piątek, 31 marca 2017

Amerykańskie cukiereczki

American Honey
USA, Wielka Brytania 2016
reż. Andrea Arnold
gatunek: dramat
zdjęcia: Robbie Ryan

Na ten film czekałem od dość dawna. Dobrych kilka miesięcy temu, jak nie ponad pół roku wstecz nawet w jednym z multipleksów wyświetlili zwiastun, więc wtedy na pewno nie myślałem, że będzie trzeba tak długo czekać na wejście pierwszej amerykańskiej produkcji Arnold do polskiej dystrybucji. Jednak trochę wody w Wiśle musiało upłynąć nim obraz zagościł na naszych ekranach. Czy warto było czekać?


Nastoletnia Star (Sasha Lane) wiedzie ciężką egzystencję mieszkając w biedzie z problematycznym ojcem i dwójką młodszego rodzeństwa. Gdy pewnego dnia w sklepie zauważa grupę nierozgarniętych młodych ludzi zagaduje do niej jej najstarszy członek, Jake (Shia LaBeouf), który rekrutuje ją do grupy mówiąc, że jeżdżą oni po Ameryce proponując ludziom kupno prenumerat gazet. Po krótkich rozterkach Star postanawia dołączyć do Jake'a i prowodyrki grupy, apodyktycznej Krystal (Riley Keough).


Cóż, moje oczekiwania w stosunku do tego filmu były całkiem spore. Wiele nagród, w tym ważne statuetki na festiwalu w Cannes to jednak duża nobilitacja. Także wielotygodniowe oczekiwanie na produkcję wyolbrzymiało zainteresowanie i pewien hype, który sam sobie stworzyłem wokół filmu. Ale czy było warto było czekać? Na to pytanie mogę jednak odpowiedzieć rozgoryczony zgodnie ze Zbigniewem Stonogą. Obraz Arnold jest owszem wyjątkowy, inny niż to, co dominuje w filmowym mainstreamie, jednak mam nadzieję, że ta produkcja nie zredefiniuje kierunku, jaki ma obrać współczesna filmografia. Dostajemy całkiem klasyczny film drogi podzielony na etapy podróż -> wydarzenie -> podróż - wydarzenie, jednak całość jest zaserwowana w nieklasycznej formie. Zarówno sam obraz filmu (format sprzed ponad pół wieku, boki obcięte są nie poziomo, a pionowo, dobrze, że zrealizowano w kolorze), jak i wszędobylska muzyka, której nie trawię z rapem i Rihanną na czele były dla mnie ciężkim filmowym doświadczeniem. Sama fabuła owszem istnieje, jednak o ile jest jakiś wstęp, jak i zawiązanie akcji nie ma tam żadnego zakończenia. Tak jak bohaterom brakuje jakiegoś większego celu (oprócz picia, ćpania i zarabiania), tak również samej fabule. Po prostu film mimo niemal 3 godzin trwania w pewnym momencie się urywa. Zabrakło tu jakiegoś zwieńczenia. Bohaterowie, których oglądamy to też wykolejeńcy, rednecki i ogólnie obraz Ameryki Trumpa, a nie Obamy. Ciężko tutaj spotkać jakąś pozytywną postać. Całość jednak ma jakiś wyczuwalny, bliżej nieokreślony plus, dzięki czemu chce się oglądać poczynania bohaterów. Może to właśnie ta nieuchwytna magia kina w tym momencie działa, sprawiając, że mimo wielu argumentów na nie dalej z pewnym zaciekawieniem ogląda się film. Myślę, że jest to więc średnio udany eksperyment, jednak wart obejrzenia i doświadczenia na własne oczy tej podróży (bo ten film jest z gatunku właśnie takich, których się nie ogląda, a właśnie doświadcza), Prawdopodobnie są ludzie, którym całość się spodoba. 





poniedziałek, 27 marca 2017

Ranking Tygodnia 104

I tym rankingiem wychodzę na prostą :)











Zamach

Anthropoid 
Czechy, Francja, Wielka Brytania 2016
reż. Sean Ellis
gatunek: wojenny, historyczny 
zdjęcia: Sean Ellis
muzyka: Guy Farley

Od czasu, gdy w naszym kraju rozpoczęła się dobra zmiana przedstawiciele obecnego rządu co jakiś czas przebąkują o potrzebie stworzenia zagranicznego widowiska filmowego z udziałem hollywoodzkich gwiazd, które to za polskie pieniądze przedstawi polskie dokonania narodowe czy też wojenne. Idea wydaje się słuszna, choć trochę niepokoi ewentualny wybór tematu i sposób jego pokazania. Tymczasem w pobliskich Czechach po cichu w zeszłym roku powstał taki film. Chociaż zapewne na jego nakręcenie nie wydano dziesiątek milionów zielonej waluty.


Rok 1942. Do okupowanej przez Niemców Pragi dociera dwóch zrzuconych spadochroniarzy, Jozef Gabčík (Cillian Murphy) i Jan Kubiš (Jamie Dornan) przybywają do stolicy dawnej Czechosłowacji w jednym celu, którym jest zabójstwo Protektora Czech i Moraw, Reincharda Heydricha. 


Reinchard Heydrich był najwyżej postawionym Niemcem zlikwidowanym w czasie drugiej wojny światowej. Heydrich był wyjątkowo podłym kawałem gnoja, jednak jego zabicie, choć symboliczne i wpływające na morale u obu stron doprowadziło do krwawego odwetu na ludności czeskiej. W Polsce podobna akcja udała się dopiero kilkanaście miesięcy później, gdy zabito dowódcę warszawskiego SS, Franza Kutscherę, o czym zresztą również powstał film (liczący niemal 60 lat Zamach). Opisywany właśnie film zaś choć traktuje o zamachu na Heydricha to skupia się na wydarzeniach sprzed, jak i po zamachu. Fragment zabójstwa jest kilkuminutową sceną, a sam zamach, zresztą zgodnie z historią przedstawiony jest jako niezbyt dobrze wykonany, lecz jednak szczęśliwie zakończony. Same sceny od zamachu do końca to najmocniejsze punkty filmu. Niestety w moim zdaniem zbyt dużo czasu poświęcono wydarzeniom sprzed asasynacji, gdzie głównie pokazuje się relację bohaterów z dwoma kobietami. Te relacje to zresztą najsłabszy moim zdaniem punkt programu. Za to dobrze wypadają aktorzy. Oprócz już wymienionych (na pewno obecność postaci Christiana Greya przyciągnęła sporo fanów tej filmowo-literackiej osoby) mamy choćby Toby'ego Jonesa oraz co ciekawe całkiem sporą rolę odegrał Marcin Dorociński. Ogólnie więc mamy pokazany ciekawy i ważny epizod drugiej wojny światowej, a anglojęzyczny film na pewno poprawi wiedzę świata o wydarzeniach wojennych na wschodzie. Dla fanów filmów wojennych oraz samej II Wojnie Światowej pozycja obowiązkowa,a i reszta też nie powinna się nudzić. Warto obejrzeć. 



niedziela, 26 marca 2017

Sprzedawca

Klient (Forushande)
Iran, Francja 2016
reż. Asghar Farhadi
gatunek: dramat
zdjęcia: Hossein Jafarian
muzyka: Sattar Oraki

Film ten otrzymał tegorocznego Oscara. Wielu, choć nie widziało wówczas (i pewnie nie nadrobiło tego do tej pory) z góry uznało, że to decyzja stricte polityczna, która ma utrzeć w jakimś stopniu nosa Donaldowi Trumpowi (którego to, kto akurat dostanie Oscara zapewne obchodzi mniej niż ulokowanie geopolityczne Burkina Faso).  Wszak przecież w tym roku był też Toni Erdmann oraz  Elle. A tu jednak dostało się Farhadiemu. I moim zdaniem zasłużenie. A dlaczego? O tym krótko poniżej. 


Małżeństwo aktorów: Emad (Shahab Hosseini) i Rana (Taraneh Alidoosti) muszą opuścić swoje mieszkanie, gdyż budynkowi, który zamieszkiwali grozi zawaleniem. Z pomocą przychodzi im współpracownik z teatru, w którym razem pracują, Babak (Babak Karimi): mężczyzna oferuje im zamieszkanie w mieszkaniu, które dotychczas wynajmował kobiecie, która do tej pory nie odebrała swoich rzeczy. Wkrótce okazuje się, że w mieszkaniu wcześniej mieszkała prostytutka, a co gorsze Rana zostaje napadnięta w nowym mieszkaniu przez jednego z jej klientów...


Na pewno polityczny wymiar decyzji o przyznaniu temu filmu Oscara był jakimś elementem składowym sukcesu tej produkcji, jednak nie głównym i na pewno nie jednym. Farhadi zrobił film, który po prostu może spodobać się Amerykanom. Bohaterowie Klienta grają w teatrze i sceny z garderoby, prób i przedstawień to całkiem duża część filmu. W USA lubi się filmy o świecie filmu, teatru, aktorstwa więc to na pewno też działało na plus. Co więcej teatr bohaterów wystawia klasyczną amerykańską sztukę, czyli Śmierć komiwojażera Arthura Millera - za to na pewno można zaplusować. Poza tym za filmem stało wcześniej wiele prestiżowych nagród, z tymi z Cannes na czele. I chyba najważniejsze - to naprawdę po prostu, bez żadnych podtekstów jest bardzo dobry film - aktorsko, fabularnie i zdjęciowo. Jest to film bardzo w stylu Farhadiego - intryga, która zaczyna się niczym z mokrego snu Hitchcock'a, od trzęsienia ziemi. I to realnego. Potem zaś problemy zaczynają stopniowo narastać wokół bohaterów, którzy wikłają się w coraz to nowe życiowe kłopoty, z których nie ma dobrego wyjścia. Niemal żywcem uwspółcześniona antyczna tragedia podlana irańskim sosem. Jednak jeśli ktoś nie lubi stylu reżysera i nie przypadły mu w ogóle poprzednie filmy tego twórcy raczej też i tutaj może się zawieść - to jednak przecież w dalszym ciągu stylistycznie to samo, lecz ze zmodyfikowaną historią. Sam nie mogę zaś znaleźć minusów tej produkcji, to naprawdę kawał mocnego, równego przez cały czas i trzymającego wciąż w napięciu filmu z najwyższej półki. Bardzo cieszy fakt, że na jednym z trzech przedpremierowych seansów zastałem pełną salę kinową. To znaczy, że jest zapotrzebowanie na takie filmy - wymagające ale także dużo dające od siebie. A przy okazji pokazuje też, że w naszym kraju ludzie nie zamykają się na film z islamskiego (szyickiego - są wrogiem ISIS) kręgu kulturowego. Naprawdę warto zobaczyć tę historię. Polecam. 












Zaślepienie

Zaćma 
Polska 2016
reż. Ryszard Bugajski
gatunek: dramat
zdjęcia: Arkadiusz Tomiak
muzyka: Shane Harvey

Najnowszy film Ryszarda Bugajskiego, który to niedawno obejrzałem, a teraz staram się opisać nie zebrał zbyt wielu przychylnych opinii, i generalnie został surowo oceniony przez widzów, jak i krytyków. Sam jednak chciałem mimo to zobaczyć ten obraz i samemu, na własnej skórze przekonać się o jakości tej produkcji. Bugajski to przecież autor wystarczająco uznany, by dać światu co najmniej przyzwoity film. Tak przynajmniej myślałem przed seansem. 


Końcówka lat 50. ubiegłego wieku. Do ośrodka dla niewidomych w podwarszawskich Laskach przybywa dawna oprawczyni z czasów stalinizmu, Julia Brystiger znana też z zawodowego pseudonimu jako Krwawa Luna (Maria Mamona). Kobieta chce spotkać się z przebywającym akurat w ośrodku prymasem Wyszyńskim (Marek Kalita).


Krawa Luna to wyjątkowo trudna do ogólnej oceny postać. Wykształcona, światła kobieta, która lubowała się zawodowo w biczowaniu i przypalaniu petem swych często niesłusznie oskarżanych ofiar, zaś w ostatnich latach życia nawracająca się na katolicyzm i sama inwigilowana przez dawnych mocodawców, jako potencjalne zagrożenie dla systemu. Osoba wielu kontrastów, o której w sumie mógłby powstać ciekawy film stricte biograficzny. Film, jakim obraz Bugajskiego absolutnie nie jest. Niestety reżyser koncentrując się tylko na jednym aspekcie jej życia i pokazując historię spotkania (z którego nic nie wynika) jej z prymasem tysiąclecia, do którego udaje się, jak Henryk IV do Kanossy 900 lat wcześniej ogranicza pokazanie pełni postaci Julii. A niestety wtedy, gdy pokazuje coś więcej niż ośrodek i jego okolicę i cofa się do retrospekcji z krwawej przeszłości antybohaterki jest jeszcze gorzej. Jakieś metafizyczne doznania, jakich doświadcza Julia, wizje i inne dziwne rzeczy. Naprawdę wygląda to źle. Ogólnie zaś wszystko w tym filmie jest dwubiegunowe - źli ludzie wspierający system kontra prawdziwi Polacy i patrioci - oczywiście z krystalicznymi księżmi w roli głównej. Nie lubię tak łopatologicznie przedstawionych postaci, u każdego można znaleźć przecież plusy dodatnie i plusy ujemne. Z samych plusów można wymienić tutaj grę mało eksploatowanej na ekranie Marii Mamony, która stara się jak może i Janusz Gajos w drugoplanowej roli, który też wypada dobrze. Także czasem można pochwalić dekoracje i pracę kamery. Niestety to wszystko, co jestem w stanie docenić w tym filmie. Nie polecam. Każdy, kto chce zobaczyć w miarę nowy film, którego akcja toczy się w podobnych warunkach, to zdecydowanie polecam polsko - francuskie Niewinne.






sobota, 25 marca 2017

Z miłości do złota

Gold
USA 2016
reż. Stephen Gaghan
gatunek: dramat
zdjęcia: Robert Elswit
muzyka: Daniel Pemberton

Od czasu występu w oscarowym Witaj w klubie z 2013 roku aktorska kariera Matthew McConaughey'a nabrała sporego rozpędu. Chociaż wcześniej zagrał dziesiątki ról małych i dużych to dopiero cztery lata temu wkroczył do hollywoodzkiej pierwszej ligi. Zbliżający się do pięćdziesiątki aktor ma w sobie coś, co sprawia, że chce się oglądać go na ekranie. Także z chęcią wybrałem się na najnowszy film z jego udziałem. 


Starzejący się zapuszczony Kenny Wells (Matthew McConaughey) jest właścicielem liczącej kilka pokoleń tradycji uznanej przed laty kompanii zajmującej się wydobyciem surowców mineralnych. Jednak ostatnie lata to czas posuchy w jego chylącej się do upadku firmie. Wells za ostatnie pieniądze wylatuje do Indonezji, by przekonać do współpracy uznanego geologa, Michaela Acostę (Edgar Ramírez). Mężczyźni po wielu dniach trudu odkrywają ogromne złoże złota...


Film reklamowany był jako połączenie Wilka z Wall Street z American Hustler. Chociaż wpływy tych tytułów na pewno są zauważalne, to nie powiedziałbym, że w dużym stopniu opisywany właśnie Gold był kalkowaniem ich. Co najwyżej jest między tymi produkcjami jakieś dalsze pokrewieństwo. Jest to też przede wszystkim film typu przegadanego, bez większego napięcia dawkowanego przez akcję. Co nie znaczy, że napięcia nie ma w ogóle, bo owszem istnieje - jednak bardziej w sferze krasomówczej i mimicznej, szczególnie dzięki postaci Kenny'ego świetnie sportretowanego przez McConaughey'a. Aktor musiał przejść uwielbianą przez Hollywood i widownię makabryczną metamorfozę, by do roli obrzydzić się i mocno spaść. Efekty są piorunujące i widoczne na pierwszy rzut oka, gdyż Kenny lubi sobie pobiegać w samych bokserkach z obwisłym brzuchem piwosza pasibrzucha. Za samą taką transformację akademia oscarowa była w przeszłości już wręczyć swoją nagrodę. Aktorsko film ogólnie daje radę, bo mamy też dobrą rolę Ramireza oraz supportujących głównych bohaterów Bryce Dallas Howard i znanego m.in. z pierwszego sezonu House of Cards Corey Stoll. Sam film ma swoje lepsze i gorsze momenty, często zalicza mielizny, jednak dużym plusem fabularnym jest same zakończenie, a wizualnym ładnie przedstawiona natura Indonezji. Jest to taki film, jakich do kin trafia dość dużo w każdym roku - poprawnie wykonanych, dobrze oglądających się i całkiem szybko wyparowujących z głowy. Jednak posiada wystarczająco dużo mocnych punktów, by można było wybrać się na seans. 




Klasyka po latach

Obcy - 8. pasażer 'Nostromo' (Alien)
USA, Wielka Brytania 1979
reż. Ridley Scott
gatunek: horror, sci-fi
zdjęcia: Derek Vanlint
muzyka: Jerry Goldsmith

W maju do polskich i światowych kin zawita film Obcy: Przymierze, który będzie przybliżał nam uniwersum ksenomorfów. Co ciekawe 80. letni reżyser zapowiedział, że nie będzie to jednorazowy powrót, a planuje w sumie jeszcze pięć filmów o Obcym. Czy będą to zapowiedzi typu opowiadania Camerona o powstaniu Avatara 2,3,4, czy bajdurzenia Axla Rose'a o Chinese Democracy 2 i 3 ciężko stwierdzić, jednak zapowiedź tych filmów skłoniła mnie do odświeżenia sobie serii, z której w sumie nie wszystkie filmy widziałem.


Daleka przyszłość. Międzygalaktyczny statek handlowy 'Nostromo' powraca na Ziemię wraz z ładunkiem zabranym w innym punkcie Wszechświata. Załoga statku w pewnym momencie odbiera sygnał, po czym ląduje na planetoidzie, z której dochodził. Podczas rekonesansu jednego z członków załogi atakuje obca forma życia. Gdy na statku pojawia się ósmy pasażer regularna załoga musi stawić mu zagrożeniu. 


Pamiętam, gdy lata temu kilkukrotnie oglądałem późną porą film na emitującym go Polsacie. To było uczucie, jakiego chyba żaden inny film u mnie nie powodował. Może to zasługa młodego wówczas wieku, może fakt, że ogląda się coś zakazanego (bo przecież z ikonką 18+), możliwe, że przez klaustrofobiczną ciasnotę całości i samą osobę Obcego. Nie wiem czemu, ale jednak fakt jest taki, że wiele razy towarzyszyło mi uczucie gęsiej skórki przy seansie przerywanym męczącymi reklamami. Od tego czasu jednak zdążyłem dorosnąć, obejrzeć ponad tysiąc filmów i inaczej odbierać medium filmowe. Dodatkowo po niemal 40 latach, jakie minęły od premiery filmu widać też, że pod pewnymi aspektami czas odcisnął swe bezlitosne piętno na produkcji Scotta. Przeważnie widać to w warstwie nie aktorskiej czy fiction, ale samej science. Statek kosmiczny wygląda dzisiaj bardzo przedpotopowo, a mamy przecież do czynienia z zaawansowaną technologią setki lat po czasach nam współczesnych. Jednak mimo że ta niedziesiejszość odbiera pewną przyjemność to i tak nie powoduje, że da się to oglądać po latach. Już oczywiście nie z taką samą satysfakcją grozy i klaustrofobicznego zaszczucia, jak przed laty ale jednak wciąż dobrze. Aż zazdroszczę tym poszczególnym okazom człowieka, które to jeszcze nie widziały tego filmu - może nie każdy go polubi, ale znać trzeba. A w przyszłości zamierzam kontynuować rendez-vous z Obcym. 


piątek, 24 marca 2017

Ranking Tygodnia 103

Pięć dni opóźnienia, ale ważne, że nadrobiony :)










Kobiety nienormalne

Zwariować ze szczęścia (La pazza gioia)
Włochy, Francja 2016
reż. Paolo Virzì
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Vladan Radovic
muzyka: Carlo Virzì

Kilkukrotnie w ostatnim czasie miałem okazję opisywać trafiające do dystrybucji w Polsce filmy z Włoch i zawsze mogłem każdą z tych produkcji finalnie pochwalić, gdyż nigdy nie zeszły one poniżej pewnego bardzo przyzwoitego poziomu. Dlatego też, gdy dowiedziałem się, że właśnie w kinach grany jest kolejny film z Włoch wiedziałem, że prawdopodobnie będzie to dzieło udane. I tym razem się nie zawiodłem. 


Akcja filmu zaczyna się zawiązywać w ekskluzywnym miejscu odosobnienia dla osób chorych psychicznie. Na leczeniu tam przebywa hrabina Beatrice Morandini Valdirana (Valeria Bruni Tedeschi), za której rodziny pieniądze ufundowano cały obiekt. Kobieta jest władcza i egoistyczna i skłonna do przesadnych opowieści o sobie. Wkrótce do szpitala przybywa skłonna do autodestrukcji Donatella Morelli (Micaela Ramazzotti). Valdirana zaczyna interesować się nową pensjonariuszką...


W filmie tym dostrzegam powiew świeżości dla współczesnej kinematografii i naprawdę miłą odmianę wśród wielu niemal identycznych filmów zza Oceanu. Chociaż przygody dwóch całkiem innych, kontrastujących postaci to w światku filmu żadna nowość to osoby Valdirany i Morelli są tak dobrze napisane i zagrane, że naprawdę chce się oglądać ich dziwaczne i ekscentryczne przygody. Mimo że cała intryga nie jest zbyt zawiła to ogląda się to wszystko mile i z niekłamaną satysfakcją. Przygody obu odmiennych od siebie kobiet są przedstawione po równo w tonacji dramatu i komedii,a oba gatunki te są odpowiednio dopasowane. Sądzę, że jest to warta zobaczenia pozycja będąca typowo europejskim kinem środka, łączącym artyzm z komercją. Warto.




poniedziałek, 20 marca 2017

Uzależnieni

T2: Trainspotting
Wielka Brytania 2017
reż. Danny Boyle
gatunek: dramat
zdjęcia: Anthony Dod Mantle
muzyka: Rick Smith

Filmowa adaptacja Trainspotiingu Irvine'a Welsha była jedną z najgłośniejszych brytyjskich produkcji filmowych lat 90. XX wieku. Gdy usłyszałem jakiś czas temu, że powstaje po dwóch dekadach jej kontynuacja, realizowana przez Boyla na podstawie książki Porno trochę się zdziwiłem. Od tego czasu zdążyłem wręcz zapomnieć o tej informacji, aż tu nagle przypomniała mi ona o sobie znajdując się w kinowym repertuarze. Pora więc była na to, by wybrać się do kina i spotkać się ze starymi znajomymi.


Po dwudziestu latach nieobecności do Szkocji powraca Mark Renton (Ewan McGregor). Postanawia on spotkać się ze starymi znajomymi, których przed laty oszukał na kasę. Udaje mu się uratować Spuda (Ewen Bremner) przed samobójstwem oraz względnie dogadać się z Sick Boyem (Jonny Lee Miller) i jego uroczą dziewczyną ze Wschodu (Anjela Nedyalkova). Tymczasem z więzienia ucieka Begbie (Robert Carlyle), którego jednym z celów jest zemsta na Rentonie...


Szedłem na seans bez większego przekonania w sukces. Sądziłem, że nakręcono uderzający w nostalgiczną nutę film, który miał za zadanie wycisnąć z widzów trochę waluty. Jednak chociaż w filmie jest dużo sentymentów, elementów nostalgicznych i częstych retrospekcji do dzieła sprzed ponad dwudziestu lat to ogląda się to wciąż zaskakująco świeżo i po prostu dobrze. Może po prostu w dzisiejszych czasach, pełnych ugrzecznionych hollywoodzkich produkcji spod znaku PG13 brakuje tego typu dosadnej tematyki, dosadnego słownictwa i równie dosadnych bohaterów, którzy mimo że przeważnie skrajnie dziwaczni i odstręczający świetnie sprawdzają się na ekranie. Chociaż ten film nie aspiruje do miana głosu swojego pokolenia, jak to czyniła część poprzednia to moim zdaniem nie odbiera jej to na jakości. Dostajemy naprawdę porządnie zrealizowaną opowieść z naprawdę świetnymi postaciami (równie dobrze zagranymi). Naprawdę miłe zaskoczenie i myślę, że każdy kto zastanawiał się czy iść spotkać się ponownie z tymi bohaterami to ja do tego namawiam.





niedziela, 19 marca 2017

Wałkowanie Hollywood

Kong: Wyspa Czaszki (Kong: Skull Island)
USA, Wietnam 2017
reż. Jordan Vogt-Roberts
gatunek: przygodowy, fantasy
zdjęcia: Larry Fong
muzyka: Henry Jackman

I oto, chociaż jeszcze marzec i nawet nie dotarła do naszego kraju kalendarzowa (ani pogodowa) wiosna kino uraczyło nas pierwszym filmem z gatunku letnich blockbusterów. Hollywood mackami studia Warner Bros postanowiło ożywić ponownie historię King Konga, który po raz pierwszy na ekranach zawitał w 1933, by później wielokrotnie jeszcze zaznaczać swoją obecność w kolejnych filmach. Jak widać, wciąż jednak jeszcze nie przerośnięty potwór może być okazją do wyciśnięcia z widzów kolejnych milionów dolarów.


Lata 70. ubiegłego wieku. Kończy się wojna wietnamska,a gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej radary odkrywają ostatnie niezbadane przez ludzkość terytorium na Ziemi - Wyspę Czaszki. Bill Randa (John Goodman) uzyskuje możliwość wybrania się na wyspę, by ją zbadać. Towarzyszyć mu będą m. in. wojskowy Preston Packard (Samuel L. Jackson), traper James Conrad (Tom Hiddleston) i fotografka Mason Weaver (Brie Larson). Niespodziewanie na wyspie zostają przez goryla o wielkich rozmiarach. Wkrótce trafiają też na uwięzionego na wyspie od II Wojny Światowej Hanka Marlowa (John C. Reilly)...


Przed seansem tego typu produkcji z grubsza zawsze wiadomo, czego się spodziewać podczas oglądania. I tym razem obraz Vogta-Robertsa nie zaskakuje niczym i jest po prostu tym, czym ma być. Jest to kolejny przykład tego, że Hollywood dawno zjadło własny ogon - kolejny raz tamtejsi decydenci podążają drogą typu zjeść -> przetrawić -> wydalić -> zjeść ponownie. Szkoda, że w walce o widza rezygnuje się z tworzenia nowych historii, opowiadanych inaczej, kształtujących nowe trendy,a  wszystko opiera się na niemal świętej trójcy - PG13, green screen, znani i lubiani (super)bohaterowie. Niedzielni i niewymagający widzowie uderzą do sal kinowych, jednak wszystko to cofa kinematografię, zamiast ją rozwijać. 
O samym filmie ciężko napisać jakieś odkrywcze rzeczy - praktycznie wszystko to już widzieliśmy, teraz tylko dostajemy klimat lat 70., trochę zaczerpnięcia z Czasu apokalipsy, złożenie soundtracku z ówczesnej muzyki (fajnej, zapewne wydanie kompilacji na CD doda kolejny strumień dolarów dla twórców) i przeniesienie całości w 3D (które jest jakościowo nierówne, są skoki od naprawdę dobrze wyglądających scen do sztucznych i nieciekawych wizualnie). Mamy galerię postaci, które są jak na blockbuster przystało zarówno śmieszne, jak i bohaterskie, w zależności od swej roli. Show wszystkim znanym nazwiskom skradł tutaj wcielający się w rolę Marlowa Reilly - każda jego scena to mocny punkt filmu. Sam King Kong nie pojawia się zbyt często na ekranie, a gdy już jest prezentuje się nieźle. Dowiadujemy się też, że jego postać wciąż jeszcze rośnie. A na horyzoncie czeka już film Kong vs Godzilla. Nie mogę się już doczekać...





sobota, 18 marca 2017

Menele są w formie

Boisko bezdomnych
Polska 2008
reż. Kasia Adamik
gatunek: dramat
zdjęcia: Jacek Petrycki
muzyka: Antoni Łazarkiewicz

Przed około dekadą relatywnie głośno w naszym kraju było o międzynarodowym sukcesie naszych piłkarzy. Nie chodziło tu jednak o dobre wyniki drużyn klubowych czy też pierwszą reprezentację, a o zespół złożony z bezdomnych. Owi bezdomni dotarli do finału w rozgrywanych wówczas mistrzostwach świata bezdomnych. Wkrótce uznano, że to dobry materiał na film fabularny inspirowany tą historią. 


Jacek Mróz (Marcin Dorociński) był w wieku juniorskim jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy swojego pokolenia. Doczekał się nawet powołania do seniorskiej kadry kraju, w której jednak nie wystąpił z powodu kontuzji, która przekreśliła jego karierę. Na skutek kilku zdarzeń wylądował po latach na Dworcu Centralnym jako bezdomny. Tak spędza czas wraz z innymi podobnymi sobie, m.in. Indorem (Eryk Lubos), Górnikiem (Bartłomiej Topa) czy Księdzem (Jacek Poniedziałek). Bezdomni oprócz picia i palenia czas spędzają kopiąc puszki po piwie. Pojawia się pomysł, by Mróz zaczął trenować ich w bardziej profesjonalny sposób. Mężczyzną zaczyna pomagać poznana na dworcu Sewka (Joanna Grudzińska)...


W Stanach Zjednoczonych tak zwane dramaty sportowe cieszą się sporą popularnością. W większości filmy z tego podgatunku opierają się na bardzo podobnych schematach. Mamy więc jakiegoś ambitnego boksera lub innego przedstawiciela sportów walki, który robi karierę od zera do bohatera przy okazji podnosząc się z kolan po wcześniejszym nokaucie zafundowanym przez życie. Jeśli są to sporty drużynowe to zaś obcujemy z drużyną totalnych outsiderów i nieudaczników, przeważnie znajdujących się jako zespół na granicy ubóstwa - początkowo ta zgraja bierze oklep od każdego rywala, jednak po hektolitrach wylanego potu i kilku patetycznych przemowach trenera kończy z rolą underdoga wygrywając mecz golem/koszem w ostatniej sekundzie przy oczywiście obowiązkowym spowolnieniu akcji. Jak lubię sport jako taki, tak te przewidywalne filmy są dla mnie ciężkie do zaakceptowania. Film Adamik jest trochę inny niż powyższe przykłady standardowej narracji, jednak na pewno znajduje się w nim kilka punktów wspólnych z nimi. 
To, co mnie razi to fakt pokazania meneli z dworca, których jedynym zajęciem jest picie tak, że po kilku treningach na kacu na jakichś zaroślach są w stanie pokonać w sparingu (też rozgrywanych nie wiadomo czemu na połączeniu łąki z boiskiem 7. ligi mistrzów) zespół profesjonalnych piłkarzy. Do tego o ile rozumiem, że prawdziwa drużyna bezdomnych odnosiła sukcesy, jednak na pewno nie miała w swym składzie takich zapuszczonych dziadów, jakich widzimy na ekranie. To wygląda bardzo niewiarygodnie. Do tego widziałem filmy z przygotowań do mistrzostw bezdomnych, które odbywały się w normalnych warunkach - nikt nie kopał puszek czy plażowych piłek gdzieś na wertepach. 
Szkoda też, że film nadmiernie koncentruje się na samej warstwie społecznej, gdzie poznajemy też historie poszczególnych bezdomnych, a sam sport choć ważny w tytule to schodzi na margines filmu. Mimo to dostajemy solidną, oryginalną produkcję o wrażliwym społecznie temacie. Film w pewien sposób przywraca godność pokazanym w nim ludziom i stanowi pewnego rodzaju drogowskaz dla innych. Nie jest to produkcja, którą zapamięta się na długo, jednak myślę, że bez problemu można ją oglądać.




piątek, 17 marca 2017

Ranking Tygodnia 102

I wreszcie czas na zaległy ranking tygodnia:









Sprawiedliwość jest ślepa

Bezmiar sprawiedliwości
Polska 2006
reż. Wiesław Saniewski
gatunek: dramat
zdjęcia: Mariusz Palej
muzyka: Maciej Muraszko

W Stanach Zjednoczonych od dawna dość popularnym i stosunkowo często powracającym motywem jest ulokowanie akcji filmów w sądach. Przeróżne sprawy, czy to fikcyjne czy oparte na faktach były prezentowane w tamtejszym kinie, a tematyka ta nawet doczekała się własnego gatunku, jakim jest dramat sądowy. Ten już bogaty w liczne tytuły podgatunek kilkukrotnie próbowano przemycić na grunta polskie (choćby świętująca właśnie czterdziestkę Sprawa Gorgonowej). Opisywany film również mierzy się z podobną tematyką.


Łukasz  (Robert Olech) właśnie ukończył studia prawnicze. Nie wie jednak, co będzie robił dalej w życiu. Ojciec wysyła go do swojego kolegi, mecenasa Wilczka (Jan Frycz), by ten przekonał go jakoś do rozpoczęcia kariery prawniczej. Wilczek opowiada chłopakowi o głośnej sprawie sądowej, w której uczestniczył w przeszłości, kiedy to popularny dziennikarz (Artur Żmijewski) został oskarżony o zabicie swojej ciężarnej kochanki...


Historia, którą oglądamy w filmie jest nazwana na jego początku, jako inspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Kosmetycznych zmian doczekali się główni bohaterowie, czyli domniemany morderca i jego ofiara, którym zmieniono imiona i nazwiska. Wątek udziału mecenasa w śledztwie jest jednak już dodatkiem na potrzeby widowiska filmowego. Przedstawiono nam historię tego ciężkiego do oceny wydarzenia z trzech różnych perspektyw: ze strony obrony, prokuratury oraz składu sędziowskiego. Sprawa jest mocno poszlakowa, pełna sprzeczności i co najmniej niejednoznaczna. Jednak jakiś wyrok musiał zapaść, a gdy jest ofiara, ktoś przecież musi być mordercą. Reżyser chce przedstawić w miarę obiektywnie wszystkie racje każdej ze stron. Do tego stosuje pewien zabieg stylistyczny.
W filmie wzięło udział sporo dużych, znaczących nazwisk polskiego przemysłu filmowego. Oprócz wymienionych już wcześniej aktorów mamy tu do czynienia też z Janem Englertem czy Arturem Barcisiem, którzy mają ciekawe role drugoplanowe. Do tego w produkcji migają nam choćby Robert Gonera, Ewa Błaszczyk i Weronika Rosati. Wszyscy spełniają swoje role odpowiedzialnie i bez większych zarzutów. Aktorsko odstaje od tych nazwisk odtwórca roli Łukasza czyli Olech, który prezentuje się zwyczajnie słabo i nijako. Na szczęście nie jest on na ekranie zbyt często.
Dostajemy więc ciekawy fabularnie, sprawnie zrealizowany film z gatunku,który nie jest popularny wśród rodzimych twórców. Na pewno nie będzie to produkcja dla wszystkich, jednak z wymienionych przeze mnie powodów warto się z tym obrazem zapoznać.





środa, 15 marca 2017

Złe kobiety

Kobieta-diabeł (Onibaba)
Japonia 1965
reż. Kaneto Shindô
gatunek: psychologiczny, horror
zdjęcia: Kiyomi Kuroda
muzyka: Hikaru Hayashi

Wśród twórców filmów japońskich sprzed pół wieku w świadomości obecnego widza dominują dwa nazwiska, które zawłaszczyły tamtejsze poletko filmowe na kilka dekad: legendarny Akira Kurosawa oraz Masaki Kobayashi. W tamtym okresie w tym kraju działało jednak kilku innych utalentowanych reżyserów, a wśród nich zmarły w 2012 roku w wieku stu lat  Kaneto Shindô.


Japonia epoki Edo. Od lat trwają wyniszczające wojny klanów. By przeżyć i się wyżywić mieszkające na pustkowiu dwie kobiety: teściowa (Nobuko Otowa) i synowa (Jitsuko Yoshimura) utrzymują się z zabijania w zasadzkach przechodzących przez okolicę samurajów. Pewnego dnia z wojny wraca ich sąsiad, Hachi (Kei Satô). Mężczyzna przynosi wiadomość, że syn i mąż bohaterek zginął podczas wojennej zawieruchy...

Psychologiczny horror w realiach dawnej Japonii epoki niepokojów oparty na tamtejszych wierzeniach to był dla mnie całkiem obiecujący temat. Szczególnie, że obraz, który posiada bardzo dobrą średnią ocen na filmwebie (z którą to nie zawsze się jednak zgadzam) w połączeniu z czasem realizacji filmu,który przypadł na okres japońskiego prosperity filmowego. To musiało się udać i tym samym przypaść w moje gusta. Jednak po seansie mam pewne mieszane uczucia związane z tą produkcją.
Opowieść powstała na kanwie dawnej buddyjskiej opowieści ludowej i oparta jest na znalezionej przez bohaterkę pod koniec filmu masce. Niektórzy też dopatrują się powiązania tematyki i symboliki filmu z wydarzeniami z Hiroszimy i Nagasaki. Choć dopiero właśnie od czasu zobaczenia maski klimat robi się trochę z pogranicza kina grozy to samo jej wprowadzenie nie przysporzyło według mnie jakiegoś elementu strachu. Zwrócić uwagę zaś można do odważnej, jak na lata 60. w kinie (i to azjatyckim, dość konserwatywnym wówczas) pokazanie seksualności, potrzeb erotycznych i ogólnej golizny. Ten przekaz w połączeniu z klaustrofobicznym terenem działań bohaterów to główne plusy produkcji. Nieraz zastanawiałem się, jak ten film pięknie prezentowałby się w kolorze, jednak pod koniec filmu znałem, że dobrze jest tak, jak jest. Odcienie bieli i szarości produkują specyficzny, sugestywny klimat, przez co obraz prezentuje się świetnie. Także w sumie mimo zawiedzenia się na warstwie grozy (film reklamowany jako horror powinien ją posiadać) w kilku innych elementach mogę pochwalić produkcję. Więc najlepiej chyba obejrzeć i ocenić samemu.






niedziela, 5 marca 2017

Polowanie

Pokot
Polska, Czechy, Szwecja, Czechy 2016
reż. Agnieszka Holland
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Jolanta Dylewska
muzyka: Antoni Łazarkiewicz

Na ten film nagrodzony między innymi na festiwalu filmowym w Berlinie czekałem od czasu, gdy tylko dowiedziałem się, że trwa jego ekranizacja. Chociaż nie jestem wielkim fanem twórczości filmowej Agnieszki Holland, to fakt, że zekranizuje ona kontrowersyjną książkę Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych zapowiadał, że nikt nie przejdzie obok tej produkcji obojętnie. 


Akcja filmu przenosi nas w Sudety, gdzie w chatce na pustkowiu wraz ze swymi psami egzystuje emerytowana inżynier, a obecnie dorabiająca jako anglistka w miejscowej podstawówce Janina Duszejko (Agnieszka Mandat). W pewnym momencie w okolicy dochodzi do tajemniczych morderstw, których ofiarami są lokalni myśliwi. Duszejko twierdzi, że za ich śmiercią stoją mszczące się na swych prześladowcach leśne zwierzęta...


Film ten rozpętał w naszym kraju małą burzę. Wszystko oczywiście przez nasz spolaryzowany politycznie naród - a to za sprawą tego, że znana ze swych politycznych poglądów reżyserka nakręciła adaptację książki autorki, która też jest znana ze swych wyraźnych poglądów, zaś i książka i adaptacja jasno pokazuje, kto jest według aktorek tym dobrym,a kto złym. Ja się w konflikty polityczne mieszać nie zamierzam i politycznie na ten film patrzeć nie będę, oglądając oceniałem po prostu jakość produkcji, zdjęć, aktorstwa, ogólnej fabuły i całej filmowej reszty. Aktorstwo można ocenić w filmie jak najbardziej na plus. W filmie oprócz odkrytej dla kina w dość późnym wieku Mandat mamy tuzy polskiego ekranu: jest Tomasz Kot, Andrzej Grabowski, Wiktor Zborowski, a udanie sekundują im Borys Szyc, Marcin Bosak, Jakub Gierszał oraz Andrzej Konopka i córka Jacka Kaczmarskiego - Patrycja Volny. Nikt tu wyraźnie nie odstaje i nawet Szyc w ostatnim czasie wychodzi na aktorską prostą biorąc udział w ambitnych produkcjach. Także na plus można zapisać urzekające, odludne plenery Sudetów oraz bardzo klimatyczne zdjęcia dzikiej przyrody i natury. Niestety zawiodłem się na samej intrydze. Mamy tu niby kryminał, jednak przez 90% filmu nikogo specjalnie nie rusza to, że zagadkowo giną ludzie. Ludzie z pewnego kręgu i znający się nawzajem. Mimo to nikt specjalnie się ich losem nie przejmuje. Także osoba pani Duszejko nie zaskarbiła sobie sympatii - dostajemy taką sfrustrowaną, zdziwaczałą starą pannę, z którą na stopie moralnej często bym się zgodził to jej zachowanie jest irytujące i ciężko czasem wytrzymać jej występy. Co gorsze sam trwający ponad dwie godziny film często jest nudny, nie dzieje się nic, a akcja wlecze się tempem ślimaka. Także ogólnie kładąc na szali plusy i minusy wychodzi mniej więcej po równo. Film średni, który nie jest ani jakimś gniotem, ale też nie aspiruje (choć w zamyśle zapewne aspirować chciał) do czegoś więcej niż przyzwoite kino. 





czwartek, 2 marca 2017

Eksploatacja

Elle
Francja, Niemcy 2016
reż. Paul Verhoeven
gatunek: thriller
zdjęcia: Stéphane Fontaine
muzyka: Anne Dudley

Czekałem na ten najnowszy film holenderskiego nestora reżyserii, będący zarazem jego powrotem do świata filmu. Autor RoboCopa, Żołnierzy kosmosu (których coraz bardziej chcę wreszcie zobaczyć), Pamięci absolutnej czy przede wszystkim Nagiego instynktu po raz pierwszy zrealizował film we Francji i przy okazji otrzymał wiele nagród i nominacji w przeróżnych filmowych konkursach na świecie. Idąc do kina byłem więc niemal przekonany, że to musiało się udać.


Michèle Leblanc (Isabelle Huppert) to podstarzała szefowa firmy produkującej gry komputerowe. Poznajemy ją w chwili, gdy zostaje zgwałcona przez zamaskowanego sprawcę. Po tym incydencie wraca do normalnego życia dopiero po czasie powiadamiając o tym, co zaszło swym znajomym. Po pewnym czasie gwałciciel zaczyna ją stalkować...


Ponad dwie godziny seansu mija w tym przypadku bardzo szybko. Verhoeven adaptując powieść autorstwa Philippe'a Djiana Philippe Djian stawia prowokacje, jako główną siłę napędową swego dzieła. Prowokuje tu niemal wszystko, co sprawia, że albo film kupi się od razu lub szybko wyjdzie się zdegustowanym. Ja oczywiście jestem w tej pierwszej grupie osób, choć wiem, że nie jest to produkcja dla każdego. Poznajemy graną świetnie przez Huppert bohaterkę, od której kamera nie odkleja się niemal nawet na moment oraz jej relacje z rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami, pracownikami oraz obserwujemy jej perwersyjną relację z prześladowcą. Zarówno matka (Judith Magre), jak i były mąż (Charles Berling), syn (Jonas Bloquet), kochanek (Christian Berkel) czy sąsiad (Laurent Lafitte) to galeria postaci tak dziwacznych, że z powodzeniem pasowaliby do pełnego absurdu świata wykreowanego w innym francuskim filmie W pionie. Całość jest mocno przewrotna i pełna kontrowersji. Przy tym szalenie intrygująca, wciągająca, inteligentna i dobrze bawiąca się konwencją. W dodatku film jest naprawdę dobrze zagrany. Nie ma co rozpisywać się nad tym filmem, aby nie psuć później odbioru przyszłym widzom. Wystarczy napisać, że naprawdę warto obejrzeć ten film. Najlepiej na dużym ekranie. Polecam.