Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

Szczyt narodu

Północna ściana (Nordwand)
Niemcy, Austria, Szwajcaria 2008
reż. Philipp Stölzl
gatunek: dramat, przygodowy
zdjęcia: Kolja Brandt
muzyka: Christian Kolonovits

Co jakiś czas słyszy się o próbach śrubowania rekordów w alpinizmie. Niestety przeważnie głośno robi się nie wtedy, gdy komuś uda się spektakularne wejście lecz wtedy, gdy wydarza się tragedia wspinacza lub wspinaczy. O nieudanych próbach powstają książki i kręci się filmy, podczas gdy udane często pozostają w cieniu. Ta europejska koprodukcja pokazuje retro próbę zdobycia szczytu Eiger od niedostępnej wcześniej dla człowieka strony.


Alpy Berneńskie, rok 1936. Dwóch bawarskich alpinistów (Benno Fürmann i Florian Lukas) planuje wejść najtrudniejszym szlakiem - tytułową północną ścianą na górę Eiger. Nikt przed nimi nigdy nie dokonał tego wyczynu. Ewentualny sukces tej dwójki będzie propagandowo oddziaływać, jako sukces aryjskiej rasy i całej III Rzeszy. Losy alpinistów śledzi przybyła z Niemiec dziennikarka, Luise (Johanna Wokalek).


Dużo jest filmów katastroficznych tego typu, które opowiadają o próbach zdobywania wysokich gór i tragicznych reperkusjach tegoż zdobywania. Wiele z nich jest jednak dość wtórnych, ukazują podobny okres, podobne problemy i generalnie podobne sytuacje. Opisywany właśnie film jednak trochę wyróżnia się wśród natłoku analogicznych tytułów. To co cechuje pozytywnie Północną ścianę  jest data akcji filmu. Lata trzydzieste ubiegłego wieku to (abstrahując od klimatu politycznego) epoka romantyczna alpinizmu, gdzie ludzie musieli pozostać niemal sami przeciw sile gór. Klimat retro i historyczne konotacje to duże, jeśli nie największe plusy tej produkcji. Realizatorzy także nieźle poradzili sobie z odwzorowaniem tej wyprawy, przez co z ciekawością widzowie mogą cofnąć się o ponad osiemdziesiąt lat. Także jeśli ma się ochotę na niesztampowy film o górach to jest to jak najbardziej pozycja warta uwagi. 






niedziela, 18 lutego 2018

Inny wymiar kina

Dziesięć czółen (Ten Canoes)
Australia 2006
reż. Peter Djigirr, Rolf De Heer
gatunek: przygodowy
zdjęcia: Ian Jones

Jedną z tych rzeczy, za które kocham kino jest możliwość podróży w czasie i przestrzeni (nie odrywając się z miejsca). Dzięki filmom można odwiedzić wiele niedostępnych miejsc i poznać odległe kultury. Tak też jest w opisywanym właśnie filmie, który przenosi widza wprost do fascynującego świata Aborygenów sprzed wielu, wielu lat.


Narrator historii (David Gulpilil) opowiada widzom o dziejących się w odległych czasach wydarzeniach w pewnej aborygeńskiej wiosce. W historii tej poznajemy dwóch braci: starszy mieszka w wiosce wraz z trzema  żonami, młodszy zaś zamieszkuje poza nią wraz z innymi kawalerami. Mimo że młodzieniec zakochany jest w najmłodszej żonie swego brata musi poczekać z małżeństwem do czasu, aż brat umrze. Dopiero wtedy może przejąć wszystkie jego żony...


Film ten jest pierwszym znaczącym dziełem filmowym stworzonym w pradawnym języku Aborygenów. Doczekał się też szeregu nagród, w tym nagrodę specjalną na festiwalu w Cannes i kilka statuetek na australijskich festiwalach. I wydaje mi się, że całkiem słusznie, bo jest to w mojej opinii film niezwykły. Dla wielu może okazać się to produkcją o niczym, jednak jeśli wpadnie się w nieśpieszny rytm snutej historii i spróbuje przestawić na myślenie podobne do sposobu życia i wierzeń Aborygenów odkryje się prawdziwą filmową perełkę. 
Urzeka klimat całości. Piękne zdjęcia pokazujące rytm życia mieszkańców Australii kontrastują z pociesznie amatorskim (choć nie słabym) aktorstwem. Jakiś czas temu pisałem o nominowanej do zeszłorocznego Oscara Tannie dziejącej się bardziej współcześnie na jednej z wysp Vanuatu i trochę przypominającej tej film. Dziesięć czółen jest jedna według mnie filmem lepszym. Dlatego tym, którzy szukają w filmie czegoś innego niż non stop akcję, pragną spojrzeć inaczej na świat to polecam z czystym sercem ten film.





czwartek, 8 lutego 2018

Odkrywca

Zaginione miasto Z (The Lost City of Z)
USA 2016
reż. James Gray
gatunek: biograficzny, przygodowy
zdjęcia: Darius Khondji
muzyka: Christopher Spelman

Bardzo żałuję, że ten film (jak zresztą wiele dobrych filmów zresztą, co udowadniam na blogu) nie doczekał się polskiej premiery kinowej. Już nie chodzi o tematykę eksploracji dżungli, spotkań z prymitywnymi tubylcami i świetnym do filmowania klimatem początku XX wieku bo rozumiem, że nie wszyscy mają takie same gusta jak i ja. Jednak zarówno całkiem znany reżyser i rozpoznawalni w naszym kraju aktorzy powinni spowodować, że film ten pojawi się choćby w kinach studyjnych. Z niewiadomych przyczyn tak się nie stało.


Początek XX wieku. Percival Fawcett (Charlie Hunnam) dostaje propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia. Ma udać się jako kartograf do środkowoamerykańskiej dżungli, by stworzyć jej wiarygodne mapy, które w niedalekiej przyszłości przysłużą się Imperium Brytyjskiego. W zamian odbuduje prestiż rodziny, która odzyska tym samym honor i należne jej miejsce. Mężczyzna postanawia więc pożegnać się czasowo z żoną (Sienna Miller) i rusza w nieznane. W misji towarzyszy mu niejaki Henry Costin (Robert Pattinson). W trakcie pomiarów Fawcett znajduje pozostałości po nieznanej dawnej cywilizacji. Odszukanie starożytnego miasta staje się jego obsesją...


Wprawdzie jest to film przygodowy, w którym dużą rolę pełni eksploracja dżungli pod kontem odszukania zaginionej cywilizacji jednak zawiedzie się na nim ten, kto podejdzie do niego z oczekiwaniami zobaczenia wartkiej akcji na pograniczu przygód Indiany Jonesa i Lary Croft. Film Graya uderza w całkiem inne struny. Akcja jest tutaj niespieszna, napięcie jeśli już jest budowane to mozolnie, powolnie i z pewną dawką opieszałości (choć są też pewne dynamiczniejsze sceny, choć jest ich tylko kilka). Powolne tempo buduje jednak klimat nieznanej dżungli, a surowość zdjęć i formy zachęca do wtapiania się w historię. Stajemy się niejako niemym towarzyszem bohatera uczciwie zagranego przez  Hunnama. Jego niezłej grze aktorskiej przyzwoicie sekunduje (nie)sławny Pattinson jednak aktor kojarzony z sagi Zmierzch jest tylko przystawką do głównego bohatera, dodatkowo skrytą pod krzaczastą brodą. Może taki był plan twórców, którzy chcieli na pierwszym planie wyraźnie pozostawić duet dżungla-Fawcett. 
Oglądałem ten film siedząc na kanapie w mieszkaniu i naprawdę przykro mi, że nie miałem możliwości zobaczyć go na dużym ekranie. Mimo że jest to produkcja skrajnie nieefektowna ale za to efektywna. Jednak żeby zanurzyć się w przedstawionym świecie potrzeba odizolować się od świata realnego, wyciszyć i wyłapywać dawane przez film bodźce. Ciemna, sterylna sala kinowa jest do tego idealnym miejscem. Niestety ani mi, ani nikomu w Polsce (chyba, że ma prywatne kino) nie będzie to pisane, więc mogę tylko polecić obejrzenie filmu w domowych pieleszach. Myślę, że warto.






czwartek, 25 stycznia 2018

Przygoda w dżungli

Dżungla (Jungle)
Australia, Kolumbia 2017
reż. Greg McLean
gatunek: biograficzny, thriller, przygodowy
zdjęcia: Stefan Duscio
muzyka: Johnny Klimek

Coraz bardziej podoba mi się postpotterowa kariera Daniela Radcliffe'a Wciąż młody aktor próbuje wymknąć się z zaszufladkowania i chętnie wybiera w tym celu ucieczkę w kino niekomercyjne. Choć dla pewnej części szczególnie niedzielnych kinomanów zawsze pozostanie Harrym Potterem. Do ciekawych ról Brytyjczyka po występach w m.in. Człowieku scyzoryku czy Kobiecie w czerni dołącza rola w tym filmie. 


Lata 80. ubiegłego wieku. Grupa znajomych z Izraela podróżuje po Ameryce Południowej. Jeden z nich, Yossi (Daniel Radcliffe) spotyka tam w pewnym momencie tajemniczego Karla (Thomas Kretschmann), który proponuje mu wyprawę w wciąż dziewicze rejony dżungli oraz odwiedzenie nieznanym światu Indian. Yossiemu udaje się namówić przyjaciół (Alex Russell i Joel Jackson) na wyruszenie z Karlem.


Bardzo lubię filmy (oraz książki), które przedstawiają niedostępne lądy, puszcze czy dżungle oraz zamieszkujące je cywilizacje lub prymitywne ludy. Generalnie tego typu filmy są jednym z moich ulubionych motywów w kinie. Dlatego z dużym zadowoleniem przyjąłem wieść, że na ekrany naszych kin zmierza film o takiej tematyce. A co ciekawe jest to film oparty na faktach (choć widz oglądając go może mieć inne zdanie, a jednak to się zdarzyło).
Należy na pewno pochwalić rolę Radcliffe'a i to, co musiał wykonać na potrzeby filmu. Bardzo męcząca i eksploatująca organizm rola. Za podobne ekstremalne zaangażowanie Leonardo DiCaprio w filmie Zjawa dostał m.in. Oscara. Na pewno brytyjski aktor nie doczeka takiego uznania za ten film, jednak warto zaznaczyć, że ta wymagająca rola go nie przerosła.
To co zachwyca w tym filmie to tytułowa dżungla. Wraz z bohaterami wsiąkamy w nią, czujemy tą niezbadaną przez człowieka przestrzeń. Dżungla jednocześnie kusi, cieszy oczy swym widokiem ale też przeraża. Natomiast gdy już zaczyna się survivalowy moment filmu ta pierwotna knieja zaczyna widzów wręcz przytłaczać. Wszystko to zostało natomiast świetnie nakręcone,  a żwawa fabuła nie pozwala się nudzić. Na takie filmy warto chodzić do kina!



niedziela, 17 grudnia 2017

Małpi świat

Planeta małp (Planet of the Apes)
USA 1968
reż. Franklin J. Schaffner
gatunek: sci-fi, przygodowy
zdjęcia: Leon Shamroy
muzyka: Jerry Goldsmith

W ostatnich kilku latach mieliśmy prawdziwy małpi renesans. Kino po raz kolejny wróciło do świata wykreowanego w powieści Pierra Boulle, rebootując tym samym serię i pokazując genezę całości. Sądząc po ocenach (sam widziałem do tej pory tylko Genezę Planety Małp, która była całkiem zachęcająca) pomysł się przyjął, ale myślę, że warto wrócić do korzeni i przypomnieć o pierwszym filmie opowiadającym o świecie inteligentnych małp. 


Przyszłość. Grupa kosmonautów trafia na nieznaną planetę, na której rozbija się ich statek kosmiczny. Załoga, pod dowództwem George'a Taylora (Charlton Heston) zaczyna eksplorować tajemniczy glob. Wkrótce trafiają na agresywnie nastawione inteligentne małpy...


Chociaż dla wielu dziwnie mogą wyglądać niekomputerowe postaci małp i ich ręcznie robione maski i kostiumy to wydaje mi się, że tego typu zabieg przetrwał próbę czasu i wygląd małp do dzisiaj prezentuje się schludnie dla oka, a przy okazji dodaje filmowi szczególny klimat. Generalnie wzorowany na powieści świat inteligentnych (przynajmniej w pewnych aspektach) małp i ich ludzkich, zezwierzęconych niewolników prezentuje się intrygująco i poznawanie go razem z przybyszem z kosmosu (a w zasadzie z Ziemi) przynosi dużo frajdy. Stopniowe wnikanie w małpi rasizm, małpi teokratyczny system rządów czy samą hierarchię społeczną ciekawi i powoduje, że od ekranu ciężko się oderwać. Także sama historia kosmonauty, jego małpiej opiekunki, w którą wcieliła się Kim Hunter oraz głównego adwersarza Doktora Zaiusa (Maurice Evans) jest pochłaniająca i z niecierpliwością wraz z bohaterami odkrywamy wszystkie tajemnice skrywane przez fabułę. Wracając do filmu (przyznam, że oglądałem go dawno temu i dużo rzeczy wyparowało mi z głowy, co zresztą widać po moim opisie Genezy Planety Małp) po latach spodziewałem się, że oglądany w 2017 roku nie będzie miał takiej siły przyciągania. A jednak ku mojej satysfakcji okazało się, że ten klasyczny mariaż kina przygodowego i fantastyki naukowej wciąż ogląda się bardzo dobrze. Naprawdę warto. 




wtorek, 10 października 2017

Na poznanych wodach

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales)
Australia, USA 2017
reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg
gatunek: przygodowy, fantasy 
zdjęcia: Paul Cameron
muzyka: Geoff Zanelli

Pierwsza część disneyowskiego hitu o piratach z Karaibów była niekwestionowanym sukcesem. Wykorzystała do tego zarówno oryginalną awanturniczą opowieść, gdzie film kostiumowy mieszał się z fantasy, do tego postawiła na świetną obsadę aktorską: Johnny Depp, który był wówczas w swej życiowej formie (niestety wykreowana wtedy postać towarzyszy mu do tego czasu niemal w każdej kolejnej produkcji), młody Orlando Bloom świeżo po życiowym sukcesie jako Legolas oraz urocza Keira Knightley i Geoffrey Rush. Wydana kilka lat później kontynuacja nie była już tak dobra, jednak oryginalna piracka trylogia doczekała się niezłego zwieńczenia w 2007. Najlepiej dla wszystkich piratów i ich fanów byłoby, gdyby twórcy na tym poprzestali, niestety żądza pieniądza w tym wypadku zmusiła ich do restartu serii w 2011 roku, już bez kilku głównych postaci ze starszych części. W dziesięć lat później Jack Sparrow powrócił ponownie...


Jack Sparrow (Johnny Depp) tuła się wraz ze swą załogą po Karaibach próbując wyżyć z piratowania. Jednak kolejne próby rozbojów niespecjalnie się układają, co negatywnie wpływa na jego pozycję w grupie. Tymczasem ze swego więzienia w Trójkącie Bermudzkim ucieka pewien upiór - hiszpański kapitan Salazar (Javier Bardem),  który za życia był pogromcą piratów. Teraz chce zemścić się na Sparrowie za to, że ten pokonał go przed laty, a przy okazji dokończyć swego dzieła anihilacji piratów. 


Już po samym krótkim opisie widać, że po raz piąty producenci i scenarzyści korzystają w tej serii z tego samego, mocno wyeksploatowanego pomysłu: upiory kontra piraci. Zmieniają się trochę upiorne mordy i ich właściwości, jednak generalnie kolejny raz widzimy na ekranie to samo. Oglądanie Deppa w poszczególnych częściach Piratów z Karaibów trochę przypomina oglądanie swojej ulubionej gwiazdy porno, która występuje w roli głównej każdego filmu, jednak zmieniają jej się jej partnerzy i konfiguracja scen. Wszystko jednak sprowadza się do jednego i mniej więcej wiemy przed seansem, co nas czeka. Tutaj też nie jesteśmy zaskakiwani przez twórców i w sumie już przed seansem na 95% możemy domyślać się wszystkiego, co zobaczymy. Oklepanie tematu to największy minus tej produkcji, bo świeżości tu tyle, co swego czasu w wędlinach z Constaru. 
Gdyby jednak cztery pierwsze części nigdy nie powstały i teraz patrzylibyśmy na oryginalny produkt to naprawdę można byłoby się zachwycić. Film jest dobrze nakręcony, posiada solidne i ładnie wyglądające efekty specjalne, lokacje są klimatyczne, a postaci całkiem dobrze napisane. Przede wszystkim całość jest wypełniona non stop akcją, ciągle coś się dzieje, a na nudę po prostu nie ma miejsca. Ciekawostką jest też fakt, że w dość pokraczny sposób, ale jednak domyka się historia znana z oryginalnej trylogii, a dzieje się to za sprawą m.in. nowych postaci, w które wcielają się Brenton Thwaites i Kaya Scodelario (znana z roli Effy w serialu Skins). Powraca także Geoffrey Rush jako Barbossa, który dla wielu jest najciekawszą postacią uniwersum. 
Całościowo nie jest więc źle, jednak biorąc pod uwagę odtwórczość filmu nie można być w pełni zadowolonym. Fani serii powinni się cieszyć, dla reszty (zaznajomionych już z tematem) będzie to pewien zawód. 

 

niedziela, 19 marca 2017

Wałkowanie Hollywood

Kong: Wyspa Czaszki (Kong: Skull Island)
USA, Wietnam 2017
reż. Jordan Vogt-Roberts
gatunek: przygodowy, fantasy
zdjęcia: Larry Fong
muzyka: Henry Jackman

I oto, chociaż jeszcze marzec i nawet nie dotarła do naszego kraju kalendarzowa (ani pogodowa) wiosna kino uraczyło nas pierwszym filmem z gatunku letnich blockbusterów. Hollywood mackami studia Warner Bros postanowiło ożywić ponownie historię King Konga, który po raz pierwszy na ekranach zawitał w 1933, by później wielokrotnie jeszcze zaznaczać swoją obecność w kolejnych filmach. Jak widać, wciąż jednak jeszcze nie przerośnięty potwór może być okazją do wyciśnięcia z widzów kolejnych milionów dolarów.


Lata 70. ubiegłego wieku. Kończy się wojna wietnamska,a gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej radary odkrywają ostatnie niezbadane przez ludzkość terytorium na Ziemi - Wyspę Czaszki. Bill Randa (John Goodman) uzyskuje możliwość wybrania się na wyspę, by ją zbadać. Towarzyszyć mu będą m. in. wojskowy Preston Packard (Samuel L. Jackson), traper James Conrad (Tom Hiddleston) i fotografka Mason Weaver (Brie Larson). Niespodziewanie na wyspie zostają przez goryla o wielkich rozmiarach. Wkrótce trafiają też na uwięzionego na wyspie od II Wojny Światowej Hanka Marlowa (John C. Reilly)...


Przed seansem tego typu produkcji z grubsza zawsze wiadomo, czego się spodziewać podczas oglądania. I tym razem obraz Vogta-Robertsa nie zaskakuje niczym i jest po prostu tym, czym ma być. Jest to kolejny przykład tego, że Hollywood dawno zjadło własny ogon - kolejny raz tamtejsi decydenci podążają drogą typu zjeść -> przetrawić -> wydalić -> zjeść ponownie. Szkoda, że w walce o widza rezygnuje się z tworzenia nowych historii, opowiadanych inaczej, kształtujących nowe trendy,a  wszystko opiera się na niemal świętej trójcy - PG13, green screen, znani i lubiani (super)bohaterowie. Niedzielni i niewymagający widzowie uderzą do sal kinowych, jednak wszystko to cofa kinematografię, zamiast ją rozwijać. 
O samym filmie ciężko napisać jakieś odkrywcze rzeczy - praktycznie wszystko to już widzieliśmy, teraz tylko dostajemy klimat lat 70., trochę zaczerpnięcia z Czasu apokalipsy, złożenie soundtracku z ówczesnej muzyki (fajnej, zapewne wydanie kompilacji na CD doda kolejny strumień dolarów dla twórców) i przeniesienie całości w 3D (które jest jakościowo nierówne, są skoki od naprawdę dobrze wyglądających scen do sztucznych i nieciekawych wizualnie). Mamy galerię postaci, które są jak na blockbuster przystało zarówno śmieszne, jak i bohaterskie, w zależności od swej roli. Show wszystkim znanym nazwiskom skradł tutaj wcielający się w rolę Marlowa Reilly - każda jego scena to mocny punkt filmu. Sam King Kong nie pojawia się zbyt często na ekranie, a gdy już jest prezentuje się nieźle. Dowiadujemy się też, że jego postać wciąż jeszcze rośnie. A na horyzoncie czeka już film Kong vs Godzilla. Nie mogę się już doczekać...





sobota, 31 grudnia 2016

Przebudzeni

Pasażerowie (Passengers)
USA 2016
reż. Morten Tyldum
gatunek: sci-fi, przygodowy

W ostatnich kilku latach w Hollywood powstało kilka ambitnych (lub przynajmniej próbujących takimi być) filmów o tematyce około kosmicznej.  Mieliśmy więc Grawitację, Marsjanina czy Interstellar. Tym razem zaś otrzymujemy kolejną produkcję w międzygwiezdnym anturażu, lecz przeznaczoną typowo do segmentu rozrywkowego. 


Pojazd kosmiczny Avalon wiezie kilka tysięcy poddanych hibernacji Ziemian na odległą o 120 lat podróży planetę, którą mają zasiedlić. Na skutek awarii jeden z pasażerów, Jim (Chris Pratt) budzi się dopiero po 30 latach od wylotu. Nie mogąc ponownie zapaść w sen tuła się po pustym statku, gdzie jedynym towarzyszem jest barman - android Arthur (Michael Sheen). Jim postanawia obudzić jedną z podróżujących, Aurorę (Jennifer Lawrence)...


Po obejrzeniu zwiastuna (który jak większość ostatnio powstających zdradza stanowczo za dużo) postanowiłem udać się na ten film do kina. Zapowiadała się całkiem przyjemna rozrywka z fajnymi, dającymi się lubić aktorami, jakimi niewątpliwie są Pratt i Lawrence (fajny to dla nich dobre określenie, gdyż specjalnie dobrymi bym jednak ich nie nazwał). Do tego kolejny hollywoodzki film europejskiego reżysera, którego cenię za ekranizację Łowców głów jeszcze z norweskich czasów. I pierwsza część filmu,gdzie Jim przemierza statek desperacko próbując stawić czoła samotności jest naprawdę niezła (nie oczekiwałem fajerwerków, ale początek był jak najbardziej solidny). Niestety od czasu, gdy bohater zauważył śpiącą w kapsule Aurorę następuje zwrot o dobre 180 stopni i zamiast pociesznego pseudo sci-fi mamy połączenie melodramatu z komedią romantyczną. Od tego czasu co chwilę zerkałem na zegarek. Do tego trzecia część filmu przybiera barwy filmu katastroficznego noszącego też wciąż sznyt melodramatyczny. Niestety wszystko to zostało wykonane w sposób bardzo,ale to bardzo mdły, drętwy i dość nudny. 
Nie oczekiwałem od tego filmu uwypuklania problemów, jakie niosą podróże w kosmosie, czy jakichś większych rozważań na temat cywilizacji, ale nie lubię, gdy w filmach, które chcą się nazywać naukowymi wciąż robi się z widza głupka. Niestety opisywany film nie jest science fiction, a co najwyżej stupid fiction. Jedyne co naprawdę dobrze wychodzi, to trójka głównych aktorów, chociaż show kradnie drugoplanowa rola Sheena, który jest doskonały w roli robota. Pratt i Lawrence pasują do siebie w filmie, bije od nich pewna chemia, co jest na plus, jednak zauważyłem, że zostali tutaj wrzuceni tylko po to, by pokazywać swoje wyrobione sylwetki. Okej, jednak mam do tego zastrzeżenie - jeśli autorzy zmusili nas do oglądania nagiego dupska Pratta, mogliby zasadą parytetu postąpić to samo z Lawrence. Ja osobiście jestem zawiedziony, jednak myślę, że jako film do szybkiego obejrzenia i równie szybkiego zapomnienia części osób może przypaść do gustu.




czwartek, 8 grudnia 2016

Pożegnanie z Hogwartem

Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część 1 i 2 (Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 1 and 2)
USA, Wielka Brytania 2010/2011
reż. David Yates
gatunek: przygodowy, fantasy 

Miałem to szczęście, że moje dzieciństwo przypadało na erę wielkiego boomu na Harry'ego Pottera w naszym kraju, a same książki wychodziły rok po roku, więc czytając miałem zawsze tyle lat, co główni bohaterowie. Tak samo, gdy zaczęły powstawać filmy wciąż byłem w wieku bohaterów, dzięki czemu mogłem najpełniej przeżywać akcję. Chociaż daleko mi do nazwania się kiedykolwiek potteromaniakim (lub jakimkolwiek maniakiem) to sentyment do serii pozostał, mimo że ostatniej części już ani nie przeczytałem, ani nie obejrzałem. To drugie niedopatrzenie postanowiłem właśnie nadrobić.


Po śmierci Dumbledore'a Voldemort (Ralph Fiennes) przejmuje władzę nad magicznym światem. Tymczasem ścigany przez swego wroga Harry Potter (Daniel Radcliffe) wraz z przyjaciółmi Ronem (Rupert Grint) i Hermioną (Emma Watson) szukają horkrusów, dzięki których zniszczeniom będzie możliwe pokonanie Voldemorta. 


Obejrzałem oba filmy (część pierwszą i drugą) jednak postanowiłem nie rozdzielać ich na dwie notki i opisać w kilku zdaniach to co widziałem w jednym poście. W sumie jest to podzielenie jednej książki, może dla mnie trochę niezrozumiałe i tyle. W rankingu umieszczę filmy osobno, na potrzeby teksty wystarczy tylko jeden.
Sam pozostaję największym fanem pierwszych trzech/czterech książek o Potterze, jak i ich adaptacji filmowych. Uważam, że najwięcej magii zarówno literackiej, jak filmowej było zawartych w tych częściach i to właśnie początkowe, baśniowe części stanowią o sukcesie całej serii, która z części na część szła według mnie w zbyt hmm mrocznym kierunku rezygnując z tego, co miała najlepsze - magii, magicznej szkoły i jej sekretów na rzecz sztampowego pojedynku dobra ze złem w wydaniu dla nastolatków.
Także ostatnia część przez brak magicznej nauki w równie magicznej szkole i zamienienie się w istne przeciwieństwo pierwszych części jest dla mnie rozczarowaniem. Chociaż przez te prawie pięć godzin nie zabraknie tutaj efektownych pojedynków na różdżki,przeróżnych efektów świetlnych przez to wywoływanych, przejażdżek na miotłach czy używania magicznych przedmiotów to całościowo nie czuć tu wcale magii, która niknie pod wpływem swojej częstotliwości sprowadzając się do kolorowych efektów...Niestety czuć w tym przesyt. 
Także film (czy też książka jeśli bym przeczytał) dla nastolatków obejrzany po latach, gdy jest się już w latach oddalony od targetu wiekowego produktu nie daje tyle satysfakcji, co kiedyś. Wiele rzeczy wydaje się nielogiczne, dodane na siłę, czy wręcz bezsensowne. Ale takie już prawidła opowieści dla młodszych widzów/czytelników. 
Niestety też jakoś nie mogłem się przekonać do bohaterów, których wcześniej uwielbiałem. Zarówno Harry, jak i jego przyjaciele są mdli i po prostu nudni. Postać Voldemorta nie jest już tak straszna jak kiedyś, a mnie najbardziej irytowało tak mało czasu poświęconego świetnie sportretowanemu przez Alana Rickmana Snape'owi. 
Gdybym oglądał ten film mając 16-17 lat na pewno uważałbym go za bardzo dobry, teraz jednak co najwyżej mogę powiedzieć, że jest średni z kilkoma niezłymi scenami. Niestety dla Pottera, a na szczęście dla innych filmów z wiekiem gust filmowy też podlega zmianie. Osobiście wieńczącą część uznaję nieznacznie lepszą niż pierwszy film z 2010 roku.


Pożegnanie ze Śródziemiem

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (The Hobbit: The Battle of the Five Armies)
USA, Nowa Zelandia 2014
reż. Peter Jackson
gatunek: fantasy, przygodowy

Kiedy Peter Jackson zekranizował trylogię Władcy Pierścieni świat ogarnął wielki szał na Tolkiena, zarówno w jego książkowym, jak i filmowym wydaniu. Wreszcie powstało kompletne kinowe widowisko fantasy, wzorowane na prekursorskiej książce. Co ważne nareszcie efekty specjalne były w stanie oddać nam w pełni bogaty fantastyczny świat. Dlatego ludzie zakochali się w Śródziemiu, i zakochałem się i ja, oglądałem filmową trylogię wiele razy. Dlatego, gdy usłyszałem, że Jackson przymierza się do ekranizacji wcześniejszego Hobbita byłem zachwycony. Potem niestety przyszło do obejrzenia pierwszej części, i entuzjazm opadł...


Siejący spustoszenie smok Smaug zostaje pokonany przez Barda (Luke Evans), a krasnoludy pod wodzą Throina (Richard Armitage) zajmują górę. Bogactwa tam znalezione wpływają negatywnie na przywódcę krasnoludów, który zamyka się w ufortyfikowanej twierdzy. Jednak ludzie i elfy też chcą część pozostałej po smoku fortuny. Co gorsza, do miejsca konfliktu zbliża się też armia orków...


Pierwszym, i być może największym błędem producentów było to, że niczym Smaug owładnięci rządzą pieniądza zdecydowali się zrobić z krótkiej dwustu stronicowej książki dla dzieci trzy filmy, które razem trwają koło siedmiu godzin. Zamiast skondensowanej historii, którą można opowiedzieć w sprawny sposób w trochę ponad dwie godziny dostajemy trzy wleczące się, sztucznie wydłużone opowieści będące wariacją połączenia adaptowanej książki, kilku innych opowieści zaczerpniętych z Tolkiena i nadpisanie całości postaciami znanymi z Władcy Pierścieni (jak na przykład Orlando Bloom powracający jako Legolas). Dopisane zostały też przygody Gandalfa, który w książce po prostu znikał, tutaj zaś musimy oglądać poczynania postaci, w którą wciela się Ian McKellen. W tej mnogości wątków i postaci ucieka gdzieś wątek tytułowego hobbita Bilba Bagginsa, granego przez Martina Freemana. W trzeciej części jest już on tylko tłem do tej papki wszystkiego. 
Niestety oprócz kulejącej fabuły niedomagają też efekty specjalne. Nie wiem czemu, ale te z Władcy Pierścieni stały moim zdaniem na wiele lepszym poziomie. Tutaj mamy zaś jakiś marny erzac i tyle. Naprawdę chciałem przenieść się jeszcze raz do pięknego, magicznego świata Śródziemia, sądząc, że lżejszy tematycznie Hobbit pozwoli przeżyć kolejną niezapomnianą przygodę. Niestety tak się nie stało. Zaczęło się średnio, a każda kolejna część przygód krasnoludów i Bilba była już tylko gorsza. Szkoda.





czwartek, 24 listopada 2016

Buszmeni

Hunt for the Wilderpeople
Nowa Zelandia 2016
reż. Taika Waititi
gatunek: przygodowy 


Kino nowozelandzkie pod postacią filmu Co robimy w ukryciu, w którym to zaangażowany jako aktor, jak i reżyser był zamieszany reżyser opisywanego właśnie filmu, czyli Taika Waititi. Licząc na kolejny oryginalny film z tego dalekiego kraju z chęcią włączyłem Hunt for the Wilderpeople. 


Nastoletni Ricky (Julian Dennison) trafia do rodziny zastępczej. Zostaje entuzjastycznie przyjęty przez Bellę (Rima Te Wiata), jednak nie znajduje uznania u jej męża, Hectora (Sam Neill). Gdy kobieta nagle umiera Ricky ma zostać zabrany przez pracownicę urzędu socjalnego, Paulę (Rachel House) do poprawczaka. Chłopak postanawia uciec do buszu...


Chociaż film ten czerpie garściami z inicjacyjnych opowieści, w których następuje zderzenie dwóch sprzecznych charakterów, które w czasie wzajemnego poznawania będą się do siebie zbliżać jest też produkcją na swój sposób oryginalną, a przez to ciekawą. Jednak specyficzne kino Nowej Zelandii i równie specyficzne poczucie humoru Waititiego odciska tutaj swoje piętno w sposób pozytywny. 
Film ten jest oprócz samej historii o życiu w buszu dwóch ludzi i pogoni na nich nieporadnych służb jest też zachętą do poznania Nowej Zelandii. Widzimy tutaj przekrój wielu ciekawych miejsc tego kraju, od pagórków zbliżonych do Shire (które też powstało przecież w tej okolicy), przez nieprzebyte lasy, góry i majestatyczne jeziora. W epoce betonu i globalizacji cudownie jest ujrzeć piękną, nieskalaną niczym przyrodę. 
Sama historia, choć czasem naprawdę błyskotliwa i wciągająca jest moim zdaniem zbyt groteskowa i banalna. Nawet jak na lekki film, jakim w istocie ma być ta produkcja zachowanie ludzi goniących bohaterów jest zbyt głupie i często razi. 
Myślę jednak, że obejrzenie tego filmu to bardzo dobry wybór na leniwy wieczór. Dostajemy optymistyczną, raczej bezstresową historię, która będzie cieszyć starszych i młodszych. Oczywiście nastolatki powinny ucieszyć się bardziej, jednak są tu momenty (przeważnie słowne) zrozumiałe bardziej dla starszych widzów. Jest nieźle. 




poniedziałek, 31 października 2016

Z miłości do złota

Ukryta forteca (Kakushi toride no san akunin)
Japonia 1958
reż. Akira Kurosawa
gatunek: przygodowy

Dla niektórych, gdy zobaczą datę powstania tego filmu może być to kolejny nieinteresujący stary ramol opisywany na blogu (w dodatku z Japonii). Jednak może część osób zmieni zdanie i zachęci do obejrzenia filmu fakt, że ta produkcja Kurosawy w pewnym stopniu wpłynęła na powstanie sagi Gwiezdnych wojen. W jaki sposób? O tym przeczytacie poniżej. 


Dwaj wieśniacy, Tahei (Minoru Chiaki) i Matakishi (Kamatari Fujiwara) przemierzają zniszczoną wojną domową średniowieczną Japonię. W pewnym momencie natrafiają na księżniczkę przegranego klanu, Yuki (Misa Uehara) i eskortującego ją generała Makabe (Toshirô Mifune). Pomagają mu odnaleźć przechowywane nieopodal niedostępnej fortecy złoto należące do klanu, a później ruszają razem przez terytorium wroga do granicy przyjaznego państwa...


Film ten, w Polsce znany również pod tytułem Trzej niegodziwcy w ukrytej twierdzy jest z jednym z mniej poważnych dzieł Kurosawy, który zasłynął przecież z dramatów historycznych, filmów psychologicznych czy cięższego gatunkowo dramatu samurajskiego. By móc jednak realizować swoje artystyczne dzieła musiał też tworzyć lżejsze, bardziej komercyjne produkcje, w tym właśnie tę. Był to też pierwszy film reżysera nakręcony w formacie obrazu 16:9. Choć pewne sceny filmu się zestarzały (jak na przykład momenty walk mieczem), a technika i sposób kręcenia obrazu poszedł przez te niemal 60 lat mocno do przodu, to fakt, iż Kurosawa był filmowym wizjonerem wpływa na lepsze starzenie się jego produkcji. Śmiało można powiedzieć, że Japończyk wyprzedził swą filmową epokę o dobrą dekadę, dzięki czemu film ten technicznie w swym czasie był dziełem pionierskim. 
Siłą produkcji nie jest może historia, która jest przeciętna, a jak na tego twórce to wręcz słaba, czy wówczas efektowny, a dzisiaj raczej nie wyróżniający się sposób montażu jest gra aktorska i sposób wykreowania postaci. Dwóch bufonowatych, mało rozgarniętych wieśniaków łasych na pieniądze to może dzisiaj już mało oryginalny temat, jednak wówczas coś nowego. To, jak zostali sportretowani to także klasa sama w sobie - takich dwóch zgryźliwych tetryków ze świecą szukać. Sekundują im świetny jak zawsze Mifune i urocza Uehara. Także do dzisiaj może podobać się muzyka, jaka powstała na potrzeby filmu.
Wracając do początkowego zagadnienia związanego z Gwiezdnymi wojnami to ich twórca, George Lucas nadał tworząc Nową nadzieję licznym postaciom nadał cechy podobne do bohaterów opisywanego filmu - R2-D2 i C3PO to przeniesieni w realia gwiezdnej sagi wieśniacy, Obi - Wan Kenobi to osoba o charakterze Makabe (Lucas chciał nawet, by w Gwiezdnych wojnach w rolę Obi - Wana wcielił się Mifune, ten jednak propozycji nie przyjął), księżniczka Yuki zaś to jak łatwo się domyślić Leia. Także sposób montażu i ścieżka muzyczna zostały zaczerpnięte z filmu Kurosawy.
Oczywiście dzisiaj zaliczyłbym ten film do produkcji, które powinny trafić raczej do koneserów kina niż do szerszej publiczności. Nie jest to także moim zdaniem jeden z topowych filmów Kurosawy. Jednak jeśli chce się poszerzyć horyzonty filmowe ten film jest jak najbardziej wart polecenia.





czwartek, 27 października 2016

Chińskie opowieści

Wojna imperiów (Tian Jiang Xiong Shi)
Chiny 2015
reż. Daniel Lee
gatunek: przygodowy (?)


Myślicie, że na świecie kinowe weekendy otwarcia należą zawsze do filmów z Hollywood? Może kiedyś tak było, jednak obecnie trendy są takie, że zdarza się to raczej sporadycznie? Pytanie, jakie filmy w takim razie konkurują z tymi z USA? Nie są to filmy bollywoodzkie, tym bardziej nie nollywoodzkie (produkowane w Nigerii), nawet nie rosyjskie dramaty egzystencjalne ani nie polskie komedie romantyczne. Więc co? Najczęściej kinowy prym wiodą chińskie blockbustery, z których tegoroczny lider zarobił w samych Chinach ponad pół miliarda dolarów. Opisywany właśnie film w zeszłym roku na chińskim rynku w pierwszy weekend zyskał około pół miliarda złotych, co dało mu 15 miejsce na tamtejszym rynku w 2005 roku. Sumy szalone, ale jak jest w takim razie z jakością?


Bliżej nieokreślona czasowo starożytność. Hou An (Jackie Chan) jest pokojowo nastawionym strażnikiem Jedwabnego Szlaku. Zostaje on ze swym oddziałem karnie zesłany na budowę miasta na pograniczu szlaku. Pewnego dnia w miejsce budowy dociera...rzymski legion pod dowództwem Lucjusza (John Cusack). Wkrótce Azjata i Rzymianin będą musieli stawić czoło wspólnemu wrogowi, niewdzięcznemu i zdradzieckiemu Tyberiuszowi (Adrien Brody).


Ten film jest tak bardzo zły, że nawet nie wiem od czego zacząć punktowanie go. Naprawdę nie spodziewałem się filmu na miarę najlepszych dzieł Ridleya Scotta, jednak po filmie za 65 milionów dolarów, którym do chińskich gwiazd dołączają zdobywca Oscara i kilku innych dość znanych 'zachodnich' nazwisk oczekiwałem jakiejś tam choć śladowej przyzwoitości. Nic z tego.
Już abstrahując od głupawej fabuły z przybyciem kilku legionów rzymskich do centrum Państwa Środka (badania dowodzą, że Rzymianie faktycznie mogli dostać się i nawet osiedlić w tamtych rejonach, jednak okoliczności tego były całkiem inne, dla zainteresowanych polecam niesponsorowany artykuł do przeczytania w tym miejscu). Rzymianie w filmie po dotarciu po wielu dniach podróży przez pustynie w katastrofalnych warunkach są ogoleni, pełni sił (choć zdarza im się mdleć z głodu), starannie umyci i o nienagannie czystych szatach. W dzień po dotarciu do budowanego właśnie miasta wznoszą w kilka dni wszystkie niezbędne do zakończenia budowy budowle, nie zdejmując przy tym zbroi. Nawet, gdy później siedzą w więzieniu robią to w pełnym uzbrojeniu. Wyposażeni w broń kłującą zadają nią sieczne obrażenia...takich dziwacznych rzeczy jest wiele więcej. Postaci rzymskie mówią w języku angielskim zapewne grającym tutaj łacinę. Językiem tym oczywiście bez trudu porozumiewa się sam bohater grany przez Jackiego Chana...Przymykając oczy na brak trudności w porozumiewaniu się warto zaznaczyć, że bohaterowie nie mówią normalnie. Oni zawsze wypowiadają górnolotne frazesy właściwe dla ostatnich przed śmiercią zdań największych filozofów. Pompatyczność dialogów i monologów poraża, aż mdli od słuchania bądź czytania napisów. W sferze aktorskiej mamy też porażkę. O ile może Jacki Chan wywiązał się ze swojego zadania, a Cusack wypada w kratkę przeplatając lepsze sceny z gorszymi to rola Brody'ego woła o pomstę do nieba. Zmanierowany, zniesmaczony, wykrzywiony w grymasie czy też wiecznym zdziwieniu - nie da się na to patrzeć. Wydaje się, że w każdej scenie cierpi musząc grać w tym filmie, a wielka gaża jaką musiał zgarnąć wcale nie zdaje mu się tego rekompensować. Lubię tego aktora, jednak to co tutaj zaprezentował to istny majstersztyk złego aktorstwa. Do tego wszystkiego dodać należy też fatalny montaż i ogólny sposób przedstawienia. Liczne spowolnienia, tak zwana epicka muzyka i rwące kadry - technicznie klapa. Minusów jest wiele, wiele więcej jednak myślę, że dość wymieniłem, by przestrzec przed oglądaniem tego dzieła. No chyba, że jest się Chińczykiem - im ewidentnie się spodobało. Ewentualnie hardcorowi fani Bollywood też znajdą może tu coś dla siebie.







wtorek, 4 października 2016

Martwy przyjaciel

Swiss Army Man 
USA 2016
reż. Dan Kwan, Daniel Scheinert
gatunek: przygodowy, dramat, komedia 


Dla wielu aktorów rola życia oprócz bycia ogromnym sukcesem staje się wręcz przekleństwem. Zostają oni przez wielu odbiorców zaszufladkowani do odgrywania określonej postaci w określonym stylu i epoce. Przykładem tego typu aktora może być w ostatnich latach Johnny Depp, którego większość ról to powielanie postaci kapitana Sparrowa. Także legendarny Louis de Funes mimo ogromu komediowych ról w pamięci widza zapisał się jako mało rozgarnięty żandarm. Żeby daleko nie szukać dobrym tego przykładem w naszym kraju jest Andrzej Grabowski, który choć wystąpił w ostatnich latach w wielu różnorodnych produkcjach dla większości na zawsze pozostanie Ferdkiem Kiepskim. Aktorzy często by odciąć się od roli, z którą są kojarzeni postanawiają wcielić się w całkowite jej przeciwieństwo. Pamiętny ksiądz z Plebanii, czyli Włodzimierz Matuszczyk niedawno wcielił się w kryminalistę odsiadującego wyrok w filmie Git, Elijah Wood, by odciąć się od Froda zagrał w filmie z samą Sashą Grey (choć nie jest to taki film, jak myślicie). Harry Potter, czyli Daniel Radcliffe zdecydował się wcielić w rolę...zwłok. 


Hank (Paul Dano) przebywa na odludziu z dala od cywilizacji. Wycieńczony i zdemotywowany brakiem perspektyw na ratunek postanawia z sobą skończyć. Jednak wieszając się zauważa na plaży człowieka wyrzuconego na ląd. Pełen nadziei rusza w jego stronę, jednak szybko ku jego rozpaczy okazuje się, że morze wyrzuciło trupa. Pod wpływem halucynacji załamany Hank rozpoczyna jednak konwersację z nieboszczykiem, którego nazywa Manny (Daniel Radcliffe). Rozgadane zwłoki dzięki swym zdolnością dają mu nadzieję powrotu do domu.


Cóż, jest to film ze wszech miar specyficzny, co chyba można łatwo przewidzieć już po samym opisie, jak i trochę przydługim wstępie, który może tłumaczyć udział Radcliffe'a w tej produkcji. Ja w każdym razie jeszcze czegoś takiego nie widziałem, a widziałem masę dziwacznych filmów. Dziwność tego filmu nie jest jednak jego minusem. A na pewno nie powinien być minusem dla sporej części kinomaniaków. Dużo ludzi już jednak po samym krótkim opisie lub obejrzeniu zwiastuna odwróci plecami od ekranu uznając, że to film nie dla nich. Mnie jednak to dziwaczna, kontrowersyjna fabuła nie raziła i patrzyłem na wydarzenia zawarte w filmie, choć z czasem pewnym zażenowaniem to jednak także z towarzyszącym mi uśmiechem. Szczególnie, gdy Hank korzystał z supermocny Manny'ego można było zadać sobie pytanie Co tu się do cholery dzieje? jednak akceptując przewrotną konwencję filmu wypada w tych scenach porzucić rozsądek i skupić się na obserwowaniu przygód bohaterów. Jednak fenomenalne jest tu to, że oprócz surrealistycznych halucynogennych przygód Hanka mamy tutaj wiele bardzo serio toczonych rozmów, gdzie Hank uczy Manny'ego życia, a ten swymi pytaniami i ripostami zgrabnie kwituje problemy ludzi. Naprawdę rozmowy bohaterów często są nie tylko zabawne, ale i wartościowe - za to plus dla autorów. Także świetnie radzi sobie obsada - Paul Dano daje radę jako trochę sfiksowany samotnik, epizodycznie występująca lecz ważna dla fabuły Mary Elizabeth Winstead wnosi dawkę uroku, jednak film jest popisem Daniela Radcliffe'a. To chyba najlepsza gra zwłok, jaką widziałem w kinie. On nie gra martwego - on jest martwy. By za chwilę za sprawą spaczonej wyobraźni Hanka ożyć i być mniej sztywnym niż wcześniej. Naprawdę wielkie ukłony dla aktora za tę kreację. Na pewno zostanie z niej zapamiętany przez tych, którzy zdecydują się obejrzeć tę produkcję. Ja mimo wszystko polecam - choć trzeba podejść do filmu z odpowiednim dystansem. 





niedziela, 11 września 2016

Eastern

Zatoichi 
Japonia 2003
reż. Takeshi Kitano 
gatunek: dramat, przygodowy

Postać Zatoichiego choć w naszym kręgu kulturowym praktycznie nieznana jest w rodzimej Japonii kultowa. Ten niewidomy masażysta i hazardzista, a przy okazji mistrz miecza doczekał się w latach 1962 - 1989 serii 26 filmów o swoich przygodach oraz stu odcinkowego serialu. Niekiedy porównuje się go z jedną z największych ikon współczesnej popkultury, Jamesem Bondem. Bonda jednak grała masa postaci,a oryginalnego Zatoichiego tylko jedna. Aż przyszedł Takeshi Kitano i nakręcił swoją wersję, w której obsadził się też w głównej roli.


Tytułowy masażysta i hazardzista Zatoichi (Kitano) wędruje od osady do osady zarabiając na życie masażem i graniem w kości. Pewnego razu trafia do miasteczka, które jest opanowane przez zwalczające się gangi. Tymczasem do miejscowości przybywają dwie gejsze (m.in. Yuuko Daike), zaś utalentowany ronin Hattori (Tadanobu Asano) zaciąga się do pracy w obstawie jednego z gangsterów.



Japońskie filmy samurajskie mimo wielkiej odległości zarówno geograficznej, jak i kulturowej mają wiele wspólnego z największym (wraz z kinem noir) wkładem amerykańskim w filmografię, czyli westernem. Schemat klasycznego filmu samurajskiego jest niemal identyczny ze schematem klasycznych westernów. Dla potwierdzenia użyję przykładu kultowego filmu Akiry Kurosawy 7 samurajów (do którego od jakiegoś czasu się przymierzam, jednak te trzy i pół godziny seansu trochę mnie przeraża) i jego amerykańskiej wersji w stylu westernu Siedmiu wspaniałych, czyli późniejszego o sześć lat westernowego remake'u Johna Sturges'a. Film Kitano jest także archetypowo westernowy, mamy tutaj samotnego przybysza, który trafia do trapionej bandytami osady i będzie musiał wziąć sprawy w swoje ręce, by przywrócić spokój.
Film ten ma naprawdę dużo plusów, od bardzo dobrze skomponowanej muzyki, przez skrupulatnie wykonaną scenografię i charakteryzację czy naprawdę niezłe przedstawienie japońskiej wioski z okresu Edo (od prac w polu przez przesiadywanie w knajpie czy ówczesnym salonie gier). Niestety był też według mnie dużo mankamentów, które rzucały mi się w oczy zaniżając tym samym ocenę. Głównym z nich jest sama postać Zatoichiego. Już pomijając fakt, że jest on niewidomą odmianą Supermena, który poradzi sobie na raz z 20 uzbrojonymi i wyćwiczonymi przeciwnikami, którzy czasem atakują znienacka, ale też nic sobie nie robi z ataków na niego z broni palnej. Bohater jest po prosty niezniszczalny. I mogę to jakoś z bólem zrozumieć, bo taka konwencja i James Bond, Rambo czy nawet Janosik też byli tego typu kozakami ale problem leży zupełnie gdzie indziej. Postać głównego bohatera jest taka jakaś...nijaka. Naprawdę nie przekonałem się do niego w żadnej scenie, w jakiej pojawił się na ekranie. Na szczęście Zatoichi pojawiał się w sumie dość rzadko jak na postać tytułową. Druga sprawa, która nie przypadła mi do gustu to sceny walki. Naprawdę widziałem kilkanaście filmów, gdzie przedstawiono to lepiej. Już nawet nie wspominam o Kill Bill ale choćby 13 zabójców, a mowa tu o filmie, który aspirował przecież niżej. Także zawiódł mnie pojedynek bohatera z Hattorim. Oczekiwany przecież od samego początku, od czasu kiedy wprowadzono obie postaci. Wiadomo było, że obaj spotkają się na udeptanej ziemi. I przychodzi czas, kiedy stają przeciwko sobie i...i nic. Zamiast zapadającego w pamięć pojedynku mamy jego bardzo żałosny substytut, Szkoda. Także końcowe sceny tańca (murzyńskiego na dodatek) przywoływały raczej kiczowate Bollywood niż wyważone kino samurajskie. Generalnie więc zawód, a szkoda, bo film miał predyspozycje do bycia czymś więcej.




wtorek, 12 lipca 2016

Wesołe jest życie staruszka

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął (Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann)
Szwecja 2013
reż. Felix Herngren
gatunek: czarna komedia, przygodowy

Tego typu filmów brakuje mi we współczesnym kinie. Lekki, zabawny, zwariowany i pełen groteskowych sytuacji, gdzie stężenie absurdu na metr kwadratowy wykracza przewidziane normy. Film powstały na podstawie książki popularnego skandynawskiego pisarza Jonasa Jonassona ogląda się naprawdę o wiele lepiej niż czyta jego oryginalną nazwę.


W dniu swoich setnych urodzin Allan Karlsson (Robert Gustafsson) ucieka przez okno domu starości i udaje się na dworzec autobusowy. Tam otrzymuje od gangstera do popilnowania walizkę, z którą jednak wsiada do autobusu jadącego na pustkowie. Tam w jedynym domu zamieszkałym przez Juliusa (Iwar Wiklander) okazuje się, że walizka wypełniona jest pieniędzmi. Swoją gotówkę chce odebrać gang motocyklowy pod dowództwem Szczupak (Jens Hultén). Uciekinierom zaczynają pomagać Benny (David Wiberg) i Gunilla (Mia Skäringer).


Myślę, że to jeden z tych filmów, które każdy powinien chociaż raz zobaczyć. Jest to jedna z niewielu produkcji, do których wróciłem chętnie po raz kolejny. Oprócz naprawdę dobrej, nieprzewidywalnej oraz kompletnie absurdalnej fabuły przez bardzo przyzwoite aktorstwo po niesamowitą charakteryzację, która doczekała się nominacji do Oscara lecz dopiero kilka lat po premierze światowej. Akcja filmu toczy się co ważne dwutorowo, oprócz właściwej intrygi kryminalnej mamy też sceny z przeszłości, w czasie których oglądamy historię całego życia tytułowego stulatka. Ciężko tutaj jest napisać jakiś minus tej produkcji, gdyż oglądając to można zanurzyć się zupełnie w oglądaną na ekranie historię nie zwracając na nic uwagi. Patrząc na same tytuły innych książek Jonassona muszę stwierdzić, że ich fabuły może być tak samo zwariowane, jak opisywany właśnie film. Trzymam więc kciuku za ekranizację kolejnych książek tego autora. A do tego filmu, będącego szwedzką odpowiedzią na Forresta Gumpa zachęcam bez zbędnych słów. 







wtorek, 17 maja 2016

Miłosna klątwa

Wyszłam za mąż, zaraz wracam (Un Plan parfait)
Francja 2012
reż. Pascal Chaumeil
gatunek: przygodowy, komedia romantyczna

Najkrócej mówiąc nie jestem zbyt wielkim fanem gatunku filmowego jakim jest komedia romantyczna. Schematyczność, banał, wylewająca się z każdą sceną głupota - zdecydowanej większości tego typu produkcji można przypisać te cechy. Tym razem jednak zdecydowałem się obejrzeć nie polską czy amerykańską komedię romantyczną, a film z Francji. Czy tam robią lepsze produkcje tego gatunku.

Poznajemy losy niejakiej Isabelle (Diane Kruger), nad której rodziną wisi swoista klątwa - jej przedstawiciele znajdują szczęście małżeńskie dopiero po powtórnym wyjściu za mąż. Jednak kobieta od 10 lat pozostaje w związku ze swym partnerem Pierrem (Robert Plagnol). Nie chce jednak za niego wyjść, wiedząc że to małżeństwo będzie nieudane. Za radą siostry (Alice Pol) postanawia poślubić kogoś, by po chwili wziąć rozwód i móc wyjść za Pierre'a. Wybór pada na niezbyt rozgarniętego Jeana - Yvesa (Dany Boon).


Mamy do czynienia ze schematycznym, banalny a czasem trochę głupi. Jednak mimo tych wad nie czyni tego filmu jakoś bardzo złego. Oglądamy w gruncie rzeczy sympatyczną i lekką historię z całkiem dobrą grą aktorską, a całość kręconą w ciekawej scenerii. Mamy przede wszystkim wciąż atrakcyjną Diane Kruger, na którą zawsze miło popatrzyć i czasem zabawnego, a czasem irytującego Dany'ego Boona. A Dany Boon, jak to Dany Boon gra jak zawsze Dany'ego Boona. Dla kogoś, kto widział go w więcej niż dwóch filmach może to być pewien minus, inni zaś nie zwrócą na to uwagi. Cóż, Louis de Funes też przeważnie w każdym filmie grał siebie i wielu przypadało to do gustu.
Plusem filmu jest na pewno zróżnicowanie pod względem obszarów kręcenia. Oprócz Francji mamy też dwie długie sceny poza tym krajem - pierwsza w stolicy Kenii - Nairobi, druga zaś w Moskwie. Odrębny klimat panujący w tych scenach podnosi zdecydowanie różnorodność i na pewno dzięki temu obraz ten nie popada w rutynę (co nie znaczy, że nie jest schematyczny - bo jest). Ogólnie więc szału nie ma, jednak jeśli chce się zobaczyć niezobowiązujący film na wieczór z drugą połówką - ten jest jak znalazł. 


niedziela, 15 maja 2016

Alicja w Krainie Greenscreenu

Alicja w Krainie Czarów (Alice in Wonderland)
USA 2010
reż. Tim Burton
gatunek: fantasy, przygodowy

Po trochę przedłużonym długim weekendzie wracam do półświatka polskiej blogosfery. Nie wiem czy ktoś czekał czy nie (pewnie co najwyżej ktoś mnie przez ten czas odlajkował) ale oto jestem z pierwszym wpisem z zaległego od dwóch tygodni contentu. Na pierwszy majowy ogień idzie Tim Barton i jego wizja świata z klasycznej powieści Lewisa Carrolla.


Nastoletnia Alicja (Mia Wasikowska) z nudnego XIX wiecznego przyjęcia, które okazuje się być jej imprezą zaręczynową trafia w dziwny sposób do magicznej krainy, gdzie panuje groteskowa Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Dziewczyna dowiaduje się, że trafiła do tego świata, by zdetronizować ją i osadzić na tronie jej siostrę (Anne Hathaway). Alicji pomóc w tym ma Szalony Kapelusznik (Johnny Depp).


Książkę będącą oryginałem czytałem dawno, dawno temu (chyba jeszcze w zeszłym tysiącleciu) więc w sumie jeśli chodzi o kanoniczną wersję to wiem, że dzwoni ale nie wiem w którym kościele. Jeśli zaś chodzi o film to pierwsze na co zwróciłem uwagę to wybór reżysera. Chyba nikt inny nie pasowałby lepiej do tego szalonego filmu, jak właśnie Tim Burton. Także kadra aktorska z często pojawiającym się na ekranie duetem Depp - Bonham Carter pasuje jak nic do tego ekscentrycznego uniwersum. Świat wykreowany przez Bartona jest odpowiednio odjechany, dziwaczny i pokręcony. Wszystko jest kolorowe i sugestywne. Jednak jak dla mnie całość wyglądała dość sztucznie i mimo dbałości jakoś mało wiarygodnie. Do tego nie jestem fanem filmów kręconych w większości na green screenach. Także sama fabuła oparta na kanwie ponad stuletniej książki mnie nie porwała. Może gdybym miał z 12 lat mniej wsiąknąłbym w tę historię jednak w wieku ponad dwukrotnie większym całość mnie nie porwała. Wszystko było tu zbyt proste, szablonowe i czarno - białe. Raczej nuda i sztampa. Ale raczej całość robiona była z myślą o zapełniającym sale kinowe od dobrych kilku lat tak zwanym widzu familijnym i takiemu pewnie się podobał. Dla niego też niebawem wyjdzie kolejna część serii, jednak ja raczej szybko kontynuacji nie obejrzę. 




piątek, 1 kwietnia 2016

Tam i z powrotem

AO Ostatni Neandertalczyk (Ao, le dernier Néandertal)
Francja 2010
reż. Jacques Malaterre
gatunek: dramat, przygodowy

W zeszłym miesiącu opisywałem film osadzony w bardzo podobnym klimacie (napisałbym, że i czasach, ale wydarzenia z obu filmów dzieli jakieś 50 tysięcy lat więc chyba to za dużo, by tak stwierdzić), a mianowicie świetną Walkę o ogień Jeana - Jacquesa Annauda. Tym filmem zaś powracam do świata neandertalczyków i pierwszych ludzi współczesnych. Czy film o prawie trzydzieści lat młodszy od swego szacownego konkurenta okazał się lepszy?


Przenosimy się jakieś 30 tysięcy lat wstecz, by poznać historię neandertalczyka Ao (Simon Paul Sutton), który po wybiciu przez homo sapiens niedobitków swego plemienia rusza z Syberii do Europy, by w miejscu, gdzie się urodził odnaleźć dawno nie widzianego brata. W tej podróży od pewnego momentu towarzyszyć mu będzie kobieta z gatunku homo sapiens, Aki (Aruna Shields).


Film Malatarre na pewno jest bardziej wiarygodny historycznie od produkcji Annauda. Czy też w sumie prehistorycznie, bo o żadnych źródłach pisanych z tamtego okresu nie może być mowy, a więc wyklucza to stricte historyczne pojmowanie tematu. Zaznaczyć jednak trzeba też, że Walka o ogień nie aspirowała do filmu pokazującego rzeczywiste (prawdopodobne) wydarzenia, a była raczej luźno - przygodową adaptacją książki o wariacjach na temat czasów prehistorycznych. Przez ostatnie 3 dekady ludzkość dowiedziała się wiele o neandertalczykach i dlatego, w filmie tym wyglądają już oni znacznie bardziej przystępnie niż nieokrzesane małpoludy z filmu sprzed 35 lat. Jednak trochę ich przedstawienie w produkcji Malatarre jest dla mnie odpychające. Doczepienie doklejonego nosa wygląda niedbale czy wręcz śmiesznie, patrząc na Ao czułem pewien dyskomfort. Także to, jak neandertalczycy ubierali się na skutej lodem Syberii było śmieszne. Skórzane kubraczki odsłaniające gołe nogi i ręce może prezentowałyby się dobrze w He - Manie czy w Xenie ale przecież w takich ciuszkach nawet gruboskórni ludzie pierwotni odmroziliby sobie tyłki. Ich niedbałe ubranie kontrastuje zaś z przesadnie dbałą depilacją jakiej niewątpliwie poddała się Aki. Kobieta sprzed trzydziestu tysięcy lat jest dokładnie wygolona (czyżby metodą laserową) na całym ciele, nie zostawiając sobie nawet włosa pod pachą czy milimetrowego zarostu na nodze. Cuda, cuda ogłaszają normalnie! Kolejna rzecz, która mnie irytowała to nieustanne przemyślenia wygłaszane z offu przez Ao (a czasem też i Aki). Neandertalczyk ten jawi się w nich jako wielki myśliciel, filozof i pacyfista. Słuchając tego bredzenia to w sumie można domyślić się, dlaczego jego gatunek wymarł. Przemyślenia Ao pasowałyby raczej do postaci gimnazjalnego emo w polskim filmie niż do prymitywnego praczłowieka. Do tego jego wędrówka z południa Europy na Syberię tam i z powrotem jest niepojęta. Neandertalczyk mający w głowie GPS i idący na piechotę przez pół świata, gdzie na każdym kroku coś chce go zabić i zjeść?
Jednak nie licząc tych wszystkich wad i zastrzeżeń nie uważam też, że mamy do czynienia ze złym filmem. Jeśli przyjmie się umowność tej produkcji można naprawdę zagłębić się w ten ciekawy, pełen niebezpieczeństw świat sprzed tysięcy lat. Historia tu opowiedziana jest raczej z gatunku tych prostszych ale ogląda się to naprawdę dobrze. Dużą zasługę w tym mają bardzo poprawne zdjęcia oraz muzyka. Także gra aktorska głównych bohaterów stoi na niezłym poziomie. Shields w roli Aki naprawdę daje radę, potrafi samą mimiką powiedzieć wszystko, czego chce. Także Sutton wypada nieźle, a gdyby bardziej wiarygodny doklejany nochal pewnie oceniłbym go wyżej. 
Reasumując dostajemy całkiem poprawny film z kilkoma poważnymi, lecz nie przekreślającymi całość błędami. Poziom Walki o ogień to to nie jest, jednak dla każdego, kto zainteresowany jest tematem pozycja obowiązkowa, a i fani kina przygodowego znajdą tu coś dla siebie.