Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D. Trueba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D. Trueba. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 listopada 2018

W potrzasku

Madryt 1987 (Madrid 1987)
Hiszpania 2011
reż. David Trueba
gatunek: dramat
zdjęcia: Leonor Rodríguez
muzyka: Irene Tremblay


Jakiś czas po obejrzeniu Łatwiej jest nie patrzeć, który okazał się całkiem sprawnie nakręconym dziełem postanowiłem sięgnąć po jakiś wcześniejszy film reżysera, Davida Trueby. Wybór padł na powstały dwa lata wcześniej Madryt 1987, który udało się obejrzeć nawet za darmo na jednym z polskich serwisów VOD.


Film pokazuje zdarzenie z życia starzejącego się dziennikarza, Miguela (José Sacristán) oraz początkującej pisarki Angeli (María Valverde). Młoda kobieta liczy na to, że doświadczony i odnoszący sukcesy Miguel pomoże jej w karierze. Gdy akcja przenosi się z kawiarni do mieszkania mężczyzny nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że oboje zatrzaskują się w łazience...


Czytając sam zarys scenariusza, w którym mowa o tym, że w zamkniętym pomieszczeniu niemal nago siedzą głodny być może ostatniego w życiu seksu stary mistrz i chcąca dzięki niemu wystartować z karierą młoda i atrakcyjna dziewczyna nastawiłem się pozytywnie na ten film. Lubię tego typu produkcje, gdzie w zamkniętym pomieszczeniu dochodzi do starcia osobowości, sceny są przegadane ale przegadane inteligentnie, a nad wszystkim unoszą się opary napięcia seksualnego. Nie wymieniając tytułów kilkukrotnie tego typu materiał to przepis na sukces. I przez to miałem całkiem duże oczekiwania co do tego filmu Trueby. Niestety rozczarowałem się tym, co musiałem obejrzeć. Dość mocno męczyłem się przy tym raczej krótkim metrażu, a każda minuta dłużyła się niemiłosiernie. Nie mam nic do przegadanych filmów, a często je lubię jednak jeśli tworzy się tego typu dzieło należy wsadzić w usta postaci coś ciekawego do powiedzenia. Reżyser i scenarzysta w jednym niestety tego nie zrobił i przez te sto minut słuchamy banałów, pseudo intelektualnych monologów, z czego na dodatek duża część jest silnie osadzona w kontekście Hiszpanii połowy lat 80. ubiegłego wieku, przez co niezbyt zrozumiała dla kogoś, kto nie zna kontekstu. Ładna i nawet w kilku momentach roznegliżowana kobieta owszem ratuje ten film, ale nie na tyle, by móc go polecać. Dzięki niej oglądanie nie boli, jednak nie czyni filmy innym niż do zobaczenia i zapomnienia. 






czwartek, 27 września 2018

Beatlemaniak

Łatwiej jest nie patrzeć (Vivir es fácil con los ojos cerrados)
Hiszpania 2013
reż. David Trueba
gatunek: dramat
zdjęcia: Daniel Vilar
muzyka: Pat Metheny

Za sprawą kilku reżyserów oraz aktorów i innych sprawnych twórców stanowiących obecną generację hiszpańskiej kinematografii bardzo lubię współczesne kino rodem z Hiszpanii. Pełen wachlarz gatunkowy, jaki oferuje w ostatnich latach oferują twórcy z Półwyspu Iberyjskiego potrafi zaspokoić wymagania najwybredniejszych widzów. Dlatego też, gdy nadarzyła się okazja zobaczyć film będący laureatem sześciu nagród Goya (najważniejsza hiszpańska nagroda filmowa) nie mogłem jej nie wykorzystać. 


Poznajemy lekko podstarzałego samotnika Antonia (Javier Cámara) - nauczyciela angielskiego, który przy okazji jest wielkim fanem zespołu The Beatles oraz Johna Lennona. Gdy dowiaduje się, że znany brytyjski muzyk przybywa do jego kraju, by w Almerii kręcić film rusza na spotkanie ze swoim idolem. W czasie podróży zabiera ze sobą dwoje autostopowiczów - Juanjo (Francesc Colomer) i Belén (Natalia de Molina).


Produkcja ta, która w tytule ma fragment tekstu z piosenki Strawberry Fields Beatlesów jest typowym filmem drogi i jako kino drogi spełnia on swoje wszystkie założenia. Mamy podróż z punktu A do punktu B, wartościowy cel czekający na końcu podróży oraz różne zdarzenia występujące po drodze. Owładnięty pewną obsesją Antonio spotyka się z mającymi pewne problemy ludźmi, a spotkania te wywrą ślad zarówno w nim, jak i w napotkanym nastolatku oraz młodej kobiecie. I chociaż dramatyczno - komediowa oś fabularna filmu nie zawsze trzyma równy poziom i czasami, jak to w filmach drogi w zwyczaju za dużo tu slow cinema to dzięki sympatycznym bohaterom i pięknym górskim widokom seans nie dłuży się aż tak bardzo. Plusem jest też pewien kontekst epoki generała Franco i jego opozycja względem osoby Lennona i poglądów, jakie głosił artysta. Całościowo sprawia to, że mamy do czynienia z sympatyczną, całkiem niezłą produkcją. Chociaż nagrodzenie jej w aż sześciu kategoriach na rodzimym rynku to moim zdaniem duża przesada.