Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 września 2018

Beatlemaniak

Łatwiej jest nie patrzeć (Vivir es fácil con los ojos cerrados)
Hiszpania 2013
reż. David Trueba
gatunek: dramat
zdjęcia: Daniel Vilar
muzyka: Pat Metheny

Za sprawą kilku reżyserów oraz aktorów i innych sprawnych twórców stanowiących obecną generację hiszpańskiej kinematografii bardzo lubię współczesne kino rodem z Hiszpanii. Pełen wachlarz gatunkowy, jaki oferuje w ostatnich latach oferują twórcy z Półwyspu Iberyjskiego potrafi zaspokoić wymagania najwybredniejszych widzów. Dlatego też, gdy nadarzyła się okazja zobaczyć film będący laureatem sześciu nagród Goya (najważniejsza hiszpańska nagroda filmowa) nie mogłem jej nie wykorzystać. 


Poznajemy lekko podstarzałego samotnika Antonia (Javier Cámara) - nauczyciela angielskiego, który przy okazji jest wielkim fanem zespołu The Beatles oraz Johna Lennona. Gdy dowiaduje się, że znany brytyjski muzyk przybywa do jego kraju, by w Almerii kręcić film rusza na spotkanie ze swoim idolem. W czasie podróży zabiera ze sobą dwoje autostopowiczów - Juanjo (Francesc Colomer) i Belén (Natalia de Molina).


Produkcja ta, która w tytule ma fragment tekstu z piosenki Strawberry Fields Beatlesów jest typowym filmem drogi i jako kino drogi spełnia on swoje wszystkie założenia. Mamy podróż z punktu A do punktu B, wartościowy cel czekający na końcu podróży oraz różne zdarzenia występujące po drodze. Owładnięty pewną obsesją Antonio spotyka się z mającymi pewne problemy ludźmi, a spotkania te wywrą ślad zarówno w nim, jak i w napotkanym nastolatku oraz młodej kobiecie. I chociaż dramatyczno - komediowa oś fabularna filmu nie zawsze trzyma równy poziom i czasami, jak to w filmach drogi w zwyczaju za dużo tu slow cinema to dzięki sympatycznym bohaterom i pięknym górskim widokom seans nie dłuży się aż tak bardzo. Plusem jest też pewien kontekst epoki generała Franco i jego opozycja względem osoby Lennona i poglądów, jakie głosił artysta. Całościowo sprawia to, że mamy do czynienia z sympatyczną, całkiem niezłą produkcją. Chociaż nagrodzenie jej w aż sześciu kategoriach na rodzimym rynku to moim zdaniem duża przesada. 



niedziela, 19 lutego 2017

Powrót

Przeszłość (Le passé)
Francja, Iran, Włochy 2013
reż. Asghar Farhadi
gatunek: dramat
zdjęcia: Mahmoud Kalari
muzyka: Evgueni Galperine

Irański reżyser Asghar Farhadi stał się w ostatnim czasie obiektem pewnego zainteresowania ze strony branży filmowej, ale i nie tylko. Wszystko to za sprawą dekretu Donalda Trumpa, który to nie pozwoli wjechać Farhadiemu do USA na ceremonię rozdania Oscarów, gdzie o statuetkę walczyć będzie jego najnowszy film. Co prawda laureat najcenniejszej filmowej nagrody za Rozstanie raczej zagrożeniem terrorystycznym jest niewielkim to postanowiłem obejrzeć powstały przy koprodukcyjnej pomocy Francji i Włoch jego francuskojęzyczny film, gdyż talent do kręcenia to on ma na pewno. 


Ahmad (Ali Mosaffa) po kilku latach nieobecności przybywa do Francji z Iranu, by dopełnić formalności i podpisać papiery rozwodowe ze swą atrakcyjną żoną Marie (Bérénice Bejo). Na miejscu spotyka nie tylko żonę oraz jej dzieci (m.in. Pauline Burlet) z poprzednich związków, ale mieszkającego z kobietą dużo młodszego od niej Samira (Tahar Rahim) i jego syna.


Wspomniane Oscarowe Rozstanie to bez wątpienia magnum opus irańskiego reżysera, który choć wciąż nie jest starym reżyserem nie nakręci zapewne nic ponad ten film, który to jest moim zdaniem jednym z najważniejszych filmów drugiej dekady wieku. Jednak Farhadi na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa (o czym obecnie świadczy oczekiwany przeze mnie jego najnowszy film Klient), co pokazuje opisywany właśnie film, który nakręcony został we Francji przy pomocy znanych i cenionych na świecie tamtejszych topowych aktorów. Po raz kolejny Farhadi wprowadza kamerę do domu zwykłych ludzi i raz jeszcze serwuje nam wiwisekcję relacji pomiędzy domownikami. Niby nie oglądamy w filmie nic wielkiego, jednak z każdym zdaniem i każdą wprowadzaną postacią zarysowują się konflikty, a atmosfera się zagęszcza z czasem zmieniając się z dramatu obyczajowego w thriller (obyczajowy). Irańczyk stawia na sprawdzone przez siebie schematy, jednak w jego wykonaniu zapewne dobrze wypadłoby nakręcenie filmu o obieraniu cebuli. Oprócz dobrej realizacji i pracy kamery w zamkniętych pomieszczeniach największe brawa należą się aktorom. Zarówno mało znany Mosaffa, jak i Rahim dobrze wypadają w rolach męskich. Jednak to Bejo kradnie im całe show zawłaszczając swą aurą każdą scenę, w której się pojawia. Oglądać ją to czysta przyjemność i to nie tylko z wizualnego punktu widzenia. Minusem może być za to jednak cała historia (choć może nie intryga). Nie jest to taki ciężar gatunkowy, jak przytaczanego często Rozstania. Chociaż jak przy każdym wartościowym filmie dostajemy produkcję skłaniającą do myślenia, a to się chwali. Warto, jednak nie jako pierwszy oglądany film autorstwa tego reżysera.


poniedziałek, 21 listopada 2016

Zagubiona

Zniknięcie Eleanor Rigby: Ona (The Disappearance Of Eleanor Rigby: Her)
USA 2013
reż. Ned Benson
gatunek: dramat

Świeżo po seansie Zniknięcia Eleanor Rigby: On wziąłem się za film opowiadający tę historię oczami tytułowej bohaterki. Dlatego bez zbędnych wstępów pora przejść od razu do rzeczy.


Po próbie samobójczej Eleanor (Jessica Chastain) wprowadza się do domu rodziców i mieszkającej z nimi młodszej siostry (Isabelle Huppert, William Hurt, Jess Weixler). Kobieta jednak wciąż nie może przestać myśleć o swoim mężu Conorze (James McAvoy), od którego odeszła...


Po raz kolejny dostajemy zlepek scen z życia bohaterki, które oglądamy kolejno jedna po drugiej. Część z nich wyjaśnia zachowanie widoczne w części On, część zaś przedstawia te same sceny, jednak z punktu widzenia bohaterki, nie zaś bohatera (dialogi wtedy są inne). Jednak nie oglądając wcześniej części skupiającej się na Conorze widz zasiadający najpierw do tego filmu jest świadkiem rzeczy, które są dla niego zagadką, które w tej części często nawet nie są po części tłumaczone i przez to może czuć się zdezorientowany. Film ten niestety jest tylko moim zdaniem pociętą wersją całości, przez co może ciekawie wypada w połączeniu z dwoma bliźniaczymi częściami, jednak jako samodzielne dzieło jest produktem bardzo ułomnym.  Elementem pozytywnym Jego była obecność Ciarána Hindsa, tutaj plusuje rola Violi Davis. Może część finalna, czyli Oni przedstawi wreszcie spójną historię, na co liczę, chociaż boję się oglądać po raz kolejny tą samą historię. Ona jednak wydaje się filmem gorszym niż On, a przyznam, że to jednak pewna sztuka.








niedziela, 20 listopada 2016

Zagubiony

Zniknięcie Eleanor Rigby: On (The Disappearance of Eleanor Rigby: Him)
USA 2013
reż. Ned Benson
gatunek: dramat

Mało znany reżyser młodego pokolenia, Ned Benson podjął się ambitnego projektu. W trzech filmach przedstawił on historię problemów pewnej pary, która przechodzi kryzys małżeński. Urywki tej samej historii przedstawione są w trzech częściach, które to pokazują ją z punktu widzenia jego, jej oraz ich wspólnym. Na pierwszy ogień poszedł u mnie film najkrótszy z trójki, pokazujący wydarzenia z punktu widzenia mężczyzny. 


Po próbie samobójczej Eleanor (Jessica Chastain) postanawia przynajmniej czasowo rozstać się z mężem, Conorem (James McAvoy). Mężczyzna nie może pogodzić się z zostawieniem przez żonę i przestaje sobie radzić w życiu.


Podchodziłem do tego filmu, czy też cyklu filmów z umiarkowanym optymizmem. Jednak po seansie pierwszego z nich nie jestem już przekonany, czy to jednak dobry pomysł. Dostajemy pewną częściowo zarysowaną opowieść o problematycznym związku i jeśli nie obejrzymy dwóch filmów przedstawiających tą samą historię zostajemy ze strzępkiem informacji (orientujemy się w jakimś 30-40% całości). Także te urywki nie pokazują specjalnie kondycji psychicznej bohaterów - choć możemy odczuć w pewien sposób uczucie samotności bohatera to są tylko strzępki pełnoprawnej postaci. Historia ta mnie całkiem nie porwała - dostajemy kilka poszlak, jakieś fragmenty z życia i tyle. Nie czuć tu też zbytnio chemii między bohaterami, którzy nie dostarczają widzom sympatii do nich. Dobrze ogląda się za to znanego z roli Cezara w Rzymie Ciarána Hindsa, którego zawsze miło widzieć na ekranie. Może przy kolejnych częściach zrozumiem w tej historii więcej i będę całościowo mógł ocenić to lepiej. Na chwilę obecną jednak po seansie tej części jestem na nie. 







sobota, 22 października 2016

Wujaszek

Stoker
USA, Wielka Brytania 2013
reż. Chan-wook Park
gatunek: thriller


Praca w Hollywood jest dla zdecydowanej większości reżyserów, operatorów i aktorów z całego świata największym spełnieniem marzeń. To tworząc filmy w fabryce marzeń zdobywa się wielkie bogactwo i ogólnoświatową popularność. O ile jednak aktor w każdym kraju i systemie po prostu ma grać, jak mu każą to nawet najwybitniejsi reżyserzy są tłamszeni w Hollywood i robią tylko coś, co zlecają im producenci. A czy Chan-wook Park pozostał sobą w swym hollywoodzkim debiucie? 


Po tajemniczej śmierci ojca w dniu 18 urodzin Indii (Mia Wasikowska) na pogrzeb przybywa nigdy przez nią nie widziany brat zmarłego, Charlie (Matthew Goode). Zafascynowana nim matka dziewczyny, Evelyn (Nicole Kidman) proponuje mu, by zamieszkał przez jakiś czas w ich rodzinnej rezydencji. India jest zaniepokojona nagłym pojawieniem się wujka i jego dziwnym zachowaniem...


Chan-wook Park musiał pożegnać wkraczając do Hollywood musiał pożegnać się z kinem autorskim. We wcześniejszych swych filmach był on także autorem lub przynajmniej współautorem scenariusza, a całość powstawała na jego i praktycznie tylko jego zasadach, dzięki czemu film wyglądał tak, jak sobie wyobrażał. Tutaj dostał zadanie nakręcenia produkcji opartej na scenariuszu kogoś innego. I ten właśnie scenariusz do typowo amerykańskiego thrillera ocierającego się o podgatunek home invasion jest najbardziej kulawą częścią filmu. Naprawdę fabuła i ogólna intryga jest mieszanką wybuchową - przewidywalność, głupota zdarzeń i bohaterów, do tego brak jakiegoś większego suspensu - to dyskwalifikuje dobry dreszczowiec. Reżyser starał się przemycić kilka swoich firmowych zagrywek,a za sprawą ściągniętego z Korei operatora Chung-hoon Chunga współpracującego z nim przy wcześniejszych filmach wizualnie film wygląda dobrze. Jest także całkiem przyzwoicie zagrany przez odpowiednio enigmatycznego Goode'a, Kidman i Wasikowską (która jednak w wieku 24 lat wciela się w osiemnastkę - to pewna przesada). Niestety wszystkie starania aktorów, operatora i reżysera przekreśla niezwykle ważna i koncertowo spieprzona warstwa fabularna. Dlatego film ten można potraktować jako ciekawostkę zgłębiając filmografię reżysera lub swych ulubionych aktorów (jeśli ktoś z wymienionej trójki do nich należy) lub jeśli jest się fanem pozbawionych logiki thrillerów. 
Chan-wook Park zapewne dostanie jeszcze zaproszenie do fabryki snów i prawdopodobnie coś jeszcze nakręci w USA. Teraz jednak należy się cieszyć, że wrócił do Korei i kina autorskiego i dał światu świetną Służącą. 






poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Abrakadabra

Iluzja (Now You See Me)
USA 2013
reż. Louis Leterrier
gatunek: kryminał, thriller

Niedawno do sal kinowych multipleksów na całym świecie, w tym i w Polsce weszła kontynuacja właśnie opisywanego filmu. Jako że nie widziałem wcześniej początkowego tytułu ominęła mnie tym samym wizyta na tegorocznym letnim blockbusterze. Jednak zachęcony trailerem oraz znanymi nazwiskami przewijającymi się w dwójce zacząłem nadrabiać zaległości i sięgnąłem po część numer jeden serii. 


Czwórka iluzjonistów specjalizujących się w różnych gatunkach sztuczek (w tych rolach Jesse Eisenberg, Woody Harrelson, Isla Fisher i Dave Franco) łączy siły i wspierana przez magnata finansowego (Michael Caine) jeździ ze swym magicznym show po USA. Podczas występów dochodzi do dziwnych wydarzeń wykraczających często poza granice prawa. Magikom zaczyna przyglądać się policjant Rhodes (Mark Ruffalo) oraz agentka Interpolu Alma (Mélanie Laurent). Korzystają oni z pomocy wykrywającego szwindle pokazów magicznych Bradleya (Morgan Freeman). 


Pierwsze co zwraca uwagę (przynajmniej u mnie) w tej produkcji to występująca w niej kadra aktorska. Naprawdę producenci odwalili kawał dobrej roboty zatrudniając takie nazwiska. Nazwiska, które też moim zdaniem wywiązały się skutecznie z powierzonych zadań, przez co całość pod kontem aktorskim wygląda przednio. Nie mogę wskazać kogoś kto wybija się ponad filmową średnią, jednak mam małe zastrzeżenia co do Dave'a Franca. Franco przyzwyczaił mnie już do swoich nijakich, mdłych kreacji i promowanie go (raczej chyba ze względu na trochę bardziej utalentowanego brata) na siłę wydaje mi się złym pomysłem.
Film pod względem fabularnym jest całkiem sprawnie skonstruowany i do pewnego momentu daje dość dużo frajdy. Gdyby urwano go w połowie oceniłbym go lepiej, gdyż to, co widzimy w pierwszej godzinie trwania produkcji jest naprawdę bardzo dobre i wpada w moje trochę już zmanierowane gusta. Gdyby tak całość wyglądała tak jak ten początek naprawdę byłbym wielce ukontentowany. Niestety potem mamy kilka zwrotów akcji, a film skręca z takiego lekko tajemniczego thrillera w stronę filmu akcji klasy B. A szkoda, bo w porównaniu do stylowych, ciekawych pierwszych scen te ostatnie są już kalką kilku podrzędnych sensacyjniaków. Mimo to zapewne kiedyś skuszę się na kolejną część, gdyż całościowo patrząc Iluzja okazała się produkcją całkiem udaną. 





wtorek, 12 lipca 2016

Wesołe jest życie staruszka

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął (Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann)
Szwecja 2013
reż. Felix Herngren
gatunek: czarna komedia, przygodowy

Tego typu filmów brakuje mi we współczesnym kinie. Lekki, zabawny, zwariowany i pełen groteskowych sytuacji, gdzie stężenie absurdu na metr kwadratowy wykracza przewidziane normy. Film powstały na podstawie książki popularnego skandynawskiego pisarza Jonasa Jonassona ogląda się naprawdę o wiele lepiej niż czyta jego oryginalną nazwę.


W dniu swoich setnych urodzin Allan Karlsson (Robert Gustafsson) ucieka przez okno domu starości i udaje się na dworzec autobusowy. Tam otrzymuje od gangstera do popilnowania walizkę, z którą jednak wsiada do autobusu jadącego na pustkowie. Tam w jedynym domu zamieszkałym przez Juliusa (Iwar Wiklander) okazuje się, że walizka wypełniona jest pieniędzmi. Swoją gotówkę chce odebrać gang motocyklowy pod dowództwem Szczupak (Jens Hultén). Uciekinierom zaczynają pomagać Benny (David Wiberg) i Gunilla (Mia Skäringer).


Myślę, że to jeden z tych filmów, które każdy powinien chociaż raz zobaczyć. Jest to jedna z niewielu produkcji, do których wróciłem chętnie po raz kolejny. Oprócz naprawdę dobrej, nieprzewidywalnej oraz kompletnie absurdalnej fabuły przez bardzo przyzwoite aktorstwo po niesamowitą charakteryzację, która doczekała się nominacji do Oscara lecz dopiero kilka lat po premierze światowej. Akcja filmu toczy się co ważne dwutorowo, oprócz właściwej intrygi kryminalnej mamy też sceny z przeszłości, w czasie których oglądamy historię całego życia tytułowego stulatka. Ciężko tutaj jest napisać jakiś minus tej produkcji, gdyż oglądając to można zanurzyć się zupełnie w oglądaną na ekranie historię nie zwracając na nic uwagi. Patrząc na same tytuły innych książek Jonassona muszę stwierdzić, że ich fabuły może być tak samo zwariowane, jak opisywany właśnie film. Trzymam więc kciuku za ekranizację kolejnych książek tego autora. A do tego filmu, będącego szwedzką odpowiedzią na Forresta Gumpa zachęcam bez zbędnych słów. 







niedziela, 3 lipca 2016

Ludzi dwóch

Wróg (Enemy)
Hiszpania, USA 2013
reż. Denis Villeneuve
gatunek: thriller


Motyw sobowtórów czy też klonów jest szeroko eksploatowany w świecie literatury, filmy tudzież teatru czy opery. Jest to sprawdzony sposób, by pokazać dwie sprzeczności występujące między dwoma bardzo podobnymi lub wręcz identycznymi względem siebie osobami (mogącymi różnić się na wiele odmiennych sposobów). Kiedyś opisywałem The Double, dziś zaś czas na film z Jakiem Gyllenhaal'em w roli głównej.


Adam (Jake Gyllenhal) wiedzie schematyczne życie wykładowcy historii. W pewnym momencie ogląda polecony przez znajomego film, w którym dostrzega w dalszoplanowej roli łudząco do siebie podobnego aktora. Za wszelką cenę postanawia się z nim skontaktować. 


Pochodzenie tego filmu jest dość kuriozalne. Wyprodukowany został w koprodukcji hiszpańsko - amerykańskiej, wyreżyserowany przez francuskojęzycznego Kanadyjczyka, nakręcony zainspirowaniem przez książkę portugalskiego laureata nagrody Nobla w Kanadzie. Bardzo internacjonalistycznie trzeba przyznać. Film wyraźnie wzorowany jest na twórczości Davida Lyncha, choć widać też nawiązania do produkcji kreowanych przez Romana Polańskiego. Niestety tak dobry reżyser, jak Villenueuve mając do dyspozycji niezłego Gyllenhaala oraz Sarę Gadon nie potrafi utrzymać należytego suspensu. Chociaż oczywiście stara się to robić i czasem nawet wydaje się, że stara się zbyt mocno niż trzeba. W rezultacie dostajemy zafrasowaną postać graną podwójnie przez Gyllenhaala, która rozmyśla o trudach istnienia i snuje się bez celu naprzemiennie. Całość pozbawiona jest wszelkiej chronologii, a składanie tych bezsensownych na pierwszy rzut oka puzzli możliwe jest tylko poprzez dokoptowanie do fabuły pewnej interpretacji. Ale to, jak zinterpretujemy dane sceny zależy już tylko od kreatywności myślowej widza. Oczekiwałem jednak dużo, dużo więcej. Szkoda.


niedziela, 19 czerwca 2016

Niebieskie zauroczenie

Życie Adeli (La vie d'Adèle)
Belgia, Francja 2013
reż. Abdellatif Kechiche
gatunek: dramat, erotyczny 

Tym razem będzie coś o filmie bardzo często nagradzanym i docenianym na przeróżnych festiwalach. Ta ponad trzygodzinna kobyła została doceniona przez Złote Globy, BAFTA, triumfowała w Cannes, zdobywała Cezary, zauważono go też w Polsce (nominacja do Orłów) czy wśród gremium Europejskich Nagród Filmowych. Nagród i nominacji zresztą jest tak dużo, że trudno wymienić choćby połowę z nich. Film odniósł więc sukces artystyczny i zyskał grupę fanów wśród zwykłych widzów, choć tylko w Europie, gdyż boxoffice w USA to tylko 2 miliony dolarów. Ja zaś odbiłem się od niego jak od ściany. 


Ciężko szeroko opisywać fabułę tego filmu. Jesteśmy jako widzowie świadkami kilku lat z życia tytułowej bohaterki, Adeli (Adèle Exarchopoulos), którą poznajemy, gdy ta jest w szkole średniej. Jej standardowe życie nastolatki zmienia się, gdy poznaje o kilka lat starszą, niebieskowłosą lesbijkę Emmę (Léa Seydoux), z którą wdaje się w płomienny romans, który jest zaczątkiem głębszego uczucia. 


Oglądając to czułem tutaj silne pokrewieństwo z tym, co kręci uwielbiany przez wielu Xavier Dolan. A jako że Dolan i jego produkcje skrajnie mnie odrzucają swoją nie tyle tematyką, co formą tak i ten film tunezyjskiego reżysera nie przypadł mi do gustu. Trzygodzinna epopeja opowiadająca o burzliwych losach Adeli i Emmy jest naszpikowana nijaką dłużyzną, w której nic się nie dzieje, bohaterki nie mówią nic albo gadają o dupie Maryny, zaś klamrami spinającymi całość są ocierające się o pornografię sceny lesbijskiego seksu. Dostajemy więc to co tygrysy lubią najbardziej, jednak otoczone dwuipółgodzinną mielizną mającą uchodzić za szczyt artyzmu kinowego. Jednak jak to jest już z pornosami z fabułą - fabuła nie stoi w nich na najwyższym poziomie. Niestety, gdy w filmach fikanych można ją przeklikać, by dojść do sedna, tutaj musimy męczyć się pseudoegzystencjalnymi problemami bohaterek przez ponad 150 minut. Masakra. 
Dziwi mnie metamorfoza ostatniej dziewczyny Bonda, która z babochłopa w tym filmie powróciła do swojego naturalnego wyglądu w Spectre. Dobrze na ekranie ogląda się za to Exarchopoulos (choć gorzej jeśli chodzi o napisanie jej nazwiska), którą chętnie zobaczę w innej produkcji. 
Generalnie jednak po tej trzygodzinnej przeprawie muszę powiedzieć, że mało który film w tym roku tak bardzo mnie wynudził jak właśnie ten, Film bardziej dolanowy niż u Dolana. 





niedziela, 20 marca 2016

Podróż za jeden uśmiech

Złota klatka (La jaula de oro)
Gwatemala, Meksyk, Hiszpania 2013
reż. Diego Quemada - Diez
gatunek: dramat

I oto mam okazję napisać notkę o filmie z dalekiej Gwatemali. To moja pierwsza styczność z kinematografią tego biednego środkowoamerykańskiego kraju, choć w tym wypadku wspomagają Gwatemalczyków filmowcy z Hiszpanii i Meksyku. Po wielu dobrych filmach z Ameryki Południowej (zarówno z Brazylii, Argentyny czy Chile) czy Meksyku widać, że tamtejsze kino stanowi już pewną jakość, dzięki czemu może konkurować swymi produkcjami wśród ambitnych kinomanów zarówno z filmografią europejską, jak i z Hollywood. Gwatemala zaś wciąż jest krajem na dorobku filmowym, a dodając do tego fakt, że sama należy do krajów tzw. rozwijających się w ciemno można było przyjąć, że dostaniemy film poruszający ważną tematykę społeczną, która częściej swą wymową będzie górować nad względami stricte artystycznymi. I nie pomylimy się.


Historia zaczyna się we współczesnej Gwatemali. Trójka nastolatków obiera sobie za plan przedostać się z kraju do amerykańskiego Los Angeles pokonując w międzyczasie cały Meksyk. Do śmiałków w osobach Sary (Karen Martínez), Juana (Brandon López) i Samuela (Carlos Chajon) dołącza nieznający języka hiszpańskiego Indianin Chauk (Rodolfo Domínguez). Podróż do ziemi obiecanej nie będzie jednak dla tych młodych ludzi usłana różami...


Film ten jest typowym przykładem znanego z kinematografii Ameryki Łacińskiej minimalizmu. Wszyscy fani akcji i pędzącej szybkim pędem fabuły raczej nie znajdą tutaj nic dla siebie. Dostajemy ubogie w dialogi kino drogi, gdzie widz przez znaczną część trwania produkcji będzie kontemplować krajobrazy i naznaczoną zmaganiami z losem wędrówkę bohaterów. Droga ta zaczyna się w Gwatemali i sceny pokazujące otaczającą główne postaci rzeczywistość dość dobitnie pokazują, że jest to miejsce ciężkie do życia i myśl o ucieczce z tego kraju jest jak najbardziej uzasadniona. Później zaś w pogoni za marzeniami bohaterowie będą musieli pokonać sporą odległość, często wskakując na dach pociągów (tego typu podróże muszą być popularne w tamtych rejonach, bo nie dość, że bohaterowie spędzą tak podróżując z 30% filmu, to jeszcze zawsze otoczeni są innymi podobnymi gapowiczami). Podróż do celu będzie obfitowała w liczne spotkania z ludzką podłością. Czy to zdegenerowani stróże prawa, czy handlarze narkotyków, czy też zwykli przestępcy. Zło i występek czekać będą na bohaterów na każdym kroku. A gdy już nielicznym uda się przekroczyć granicę to ten amerykański raj na ziemi też okaże się czymś innym niż w marzeniach. Śledzenie całej tej wędrówki to naprawdę mocne przeżycie i o ile za samo pokazanie problemu migracji plusy do oceny się nie należą, to sportretowanie hmm przygód głównych bohaterów zostało wykonane bardzo dobrze i twórcy zasługują na brawa. 
Początkowo film trochę nużył mnie swoim klimatem, jednak z każdą minutą wsiąkałem w świat przedstawiony w historii, by pod koniec powiedzieć, że autorzy kupili mnie swoim obrazem. Dla każdego, kto nie boi się tego typu dość sennych produkcji to jednak pozycja warta polecenia. Przy okazji można odkryć filmowo nowe horyzonty. 





niedziela, 31 stycznia 2016

Skutki szkolnego gnębienia

Zjazd absolwentów (Återträffen)
Szwecja 2013
reż. Anna Odell
gatunek: dramat

Każdy kto chodził do szkoły spotkał się ze szkolną przemocą i szykanami. Czy to jako prześladowany czy też prześladujący. Jest to w sumie może niezbyt miłe ale jednak spotykane pod każdą szerokością geograficzną. Oczywiście szkolna fala nie powinna mieć miejsca, jednak jest to chyba normalna reakcja wśród każdej grupy kulturowej. Film ten zaś pokazuje skutki szkolnego tępienia.


20 lat po zakończeniu szkoły odbywa się zjazd absolwentów jednej z klas. Dobrą atmosferę wciąż psuje Anna Odell (w tej roli...Anna Odell), która bez przerwy wypomina szkolnym kolegom fakt, że w czasie szkolnym była przez nich często prześladowana.


Opisana pokrótce fabuła to tylko początek. Później okazuje się, że sama Anna Odell nie została zaproszona na zjazd absolwentów swojej klasy więc zatrudniła aktorów, którzy wcielili się w rolę jej dawnych znajomych i sama w roli siebie zrobiła symulację tego, jak zachowywałaby się, gdyby ją zaproszono - czyli wypominała innym to, jacy byli mając te 10-14 lat i zraziłaby znów innych do siebie. Druga część filmu to zaś próba rozmów z kolegami szkolnymi i pokazywanie im tego nakręconego wcześniej filmu (który widzimy w części pierwszej). Jak się okazuję wcielający się w prawdziwych dawnych znajomych Odell to też aktorzy, gdyż prawdziwi nie zgodzili się na swój udział w projekcie.
Film jest ogólnie strasznie głupi, gdyż twórczyni przeżywa to, że była nielubiana w szkole i robi z tego powodu wielką aferę. Choćby z faktu, że nie została zaproszona na spotkanie. Moim zdaniem to naturalne, że jeśli się kogoś nie lubi z wzajemnością to się go nie zaprasza. Jak widać ludzie, którzy w dzieciństwie prześladowali Annę dobrze zrobili gdy jej nie zaprosili, gdyż jak widać na jej filmiku czekałby ich tylko zwyzywanie ze strony przewrażliwionej kobiety. 
Sam film pokazywany ze strony Anny Odell jest ogólnie dziwny i niezbyt ciekawy. Autorka ma chyba jakieś traumy i problemy z racji tego, że przed 20-30 laty była nielubiana i powinna się zgłosić do psychiatry a nie kręcić o tym filmy,


niedziela, 24 stycznia 2016

Rodzina zadaniowa

Millerowie (We're the Millers)
USA 2013
reż. Rawson Marshall Thurber
gatunek: komedia kryminalna

Lubię filmy z Jasonem Sudeikisem. Produkcje te są zazwyczaj dość zabawne i niezobowiązujące, posiadają lekki i ogólnie wesoły klimat, nie są przy tym zbyt prymitywne i wulgarne, jak to niekiedy amerykańskie komedie. Do tego aktor ten, który w sumie na ekranie pojawia się od niecałej dekady ma pewien komediowy talent sprawiający, że chcę się go oglądać mimo, że nie strzela wciąż głupich min etc. Dlatego też z ciekawością włączyłem opisywany właśnie film, gdzie Jason zagrał główną rolę.


Drobny dealer narkotykowy David (Jason Sudeikis) pada ofiarą napadu i traci towar oraz zyski ze sprzedaży. By nie narażać się na gniew swego szefa, Brada (Ed Helms) zgadza się przeszmuglować towar z Meksyku do USA. Wpada na pomysł, by wynająć kilkoro ludzi z okolicy i udać się do Meksyku jako rodzina turystów, gdyż wtedy kontrole graniczne są mniejsze. Postanawia zatrudnić striptizerkę Rose (Jennifer Aniston), młodego sąsiada - frajera (Will Poulter) oraz okoliczną bezdomną Casey (Emma Roberts). Razem ruszają do Meksyku jako rodzina Millerów.


Film ten nie jest specjalnie ambitnym sposobem spędzania wolnego czasu. Akcja jest przewidywalna, fabuła toczy się w ramach dawno ustalonych komediowych standardów i nic a nic praktycznie nie jest w stanie zaskoczyć widza. Sam film posiada wiele nielogiczności i niespójności fabularnych, niektóre rzeczy dzieją się za szybko, inne za wolno. Jednak wszystkie te minusy nie wpływają szczególnie znacząco na to, jak odbieramy film, gdyż jest to po prostu niezobowiązująca forma rozrywki i dostarcza to, co powinna - w jakimś sensie bawi. Jest kilka naprawdę zabawnych scen, jak choćby nauka całowania, do tego ogląda się to bez znużenia, ciągle w sumie się coś dzieje, nie ma większych przestojów. Oczywiście całość ma tą nieznośną moralizatorską końcówkę, typową dla tego typu produkcji, jednak niestety taka już specyfika gatunku. 
Aktorstwo w filmie stoi na naprawdę niezłym poziomie, z postaciami ukazanymi na ekranie można się zżyć, a nawet czarne charaktery w postaci Jednookiego (Matthew Willig) i Chacona (Tomer Sisley) wypadają udanie. Do tego, gdy na ekranie pojawia się zdziwaczała rodzina Fitzgeraldów (Nick Offerman, Kathryn Hahn i Molly C. Quinn) mamy gwarancję kolejnej dawki komizmu. 
Reasumując nie ma tu niczego, czego wcześniej się nie widziało, całość jest jednak podana w taki sposób, że jest idealnym filmem na weekendowy wieczór. 




wtorek, 22 grudnia 2015

Sztuka kochania

Koneser (La Migliore offerta)
Włochy 2013
reż. Giuseppe Tornatore
gatunek: melodramat 

Najnowszy film twórcy opisywanego jakiś czas temu filmu z Monicą Bellucci Malena bliski jest stylistycznie innemu włoskiemu filmowi z ostatnich lat, wyreżyserowanego przez Pabla Sorrentino, to jest do Wielkiego piękna. I chociaż fabularnie jest tutaj jednak zupełnie inna historia to można się dopatrzyć w najpopularniejszych włoskich produkcjach ostatnich lat pewnych zbieżności. 


Niedostępny, stroniący od ludzi właściciel renomowanego domu aukcyjnego Virgil Oldman (Geoffrey Rush) żyje własnym, samotnym życiem, które poświęca tylko sztuce. Nie licząc znajomego będącego też jego partnerem biznesowym pomagającym mu zebrać imponującą kolekcję dzieł, Billy'ego (Donald Sutherland) nie posiada większych kontaktów towarzyskich. Pewnego razu dodzwania się do niego tajemnicza kobieta, Claire (Sylvia Hoeks), która chce sprzedać wartościowe antyki pozostawione jej po zmarłych rodzicach. Zaintrygowany dziwną kobietą i jej specyficzną przypadłością Virgil opowiada o niej współpracownikowi, Robertowi (Jim Sturgess).


Produkcja Tornatore jest filmem włoskim jednak zagranym po angielsku z użyciem anglojęzycznych aktorów. Mieliśmy przykłady innych filmów tego typu, jak na przykład hiszpański film anglojęzyczny Mechanik  Brada Andersona z Christianem Bale'm w roli tytułowej. Trochę to dziwne ale tak już we współczesnym kinie to wygląda. 
Ciężko określić miejsce akcji filmu, gdyż z jednej strony obserwujemy plenery iście włoskie, jednak aktorzy noszą anglojęzyczne nazwiska, używają angielskich słów oraz posiadają brytyjskie paszporty. 
Sam film to festiwal jednego aktora - Virgil Geoffreya Rusha jest osobą z krwi i kości. Rola została zagrana tak dobrze, że widz czasem zapomina, że to tylko jego praca na planie filmowym. Postać ta początkowo może odpychać, jako zadufany w sobie mizantrop stroniący od ludzi wykorzystując ich przedmiotowo, noszącym rękawiczki, by nie musieć stykać się własnoręcznie z innymi. Widzimy późniejszą jego przemianę pod wpływem nowopoznanej Claire, zagranej przez Hoeks w taki sposób, że nie ustępuje zbytnio swemu utalentowanemu partnerowi z planu filmowego.
Fabuła jest do pewnego momentu bardzo absorbująca i trzymająca w pewnym napięciu, jednak po pewnym czasie staje się lekko naiwna i przewidywalna, jednak film mimo to ogląda się dobrze. Lepiej dla niego byłoby według mnie, gdyby ze 130 minut wyciąć z kwadrans, który jest niepotrzebny aby usunąć pewne dłużyzny i powtórzenia, które wkradają się do seansu. 
Ogólnie mamy do czynienia z dobrą europejską produkcją, która jest świetną przeciwwagą do hollywoodzkich blockbusterów. Warto zobaczyć. 







niedziela, 6 grudnia 2015

Korsarze XXI wieku

Kapitan Phillips (Captain Phillips)
USA 2013
reż. Paul Greengrass
gatunek: thriller, biograficzny

Wydawać by się mogło, że historie i opowieści o piratach to element dawno już minionych czasów. Czasów, gdy Czarnobrody, Barbarossa, Francis Drake czy William Kidd pływali sobie swobodnie po morzach i oceanach szukając okazji do abordażu, grabieży i sporadycznego gwałtu na ludziach i mieniu. Nic jednak innego. Piraci nie zniknęli z naszej planety i w pewnych miejscach na świecie ich zbójowanie przeżywa okres prosperity. Jednym z takich miejsc są wody przybrzeżne upadłego państwa - Somalii. I tam właśnie rozgrywa się ta historia.


Mamy rok 2009. Amerykański statek pod dowództwem kapitana Richarda Philippsa (Tom Hanks) pływa wzdłuż Afryki zawijając do portów z transportowaną na swym pokładzie żywnością. Płynąc na wodach przybrzeżnych Somalii zostaje on przejęty przez skromną grupę tamtejszych piratów, którym dowodzi niejaki Muse (Barkhad Abdi). 


Ogólnie nie jestem fanem filmów biograficznych. Szczególnie jeśli akcja toczy się na przełomie kilku ostatnich dekad. Przeważnie mamy do czynienia z przydługimi nużyznami, które ciągną się w nieskończoność, przy okazji pokazując przeważnie coś, co już znamy. Nie wiem co fajnego może być w oglądaniu życia Steva Jobsa czy Justina Biebera. Są jednak od tego odstępstwa. Jak widać można wyciągnąć ciekawą, choć niskospopularyzowaną w skali świata historię, lekko ją przekolorować, obsadzić kogoś znanego w głównej roli i mamy dobry film i to z życia wzięty. Bo życie wciąż potrafi napisać najlepszy scenariusz.
Tak też jest i z historią Richarda Phillipsa, który musiał stawić czoła somalijskim piratom i przez kilka dni ocierać się o śmierć w ich towarzystwie. Choć pojawiają się czasem głosy, że Phillips sprokurował działania kolegów po fachu Jacka Sparrowa zbyt zbliżając swój statek na tereny opanowane przez piractwo to w tym filmie o tym się nie dowiemy. Jak to bywa przeważnie zawsze historię piszą zwycięzcy, a pan Phillips wyszedł na swej epickiej historii przecież jako bohater. 
Został też sportretowany przez niezwykle lubianego przez niemal wszystkich Toma Hanksa, który jak pisałem przy okazji niedawnego Mostu szpiegów umie dobrze wcielić się w los zwykłego człowieka rzuconego do walki do walki z dużymi problemami. I to walki na pierwszej linii frontu. 
Jego adwersarzem jest tutaj szalenie naturalny debiutant, pochodzący z Somalii Barkhad Abdi w roli Muse. Wypadł on bardzo przekonująco. 
Mamy tutaj ukazany konflikt cywilizacyjny, jaki w tle rozgrywa się pomiędzy bogatymi krajami Zachodu i zacofanym, pogrążonym w chaosie trzecim światem. Nie jest to afiszowane w samym filmie jednak wciąż w czasie trwania seansu te różnice wiszą w powietrzu. Jednak ci biedni i pokrzywdzeni są tutaj agresorami, więc mało kto (prócz innych piratów) z oglądających może trzymać za nich kciuki. 
Mamy tutaj do czynienia z filmem, który prowadzi nas przez całą historię problemów okrętu i kapitana, od wypłynięcia z portu, aż po zakończoną akcję ratunkową. Wydaje mi się, że film mógłby jednak zostać skrócony o około kwadrans, bo jak to w biografiach czasem zaczyna wiać nudą. Jednak ogólnie twórcy dostarczyli nam solidną dawkę rozrywki na odpowiednio wysokim poziomie. Warto zobaczyć.





piątek, 27 listopada 2015

Zabójczy komiks

Deo Web-toon: Ye-go Sal-in
Korea Południowa 2013
reż. Yong-gyun Kim
gatunek: thriller, horror

Lubię filmy Azjatyckie. Oceniam je oczywiście różnie, jedne są dobre, inne złe, często też zwyczajnie średnie. Jednak produkcje z Japonii, Korei, Chin czy Tajlandii są na tyle orientalne, inne niż te europejskie czy amerykańskie, że nie sposób im odmówić tego egzotycznego uroku niezależnie od reprezentowanego przez pojedynczy film gatunku. Kierując się tą regułą obejrzałem film, który w Polsce nie został wydany, a w krajach anglojęzycznych ukazał się pod tytułem Killer Toon.


Policja prowadzi sprawę dziwnego samobójstwa kobiety zarządzającej wydawnictwem komiksu. Prowadzący sprawę detektyw Gi-cheol Lee (Ki-joon Uhm) oraz Yeong-soo Kim (Hyeon-woo Kim) odkrywają, że na komputerze kobiety włączony jest otrzymany przez nią internetowy komiks, na którym odwzorowana jest historia życia samobójczyni wraz ze szczegółowo zilustrowanymi ostatnimi scenami z jej życia. Autorką komiksu jest Ji-yoon Kang (Si-young Lee) - ilustratorka cierpiąca na halucynacje i zaniki pamięci...


Początkowe sceny filmu zapowiadają ciekawą fabułę i najnormalniej w świecie wciągający, trzymający w napięciu dreszczowiec grozy. Jest ciekawe, całkiem oryginale ukazanie tajemniczego komiksu zwiastującego feralne wydarzenia, w dodatku bardzo dobre wstawki animowane zmieniające statyczną mangę w pełnoprawne, pełne życia anime. Do tego autorka komiksów dręczona przez halucynacje, której to ukazują się upiory (zrobione w bardzo azjatyckim stylu upiorów). Naprawdę powiem, że początkowe dwadzieścia - trzydzieści minut zwiastowałyby całkiem dobrą produkcję z pogranicza thrillera i horroru. Niestety kolejne wydarzenia i sceny z każdą chwilą obniżają ocenę produkcji. Zaczyna robić się dziwnie (w złym tego słowa znaczeniu), nielogicznie i wręcz głupio. Po pewnym czasie każda kolejna scena działa na zasadzie równi pochyłej staczając film z oceny dobrej do zwyczajnie słabej. Szkoda, bo można było poprowadzić fabułę trochę inaczej, a bylibyśmy świadkami naprawdę jednego z lepszych filmów grozy ostatnich lat. Niestety potencjał został zmarnowany i wyszło jak wyszło. Szkoda. 





niedziela, 25 października 2015

Zawód: ksiądz

W imię...
Polska 2013
reż. Małgorzata Szumowska
gatunek: dramat

Jak pisałem niedawno przy okazji najnowszego filmu Małgorzaty Szumowskiej, Body/Ciała oglądałem jakiś czas temu opisywaną właśnie produkcję, jednak z pewnych względów nie obejrzałem jej do końca. Teraz jednak udało mi się obejrzeć ten kontrowersyjny film od początku do końca i mogę się wreszcie trochę szerzej wypowiedzieć na jego temat. 


W prowincjonalnej polskiej wsi lokalnym księdzem jest przybyły z Warszawy Adam (Andrzej Chyra). Oprócz posługi kapłańskiej prowadzi on wraz z nauczycielem Michałem (Łukasz Simlat) ośrodek dla tak zwanej trudnej młodzieży. Przebywają tam przeważnie osoby mające sporą część życia w poprawaczaku (jak np. grany przez Tomasza Schuchardta Blondyn) czy osoby o małym ilorazie inteligencji wrodzonej. Księdza Adama zaczyna łączyć pewna zażyłość z przedstawicielem tej drugiej grupy, niejakim Dynią (Mateusz Kościukiewicz).


To kolejny po niedawno opisywanym El Club czy wspinanym w styczniu Calvary film, w którym głównymi bohaterami są księżą. Przeważnie wiąże się to z tematyką trudniejszą, niż żywot księdza z serialowej Plebanii, gdyż w filmach tych dużo mówi się o pedofilii czy innych niecnych zagrywkach ze strony stanu duchownego. Wymienione wyżej produkcje, choć trudne i kontrowersyjne jednak podobały mi się i mogę polecić je z czystym sercem. W filmie Szumowskiej o księdzu homoseksualiście jednak nie znajduję zbyt wiele rzeczy, które mi się podobały. 
Może wszystko rozbija się w sposobie narracji i montażu poszczególnych scen. Raz widzimy księdza odprawiającego mszę, za chwilę grupę dzieci w wieku wczesnogimnazjalnym przerzucających się kurwami, później poranny bieg księdza, kolejna dawka przemocy werbalnej lub niewerbalnej ze strony wykolejonych dzieci, później znowu Maje Ostaszewską, która chce wskoczyć księdzu do łóżka. Kamera chce pokazać życie na zapomnianej przez cywilizację prowincji, jednak robi to zbyt niespójnie, widz męczy się oglądając poszczególne, dość losowe sceny. Zresztą sama fabuła, w której mogący wybierać wśród wielu młodych ludzi ksiądz zakochuje się w opóźnionym, ledwo potrafiącym składać podrzędne zdania chłopaku jest trochę dziwny. Tak samo, jak dziwne jest to, że niemal wszyscy przebywający w ośrodku chłopcy mają doświadczenia homoseksualne. Masakra. 
Jedyne do czego ciężko się w filmie przyczepić jest w sumie gra aktorska. Chyra w postaci homoksiędza alkoholika jest naprawdę przekonujący. Dobrze wypada też Ostaszewska, Simlat czy Olgierd Łukasiewicz, w trzecioplanowej, choć wyrazistej roli. Ogólnie jednak sam film jest niespójny, źle zmontowany i po prostu nudny oraz mało logiczny. Kiepsko. 





poniedziałek, 5 października 2015

W poszukiwaniu straconego czasu

Wielkie piękno (La grande bellezza)
Włochy 2013
reż. Paolo Sorrentino
gatunek: dramat, komedia

Są takie filmy, które bardzo ciężko jest określić i ocenić. Oczywiście to zależy od każdego indywidualnie, jednak zdarza mi się to w wypadku tego filmu. Laureat wielu nagród na światowych konkursach i festiwalach jest bowiem filmem bardzo innym niż wszystkie. Pod wieloma względami. 


Obserwujemy poczynania znanego dziennikarza i pisarza Jepa Gambardellę (Toni Servillo), mężczyzny po 65 roku życia, który to snuje się po ulicach Rzymu i rozmyśla o swym życiu korzystając przy okazji z wszystkich dobrodziejstw, jakie oferuje to miasto. 


Film ten to prawdziwa perełka wizualna. Oglądając kilka scen z życia Gambardlelli możemy mieć najprawdziwszy orgazm przez oczy. Mało widziałem filmów, które są tak plastyczne. Wszystko jest tu kolorowe, wyraziste, realne. Przy okazji mamy przez całe niemal dwieipółgodziny zestawienie kontrastów. Obserwujemy zdeprawowanych, zniszczonych życiem, brzydkich ludzi na tle pięknego, majestatycznego Wiecznego Miasta. Patrząc na bohaterów ciężko jest stwierdzić, że nie kosmici, a kiedyś tacy jak oni zbudowali to piękne miasto. 
Niestety oprócz wizualnej poezji dostajemy bardzo mało fabularnie. W sumie bohater uczestniczy w cyklu różnych czynności i imprez, jednak ich powiązanie jest bardzo umowne. Można to tłumaczyć jako ukazanie obecnego stanu elit artystycznych, nieustannym meandrowaniem między strefą sacrum i profanum etc jednak to wszystko teoria, w praktyce wygląda to trochę inaczej i sprawia, że film Sorrentino jest mocno ciężkostrawny.
Jednak z założenia nie jest to produkcja mająca trafić do wszystkich, nie mamy do czynienia z nastawionym na zysk kinem będącym dzieckiem ery popkultury, a dziełem artystycznym, które to przeznaczone jest dla nielicznych. Oceny więc wahają się między ochów i achów (10 z serduszkiem) po totalne dno w postaci 1/10, jednak ja bym powiedział, że mamy ogólnie do czynienia z filmem niezłym, nie aż tak dobrym, jakby chcieli co niektórzy, ale na pewno też nie z produkcją złym. Jeśli oczekujemy od kina czegoś więcej, niż to co może dać Rambo czy Terminator to warto zobaczyć Wielkie piękno, choć czasem pewnie może się dłużyć. 






American przeciętniak

American Hustle
USA 2013
reż. David O. Russell
gatunek: dramat

Użyty w tytule zwrot hustle nieodparcie kojarzy mi się z amerykańskim pismem dla panów o nazwie Hustler. A skoro w nazwie jest jeszcze przymiotnik amerykański wydawać by się mogło, że pozycja ta dotyczy twórcy owego Hustlera czyli Larry'ego Flynta. Szkopuł w tym, że Flint doczekał się już filmu o sobie. Tak więc przychodzi nam śledzić losy innego hustlera. 


Obserwujemy losy tytułowego oszusta, Irvinga Rosenfelda (Christian Bale), któremu w nielegalnym procederze partneruje Sydney Prosser (Amy Adams). W pewnym momencie ich kariery zostają przyłapani przez agenta FBI o nazwisku Richie DiMaso (Bradley Cooper) i zmuszeni współpracować z nim w celu ujawnienia korupcyjnych zwyczajów prominentnych polityków, z wpływowym burmistrzem Polito (Jeremy Renner) na czele.


Siłą tego filmu jest charakteryzacja budująca w świetnym stylu klimat Ameryki sprzed około pół wieku. Zarówno pod względem stylizacji fryzur, jak i kostiumów po całe otoczenie wszystko wygląda jak żywcem przeniesione z tego okresu. Do tego całość uzupełniona jest dobrą ścieżką dźwiękową wyjętą z owej dekady. Majstersztyk!
Drugim wielkim plusem jest kadra aktorska. Bradley Cooper, Amy Adams, Jennifer Lawrence ale przede wszystkim świetny Christian Bale pokazują klasę w niemal każdej ze scen. Wielkie brawa dla tego ostatniego, gdyż jest to całkowicie człowiek - zagadka, w każdej roli wygląda inaczej, dla każdej jest w stanie poświęcić masę zdrowia. Czapki z głów. 
Niestety do poziomu oprawy oraz aktorstwa nie dostosowuje się ważna jednak w każdym niemal filmie fabuła. Tutaj jest po prostu nudno i widz niezbyt angażuje się w oglądanie kolejnych scen. Potencjał fabularny był duży, jednak został koncertowo wręcz spieprzony i tym samym powstał kolejny pięknie wyglądający film - wydmuszka. Niestety bardzo pod tym względem przypominał mi on opisywaną jakiś czas temu Wadę ukrytą. Oczywiście nie jest to produkcja tragicznie słaba, po ocenach na filmwebie można nawet zaryzykować stwierdzenie, że dla wielu bardzo dobra, jednak według mnie zwyczajnie średnia, tylko przeciętna. A były szanse na dużo więcej. 





wtorek, 21 lipca 2015

Policyjna patola

Major 
Rosja 2013
reż. Jurij Bykow
gatunek: dramat, kryminał

Rosyjskie filmy łączą w sobie cząstkę filmów europejskich i azjatyckich. Daleko im do hollywoodzkich produkcji, a gdy chcą wykonać produkcję zbliżoną do tej z Fabryki Snów, jak na przykład Nocny Patrol czy Stalingrad wychodzi im to łagodnie mówiąc niezbyt dobrze. Natomiast dobrze czują się w filmach egzystencjalnych opisujących losy zwykłych ludzi żyjących w poradzieckim, wciąż opresyjnym systemie, gdzie wódka jest jedynie wprowadzeniem elementu baśniowego do szarej rzeczywistości. 


Głównym bohaterem tego filmu jest oficer policji (dla niedoinformowanych - kilka lat temu tą nazwą zastąpiono milicję), tytułowy major Siergiej Sobolew (Denis Szwedow) dostaje na ranem informację, że jego żona zaczyna rodzić w szpitalu położonym w większym mieście, także wsiada do samochodu i z piskiem opon rusza zobaczyć rodzącego się potomka. Gnając na złamanie karku na jakimiś pustkowiu nieopodal przystanku potrąca na oczach matki (Irina Nizina) śmiertelnie małego chłopca. Chociaż wie, że to jego wina zdezorientowany nie wie co robić więc zatrzymuje się, zamyka matkę chłopaka w swym aucie i dzwoni po kolegę z pracy, cynicznego Pawła Kroszunowa (Jurij Bykow). Ten po przyjeździe chce zatuszować sprawę i całą winę zrzucić na matkę, na co Sobolew początkowo się zgadza. 


Film Bykowa poraża. Oglądając działania skorumpowanej policji oraz sposoby, którymi policjanci czyszczą się z zarzutów widzimy zatrważający świat, w którym kryminogenna klika tak zwanych stróżów prawa sprawuje niemoralną władzę nad ludźmi, których poprzysięgła bronić. W tej grupie zawodowej przez cały film w sumie nie trafia się choć jeden czysty przedstawiciel prawa. Wszyscy mają jakieś grzechy, każdy kryje każdego, gdyż w przeciwnym razie na światło dzienne może wypłynąć coś co może obciążyć osobę, której nie podoba się działanie kolegów. Skoro Rosjanie sami pokazują w swym własnym filmie taki sposób działania systemu, to aż strach pomyśleć jak bardzo źle jest w rzeczywistości. Nasza Drogówka stworzona przez Smarzowskiego przy tym jawi się jako swojska opowieść o ludziach, którzy nie zawsze przykładają się na 100%. 
Pierwsza część filmu jest bardzo senna, toczy się na bezludnym pustkowiu, gdzie więcej mamy z teatru niż filmu, później zaś akcja przenosi się na posterunek policji i tam już pierwsze kilka scen jakie ujrzymy nadaje się do zapamiętania. Warto zobaczyć ten film choćby dla pierwszych 10 minut na komisariacie. A później dochodzi jeszcze wątek z kina akcji. Naprawdę mamy do czynienia z filmem niezwykłym i choć ciężkim do jednoznacznego ocenienia wartym zobaczenia. Chociaż dla pewnej części społeczeństwa okaże się on nie do obejrzenia. A szkoda, bo to dobra opowieść o życiu, czynach i ich konsekwencjach. 


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Obozowe historie

Droga do zapomnienia (The Railway Man)
Australia, Wielka Brytania 2013
reż. Jonathan Teplitzky
gatunek: dramat, biograficzny

W Polsce mamy swoją martyrologię narodową, wedle której wszystko co złe na świecie skupiło się na naszym kraju i na Polakach żyjących przez te wszystkie lata trwania państwa polskiego. Ciągłe wojny, zarówno z Niemcami i Rosją (oraz Czechami, Szwedami i innymi Ukraińcami), przez przedmurze chrześcijaństwa i walki z Turkami czy dalekimi Mongołami po widmo zaborów, przegranych powstań, II Wojny Światowej, budowanych na terenie naszego kraju obozów śmierci czy lata dominacji radzieckiej zapominamy, że w innych miejscach ludzie ludziom sami zgotowali podobny los tak, by ci drudzy cierpieli. I tego typu filmy przypominają nam, że nie jesteśmy pępkiem świata w cierpieniu. 


W wiele lat po II Wojnie Światowej jej weteran Eric Lomax (Colin Firth) poznaje w pociągu Patricie (Nicole Kidman). Będący już w dość średnim wieku ludzie szybko znajdują wspólny język i stają na ślubnym kobiercu. Jednak Erica targają wspomnienia z czasów wojny, co powoduje, że bywa bardzo nieobliczalnym człowiekiem. Nie chce on opowiedzieć żonie o tym, co spotkało go w niewoli japońskiej, więc ta zwraca się o opowiedzenie tego do dawnego towarzysza niedoli męża, Finley'a (Stellan Skarsgård). W jego opowieściach przenosimy się do lat wojny, gdzie młody Eric (Jeremy Irvine) podpada kierownictwu obozu i jest torturowany przez członka japońskich służb, Nagase (Tanroh Ishida). Po latach Lomax dowiaduje się, że Nagase (Hiroyuki Sanada) pracuje w dawnym obozie jako oprowadzacz wycieczek. Postanawia jechać mu na spotkanie.


Film tworzą przeplatane sceny z lat późniejszych, jak i z czasów wojny. Wiele spraw będących chronologicznie pierwszymi zostanie nam przedstawione na końcu. To buduje pewien suspens i napięcie jednak wplata dużą niespójność w całej produkcji. Ogólnie cały film jest dość nierówny, a tempo akcji jest niespieszne i w wielu momentach dość nużące. Kilka razy chciałem się poddać i wyłączyć projekcję. Jednak udało mi się te sceny przeboleć i nie żałuję. 
Sama idea filmu pokazująca prawdziwą historię człowieka, który zaznał bolesnych mąk w czasie niewolniczej budowy kolei we wschodniej Azji była bardzo dobra. Sposób wykonania jednak nie zawsze trafiał w dziesiątkę. Brakowało mi trochę relacji Lomaxa z żoną i problemów, jakie musiała z nim mieć. Szczególnie smutne jest to dlatego, że Nicole Kidman zagrała naprawdę bardzo dobrze i miło było widzieć ją w takiej formie na ekranie. Dostaliśmy historię człowieka, który szuka nawet nie tyle zemsty co zrozumienia. Człowieka, który nie zaśnie póki nie zamknie pewnego etapu swojego życia. Oglądając film pewnie nie jednemu przyjdzie na myśl jego antywojenny, pacyfistyczny wydźwięk. Wszak dwóch nieznanych sobie ludzi, którzy widzą się pierwszy raz w życiu nie powinno mieć na zdrowy rozsądek chęci tortury jeden drugiego. Film pokazuje całą głupotę idei wojen dwóch ludów, w terenie w którym nie powinno ich nawet być. Wszak rzecz dzieje się w Tajlandii zajętej przez Japonię, jednak wcześniej skolonizowaną przez Brytyjczyków. Ergo jedni i drudzy swego czasu byli agresorami. Jest to też historia o wybaczeniu i przyjaźni. Może nie porywająca, jednak warta zobaczenia lekcja człowieczeństwa, którego w pewnym momencie zabrakło światu.