Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2006. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2006. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Inny wymiar kina

Dziesięć czółen (Ten Canoes)
Australia 2006
reż. Peter Djigirr, Rolf De Heer
gatunek: przygodowy
zdjęcia: Ian Jones

Jedną z tych rzeczy, za które kocham kino jest możliwość podróży w czasie i przestrzeni (nie odrywając się z miejsca). Dzięki filmom można odwiedzić wiele niedostępnych miejsc i poznać odległe kultury. Tak też jest w opisywanym właśnie filmie, który przenosi widza wprost do fascynującego świata Aborygenów sprzed wielu, wielu lat.


Narrator historii (David Gulpilil) opowiada widzom o dziejących się w odległych czasach wydarzeniach w pewnej aborygeńskiej wiosce. W historii tej poznajemy dwóch braci: starszy mieszka w wiosce wraz z trzema  żonami, młodszy zaś zamieszkuje poza nią wraz z innymi kawalerami. Mimo że młodzieniec zakochany jest w najmłodszej żonie swego brata musi poczekać z małżeństwem do czasu, aż brat umrze. Dopiero wtedy może przejąć wszystkie jego żony...


Film ten jest pierwszym znaczącym dziełem filmowym stworzonym w pradawnym języku Aborygenów. Doczekał się też szeregu nagród, w tym nagrodę specjalną na festiwalu w Cannes i kilka statuetek na australijskich festiwalach. I wydaje mi się, że całkiem słusznie, bo jest to w mojej opinii film niezwykły. Dla wielu może okazać się to produkcją o niczym, jednak jeśli wpadnie się w nieśpieszny rytm snutej historii i spróbuje przestawić na myślenie podobne do sposobu życia i wierzeń Aborygenów odkryje się prawdziwą filmową perełkę. 
Urzeka klimat całości. Piękne zdjęcia pokazujące rytm życia mieszkańców Australii kontrastują z pociesznie amatorskim (choć nie słabym) aktorstwem. Jakiś czas temu pisałem o nominowanej do zeszłorocznego Oscara Tannie dziejącej się bardziej współcześnie na jednej z wysp Vanuatu i trochę przypominającej tej film. Dziesięć czółen jest jedna według mnie filmem lepszym. Dlatego tym, którzy szukają w filmie czegoś innego niż non stop akcję, pragną spojrzeć inaczej na świat to polecam z czystym sercem ten film.





piątek, 17 marca 2017

Sprawiedliwość jest ślepa

Bezmiar sprawiedliwości
Polska 2006
reż. Wiesław Saniewski
gatunek: dramat
zdjęcia: Mariusz Palej
muzyka: Maciej Muraszko

W Stanach Zjednoczonych od dawna dość popularnym i stosunkowo często powracającym motywem jest ulokowanie akcji filmów w sądach. Przeróżne sprawy, czy to fikcyjne czy oparte na faktach były prezentowane w tamtejszym kinie, a tematyka ta nawet doczekała się własnego gatunku, jakim jest dramat sądowy. Ten już bogaty w liczne tytuły podgatunek kilkukrotnie próbowano przemycić na grunta polskie (choćby świętująca właśnie czterdziestkę Sprawa Gorgonowej). Opisywany film również mierzy się z podobną tematyką.


Łukasz  (Robert Olech) właśnie ukończył studia prawnicze. Nie wie jednak, co będzie robił dalej w życiu. Ojciec wysyła go do swojego kolegi, mecenasa Wilczka (Jan Frycz), by ten przekonał go jakoś do rozpoczęcia kariery prawniczej. Wilczek opowiada chłopakowi o głośnej sprawie sądowej, w której uczestniczył w przeszłości, kiedy to popularny dziennikarz (Artur Żmijewski) został oskarżony o zabicie swojej ciężarnej kochanki...


Historia, którą oglądamy w filmie jest nazwana na jego początku, jako inspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Kosmetycznych zmian doczekali się główni bohaterowie, czyli domniemany morderca i jego ofiara, którym zmieniono imiona i nazwiska. Wątek udziału mecenasa w śledztwie jest jednak już dodatkiem na potrzeby widowiska filmowego. Przedstawiono nam historię tego ciężkiego do oceny wydarzenia z trzech różnych perspektyw: ze strony obrony, prokuratury oraz składu sędziowskiego. Sprawa jest mocno poszlakowa, pełna sprzeczności i co najmniej niejednoznaczna. Jednak jakiś wyrok musiał zapaść, a gdy jest ofiara, ktoś przecież musi być mordercą. Reżyser chce przedstawić w miarę obiektywnie wszystkie racje każdej ze stron. Do tego stosuje pewien zabieg stylistyczny.
W filmie wzięło udział sporo dużych, znaczących nazwisk polskiego przemysłu filmowego. Oprócz wymienionych już wcześniej aktorów mamy tu do czynienia też z Janem Englertem czy Arturem Barcisiem, którzy mają ciekawe role drugoplanowe. Do tego w produkcji migają nam choćby Robert Gonera, Ewa Błaszczyk i Weronika Rosati. Wszyscy spełniają swoje role odpowiedzialnie i bez większych zarzutów. Aktorsko odstaje od tych nazwisk odtwórca roli Łukasza czyli Olech, który prezentuje się zwyczajnie słabo i nijako. Na szczęście nie jest on na ekranie zbyt często.
Dostajemy więc ciekawy fabularnie, sprawnie zrealizowany film z gatunku,który nie jest popularny wśród rodzimych twórców. Na pewno nie będzie to produkcja dla wszystkich, jednak z wymienionych przeze mnie powodów warto się z tym obrazem zapoznać.





wtorek, 3 stycznia 2017

Problemy rodzinne

Volver
Hiszpania 2006
reż. Pedro Almodóvar
gatunek: dramat

Kontynuując swoją niespieszną przygodę z filmami współczesnego hiszpańskiego klasyka, Pedra Almodóvara postanowiłem tym razem obejrzeć pewien wysoko oceniany obraz sprzed już ponad dekady, w którym główną rolę zagrała lubiana przeze mnie (jak i zapewne większość widzów) Penélope Cruz. 


Raimunda (Penélope Cruz) ma ciężki okres w życiu. Po przybyciu do domu odnajduje zwłoki męża, który został zabity przez jej córkę Paulę (Yohana Cobo), gdy próbował ją molestować. W czasie, gdy kobieta oczyszcza miejsce zbrodni i planuje pozbycie się ciała dostaje telefon od swej siostry Sole (Lola Dueñas). Dowiaduje się od niej o śmierci ukochanej ciotki. Nie mogąc jechać na pogrzeb wysyła tam samą Sole. W rodzinnej miejscowości tej objawia się duch zmarłej matki, Irene (Carmen Maura).


Mamy do czynienia z typową wizją świata w postrzeganiu Almodóvara. Jest to skrajnie feministyczny świat zaludniony przez kobiety, gdzie mężczyźni o ile już się pojawiają są tylko przyczyną zmartwień i kłopotów. Jak i w niektórych innych pozycjach Hiszpana mamy tu do czynienia z próbującymi wziąć sprawy w swoje ręce silnymi kobietami, które swe niepowodzenia zawdzięczają przeważnie tej drugiej płci. Te pozbawione mężczyzn filmy reżysera nie przypadają mi zbytnio do gustu i wolałbym jednak żeby względny balans płci został jednak zachowany w jakimś stopniu. 
Po raz kolejny Almodóvar sięga po swoje ulubione tematy - rzuca kilka silnych kobiet i wystawia ich życie na przeliczne próby. Bohaterki muszą mierzyć się więc z pustką po stracie najbliższych, chorobami i śmiercią, a także mordami i tuszowaniem ich oraz trudnym sprawą z przeszłości. Wszystko to oczywiście na dużą skalę, każda bohaterka dostaje cały dopust boży na swe barki. 
Jednak film ma też swoje plusy - już scena początkowa, zaczynająca film wita widza oryginalnym, typowym dla twórcy rozkładem i symboliką. Także kompozycja filmu jest ułożona tak, że mimo całych warstw nieszczęść produkcja zachowuje paradoksalnie pewną lekkość. I przede wszystkim mamy tu do czynienia z wówczas będącą trochę po 30. urodzinach Penélope Cruz. Nie sposób nie docenić jej obecności na ekranie. Sceny z jej udziałem ogląda się jak zawsze dobrze. 
Nie jest to jednak film, który przypadł mi całkiem do gustu. Fabuła toczy się własnym, autorsko almodóvarowym rytmem, który nie zawsze mi pasuje. O innych nie do końca fortunnych według mnie sprawach już wcześniej wspomniałem. Myślę, że warto zaznajomić się z tym filmem, gdyż zapewne dużej grupie osób (szczególnie kobiecej widowni) może się spodobać. Ja jednak nie jestem specjalnie ani na tak, ani na nie.




sobota, 3 grudnia 2016

W obozie japońskich wojowników

Listy z Iwo Jimy (Letters from Iwo Jima) 
USA 2006
reż. Clint Eastwood
gatunek: wojenny, psychologiczny

Z czasów Bitwy o Iwo Jimę pochodzi jedno z najbardziej znanych zdjęć okresu Drugiej Wojny Światowej. Clint Eastwood opowiada historię tej fotografii i ludzi, którzy się na niej znaleźli w innym, kręconym równolegle do opisywanego filmie, Sztandar chwały, który pokazuje walkę o wyspę z perspektywy zwycięskich wojsk Amerykańskich. W tym filmie zaś skupił się niemal w całości na historii obrońców wyspy. 


Generał Tadamichi Kuribayashi (Ken Watanabe) przybywa na wulkaniczną wyspę Iwo Jimę, by przejąć dowództwo nad stacjonującym tam garnizonem i przygotować go do jej obrony w wypadku amerykańskiego ataku. Wśród jego podkomendnych znajdują się między innymi mistrz olimpijski z Los Angeles Baron Nishi (Tsuyoshi Ihara) i szeregowiec Saigo (Kazunari Ninomiya).


Po kim, jak po kim, ale po zatwardziałym konserwatyście Eastwoodzie nie spodziewałem się filmu, który pokaże wrogów armii amerykańskiej, jako normalnych ludzi. Szczególnie, że wcześniej obejrzałem tegoroczny film Mela Gibsona, Przełęcz ocalonych, gdzie wrogowie Ameryki zostali kompletnie odczłowieczeni i z zachowania przypominali bardziej zwierzęta, niż ludzi. Eastwood zaś oddał sprawiedliwość walczącym dla kraju obrońcom wyspy, którzy dzielnie wytrwali w tej pozbawionej sensu i nadziei obronie. Za to wielkie słowa uznania dla reżysera. 
Film został nakręcony w nienaturalnych, poszarzałych barwach, a kolory ożywają tylko we wspomnieniach bohaterów z czasów, gdy nie musieli oni prowadzić wojny i mogli wieść swoje zwyczajne życie. Zabieg ten w dobry sposób pokazuje bezsens i niedolę wojny, szczególnie tej bezsensownej i skazanej na porażkę. Bo od początku wszyscy bohaterowie wiedzą, jak ta obrona się skończy, jednak mało kto myśli się poddać - propaganda Cesarstwa, samurajski honor, chęć niezawiedzenia rodziny i miłość do kraju każą żołnierzom walczyć do ostatniej kropli krwi. Choć w filmie dużo się strzela i wymachuje szabelką, to sceną batalistycznym daleko jest do tych, z wspomnianego już filmu Gibsona, o zdobywaniu Okinawy. Jednak Eastwood w tym wypadku nad efekty batalistyczne stawia rys psychologiczny postaci, i wychodzi mu to całkiem nieźle. Naprawdę czujemy sympatię do bohaterów i widzimy tragizm ich sytuacji. Co najważniejsze to samo powinni zobaczyć też widzowie Amerykańscy. 
Wypada też reżysera pochwalić, że nakręcił film w całości niemal anglojęzyczny, z udziałem rodzimych, japońskich aktorów, którzy nie są Amerykanami azjatyckiego pochodzenia. Wersja anglojęzyczna zabiłaby ten film. Film, który z pewnością wart jest obejrzenia. 




wtorek, 6 września 2016

Japońska incepcja

Detektyw nocnych koszmarów (Akumu tantei)
Japonia 2006
reż. Shinya Tsukamoto
gatunek: thriller, fantasy

Parafrazując Forresta Gumpa mogę powiedzieć, że azjatyckie kino przypomina pudełko czekoladek - nigdy nie wie się na jaki film się trafi. Specyfika regionu przynosi nam ogrom równie specyficznych pozycji o różnej jakości, a ich oceny wśród społeczności filmowej wahają się diametralnie - czasem dobry film może mieć niską średnią ocenę, innym razem zaś słaby zostanie obejrzany tylko przez ludzi, którym przypadnie on do gustu sztucznie zawyżając tym samym ocenę. I dlatego też lubię tamtejsze kino - to zawsze podróż w nieznane i żeby zacząć oglądać jakiś azjatycki film potrzeba odważyć się zrobić pierwszy krok. I czasem, tak jak i tym razem będzie to krok prosto w przepaść. 


Młoda policjantka Keiko (Hitomi) prowadzi śledztwo w sprawie kilku zaskakująco brutalnych samobójstw. Nie jest przekonana, że denaci sami odebrali sobie życie. Szczególnie, że wszyscy przed śmiercią kontaktowali się telefonicznie  z osobą zapisaną jako 0. Aby ruszyć sprawę z miejsca bohaterka zamierza poprosić o pomoc Kyoichiego (Ryûhei Matsuda), który potrafi wkraczać do cudzych snów...


Podobno o wiele lepiej jest pisać o filmach słabych, niż tych dobrych, gdyż po prostu jest możliwość łatwego rozpisania się, analizując wady omawianej produkcji. Jednak czasami film jest tak beznadziejny, że szkoda czasu żeby rozwodzić się szczegółowo nad tym, jak każdy z detali jest słaby. Chociaż po opisie fabuły wydawać mogłoby się, że jest ona interesująca oglądając film widać jej płytkość i wszystkie braki logiczne. Nic się tam nie trzyma kupy i jakichś związków przyczynowo-skutkowych. Także montaż filmu jest dramatyczny, efekty wołają o pomstę do nieba (np. szyba tłukąca się zanim bohaterka w nią uderzy), gra aktorska kuleje, a całość nie trzyma w napięciu ani przez chwilę. To nie jest tak, że jestem uprzedzony do tego typu filmów owianych aurą godną Strefy 11, gdyż w sumie bardzo podobny film koreański, Psycho-metry podobał mi się i oceniłem go pozytywnie. Natomiast opisywanego właśnie dzieła nie polecam i radzę się trzymać od niego z daleka. A że jest jeszcze druga część, ponoć ta słabsza - cóż, to chyba tylko dla wybitnych masochistów.






niedziela, 4 września 2016

Oniryczna kalka

Palimpsest
Polska 2006
reż. Konrad Niewolski
gatunek: thriller

Niedawno na polskich ekranach gościł owacyjnie przyjmowany na festiwalach film Tomasza Wasilewskiego Zjednoczone stany miłości, który to niezbyt przypadł mi do gustu. Wystąpili w nim Andrzej Chyra wraz z Magdaleną Cielecką. W opisywanym właśnie filmie autora kultowej dzisiaj Symetrii (gdzie również oglądaliśmy Chyrę) oglądamy tę parę ponownie. Co zresztą nie powinno dziwić, gdyż aktorzy do tej pory spotkali się na rozmaitych planach filmowych aż ośmiokrotnie. 


Główny bohater, policjant Marek (Chyra) prowadzi śledztwo w sprawie swojego zabitego kolegi z policji. Pomaga mu w tym policjant Tomek (Robert Gonera). Marka łączy dziwna więź z żoną zabitego, Hanką (Cielecka).  


Trudno dużo pisać o tym filmie, szczególnie pod względem fabularnym. Jednym powodem jest potrzeba nie zdradzania zbyt wielu aspektów scenariusza, innym zaś fakt, że słowo fabuła jest użyte w odniesieniu do tej produkcji trochę na wyrost. Mamy tutaj w sumie zlepek kilku scen połączonych osobą inspektora policji i jego dziwne śledztwo. 
Śledztwo jest tutaj zresztą takim filmem w filmie, gdyż rodem z Mulholland Drive Lyncha mamy tu do czynienia z logiką na prawach mar sennych. Z Lyncha zaczerpnięto nie tylko motywami z filmu z udziałem Naomi Watts, ale też w kilku aspektach wzorowano się na Zagubionej autostradzie. Odtwórstwo autorów widoczne jest też w kilku innych miejscach, gdyż najwidoczniej inspirowali się oni różnymi filmami - zagadkami, Gdyby to, co widzimy w tym filmie użyte było w kinematografii po raz pierwszy to czapki z głów i uznać można byłoby Niewolskiego za wizjonera. Niestety to powielanie kliszy. A nawet kilku klisz. Aktorstwo i ciężki, niepokojący klimat ratują całość przed katastrofą, jednak nie jest to wystarczająca zachęta do spędzenia z filmem 80 minut.






niedziela, 26 czerwca 2016

Zbrodnia i kara

Wyspa (Ostrow)
Rosja 2006
reż. Paweł Łungin
gatunek: dramat


Filmy rosyjskie są w Polsce w dużej mierze nieznane. Ile znajdziemy osób, które wymienią choćby pięć produkcji filmowych naszych wschodnich sąsiadów? Zapewne niezbyt wiele. Rozumiejąc, że kraj ten, jak i jego obywatele nie są oględnie mówiąc zbyt lubiani należy jednak oddzielić politykę od sztuki i mimo uprzedzeń warto zagłębić się w tamtejszą kinematografię. Tak jak rodzice przekonywali mnie, że radzieckie filmy były dobre (nie mogę stwierdzić sam, bo jeszcze nie widziałem) to ja mogę zapewnić, że rosyjskie kino niekomercyjne jest warte uwagi. 


Rok 1976, Związek Radziecki. Mnich Anatol (Piotr Mamonow) żyje wśród przewodzonych przez ojca Filareta (Wiktor Suchorukow) mnichów na odizolowanej od świata wyspie. Ekscentryczny mnich od 30 lat pokutuje za zbrodnie, których się dopuścił w czasie drugiej wojny światowej: zabójstwo, zdradę i tchórzostwo. Ludzie z okolicznych wsi przybywają na wyspę po pomoc, uważając Anatola za świętego. Jednak nie wszyscy mnisi są mu przychylni (m. in. Dmitrij Diużew).


Uważam, że przemysł filmowy każdego kraju świetnie specjalizuje się w danym typie gatunkowym lub stylistyce. Dlatego nie zawsze próba przeniesienia hollywoodzkich wzorców na rodzimy grunt danego państwa wychodzi. A w większości wypadków po prostu nie wychodzi. Rosyjskie kino w swym głównym, klasycznym nurcie słynie z powolnych akcji, problemów nie ciała, a duszy bohaterów, wszystko to skąpane w litrach wódki pitej ze szklanki, wśród oparów dymu papierosowego, pośród pięknych majestatycznych dzikich lokacji lub nieprzyjemnego betonowego miasta rodem z czasów radzieckich. I także tutaj widz oczekujący szalenie pędzącej rozwałki i rozrywki nie ma czego szukać. Dostanie za to typowy dla Rosji dramat egzystencjalny o podłożu teologicznym, gdzie choć wódka się nie pojawia to inne elementy typowe dla tej kinematografii już tak. To co przykuwa uwagę odbiorcy, oprócz głęboko metafizycznej osi fabularnej (snującej się tradycyjnym, żółwim tempem) są urokliwe kadry (Oscara! Oscara za te zdjęcia) i równie pięka zimowa lokalizacja tytułowej wyspy kręconej w mieście Kiem. 
Film został zauważony przez kapitułę niszowego festiwalu Sundance, warto też by został zauważony przez ludzi, którzy szukają w filmie refleksji. Dla nich polecam. 




sobota, 19 marca 2016

Walka o swoje

Sztuka zrywania (The Break-Up)
USA 2006
reż. Peyton Reed
gatunek: komedia, dramat 

Sobotnie popołudnie to dobry czas, by przy okazji obiadu obejrzeć sobie coś niezbyt ambitnego, rozluźniającego i często też niosące pokłady humoru lotów co najwyżej średnich. Natomiast, gdy zobaczy się na liście płac takie nazwiska, jak Vince Vaughn i Jennifer Aniston znanych ze swojego komediowego emploi można w ciemno uznać, że będziemy mieli do czynienia z komedią raczej niskich lotów. Zaś z każdą minutą oglądania filmu dochodzi do człowieka, że jednak z komedią ma to coraz mniej wspólnego. 


Kilkuletni związek Gary'ego Grobowskiego (Vince Vaughn) i Brooke Meyers (Jennifer Aniston) nie potoczył się tak, jak sobie by tego oczekiwali. Brooke ma ciągłe pretensję do swego konkubenta, który nie troszczy się o obowiązki domowe, nie podziela zainteresowań swej dziewczyny, a za ulubione czynności ma picie piwa, oglądanie transmisji sportowych i granie na playstation. Brooke postanawia więc zakończyć ich związek, jednak żadne z nich nie zamierza wyprowadzić się ze wspólnego mieszkania...


Początkowe kilka scen filmu utwierdza widza, że mamy do czynienia zgodnie z zapowiedziami z lekką i trochę głupkowatą komedią, do czego przyzwyczaił zresztą duet głównych aktorów. Jednak po średnio zabawnych kilkunastu pierwszych minutach elementów stricte komediowych, humorystycznych ubywa, a atmosfera filmu skręca niepokojąco w sferę obyczajową czy dramatyczną. W pewnym momencie myślałem, że mam wręcz do czynienia z czymś pokroju melodramatu, niż komedii. 
Brawa należą się scenarzystom za to, jak rozpisali fabularnie etap kłótni w relacji między bohaterami, argumenty jakich używają są naturalne i myślę, że większość osób mających za sobą jakiś związek może poczuć się, że coś podobnego przechodziło (i stanąć za jednym z bohaterów w zależności od swej płci fizycznej bądź psychicznej). Także miło ogląda się film, który pokazuje w przystępny sposób motywacje, jakimi kierują się bohaterowie. W filmie ładnie widać, że jedną decyzją można łatwo zburzyć, zaś ciężko potem to naprawić mimo starań każdej ze stron. Mały plus produkcja może dostać też za zakończenie, które jest dla tego typu filmów niestandardowe. 
Mamy w filmie wątki polskie. Główny bohater, mimo całkiem niepolskiego imienia jest naszym rodakiem, w miejscu pracy koło biurka widnieje wielka polska flaga, sam zaś często paraduje w koszulkach z polskimi symbolami. Całe to przyjemne w gruncie rzeczy dla nas jako rodaków wrażenie psują jednak dwie rzeczy: raz, gdy Gary grozi Brooke sprowadzeniem do domu swoich pozbawionych przyszłości rodaków, drugie zaś to scena, gdy Gary jest bity przez brata Brooke, który depcze koszulkę z polskim godłem. Źle się to oglądało. 
Także reasumując mamy do czynienia z takim niezbyt wiadomo czym. bo gatunek tego filmu jest bardzo ciężki do odgadnięcia. Fabuła jest ciekawa, a realizacja stoi na solidnym, niczym niewyróżniającym się poziomie. Obejrzeć można, chociaż nie należy się spodziewać wielkich fajerwerków. Typowy średniak. 





niedziela, 17 stycznia 2016

Tajemnica sierocińca

Sierociniec (El Orfanato)
Hiszpania, Meksyk 2006
reż. Juan Antonio Bayona
gatunek: dramat, horror

Film ten firmowany nazwiskiem swojego producenta, znanemu i cenionego przez wielu Guillermo del Toro był jednym z tych filmów, które znajdowały się dość wysokie miejsce na mojej liście produkcji do obejrzenia. I wreszcie nadszedł czas, żeby zmierzyć się z tym hiszpańskim horrorem.


Laura (Belén Rueda) wychowała się w sierocińcu. Po latach, jako dorosła kobieta wprowadza się do tego przybytku wraz z mężem (Fernando Cayo) i adoptowanym synem Simonem (Roger Príncep). Kobieta chce otworzyć w tym miejscu dom dziecka dla dzieci specjalnej troski. Natomiast jej syn zaczyna bawić się z wymyślonymi przez siebie przyjaciółmi. W trakcie balu otwierającego przybytek Simon znika bez śladu...


Ci którzy będą oglądali ten film jako stricte horror mogą się zawieść. Produkcję tę trzeba bardziej postrzegać pod kontem dramatu, i wtedy będzie można ją ocenić uczciwiej. Bo jest to dramat z domieszką horroru. Dramat matki, która straciła swe dziecko i pogrąża się w morzu rozpaczy i szaleństwa. Jest to też historia matki, która nie ma czasu i nie potrafi zaopiekować się własnym dzieckiem, a chce na swoje barki przyjąć kilku lub kilkunastu dzieci niepełnosprawnych. I pod względem dramatycznym jest to film całkiem sprawny i dobry, natomiast jako straszak całkowicie nie stanowi wyzwania dla czegokolwiek. 
Ogólnie fabularnie jest też dość zawiły i niektóre elementy ciężko zrozumieć, gdyż nie wszystko tutaj układa się w logiczną całość. Mamy tutaj do czynienia z dwoma światami: realnym i tym wyimaginowanym, które przeplatają się w czasie rzeczywistym i czasem widz ma problem z rozróżnieniem tego, co jest prawdą, a co tylko złudzeniem. 
Sam film mimo pewnych nadziei, jakie miałem przed seansem nie zrealizował ich przez co jestem trochę rozczarowany. Film owszem zobaczyć można bez większych męczarni u widza, jednak nie zauważyłem w tej produkcji tego czegoś, co odróżnia film dobry od przeciętnego.


niedziela, 6 grudnia 2015

Tajemnica zbrodni

Czarna Dalia (The Black Dahlia)
USA 2006
reż. Brian De Palma
gatunek: kryminał 


Elizabeth Short - to imię i nazwisko pewnie obecnie mało komu coś mówi. Jednak jeśli wspomni się o niejakiej Czarnej Dalii co poniektórym już coś powinno w głowie zaświtać (nie wiem czy w Polsce, ale w Ameryce na pewno). Sprawa Czarnej Dalii jest obok zbrodni dokonywanych w wiktoriańskiej Anglii jedną z najbardziej tajemniczych wciąż niezbadanych przypadków w historii kryminalistyki. Zamordowana w brutalny sposób na początku 1947 roku dała inspirację do między innymi powstania książki popularnego pisarza kryminałów,  Jamesa Ellroya, na której to oparty jest ten film. 


USA niedługo po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej. Dwaj znani kalifornijscy bokserzy znani jako Ogień i Lód pracują w policji. Lee Blanchard (Aaron Eckhart) i Dwight Bleichert (Josh Hartnett) dostają od przełożonych zadanie wyjaśnienia zabójstwa Elizabeth Short. Bleichert coraz więcej czasu zaczyna spędzać z utrzymanką Blancharda, Kay Lake (Scarlett Johansson). Trop prowadzi go też do łudząco podobnej do zamordowanej dziewczyny, Madeleine Linscott (Hilary Swank)...


Bardzo chwalona przez dużą liczbę osób książka Ellroya pod tym samym jak dla mnie nie wzbija się na jakieś wielkie literackie wyżyny. Jest całkiem przyzwoitym czytadłem, jednak nie proponuje czytelnikowi o wiele więcej niż oferował w swych książkach Raymond Chandler i jego sztandarowy bohater Philippe Marlowe. Jednak porównując książkę ze swą filmową adaptacją wszystkie argumenty przemawiają za literackim pierwowzorem. Szkoda, że tak utalentowany reżyser, autor klasyki filmu gangsterskiego (choćby Człowiek z Blizną, Życie Carlita czy Nietykalni) stworzył tak nijaki film. Jedyne co naprawdę fajnie wygląda to obraz stylizowany na klasyczny film noir, oraz całkiem nieźle oddane kostiumy i charakteryzację jako tako. Wydaje mi się, że ludzie nie czytający książki mogą czasem nie połapać się w tym, o co dokładnie chodzi w fabule filmu. Bo ta w porównaniu do swego pierwowzoru jest okrojona i przypomina wersję demo, półprodukt. Wiele ważnych i ciekawych scen z książki zostało wyciętych, nazwisk poprzekręcanych, postaci wykastrowanych lub w ogóle usuniętych. 
Radę dają jako tako aktorzy z głównym triem na czele, nieźle w roli Short wypada Mia Kirshner. To jednak za mało żeby ocenić ten film, jako choćby niezły. Dostajemy produkt nijaki, o którym zapomni się przy pierwszej okazji. A szkoda. 




poniedziałek, 14 września 2015

This time for Africa

Krwawy diament (Blood Diamond)
USA 2006
reż. Edward Zwick
gatunek: dramat, wojenny

Mało kto potrafi chyba wskazać na mapie położenie takiego kraju, jak Sierra Leone (a większość może nawet nie wie o jego istnieniu). W tym małym afrykańskim państewku trwała w latach 1991 - 2002 krwawa wojna domowa między rebeliantami Zjednoczonego Frontu Rewolucyjnego a rządem wspieranym przez prywatne firmy wojskowe i Wielką Brytanię. Ponad dziesięcioletnie zmagania pochłonęły nawet do 300 tysięcy zabitych, w zdecydowanej większości cywilów. W armii rebelianckiej służyło tysiące siłą wcielonych tam dzieci. W tych nieciekawych do życia, a ciekawych dla fabuły filmów wydarzeniach toczy się właśnie opisywana produkcja. 


Poznajemy pewnego cwanego przemytnika z Rodezji (dawna nazwa Zimbabwe), Danny'ego Archera (Leonardo diCaprio). W pewnym momencie zostaje on zatrzymany przez siły rządowe i wtrącony do aresztu. Tam staje się świadkiem kłótni rebelianta (David Harewood), a rybakiem Solomonem Vandym (Djimon Hounsou). Rebeliant obwinia rybaka o zakopanie gdzieś nieopodal kopalni wielkiego diamentu. Archer swoimi koneksjami załatwia wyjście swoje i Vandy'ego i proponuje mu odszukanie jego rodziny w zamian za odnalezienie diamentu. Mężczyzną zaczyna pomagać dziennikarka z USA, Maddy Bowen (Jennifer Connelly).


W filmie poznajemy najciemniejszą stronę Afryki. Bieda, nieustanne walki, głód, skorumpowanie, wyzysk przez białych, niewolnicza praca, wcielanie do armii dzieci. A wszystko to w przepięknych, malowniczych plenerach afrykańskiej dziczy i mniej malowniczych miast i osad. Wszystko to bardziej naturalistycznie niż w opisywanym kiedyś filmie Wiedźma wojny, który podszedł do tematu z pewną dozą afrykańskiego mistycyzmu i realizmu magicznego.
Świetnie prezentuje się w filmie Leonardo DiCaprio, który gra tym razem antybohatera, wyzutego z uczuć typa spod ciemnej gwiazdy, który jednak nie jest postacią jednoznaczną i jednowymiarową. Sekundują mu dzielnie Connelly i Hounsou, którzy to nie dadzą się zepchnąć na dalszy plan walki o widza. Zmagania aktorskie oglądamy w świetnych lokacjach Afryki fantastycznie sfilmowanych przez operatora. Wielkie pochwały należą się też sceny batalistyczne, które są na naprawdę najwyższym możliwym poziomie, nawet prawie dekadę po powstaniu. Mamy tutaj dobre kino akcji w scenerii wojennej, jednak zakwalifikowałem tę produkcję do filmów wojennych, a nie sensacyjnych. 
Niestety film trwa prawie 150 minut i ma kilka niepotrzebnych dłużyzn. Skrócenie go do kanonicznych dwóch godzin moim zdaniem wyszłoby mu na dobre. Ocenę obniżają słabe moim zdaniem ostatnie 20 minuty filmu, które są moim zdaniem kiczowate i mało oryginalne. Zakończenie było rozczarowaniem, wolałbym aby losy bohaterów potoczyły się mniej przewidująco. Nie znaczy to jednak, że nie warto oglądać tego filmu, gdyż jest to jeden z ciekawych filmów o Afryce jaki powstał. Ja jestem na tak.


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Inkwizycja dogorywa

Duchy Goi (Goya's ghosts)
USA, Hiszpania 2006
reż. Milos Forman
gatunek: kostiumowy, dramat
zdjęcia: Javier Aguirresarobe
muzyka: José Nieto

Czeski reżyser m.in. Lotu nad kukułczym gniazdem bądź Amadeusza nie tworzy filmów zbyt często, jednak jeśli już jakiś powstaje widz ma gwarancję, że produkcja będzie reprezentowała pewien co najmniej dobry poziom. Tak też jest w przypadku Duchów Goi, w których to Forman powraca do kostiumowych kreacji.



Tytułowego bohatera, którym jest Francisco Goya nie trzeba przedstawiać. Każdy choć trochę zorientowany w kulturze europejskiej zna dzieła tego hiszpańskiego malarza. W filmie Formana w Goyę wciela się oglądany w ostatnich latach np. w Nimfomance czy Dziewczynie z tatuażem szwedzki aktor Stellan Skarsgård. Pod koniec XVIII wieku posiadając już znaczną renomę, tworząc m.in. dla rodziny królewskiej maluje on podobiznę jednego z inkwizytorów - Brata Lorenzo (w tej roli znany z Skyfall czy Adwokata Javier Bardem). Gdy pod zarzutem kryptożydostwa inkwizycja więzi muzę malarza - piękną Ines (Natalie Portman) jej ojciec zwraca się do malarza o próbę interwencji w sprawie córki do brata Lorenzo...


Reżyser doskonale oddaje klimat panujący w Hiszpanii w ostatnich latach panowania tamtejszej inkwizycji. W XVIII wieku, nazywanym często wiekiem rozumu instytucja ta zachowała swoją pierwotną rolę i skutecznie przeciwstawiała się działaniom kaganka oświaty. Dopiero nadejście francuskiej armii Napoleona na początku XIX stulecia położyło kres panoszeniu się hiszpańskiej inkwizycji, lecz jak pokazuje Forman (a wcześniej sama historia) dla obywateli jest to swoiste przejście z deszczu pod rynnę. Na przykładzie brata Lorenzo świetnie ukazana jest też konformistyczna postawa zachowań ludzkich. Jak dla mnie kreacja, którą wykreował Bardem jest magnesem, który powinien przyciągnąć do tego filmu. Filmu, w którym na wysokim poziomie stoją nie tylko reżyseria, gra aktorska czy kostiumy, ale i fabuła oraz realizacja. Nie jest to dzieło wybitne ale na pewno warte obejrzenia i późniejszej refleksji.  




wtorek, 23 grudnia 2014

Biegiem przez dżunglę

Apocalypto
USA 2006
reż. Mel Gibson
gatunek: dramat, przygodowy
zdjęcia: Dean Semler
muzyka: James Horner

Jako reżyser Mel Gibson znany jest głównie z Braveheart oraz Pasji. Zarówno w jednym jak i drugim dziele Australijczyk obrazowo i sugestywnie przedstawia świat w jakim żyją jego bohaterowie. W filmach tych widać perfekcjonizm reżysera (w którym innym filmie biblijnym aktorzy mówią po łacinie czy aramejsku?) oraz dbałość o detale - brutalność w brutalnych scenach jest po prostu brutalna i tyle. Nie inaczej jest z mniej kojarzonym filmem Gibsona - Apocalypto. Reżyser przenosi nas tutaj w ostatnie lata trwania cywilizacji Majów, cywilizacji tajemniczej, brutalnej ale też w tym wszystkim bardzo ciekawej. Bohaterowie tej produkcji mówią w starożytnym języku Majów - Yucatec




Bohaterem filmu jest Łapa Jaguara (Rudy Youngblood), który żyje wraz z ciężarną żoną i synem w wiosce w dżungli. Jako syn dowódcy drużyny łowców wiedzie udane życie w osadzie. Wszystko jednak zmienia się pewnego ranka, gdy wioskę atakują łowcy głów. Łapa Jaguara ukrywa żonę i dziecko w wielkim dole nieopodal wioski, po czym rzuca się w wir walki. Walki z góry skazanej na porażkę, gdyż doborowy oddział najeźdźców masakruje osadę, a ocalałych przy życiu mieszkańców z Jaguarem włącznie bierze w niewolę. Zaczyna się ciężka podróż do miasta...


Gibson zrobił solidne kino drogi, gdzie wszystko idzie po sznurku zgodnie z zasadą 'tam i z powrotem', jednak z kilku powodów każda ze stron podróży bohatera będzie wyglądała inaczej. 
Jest to film, w którym mam wrażenie pada więcej trupów niż zdań złożonych, a doliczyłem się 114 ofiar.
Jednak dzięki cudownej pracy kamery każde niemal ujęcie jest perfekcyjne, wszystko zdaje się być tam, gdzie powinno. Brak rozbudowanych dialogów nie jest tu wadą. 
Jeśli ktoś chce zobaczyć w miarę wiarygodny obraz świata Majów, gdzie pierwszy biały człowiek dopiero wkrótce ma się pojawić to jest dla niego pozycja jak znalazł. Chyba, że przerazi go duża dawka bezkompromisowej brutalności.



.

czwartek, 18 września 2014

Czy Szkot może być czarny?

Ostatni król Szkocji (The last king of Scotland)
Wlk. Brytania 2006
reż. Kevin Macdonald
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Anthony Dod Mantle
muzyka: Alex Heffes

Nazwa opisywanego właśnie filmu zbiega się z referendum niepodległościowym w Szkocji, tak więc wcale nie wiadomo czy tytułowy król okazał się naprawdę tym ostatnim.
Jednak niech nieuważnych widzów sam tytuł nie zwiedzie. Produkcja Macdonalda nie opowiada ani o czasach, gdy Szkocja była królestwem, a i w ogóle samej ojczyzny Seana Connery'ego zbyt wiele nie ma.
Film luźno opowiada o zafascynowanym Szkocją i Szkotami dyktatorze Ugandy - Idim Aminie. Poznajemy go z perspektywy młodego szkockiego lekarza, który zaraz po studiach wybrał się do tego afrykańskiego kraju, by nieść pomoc potrzebującym. Traf chciał, że lekarz przybywa tam w czasie zamachu stanu, który doprowadza do osadzenia u władzy Amina. Jak oczywiście można się spodziewać losy nowego prezydenta i dzielnego lekarza szybko się splatają, a Europejczyk zdobywa uznanie w oczach tytułowego 'Ostatniego króla Szkocji'.




Poznając uroki ugandyjskiej stolicy dr Nicholas żyje w odizolowaniu od realnego życia tubylców. Minie dużo czasu, nim przekona się, że jowialny i roześmiany samozwańczy prezydent jest tak naprawdę bezwzględnym dyktatorem - troglodytą. Film nie pokazuje ani sposobu dojścia do władzy, ani też jej straty, jednak choć średnio wnikliwy widz może sobie wyrobić zdanie o tytułowym bohaterze.

O ile postać doktora jest wymyślona na potrzebę fabuły, to historia Amina stara się opowiedzieć o jego osobie i sposobie, w jakim panował w swym kraju. Oczywiście film nie pokazał wszystkich niuansów jego życia, aczkolwiek ciężko też wymagać po dwugodzinnej produkcji przeniesienia w stu procentach życia jednej osoby. Ogólnie jednak Amin został przedstawiony w sposób rzetelny i bliski prawdy. Macdonald jednak podarował mu trudną sztukę czytania gazet, co nie mogło być zgodne z prawdą, gdyż rzeczywisty dyktator czytać ani pisać nie potrafił. 


Wielkie słowa uznania należą się odtwórcy roli Amina - Forest Whitaker w tym filmie zagrał tak, że zapewne pamiętający rządy Amina mogą powiedzieć, że to prawdziwy dyktator - jak żywy! Nie bez powodu jednak Whitaker otrzymał za swą rolę Oscara i szereg różnych nagród. Odwzorowanie postaci z tak wielką ilością sprzeczności to naprawdę wielkie wyzwanie i aktor spisał się doskonale.

Film Macdonalda jest jednym z lepszych produkcji tego typu, jakie kiedykolwiek widziałem i jeśli ktoś zainteresowany jest zarówno kontynentem afrykańskim, życiem i sposobem sprawowania władzy przez dyktaktorów czy po prostu historiami opartymi w jakimś sensie na faktach jest to film dla niego! Nie będą to na pewno stracone dwie godziny.