Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 listopada 2018

Dzieciorób

Wpadka (Knocked Up)
USA 2007
reż. Judd Apatow
gatunek: komedia romantyczna (wg dystrybutora), komedia głupia (wg mnie)
zdjęcia: Eric Alan Edwards
muzyka: Loudon Wainwright III

Kiedy widzicie ze zwiastuna filmu, lub z jego plakatu gębę Setha Rogena chyba już wiecie z jakiego typu produkcją będziecie mieli do czynienia i przed seansem spokojnie możecie zostawić swoje szare komórki, gdyż nie będą one potrzebne podczas oglądania. Jednak jest kilka dni w roku, kiedy taki seans przydaje się w życiu. Sam uznałem, że to idealny film o miłości, w sam raz na Walentynki.


Alison (Katherine Heigl) jest dziennikarką, która na imprezie poznaje niejakiego Bena (Seth Rogen), z którym uprawia przypadkowy seks. Przypomina sobie o tej znajomości, w chwili, w której okazuje się, że jest w ciąży. Zanim zdecyduje się na samotne macierzyństwo postanawia spróbować poznać Bena. Facet okazuje się mocno zdziecinniały i infantylny...


Znany z takich hitów, jak 40-letni prawiczek reżyser Judd Apatow nakręcił tym razem standardową amerykańską głupią komedię, w której na piedestale są żarty kręcące się wokół pierdzenia, organów płciowych i palenia zioła/zażywania narkotyków. Dodając do tego Setha Rogena, czyli twarz gatunku w XXI wieku dostajemy kompletnego przedstawiciela tego gatunku. 
Sądzę, że popyt rodzi podaż więc tego typu filmy muszą się komuś podobać i ktoś zarabia potężne pieniądze kopiując głupie pomysły tworząc kolejne kalki głupich, płytkich filmów, które drenować będą w dalszym ciągu zarówno portfele co niektórych, jak i ogólny poziom kina światowego.
Generalnie jak na podgatunek głupich komedii tą da się oglądać i nawet można ocenić ją pozytywnie (ja na przykład wystawiłem 4/10 na Filmwebie) jednak jako widz wolałbym, by tego typu produkcji powstawałoby jak najmniej.





Pecunia non olet

Podatek od miłości 
Polska 2018
reż. Bartłomiej Ignaciuk
gatunek: komedia romantyczna
zdjęcia: Jan Holoubek
muzyka: Paweł Lucewicz

Nie lubię komedii romantycznych. Chyba już o tym pisałem? Zapewne przy każdym filmie, który definiuje siebie jako komedia romantyczna zaczynam do tego, że jestem do tego gatunku skrajnie uprzedzony (jak na przykład do romansów czy musicali). A jeśli jeszcze przychodzi mi się zmierzyć z polską komedią romantyczną, to już dopiero problem. Jednak po sprawdzeniu, że w tej nie ma ani Adamczyka, ani Karolaka zdecydowałem, że można spróbować.


Klara (Aleksandra Domańska) jest ambitną pracownicą Urzędu Skarbowego znaną z nieustępliwości. Trafia jej się sprawa niejakiego Mariana (Grzegorz Damięcki), który posiada spore sumy z nieopodatkowanej działalności. Kiedy Klara próbuje dowiedzieć się skąd pochodzą zdobyte przez niego pieniądze Marian przyznaje się do bycia męską prostytutką. Kobieta postanawia przyjrzeć się dokładniej jego życiu...


Czego jak czego, ale w komedii romantycznej, przeważnie ugrzecznionej, często konserwatywnej nie spodziewałem się wątków prostytucji. Nie mówiąc już o prostytucji męskiej, o której generalnie w naszym rodzimym kinie zbytnio się nie mówi, ani się jej nie pokazuje. Tutaj też oczywiście nie ma co liczyć na żadne momenty,a i samo jawnogrzeszenie jest tylko przykrywką pod inną działalność ale tematyczne ziarno zostało zasiane w narodzie. 
Film nieznanego mi wcześniej z niczego Ignaciuka ogląda się ku memu zdziwieniu naprawę mocno przyjemnie i nawet typowe dla gatunku schematy nawet jeśli występują to nie są aż tak kłujące w oczy. Dzieje się to między innymi dlatego, że sam scenariusz jest całkiem sprawny i miejscami wymykający się przyjętym ogólnie standardom (oczywiście wszystko balansujące jednak na pograniczu gatunkowej konwencji. Dobrą rolę robią tu także aktorzy. Szczególnie widać chemię między Domańską i Damięckim, których z chęcią zobaczę w kolejnych filmowych produkcjach, bo to jednak aktorzy wciąż nie oklepani w naszym filmowym światku. Warto także podkreślić silne role drugoplanowe np. Michała Czerneckiego czy Zbigniewa Zamachowskiego. Generalnie aktorsko jest naprawę okej.
Wiadomo, że nie jest to dzieło ponadczasowe, które przejdzie do klasyki naszego kina, czy choćby gatunku. Nikt za 30-40 lat nie będzie serwował corocznie tej produkcji w telewizji przyszłości (o ile będzie jeszcze telewizja lub ogólnie cywilizacja), jednak jeśli nie ma się pomysłu na wieczorny seans to warto dać szansę temu filmowi. Swoje założenia i cele spełnia idealnie. 




środa, 26 września 2018

Choróbsko

I tak cię kocham (The Big Sick)
USA 2017
reż. Michael Showalter
gatunek: komedia romantyczna
zdjęcia: Brian Burgoyne
muzyka: Michael Andrews 

Jestem wielkim antyfanem gatunku filmowego, jakim jest dość popularny wśród niedzielnych widzów komedia romantyczna. Zazwyczaj są to sztampowe, infantylne produkcje wychodzące jak od kalki (zarówno scenariuszowej, jak i o zgrozo ekipy aktorskiej). Dlatego zawsze miłą niespodzianką jest, gdy trafi się godny uwagi film, który można przypisać do tej kategorii. I taką produkcją jest opisywany właśnie film.


Pochodzący z tradycyjnej pakistańskiej rodziny zamieszkałej w Stanach Zjednoczonych Kumail (Kumail Nanjiani) prowadzi odmienne od reszty familii żywot próbując swych sił jako stand upowy kabareciarz. Podczas jednego z występów poznaje Emily (Zoe Kazan), z którą wikła się w romans. Związek po pewnym czasie się rozpada, jednak gdy Kumail dowiaduje się, że dziewczyna zapada w tajemniczą śpiączkę postanawia czuwać u jej boku...


To co na pewno wyróżni tę produkcję wśród zalewu innych pozycji wydawanych w ramach tego samego gatunku jest fakt, że generalnie jest to historia oparta na faktach. Wiele dramatów czy filmów wojennych zostało stworzonych w oparciu o fakty, jednak wśród komedii romantycznych to chyba jeden z niewielu wyjątków. Co ciekawsze grający główną rolę Nanjiani wciela się w...samego siebie, gdyż jest to jego własna życiowa historia zmodyfikowana na potrzeby filmowe. 
Jako że film jest zasadniczo oparty na oryginalnej historii nie ma tu tyle infantylizmu, jak w przypadku wielu podobnych produkcji. Scenariusz naprawdę angażuje i na każdą kolejną scenę czeka się jak na gwiazdkę. Zasługa w tym lekkiego, niewulgarnego i nie natarczywego humoru oraz barwnych, dających się lubić postaci. Dobrze swe role odegrali Holly Hunter, Ray Romano czy aktorzy wcielający się w rodziców Kumaila. 
Wszystko to sprawia, że niemal dwugodzinny seans filmu mija bardzo szybko. Dlatego jeśli szukacie do obejrzenia czegoś łączącego fajną historię, dobry humor oraz mądre przesłanie to chyba pozycja w sam raz. Choćby dla chyba najlepszego filmowego dowcipu około jedenastowrześniowego, jaki dotychczas powstał.









sobota, 30 grudnia 2017

Kto to sponsoruje?

Wszyscy moi mężczyźni (Home Again)
USA 2017
reż. Hallie Meyers-Shyer
gatunek: komedia romantyczna
zdjęcia: Dean Cundey
muzyka: John Debney

Co jakiś czas do kin wchodzi film, którego na dobrą sprawę nie powinno w nim być. Film, który nie powinien nawet trafić do dystrybucji DVD. Co gorsza nie powinno być dla niego miejsca nawet na podrzędnym kanale filmowym w nocnych porach. W sumie ktoś dał na to pieniądze, ktoś inny w tym zagrał, a jeszcze inny nakręcił. Po co? Nie wiadomo. Ten film jest tego przykładem. 



Bogata dzięki sławnemu ojcu Alice (Reese Witherspoon) rozwodzi się. Po rozwodzie poznaje kilku młodych i podobno zdolnych twórców, którzy przybyli wybić się w Los Angeles (w tych rolach Nat Wolff, Jon Rudnitsky i Pico Alexander) i korzystając z waloru jakim jest posiadanie dużej willi zaprasza ich do zamieszkania u siebie wraz z jej dziećmi. Tymczasem były mąż Alice (Michael Sheen) przybywa do jej mieszkania, by spotkać się z dziećmi i próbować naprawić relację z dawną żoną.


Nie jest to może zły film pod względem wykonania. Nie ma powodu by czepiać się sfer technicznych, takich jak montaż, praca kamery, jakaś muzyczka w tle czy jakość udźwiękowienia. Aktorsko też jest przyzwoicie, z wyjątkami, ale takimi na plus (dobrze patrzyło się na Michaela Sheena, a i niedawny debiutant Rudnitsky wypada nieźle). Wszystko to jednak na nic jeśli dostajemy miałką, infantylną i napisaną na kolanie fabułę z drętwymi, nie zapadającymi w pamięć bohaterami wyjętymi z jednego szablonu, beznadziejne i odtwórcze motywy, jakimi owe postaci się kierują. Niestety twórcy zgapili od Kopernika zasady teorii heliocentrycznej zamieniając jednak Słońce ze znaną z Legalnej blondynki Reese Witherspoon, która stanowi tutaj obiekt, wokół którego wszystko się kręci. Niestety bohaterka jest nudna, nieciekawa i po prostu irytująca. Posiada wszystkie najgorsze cechy bohatera filmowego. Niestety mimo poprawnego wykonania technicznego wszystko to, co najważniejsze w sferze fabularno - scenariuszowej leży i zabija ten film. Film, na który nikt nie czekał, a w konsekwencji tego, jaki jest efekt finalny nikt nie będzie o nim pamiętał. Szkoda czasu. 


poniedziałek, 19 grudnia 2016

Tu miał być tytuł, ale szkoda mi nad nim myśleć w wypadku tego filmu

Planeta Singli
Polska 2016
reż. Mitja Okorn
gatunek: komedia romantyczna

Jeśli jest coś, czego naprawdę zasadniczo nie lubię w kinie to jest to gatunek zwany komedia romantyczna. Z komedią romantyczną jest trochę jak ze świnką morską - ani ona świnka, ani morska. A niestety jest coś jeszcze gorszego niż sama komedia romantyczna - tym czymś jest polska komedia romantyczna. Jednak od czasu do czasu, a okres przedświąteczny to dobra pora na to, nawet i ja jestem skłonny obejrzeć coś tego pokracznego gatunku. Wybór padł tym razem na dobrze ocenianą Planetę Singli.


Prowadzący popularne show telewizyjne Tomek (Maciej Stuhr) poznaje w barze wystawioną przez faceta Anię (Agnieszka Więdłocha). Jakiś czas później posługując się pewnym szantażem proponuje jej, by ta spotykała się z poznanymi przez internet mężczyznami, opisując mu później przebieg spotkań, które w przerobionej wersji wykorzystałby on w programie. Równolegle śledzimy losy małżeństwa koleżanki Ani, Oli (Weronika Książkiewicz) i jej męża - dyrektora szkoły, w której uczy Ania, Bogdana (Tomasz Karolak)...


Z każdą kolejną sceną przekonywałem się coraz bardziej, że film ten to tylko pełna product placementu komercyjna wydmuszka jakimś cudem potrafiąca w swoim czasie zgromadzić w okresie walentynkowym solidną rzeszę ludzi przed ekranem kin (a co gorsza, od czasu do czasu w tygodnie posuchy przypominaną w multipleksach do dziś). Dziwię się naprawdę wysokim ocenom, jakie zgromadziła ta kulawa produkcja. Ze zgrozą odnotowuję, że moi znajomi ocenili średnio w dziesięciostopniowej skali film Okorna i tabunu scenarzystów na osiem. Masakra.
Począwszy od tragicznej, oklepanej na wszystkie możliwe sposoby fabuły głównego wątku (i pobocznego), po nieciekawe postaci, które w dodatku są słabo zagrane (chyba tylko dobrze aktorsko wypadł Stuhr). Dodać do tego kolejną, niepasującą do krajowych realiów fabułę obsadzoną w świecie bogatych i pięknych (i Karolaka) ludzi, gdzie każdy nawet żyjąc z pensji ok 2000 brutto mieszka w mini penthousie... Naprawdę większą przyjemność można czerpać z oglądania gejowskiego porno, niż męcząc się przy tym czymś. Nie wiem jak ludzie wytrzymywali jakieś dwie i pół godziny (po dodaniu reklam) w kinie. Ja oglądałem ten film stopniowo, przez cztery dni, bo za jednym razem byłaby to dawka śmiertelna. Po nocach będą śniły mi się aktorskie popisy Karolaka i obsadzany masowo w każdy  polskim filmie od kilku lat Piotr Głowacki. Nie, nie i nie. Po stokroć nie. Nie rozumiem ludzi, którym się to podobało. 





sobota, 10 września 2016

Mały człowiek i może

Facet na miarę (Un homme à la hauteur)
Francja 2016
reż. Laurent Tirard
gatunek: komedia romantyczna

Od zawsze uważałem komedie za jeden z ważniejszych gatunków filmowych, bez których cała kinowa układanka byłaby niepełna czy wręcz pusta. Oczywiście można się sprzeczać o to, czy komedia romantyczna może się zaliczać do grona komedii (bo to tak trochę, jak ze świnką morską - ani świnka, ani morska) ale powiedzmy, że podgatunek ten łączy lekkość opowieści z pogodnym humorem (teoretycznie) wiec okej. Żyjemy zaś w czasach, gdy komedia jako gatunek jest nam bardzo potrzebna, by choć na chwilę zapomnieć o różnych mniejszych i większych troskach. Amerykańskie komedie dawno (przynajmniej dla mnie) straciły wdzięk i klasę więc dobrych produkcji tego gatunku szukam od pewnego czasu na rynku europejskim. Przeważnie się udaje, czasem jednak nie. Tym razem niestety padło na to drugie.


Diane (Virginie Efira) odbiera z domowego telefonu połączenie ze swą zgubioną niedawno komórką. Rozmówca zdradza, że podsłuchał w restauracji szczegóły rozmowy z jej byłym mężem, Brunem (Cédric Kahn) i zauważył, że kobieta zostawiła przy stoliku telefon. Przedstawiający się jako Alexander (Jean Dujardin) umawia się z Diane na spotkanie, w czasie którego ma oddać zgubę. Kobieta jeszcze nie wie, że jej rozmówca ma 136 cm wzrostu...


Przy okazji kilku wcześniejszych opisywanych filmów z gatunku 'komedia' postawiłem już ten zarzut i będę o tym pisał przy każdej kolejnej okazji - komedia ma być śmieszna. Jeśli nie jest w jakiś sposób zabawna to automatycznie przestaje być komedią. A ten film nie jest śmieszny. Nie posiada w swych 100 minutach trwania ani jednej, choć krótkiej sceny, która by mnie rozśmieszyła. Wypominanie wzrostu głównego bohatera (o czym w sumie oprócz wstydliwej miłości Diane do niego jest cały film), które powtarza się z częstotliwością serii z karabinu zabawne nijak nie jest, a po 10 powtórzeniu staje się wręcz uporczywie wkurzające. Ogólnie oparcie całej linii fabularnej na mikrym wzroście bohatera (który poza tym jest bogaty, elegancki i dowcipny) jest porażką. Do tego sam problem postaci Alexandre'a jest przesadzony. Po prostu nie ma zbyt wiele osób, które mogą się pochwalić takim wzrostem i nie są przy tym karłami. Nawet nie znaleziono aktora spełniającego wymogi postaci, przez co trzeba było zmniejszyć Dujardina, który jest osobą wyższą ode mnie. Próżnia fabularna w tym filmie jest porażająca. Postać syna bohatera wprowadzana prawie od początku i zapełniająca pewną część filmu jest skonstruowana źle, ogólnie większość postaci jest płytkich, stereotypowych i sztucznych. Do tego ramy podgatunku wymagają tego, że od początku domyślamy się zakończenia i poprzedzających happy end perturbacji między bohaterami. Produkcję próbują ratować jeszcze główni aktorzy, którzy zagrali powyżej średniej. Na zbliżającą się do czterdziestki Efirę miło się patrzy i to chyba największy plus filmu. Szkoda, że niemal jedyny.





wtorek, 17 maja 2016

Miłosna klątwa

Wyszłam za mąż, zaraz wracam (Un Plan parfait)
Francja 2012
reż. Pascal Chaumeil
gatunek: przygodowy, komedia romantyczna

Najkrócej mówiąc nie jestem zbyt wielkim fanem gatunku filmowego jakim jest komedia romantyczna. Schematyczność, banał, wylewająca się z każdą sceną głupota - zdecydowanej większości tego typu produkcji można przypisać te cechy. Tym razem jednak zdecydowałem się obejrzeć nie polską czy amerykańską komedię romantyczną, a film z Francji. Czy tam robią lepsze produkcje tego gatunku.

Poznajemy losy niejakiej Isabelle (Diane Kruger), nad której rodziną wisi swoista klątwa - jej przedstawiciele znajdują szczęście małżeńskie dopiero po powtórnym wyjściu za mąż. Jednak kobieta od 10 lat pozostaje w związku ze swym partnerem Pierrem (Robert Plagnol). Nie chce jednak za niego wyjść, wiedząc że to małżeństwo będzie nieudane. Za radą siostry (Alice Pol) postanawia poślubić kogoś, by po chwili wziąć rozwód i móc wyjść za Pierre'a. Wybór pada na niezbyt rozgarniętego Jeana - Yvesa (Dany Boon).


Mamy do czynienia ze schematycznym, banalny a czasem trochę głupi. Jednak mimo tych wad nie czyni tego filmu jakoś bardzo złego. Oglądamy w gruncie rzeczy sympatyczną i lekką historię z całkiem dobrą grą aktorską, a całość kręconą w ciekawej scenerii. Mamy przede wszystkim wciąż atrakcyjną Diane Kruger, na którą zawsze miło popatrzyć i czasem zabawnego, a czasem irytującego Dany'ego Boona. A Dany Boon, jak to Dany Boon gra jak zawsze Dany'ego Boona. Dla kogoś, kto widział go w więcej niż dwóch filmach może to być pewien minus, inni zaś nie zwrócą na to uwagi. Cóż, Louis de Funes też przeważnie w każdym filmie grał siebie i wielu przypadało to do gustu.
Plusem filmu jest na pewno zróżnicowanie pod względem obszarów kręcenia. Oprócz Francji mamy też dwie długie sceny poza tym krajem - pierwsza w stolicy Kenii - Nairobi, druga zaś w Moskwie. Odrębny klimat panujący w tych scenach podnosi zdecydowanie różnorodność i na pewno dzięki temu obraz ten nie popada w rutynę (co nie znaczy, że nie jest schematyczny - bo jest). Ogólnie więc szału nie ma, jednak jeśli chce się zobaczyć niezobowiązujący film na wieczór z drugą połówką - ten jest jak znalazł. 


niedziela, 11 stycznia 2015

Kochać to nie znaczy zawsze to samo

Gerontofilia (Gerontophilia) 
Kanada, Francja 2013
reż. Bruce LaBruce
gatunek: komedia romantyczna (?)
zdjęcia: Nicolas Canniccioni
muzyka: Ramachandra Borcar

Tytułem wprowadzenia napiszę, że gerontofilią nazywa się rodzaj zaburzeń seksualnych, który cechuje się odczuwaniem pociągu seksualnego względem osób w zdecydowanie podeszłym wieku.
Takim zaburzonym człowiekiem okazuje się być główny bohater produkcji jednego z najbardziej skandalizujących reżyserów obecnej sceny filmowej LaBruca, czyli grany przez Piera-Gabriela Lajoie Lake. Nastolatek ten posiada młodą i ładną dziewczynę, Desiree (Katie Boland), jednak kiedy w czasie pracy w domu starców poznaje przykutego do łóżka i tumanionego psychotropami pana Peabody (Walter Borden) postanawia ją dla niego zostawić...


W czasie, gdy rodzi się uczucie między spędzającymi ze sobą dużo czasu Lake'm a panem Peabody widz może zauważyć spotkania Desiree ze swoim dużo starszym pracodawcą podobnym do Steve'a Buscemi'ego (Brian Wright). Reżyser stara się tym zabiegiem pokazać, że związek młodej dziewczyny ze zdecydowanie starszym partnerem nie jest w obecnym społeczeństwie niczym dziwnym, natomiast w sytuacji, gdy tym młodym jest chłopak spotyka taką parę spory ostracyzm społeczny.

Spodziewałem się po filmie tego reżysera pamiętając o jego wcześniejszych dokonaniach (obejrzyjcie choćby Pierrot Lunaire czy The Raspberry Reich a będziecie wiedzieć o co chodzi) czegoś ostrzejszego, mocnego, pokazanego bezkompromisowo.  A tutaj oprócz dość kontrowersyjnej tematyki wszystko było pokazane subtelnie, całkiem standardowo. Uważam, że gdyby zamiast 18 letniego białego chłopaka i ponad 80 letniego murzyna bohaterami byliby ludzie nawet tej samej płci, ale w podobnym wieku wzięto by tą produkcję za standardową komedię romantyczną. 


Długo zastanawiałem się za jaki gatunek uznać ten film LaBruce'a. Czy to komedia? Czy może jednak komedia ale romantyczna (różniąca się od zwykłej komedii tym, że nie jest śmieszna). A może dramat? Zdecydowałem się przepisać z filmwebu, a więc komedia romantyczna. Taka, która pozostawia pytania odnośnie kilku elementów życia, o tym jak ma wyglądać ludzka starość oraz to, czy miłość musi mieć jakieś granice (mam nadzieję, że jednak tak, i następny film tego reżysera nie będzie przedstawiał związku rudego żyda z osłem).  Nie jest to dzieło wybitne, ale poprawne, choć na pewno tematyka nie jest dla wszystkich. Puryści jednak nie mają czego tu szukać, a dla reszty w wolnym czasie myślę, że mogę polecić te 80 minut typowo dla refleksji.