strasznie niespójny i wybrakowany,oglądając go mam wrażenie, że został nieukończony lub decydenci wycięli z 20% ważnych dla fabuły fragmentów filmu pozostawiając widzów z wieloma lukami. W rezultacie akcja przerzuca nas z miejsca w miejsce i w różny czas przez co traci się ogólną orientację co, gdzie, kiedy. Trochę to niezrozumiałe i na pewno dopowiadanie sobie co chwilę co mogło się stać w tym pominiętym i nigdzie nie wytłumaczonym czasie jest irytujące. 
Ogólnie zawiodłem się na tym filmie i nie polecam specjalnie tej produkcji, no chyba że jest się psychofanem głównego aktora. Ale na własną odpowiedzialność.






poniedziałek, 29 czerwca 2015

Obozowe historie

Droga do zapomnienia (The Railway Man)
Australia, Wielka Brytania 2013
reż. Jonathan Teplitzky
gatunek: dramat, biograficzny

W Polsce mamy swoją martyrologię narodową, wedle której wszystko co złe na świecie skupiło się na naszym kraju i na Polakach żyjących przez te wszystkie lata trwania państwa polskiego. Ciągłe wojny, zarówno z Niemcami i Rosją (oraz Czechami, Szwedami i innymi Ukraińcami), przez przedmurze chrześcijaństwa i walki z Turkami czy dalekimi Mongołami po widmo zaborów, przegranych powstań, II Wojny Światowej, budowanych na terenie naszego kraju obozów śmierci czy lata dominacji radzieckiej zapominamy, że w innych miejscach ludzie ludziom sami zgotowali podobny los tak, by ci drudzy cierpieli. I tego typu filmy przypominają nam, że nie jesteśmy pępkiem świata w cierpieniu. 


W wiele lat po II Wojnie Światowej jej weteran Eric Lomax (Colin Firth) poznaje w pociągu Patricie (Nicole Kidman). Będący już w dość średnim wieku ludzie szybko znajdują wspólny język i stają na ślubnym kobiercu. Jednak Erica targają wspomnienia z czasów wojny, co powoduje, że bywa bardzo nieobliczalnym człowiekiem. Nie chce on opowiedzieć żonie o tym, co spotkało go w niewoli japońskiej, więc ta zwraca się o opowiedzenie tego do dawnego towarzysza niedoli męża, Finley'a (Stellan Skarsgård). W jego opowieściach przenosimy się do lat wojny, gdzie młody Eric (Jeremy Irvine) podpada kierownictwu obozu i jest torturowany przez członka japońskich służb, Nagase (Tanroh Ishida). Po latach Lomax dowiaduje się, że Nagase (Hiroyuki Sanada) pracuje w dawnym obozie jako oprowadzacz wycieczek. Postanawia jechać mu na spotkanie.


Film tworzą przeplatane sceny z lat późniejszych, jak i z czasów wojny. Wiele spraw będących chronologicznie pierwszymi zostanie nam przedstawione na końcu. To buduje pewien suspens i napięcie jednak wplata dużą niespójność w całej produkcji. Ogólnie cały film jest dość nierówny, a tempo akcji jest niespieszne i w wielu momentach dość nużące. Kilka razy chciałem się poddać i wyłączyć projekcję. Jednak udało mi się te sceny przeboleć i nie żałuję. 
Sama idea filmu pokazująca prawdziwą historię człowieka, który zaznał bolesnych mąk w czasie niewolniczej budowy kolei we wschodniej Azji była bardzo dobra. Sposób wykonania jednak nie zawsze trafiał w dziesiątkę. Brakowało mi trochę relacji Lomaxa z żoną i problemów, jakie musiała z nim mieć. Szczególnie smutne jest to dlatego, że Nicole Kidman zagrała naprawdę bardzo dobrze i miło było widzieć ją w takiej formie na ekranie. Dostaliśmy historię człowieka, który szuka nawet nie tyle zemsty co zrozumienia. Człowieka, który nie zaśnie póki nie zamknie pewnego etapu swojego życia. Oglądając film pewnie nie jednemu przyjdzie na myśl jego antywojenny, pacyfistyczny wydźwięk. Wszak dwóch nieznanych sobie ludzi, którzy widzą się pierwszy raz w życiu nie powinno mieć na zdrowy rozsądek chęci tortury jeden drugiego. Film pokazuje całą głupotę idei wojen dwóch ludów, w terenie w którym nie powinno ich nawet być. Wszak rzecz dzieje się w Tajlandii zajętej przez Japonię, jednak wcześniej skolonizowaną przez Brytyjczyków. Ergo jedni i drudzy swego czasu byli agresorami. Jest to też historia o wybaczeniu i przyjaźni. Może nie porywająca, jednak warta zobaczenia lekcja człowieczeństwa, którego w pewnym momencie zabrakło światu.






niedziela, 24 maja 2015

Strachy z szafy

Babadook (The Babadook)
Australia, 2014
reż. Jennifer Kent
gatunek: horror

Od jakiegoś czasu zabierałem się za ten film i jakoś ciężko mi było w natłoku innych produkcji siąść i poświęcić na niego w sumie niedużo, bo tylko 90 minut. Jednak po kilku miesiącach udało mi się obejrzeć filmowy debiut australijskiej reżyserki. Film ten zebrał skrajne oceny i zaliczył z tego co udało mi się przeczytać całkiem różne opinie. Także chciałem się przekonać na własnej skórze czy jest to film aż tak dobry, jak twierdzą niektórzy, czy jednak aż tak słaby, jak uważają inni. I muszę powiedzieć, że jest to produkcja z gatunku tych, które nie wiem jak ocenić po seansie. 


Historia jest dość prosta. Poznajemy samotną matkę, Amelię (Essie Davis), która wychowuje siedmioletniego syna Samuela (Noah Wiseman). Chłopiec nie może złapać kontaktu z rówieśnikami, nie dogaduje też się z matką. Wszystko to za sprawą tego, że uważa on, że w ich domu grasują potwory. Samuel tworzy wymyślne konstrukcje, by zapobiec potwornej inwazji na swój pokój. Sceptyczna co do postawy chłopca zmienia zdanie po tym, gdy czyta synowi tajemniczą książkę o potworze zwanym Babadook. 


Film przedstawiany jest jako horror i faktycznie posiada kilka elementów, które predysponują go do tego gatunku. Jednak według mnie o wiele lepiej radzi sobie jako dramat i gdyby zrezygnować z kilku chwytów - straszaków na rzecz innych rzeczy wyszłoby mu to na dobre. Bo nie jest to produkcja o potworach, strachach czy paranormalnej grozie, a o tym co siedzi w nas samych. Główna bohaterka przeżywa siedmioletnią traumę od czasu śmierci wiozącego ją na porodówkę męża. Cicho wini za jego śmierć syna, który to też czując że coś jest nie tak z relacjami pogrążą się w swych fobiach, alienuje przejawiając agresję. Dla mnie i tak nie jest to horror, tak jak się go przedstawia a jednak mocny film o stanach depresyjnych. I jako taki zyskuje u mnie dużą ocenę. Jednak autorzy poszli też w stronę horroru, i to z gatunku typowego straszaka. O ile horror psychologiczny robić można za naprawdę małe pieniądze, to taki w którym trzeba wytoczyć cięższe armaty trzeba mieć solidny budżet. A tutaj tego zabrakło (fundusze zbierano m.in. przez Internet). Widać to w montażu i pewnych niezbyt dobrych scenach tzw. akcji. Za stronę horrorową  ocena o wiele niższa. Wtedy widzimy to co w wielu produkcjach, ale gorzej zrealizowane. Film jednak warto obejrzeć patrząc na dokładną wiwisekcję paranoi, której stadia obserwujemy. I początkowo uważamy, że problem ma mały Samuel, jednak im dalej w las tym bardziej zauważymy, że to jednak z jego matką jest coś nie tak. Sposób w jaki ukazano upadek tej postaci jest świetny. Pochwalić można też postać Samuela, który wyraźnie czerpie z doświadczeń pewnego pozostawionego w domu Kevina. Podołał także sam Wiseman, który wcielił się w młodego bohatera. Wygląda tu naprawdę realistycznie. 
Po obejrzeniu filmu wiem już czemu niektórzy film pokochali, a inni znienawidzili. Ja jednak nie stanę po żadnej ze stron. Film ma swoje zalety i wady, które się wyrównują. Jak dla mnie więc typowy średniak.






środa, 29 kwietnia 2015

Klasyka z lamusa

Mad Max
Australia 1979
reż. George Miller
gatunek: sensacyjny

W związku z nadchodzącą premierą kolejnej części Mad Maxa oraz zbliżającej się gry o tym samym tytule postanowiłem przypomnieć sobie tą obecnie uznawaną za klasyczną już serię post-apo. Około raz na tydzień więc chcę oglądać kolejne części i przypomnieć je odbiorcom mojego skromnego bloga (wszystkim dwóm). Na pierwszy ogień zgodnie z chronologią idzie pierwsza część przygód Maxa.


Max Rockatansky (Mel Gibson) jest policjantem drogówki na jakiejś ziemi jałowej, gdzie zachowały się jednak resztki cywilizacji i praworządności. Wraz ze swym partnerem Goosem (Steve Bisley) patrolują pustynne bezdroża. Po tym, gdy policjanci ruszają w pościg za zbiegłym z więzienia przestępcą, który w trakcie niej ginie w okolice przybywają jego kumple z gangu motocyklowego. Gdy doprowadzają Goosa do trwałego kalectwa Max decyduje się odejść ze służby, by spędzać czas z młodą żoną (Joanne Samuel) i ich dzieckiem. Jednak gangsterzy pod wodzą demonicznego Toecuttera (Hugh Keays-Byrne) nie dadzą rodzinie wypocząć. 



Oglądając produkcję można śmiało powiedzieć, że film nie przetrwał próby czasu. Serię Mad Max oglądałem jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, jednak już wiem dlaczego za cholerę nie zapamiętałem pierwszej części, tylko te filmy, w których była już konwencja postapokaliptycznego since fiction. Pierwsza część przygód Maxa jest zwyczajnie kiepska. Może przed 36 laty, gdy powstawała robiła wrażenie jednak oceniając ją w dniu dzisiejszym można usiąść i zapłakać. A przecież filmy sensacyjne z tamtego okresu, a nawet starsze (choćby Shaft  i Brudny Harry z roku 1971) zachowują świeżość i świetnie się je ogląda do dziś. Tutaj jednak mamy do czynienia z produkcją klasy C. Film posiada fabułę, którą skomponowałby zapewne każdy uczeń nauczania wczesnoszkolnego, dialogi wołają o pomstę do nieba, a efekty specjalne kuleją, wszystko to ogląda się dość ciężko. Na dopełnienie muzyka, w sumie rodem z filmów tego okresu. Od Terminatora przez RoboCopa po Conana mogliśmy słyszeć coś podobnego Film, dzięki któremu świat usłyszał o Melu Gibsonie po prostu jest słaby. Plusem jest krótki czas trwania tego dzieła, które jest naprawdę słabym startem serii. Mam nadzieję, że kolejne części cyklu okażą się czymś lepszym, niż tylko miłym wspomnieniem z dzieciństwa. 





niedziela, 21 września 2014

Milcząc na bezdrożach

The Rover
Australia, USA 2014
reż. David Michôd
gatunek: dramat
zdjęcia: Natasha Braier
muzyka: Antony Partos

Akcja filmu została osadzona w 10 lat po niewyjaśnionym dokładnie kryzysie gospodarczym, który spowodował znaczny krach cywilizacyjny (przynajmniej w Australii, nie wiadomo co z resztą świata). W tym bezlitosnym świecie poznajemy Erica (w tej roli Guy Pearce), który podróżuje po australijskich bezdrożach swym samochodem. W pewnym momencie troje bandytów kradnie mu auto, a Eric rusza w pogoń za rabusiami. Po pewnym czasie spotyka niedorozwiniętego umysłowo brata jednego ze złodziei. Razem ruszają w podróż...


Film nie jest typową produkcją post-apokaliptyczną, świat nie został tu pokarany plagą zombie czy ghuli, wciąż istnieje elektryczność, możliwe jest zdobycie benzyny czy nawet jazda pociągiem. Jednak widocznie widać, że przez brak jakiejś scentralizowanej władzy ludzie zatracili kręgosłup moralny i przeważa tu prawo silniejszego. Dominuje w filmie wątek braku zrozumienia, postaci nie mogą się tu ze sobą dogadać. A skoro nie ma miejsca na siłę argumentów głównym argumentem zaczyna być argument siły.
Główny bohater nie jest tu wyjątkiem, o czym przekonujemy się już w pierwszych kilkunastu minutach trwania filmu, gdzie w jednej ze scen zabija on sprzedającego broń karła.
Nie jest to film przegadany, bohaterowie wypowiadają tutaj mało słów, a liczbę pełnych zdań, jakie wypowiada Eric można zliczyć na jednej ręce drwala. Nieco bardziej rozmowny jest jego towarzysz - lekko upośledzony Rey (w tej roli Robert Pattinson). Trochę obawiałem się kondycji aktorskiej gwiazdy Zmierzchu, lecz Pattinson swoją grą rozwiał me obawy - jego Rey to jedna z lepszych kreacji aktorskich tego roku. Akompaniujący mu, znany z m.in. Memento Pearson też bardzo dobrze radzi sobie w roli małomównego twardziela. 


Odrębny akapit należy poświęcić scenerią, w jakich dzieje się akcja. Jestem pod ogromnym wrażeniem australijskich pustkowi, po których przemieszczają się bohaterowie. Poruszający się po jałowym terenie samochód, a w oddali majestatycznie groźne góry. Tak, to robi wrażenie, a zdjęcia Natashy Breier doskonale oddają ten specyficzny klimat. Chociaż wydaje mi się, że nie potrzeba apokalipsy, by ujrzeć australijskie odludzie w takim stanie. Co ciekawe drogi na kompletnym zadupiu w dekadę po upadku cywilizacji wciąż prezentują się lepiej, niż te, z którymi mamy do czynienia w naszym kraju w chwili obecnej.

Reasumując mamy tu do czynienia z solidnym kinem drogi, który skłania do myślenia o naszym człowieczeństwie. Tak już jest z tym gatunkiem post-apo, że powoduje chwilę zadumy nad tym, do czego skłonni są ludzie, gdy zabraknie systemu szeroko pojętej sprawiedliwości. 
Ogólnie nie jest to film, który przejdzie do historii kina, czy nawet gatunku. O ile o Mad Maxie będzie się pamiętało nadal The Rover zapewne zniknie w nawale kolejnych produkcji, jednak warto ten film zobaczyć dla dobrej gry aktorskiej dwóch głównych bohaterów, znakomitych plenerów i ciekawej historii, jaka ma miejsce. Nie tylko dla fanów gatunku.