Północna ściana (Nordwand) Niemcy, Austria, Szwajcaria 2008 reż. Philipp Stölzl gatunek: dramat, przygodowy zdjęcia: Kolja Brandt muzyka: Christian Kolonovits
Co jakiś czas słyszy się o próbach śrubowania rekordów w alpinizmie. Niestety przeważnie głośno robi się nie wtedy, gdy komuś uda się spektakularne wejście lecz wtedy, gdy wydarza się tragedia wspinacza lub wspinaczy. O nieudanych próbach powstają książki i kręci się filmy, podczas gdy udane często pozostają w cieniu. Ta europejska koprodukcja pokazuje retro próbę zdobycia szczytu Eiger od niedostępnej wcześniej dla człowieka strony.
Alpy Berneńskie, rok 1936. Dwóch bawarskich alpinistów (Benno Fürmann i Florian Lukas) planuje wejść najtrudniejszym szlakiem - tytułową północną ścianą na górę Eiger. Nikt przed nimi nigdy nie dokonał tego wyczynu. Ewentualny sukces tej dwójki będzie propagandowo oddziaływać, jako sukces aryjskiej rasy i całej III Rzeszy. Losy alpinistów śledzi przybyła z Niemiec dziennikarka, Luise (Johanna Wokalek).
Dużo jest filmów katastroficznych tego typu, które opowiadają o próbach zdobywania wysokich gór i tragicznych reperkusjach tegoż zdobywania. Wiele z nich jest jednak dość wtórnych, ukazują podobny okres, podobne problemy i generalnie podobne sytuacje. Opisywany właśnie film jednak trochę wyróżnia się wśród natłoku analogicznych tytułów. To co cechuje pozytywnie Północną ścianę jest data akcji filmu. Lata trzydzieste ubiegłego wieku to (abstrahując od klimatu politycznego) epoka romantyczna alpinizmu, gdzie ludzie musieli pozostać niemal sami przeciw sile gór. Klimat retro i historyczne konotacje to duże, jeśli nie największe plusy tej produkcji. Realizatorzy także nieźle poradzili sobie z odwzorowaniem tej wyprawy, przez co z ciekawością widzowie mogą cofnąć się o ponad osiemdziesiąt lat. Także jeśli ma się ochotę na niesztampowy film o górach to jest to jak najbardziej pozycja warta uwagi.
Morderstwo w hotelu Hilton (The Nile Hilton Incident) Dania, Niemcy, Francja, Szwecja 2017 reż. Tarik Saleh gatunek: thriller, kryminał zdjęcia: Pierre Aïm muzyka: Krister Linder
Odkąd dowiedziałem się o tym filmie chciałem go obejrzeć. Niestety zajęło mi całkiem sporo czasu, aby wreszcie dobrać się do ekranu, na którym wyświetlana była ta dziejąca się w Egipcie koprodukcja (co ciekawe bez udziału Egiptu oraz nawet planu filmowego w tym kraju). Całe szczęście, że film okazał się wart czekania na seans.
Egipt chwilę przed rewolucją. Młoda kobieta zostaje znaleziona martwa w egipskiej franczyzie tytułowego hotelu Hilton. Śledztwo w tej sprawie zaczyna prowadzić skorumpowany policjant Noredin (Fares Fares). Wielu osobom byłoby na rękę przekonać go, by ukręcił łeb sprawie...
Przed seansem spodziewałem się obejrzeć film bardziej zbliżony w swej tonacji do kryminału noir. I choć noir w tej produkcji jest bardzo obecny to aspekty gatunkowe należące do stricte kryminałów są tylko ledwie zaznaczone. Wszystko przez to, że w stereotypowym, czystym gatunkowo filmie kryminalnym ważne są pytania kto i dlaczego zabił (lub porwał, szantażował, ukradł etc). W filmie urodzonego w Szwecji Saleha pytania te (i odpowiedzi na nie) schodzą na dalszy plan. Autorzy filmu pokazują pewien upadek moralny i degrengoladę społeczną Egiptu i Egipcjan, która widoczna jest niemal w każdym elemencie filmu. Przeżarty korupcją system na ekranie zostanie zmieciony przez rewolucję, jednak czy rewolucja ta zmieni upadłe społeczeństwo?
Ciekawi dobrze zagrana przez Faresa Faresa postać śledczego Noredina - jest to swoista reinkarnacja postaci zapoczątkowanej przez Philippa Marlowa, z tym zastrzeżeniem, że przydarzyło mu się urodzić i działać w Egipcie. Z ciekawością zwiedzamy wraz z nim Kair - od pełnych blichtru hoteli i klubów, po slumsy i meliny. Poznajemy z nim inny, ten skrajnie nieturystyczny fragment kraju (nawet jeśli Egipt jest symulowany przez Maroko). Choć nie jest to film idealny, często gubi kryminalne wątki to i tak warto spędzić z nim niespełna dwie godziny trafiając w niezbyt eksploatowane rejony światowego kina.
Wandeta (Brimstone) Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016 reż. Martin Koolhoven gatunek: western, thriller zdjęcia: Rogier Stoffers muzyka: Junkie XL
Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film.
Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...
Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem.
Mężczyźni i kurczaki (Mænd og høns) Dania, Niemcy 2015 reż. Anders Thomas Jensen gatunek: komedia, dramat zdjęcia: Sebastian Blenkov muzyka: Frans Bak
Lubię skandynawskie komedie. Oglądając je wiem, że nie będę miał do czynienia z humorem podobnym do fekalno-seksistowskich bromanców rodem z USA, czy mdłych komedii romantycznych jakie masowo wytwarza polski przemysł filmowy. Komedie z krajów skandynawskich są przeważnie mocno ironiczne, czasem groteskowe czy przerysowane i pełne wisielczego humoru. Te słodko-gorzkie opowieści z północy generalnie zasługują na filmowy znak jakości. Tu mamy kolejny tego przykład.
Diametralnie od siebie różni Elias (Mads Mikkelsen) i Gabriel (David Dencik) po śmierci mężczyzny, którego uznawali za ojca dowiadują się, że zostali w dzieciństwie adoptowani. Trafiając na ślad swojego biologicznego ojca postanawiają złożyć mu wizytę. W domu na wyspie, na której mieszka staruszek zastają swoich pozostałych braci Gregora (Nikolaj Lie Kaas), Josefa (Nicolas Bro) i Franza (Søren Malling). Specyficznie zachowujący się mężczyźni nie dopuszczają gości do swojego rodziciela...
To co rzuca się w oczy już niemal od samego początku filmu to jego klimat. Jest naprawdę niesamowity, urzekający i wciągający. Film Jensena ma tą właśnie trudną do opisania rzecz, która sprawia, że po prostu chce się go oglądać. Później zaś, gdy dwoje bohaterów zaczyna poznawać swoją przyszywaną rodzinę oraz dom rodzinny ojca już w ogóle ciężko oderwać się od ekranu. Wielka w tym zasługa scenarzystów ale też speców od kostiumów i całej dekoracji. Szczególnie, że bardzo ważny w kontekście całości jest sam dom, w którym dzieje się akcja oraz jego okolice zamieszkane przez tytułowe kurczaki, gęsi, byki i inną faunę. Dom jest zaś pełnoprawnym bohaterem filmu i z ciekawością wraz z przybyszami poznajemy każdy jego zakamarek. Silną stroną filmu są także postaci drugoplanowe w osobach przyrodnich braci bohaterów - intrygujące połączenie troglodytów z intelektualistami. Dodając do tego niebanalny lecz pozbawiony obrażających inteligencję widza humor pozbawiony tematów tabu i olewający poprawność polityczną i mamy przepis na komedię doskonałą. Nic tylko oglądać. A przy okazji zobaczyć Nikolaja Lie Kaasa i Madsa Mikkelsena w innych niż zazwyczaj rolach.
Cisza (Das Letzte Schweigen) Niemcy 2010 reż. Baran bo Odar gatunek: dramat, kryminał zdjęcia: Nikolaus Summerer muzyka: Michael Kamm
Ostatnimi czasu oglądam ciekawy niemiecki serial wyprodukowany dla Netflixa noszący tytuł Dark. Reżyserem serialu jest pochodzący ze Szwajcarii Baran bo Odar. Tak się akurat złożyło, że przed rozpoczęciem oglądania pierwszego niemieckiego serialu produkowanego przez i dla Netflixa widziałem film pełnometrażowy stworzony przez tego reżysera kilka lat wcześniej. I teraz kilka zdań będzie właśnie o nim.
W 1986 roku zostaje zgwałcona i zamordowana dziewczynka o imieniu Pia. Sprawcy tej zbrodni nigdy nie wykryto. Po niemal ćwierć wieku w podobny sposób ginie inna dziewczynka, Sinnika, a policja podejrzewa działania tego samego sprawcy. W śledztwo angażuje się śledczy David Jahn (Sebastian Blomberg), zaś działania policji czujnie śledzi Timo Friedrich (Wotan Wilke Möhring), który zna tożsamość sprawcy sprzed lat, Duńczyka Peera Sommera (Ulrich Thomsen).
Film Barana bo Odara nie jest typowym kryminałem. Przynajmniej dla mnie, gdyż za jeden z wyznaczników filmów/książek tego gatunku jest moim zdaniem to, że morderca (czy ogólniej mówiąc sprawca, nie zawsze przecież chodzi o mord) nie jest początkowo znany. Tutaj praktycznie od samego początku wiemy kto i w sumie dlaczego, możemy się zastanawiać tylko ewentualnie kto w jakim stopniu odpowiedzialności.
Jednak nie dyskwalifikuje to filmu Szwajcara, gdyż w jego dziele nie chodzi o to kto czy nawet dlaczego robił drugiemu co sobie nie miłe tylko bardziej skupia się na emocjach bohaterów, oddawania ich rozterek, wahań psychicznych i nastrojów. Tutaj leży chyba prawie największa siła filmu. Największą zaś są piękne kadry, artystyczne zdjęcia, niemal poetycka praca kamery. Film ten jest po prostu świetny pod względem wizualnym.
Tempo filmu natomiast jest dość nierówne, rwane. Pierwsza połowa wlecze się, wręcz nudzi, trzeba czasem ze sobą walczyć, by nie odejść od ekranu (na szczęście piękne zdjęcia powstrzymują od wstania), zaś druga część przyspiesza i sprawia, że od tego momentu ogląda się to emocjonująco.
Cieszy fakt, że bo Odar nie ocenia, nie stawia od początku tezy, pod którą robi cały film. Bardziej sprawia wrażenie neutralnego dokumentalisty - stawia kamerę i przygląda się swoim bohaterom. Trudne, skłaniające do refleksji ciężkie gatunkowo kino bliskie wizualnej perfekcji. Warte obejrzenia.
Reżyser między innymi dobrze przyjętego, przejmującego Lewiatanai ciekawego debiutanckiego Powrotupowraca na ekran z nowym filmem osadzonym po raz kolejny w teraźniejszej, putinowskiej Rosji. I choć trochę ze Zwiagincewem jest jak z Irańczykiem Farhadim więc dobrze wiemy jakiego filmu należy się po nim spodziewać, to nie przeszkadza to w odbiorze samego dzieła. Bo Rosjanin, tak jak i Irańczyk robią po prostu dobre, trafiające w punkt kino.
Poznajemy historię rozwodzącej się pary, Żeni (Mariana Spiwak) i Borysa (Aleksiej Rozin). Oboje mimo że jeszcze ze sobą mieszkają zaczynają sobie układać życie po małżeństwie: Żenia spotyka się ze starszym od siebie ustatkowanym finansowo mężczyzną, Borys spodziewa się zaś dziecka z młodszą od siebie kobietą. Podczas upadku instytucji rodziny coraz mniej miejsca jest na jedyne dziecko pary, dwunastoletniego Alioszę (Matwiej Nowikow), o którym wszyscy przypominają sobie, gdy chłopiec nagle znika...
Najnowszy film Zwiagincewa został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków na całym świecie. Zdobycie Nagrody Jury i udział w konkursie głównym w Cannes, nominacja do Złotych Globów, gdzie nie jest pozbawiony szans na sukces, zapewne rychła oscarowa nominacja i kilka trofeów Europejskich Nagród Filmowych to tylko najważniejsze z zaszczytów, jakie spadły na tę produkcję. W Polsce do normalnej dystrybucji kinowej obraz wejdzie dopiero z początkiem lutego, jednak ja już teraz namawiam do tego, by odwiedzić sale kinowe. Bo najzwyczajniej w świecie warto. Dostajemy dobrze nakręconą wiwisekcję rozpadającej się rodziny, ulokowaną w teraźniejszości rosyjskiej jednak uniwersalną w swym przekazie. Autorzy świetnie pokazują do czego prowadzi brak poszanowania dla najbliższych nam ludzi, skupianiu się tylko na własnych przyjemnościach i doznaniach. Zwiagincew ukazuje pustkę życia niechcianego dziecka i jego niemy krzyk o pomoc, jeszcze zaś lepiej przedstawia całą genezę zachowań,które doprowadzają do tragedii. W filmie zawarta jest też jedna z najbardziej demonicznych filmowych teściowych w historii kina, a ta krótka scena z nią jednocześnie przeraża, jak i ironicznie bawi.
Dostajemy kolejny mądry, roztropny film tego reżysera, w którym oprócz wartościowego tematu mamy dobre kadry i montaż oraz niezłą grę aktorską. Myślę, że tego typu filmy, które może nie są efektowne, lecz bardzo efektywne powinny stanowić pożywienie każdego kinomana. Zapewne w czasie seansu będziecie czuć dyskomfort psychiczny ale warto go poczuć. Choćby dlatego, żeby nie popełniać błędów bohaterów.
Chwała dziwkom (Whore's Glory) Austria, Niemcy 2011 reż. Michael Glawogger gatunek: dokumentalny zdjęcia: Wolfgang Thaler muzyka: Sven Regener
Co jakiś czas na blogu opisuję filmy dokumentalne. Ogólnie bardzo cenię sobie filmowe dokumenty i zawsze przy okazji oglądania i późniejszego opisywania filmów dokumentalnych obiecuję sobie i czytelnikom to, że będę starał się oglądać (i opisywać) więcej produkcji tego typu. Niestety jest jak jest i później mam przyjemność z dokumentami raczej sporadyczną. Tym bardziej więc się cieszę, że mogłem obejrzeć ten film. A teraz jeszcze napisać kilka zdań o nim.
W filmie Glawogger oddaje głos (i obraz) prostytutkom, alfonsom i burdelmamom z kilku krajów z różnych stron świata: Tajlandii, Bangladeszu i Meksyku. Poznajemy zarówno tytułowe dziwki, jak i ich klientów. Kamera pokazuje dzień jawnogrzesznic w każdym z wymienionych krajów.
Myślę, że każdy powinien zobaczyć ten film, aby zobaczyć na własne oczy jak wygląda życie prostytutek w krajach trzeciego świata (a przynajmniej rozwijających się). Jest całkowicie pozbawiony narracji, reżyser Glawogger bez żadnych dodatków słownych pokazuje rzeczywiste życie kobiet trudniących się najstarszym zawodem świata. I w obrazie tym widać przeważnie trud i niedostatek bohaterek. Zarówno w urządzonym i działającym niczym korporacja burdelu w Tajlandii, jak i w ruderach Bangladeszu wyglądającym niczym najmroczniejsza część piekła (z zarobkami rzędu kilku złotych za numerek). Szkoda, że reżyser nic więcej już nie nakręci, gdyż jego karierę przerwała śmierć podczas kręcenia swojego jak się okazało ostatniego filmu (zmarł w Liberii na malarię w czasie powstawania dzieła). Jeśli taki poziom trzymałby każdy film dokumentalny niemal każdy byłby fanem tego gatunku. Polecam!
Amok Polska, Niemcy, Szwecja 2017 reż. Kasia Adamik gatunek: kryminał zdjęcia: Tomasz Naumiuk muzyka: Antoni Łazarkiewicz
Zbrodnia (a jeszcze bardziej zbrodniarz), o której opowiada film swego czasu zyskała rozgłos nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. O ile w wielu wypadkach zastanawiam się dlaczego jeden mord media stawiają na piedestale i informują o nim i jego konsekwencjach przez bardzo długi czas, a inny, bardzo podobny przybiera formę jednodniowego zdania na pasku telewizji informacyjnej, tak tutaj cała otoczka zbrodni była taka, że zainteresowanie dziwić nie mogło. A po kilku latach na podstawie tego wychodzi nie film, a filmy.
Z rzeki wyłowione zostają zwłoki pewnego mężczyzny. Po dość długim czasie na policyjną infolinię dzwoni anonimowy telefon, w którym mężczyzna mówi, że klucz do zagadki zbrodni znajduje się w świeżo wydanej książce Amok. Prowadzący śledztwo policjant Jacek (Łukasz Simlat) w treści grafomańskiej książki znajduje wiele powiązań z przestępstwem sprzed lat. Postanawia spotkać się z autorem powieści, Krystianem Balą (Mateusz Kościukiewicz)...
\
To że historia jest iście filmowa i zainteresowała filmowców do stworzenia filmu nie dziwi. Natomiast dziwi fakt, że dwa filmy powstały praktycznie w tym samym czasie. Oprócz polsko - niemiecko - szwedzkiej koprodukcji Adamik nakręcono polsko - amerykański thriller Prawdziwe zbrodnie Greka Avranasa z m.in. Jimem Carrey'em, Charlotte Gainsbourg i kilkoma znanymi krajowym aktorami. Produkcja ta to jednak trochę film widmo. Pokazano ją na festiwalu w Warszawie, zebrał on krytycznie niskie noty i ...słuch o nim zaginął. Jakakolwiek szersza dystrybucja kinowa czy na DVD jest obecnie nieznana. Tak więc pozostaje widzom obecnie tylko film Adamik.
Film, który ogląda się stosunkowo dobrze. Może dlatego, że jest wystarczająco treściwy, a nudne, nieistotne elementy zdarzają się, ale na szczęście tylko co jakiś czas. A może dlatego, że jak na polski film jest zaskakująco dobrze wyprodukowany jeśli chodzi o dźwięk (widać czy też słychać, że koprodukcja). Także wreszcie słyszymy, co nasi aktorzy mówią do siebie i widzów. Tylko tyle, a aż tyle. Także sama historia jest opowiedziana dobrze, chociaż nie jest to odzwierciedlenie prawdziwych zdarzeń w skali 1:1, a raczej autorska interpretacja czy też wizja scenarzystów. Dziwi fakt, że nazwiska lub imiona zostały zmienione, lecz sam Krystian Bala pozostał Krystianem Balą. Ciekawe czy dostał za to do więzienia jakiś przelew? W sumie jego próżna natura cieszy się zapewne z samego zainteresowania jego osobą więc może nie.
Film nie jest typowym kryminałem. Mamy co prawda trupa, jest też podejrzany, śledztwo itp. jednak ciężko to nazwać pełnoprawnym, klasycznym przykładem filmu z tego gatunku. Obejrzycie, to sami się o tym przekonacie. Jednak z braku laku niech będzie, że kryminał. Szkoda, że bohaterowie zostali zbudowani z pewnych klisz. Klisze, jeśli to nie western, noir czy opowieść biblijna/mitologiczna to coś, co nie jest dobre w kinie. A tutaj mamy takie przykłady, jak policjant, który oczywiście jest po traumie w życiu prywatnym, samotny, pijący, który musi się sfokusować na pracy, bo inaczej zapije się na śmierć etc. Także źle wpływają na obraz całości różne retrospekcje, czy też wizje bohaterów - niby miało to być artystyczne, awangardowe, pokazujące jakieś odjazdy ale...według mnie nie wyszło. Na końcu aktorzy. O ile złego słowa nie mogę powiedzieć o Simlacie, który przyzwyczaił już do wysokiego, równego poziomu, to mam pewien problem z Kościukiewiczem. Czasem wydaje mi się, że to po prostu niezbyt dobry aktor, a może zwyczajnie źle obsadzony do roli. Ale ma też kilka scen, gdzie jest całkiem dobry i wczuwa się w postać. Natomiast nic dobrego nie mogę powiedzieć o wcielającej się w rolę (byłej) żony Bali Zofii Wichłacz. Dziewczyna jest ładna, jednak niezbyt nadaje na topową aktorkę (może niedługo zagra dobrze i zmienię o niej zdanie). Tu jednak ma solidną rolę drugoplanową, a nie jakiś ogon więc wypadałoby wstawić kogoś lepszego aktorsko. Chociaż może to wina samej roli, bo postać pani Bali jest dość kiepska.
Ogólnie mamy więc do czynienia z kolejnym w ostatnich miesiącach polskim filmem kręcącym się wokół zbrodni, zbrodniarza i ludzi, którzy tą zbrodnię odkrywają. O ile wciąż niekwestionowanym liderem wśród tych kilku filmów jest Jestem mordercą, tak opisywany film podobał mi się bardziej od Czerwonego pająka. Także wydaje mi się, że film można spokojnie zobaczyć nie czując przy tym bólu istnienia.
Pokot Polska, Czechy, Szwecja, Czechy 2016 reż. Agnieszka Holland gatunek: dramat, kryminał zdjęcia: Jolanta Dylewska muzyka: Antoni Łazarkiewicz
Na ten film nagrodzony między innymi na festiwalu filmowym w Berlinie czekałem od czasu, gdy tylko dowiedziałem się, że trwa jego ekranizacja. Chociaż nie jestem wielkim fanem twórczości filmowej Agnieszki Holland, to fakt, że zekranizuje ona kontrowersyjną książkę Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych zapowiadał, że nikt nie przejdzie obok tej produkcji obojętnie.
Akcja filmu przenosi nas w Sudety, gdzie w chatce na pustkowiu wraz ze swymi psami egzystuje emerytowana inżynier, a obecnie dorabiająca jako anglistka w miejscowej podstawówce Janina Duszejko (Agnieszka Mandat). W pewnym momencie w okolicy dochodzi do tajemniczych morderstw, których ofiarami są lokalni myśliwi. Duszejko twierdzi, że za ich śmiercią stoją mszczące się na swych prześladowcach leśne zwierzęta...
Film ten rozpętał w naszym kraju małą burzę. Wszystko oczywiście przez nasz spolaryzowany politycznie naród - a to za sprawą tego, że znana ze swych politycznych poglądów reżyserka nakręciła adaptację książki autorki, która też jest znana ze swych wyraźnych poglądów, zaś i książka i adaptacja jasno pokazuje, kto jest według aktorek tym dobrym,a kto złym. Ja się w konflikty polityczne mieszać nie zamierzam i politycznie na ten film patrzeć nie będę, oglądając oceniałem po prostu jakość produkcji, zdjęć, aktorstwa, ogólnej fabuły i całej filmowej reszty. Aktorstwo można ocenić w filmie jak najbardziej na plus. W filmie oprócz odkrytej dla kina w dość późnym wieku Mandat mamy tuzy polskiego ekranu: jest Tomasz Kot, Andrzej Grabowski, Wiktor Zborowski, a udanie sekundują im Borys Szyc, Marcin Bosak, Jakub Gierszał oraz Andrzej Konopka i córka Jacka Kaczmarskiego - Patrycja Volny. Nikt tu wyraźnie nie odstaje i nawet Szyc w ostatnim czasie wychodzi na aktorską prostą biorąc udział w ambitnych produkcjach. Także na plus można zapisać urzekające, odludne plenery Sudetów oraz bardzo klimatyczne zdjęcia dzikiej przyrody i natury. Niestety zawiodłem się na samej intrydze. Mamy tu niby kryminał, jednak przez 90% filmu nikogo specjalnie nie rusza to, że zagadkowo giną ludzie. Ludzie z pewnego kręgu i znający się nawzajem. Mimo to nikt specjalnie się ich losem nie przejmuje. Także osoba pani Duszejko nie zaskarbiła sobie sympatii - dostajemy taką sfrustrowaną, zdziwaczałą starą pannę, z którą na stopie moralnej często bym się zgodził to jej zachowanie jest irytujące i ciężko czasem wytrzymać jej występy. Co gorsze sam trwający ponad dwie godziny film często jest nudny, nie dzieje się nic, a akcja wlecze się tempem ślimaka. Także ogólnie kładąc na szali plusy i minusy wychodzi mniej więcej po równo. Film średni, który nie jest ani jakimś gniotem, ale też nie aspiruje (choć w zamyśle zapewne aspirować chciał) do czegoś więcej niż przyzwoite kino.
Elle Francja, Niemcy 2016 reż. Paul Verhoeven gatunek: thriller zdjęcia: Stéphane Fontaine muzyka: Anne Dudley
Czekałem na ten najnowszy film holenderskiego nestora reżyserii, będący zarazem jego powrotem do świata filmu. Autor RoboCopa, Żołnierzy kosmosu (których coraz bardziej chcę wreszcie zobaczyć), Pamięci absolutnej czy przede wszystkim Nagiego instynktupo raz pierwszy zrealizował film we Francji i przy okazji otrzymał wiele nagród i nominacji w przeróżnych filmowych konkursach na świecie. Idąc do kina byłem więc niemal przekonany, że to musiało się udać.
Michèle Leblanc (Isabelle Huppert) to podstarzała szefowa firmy produkującej gry komputerowe. Poznajemy ją w chwili, gdy zostaje zgwałcona przez zamaskowanego sprawcę. Po tym incydencie wraca do normalnego życia dopiero po czasie powiadamiając o tym, co zaszło swym znajomym. Po pewnym czasie gwałciciel zaczyna ją stalkować...
Ponad dwie godziny seansu mija w tym przypadku bardzo szybko. Verhoeven adaptując powieść autorstwa Philippe'a Djiana Philippe Djian stawia prowokacje, jako główną siłę napędową swego dzieła. Prowokuje tu niemal wszystko, co sprawia, że albo film kupi się od razu lub szybko wyjdzie się zdegustowanym. Ja oczywiście jestem w tej pierwszej grupie osób, choć wiem, że nie jest to produkcja dla każdego. Poznajemy graną świetnie przez Huppert bohaterkę, od której kamera nie odkleja się niemal nawet na moment oraz jej relacje z rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami, pracownikami oraz obserwujemy jej perwersyjną relację z prześladowcą. Zarówno matka (Judith Magre), jak i były mąż (Charles Berling), syn (Jonas Bloquet), kochanek (Christian Berkel) czy sąsiad (Laurent Lafitte) to galeria postaci tak dziwacznych, że z powodzeniem pasowaliby do pełnego absurdu świata wykreowanego w innym francuskim filmie W pionie. Całość jest mocno przewrotna i pełna kontrowersji. Przy tym szalenie intrygująca, wciągająca, inteligentna i dobrze bawiąca się konwencją. W dodatku film jest naprawdę dobrze zagrany. Nie ma co rozpisywać się nad tym filmem, aby nie psuć później odbioru przyszłym widzom. Wystarczy napisać, że naprawdę warto obejrzeć ten film. Najlepiej na dużym ekranie. Polecam.
Flaskepost fra P Dania, Niemcy, Norwegia, Szwecja 2016 reż. Hans Petter Moland gatunek: kryminał, thriller zdjęcia: John Andreas Andersen muzyka: Nicklas Schmidt
Po Kobiecie w klatce i Zabójcach bażantóww zeszłym roku do skandynawskich kin wkroczyła kolejna część ekranizacji serii książek Jussiego Adlera-Olsena. Jako że poprzednie części były bardzo solidnie zrealizowanymi kryminałami to z pewnym oczekiwaniem zasiadłem do tej koprodukcji.
Tym razem do ekipy zasiadającej w Departamencie Q trafia tajemniczy list w butelce sprzed lat. Carl Mørck (Nikolaj Lie Kaas) i Assad (Fares Fares) będą musieli działać w nieprzychylnym środowisku sekty religijnej oraz zmierzyć się z mordercą, który od lat porywa i morduje dzieci (Pål Sverre Hagen).
W poprzednich częściach główną rolę w duecie Carl - Assad odgrywał bohater grany przez Lie Kassa. Tym razem środek ciężkości nieznacznie przesuwa się w stronę odtwarzanej przez Faresa Faresa postaci Assada. Lubię obu bohaterów, tak jak i obu aktorów jednak wydaje mi się, że wcześniej Assad świetnie dopełniał Carla pozostając przy tym jednak na drugim planie. Sądzę jednak, że zmiana ta ma swoją podstawę w oryginale książkowym, więc ciężko traktować to jako minus w kontekście filmu.
Niestety oprócz tego szczegółu jest też wiele innych spraw, które niezbyt mi się spodobały i choć zapewne także wynikają z treści książki to trzeba przez nie obniżyć ocenę adaptacji. W porównaniu do poprzednich filmów (i zapewne książek, których nie miałem okazji przeczytać) fabuła jest tutaj mało lotna i w ogólnym rozrachunku niezbyt ciekawa. Cały wątek mordercy niezbyt angażuje i ogląda się to bez większych emocji. Czarny charakter jest zwyczajnie nudny, sztampowy, a jego historia nie przykuwa do ekranu. Dobrze, że został chociaż odegrany przez Hagena, który jest takim typowym skandynawskim aktorem typu Babyface killer. Ogólnie z całości filmu mogę właśnie pochwalić tylko trójkę aktorską, dzięki czemu jako tako chce się oglądać całość. Niestety najsłabsza część serii. Pozostaje nadzieja, że kolejna odsłona wypadnie lepiej.
O tym filmie mówiło się i słyszało dużo jeszcze wiele dni przed krajową premierą. Ta europejska koprodukcja szturmem podbiła serca krytyków zdobywając wiele nagród i przede wszystkim będąc absolutnym hegemonem wrocławskiego rozdania Europejskich Nagród Filmowych zdobywając tam pięć statuetek w najważniejszych kategoriach (film, reżyseria, aktor, aktorka, scenariusz). Dlatego pod względem nagród doszedłem do wniosku, że idę na europejską wersję La La Landu, który też przecież szturmem wygrywa wszystko, co tylko się da.
Film opowiada o losach starzejącego się rozwodnika Winfrieda Conradi (Peter Simonischek) - nauczyciela muzyki w jednej z niemieckich szkół oraz o jego relacjach z pracującą w Rumunii córką, Ines (Sandra Hüller). Winfried wyrusza do Bukaresztu, by polepszyć z nią stosunki. Gdy będąca korposzczurem Ines ignoruje ojca, ten przebiera się za swe alter ego - zblazowanego Toniego Erdmanna...
Mam bardzo ambiwalentne uczucia względem tego filmu. Po ilości nagród, jakie otrzymał moje oczekiwania względem niego były naprawdę wysoko zawieszone, lansowana w zwiastunach postać Toniego Erdmanna zapowiadała ciekawą, mimo wszystko inteligentną komedię, i o ile było kilka scen naprawdę niewymuszonego śmiechu, to całość filmu miała raczej dość smutny kontekst, zaś długi metraż (ponad dwie godziny i czterdzieści minut) w kilku momentach solidnie potrafił wymęczyć. Sabotujący poczynania córki Toni Erdmann pojawia się zresztą dość późno i ani on, ani jego prawdziwe oblicze nie jest głównym bohaterem filmu. Produkcja skupia się najbardziej na losach córki, czyli Ines. Jest to postać dla mnie odpychająca, szalenie antypatyczna, pozbawiona kręgosłupa moralnego. Kobieta gardząca drugim człowiekiem, za jedyny cel w życiu mająca awans zawodowy (dla którego jest ekspertem od wazeliniarstwa). Do tego jej korporacyjne zachowanie kontrastuje z perwersjami, jakim oddaje się w nielicznych chwilach prywatnego życia, gdzie narkotyki mieszają się z perwersyjnym seksem. Postać głupkowatego Erdmanna zaś pojawia się bez większego uzasadnienia i pozostaje później niemal do końca filmu - kilka scen z nią jest całkiem irracjonalnych, absurdalnych, część natomiast mocno nielogicznych (jak jego odjazd podstawioną na parkinu limuzyną). Ade serwuje nam film o trudnych relacjach córki z ojcem, krytykę międzynarodowych korporacji oraz wtyka w to debilnego Erdmanna. Jest to niespotykane połączenie. Jednak poszczególne elementy filmu jakby wyjęte nie prezentują się aż tak dobrze - wyszło wiele lepszych filmów krytykujących korporacyjne życie czy traktujących o relacjach dziecko - rodzic. Po tylu nagrodach jednak spodziewałem się czegoś więcej. Całość jest niezła, jednak nie ma tych zapowiadanych fajerwerków.
Er ist wieder da Niemcy 2015 reż. David Wnendt gatunek: komedia zdjęcia: Hanno Lentz muzyka: Enis Rotthoff
W 2012 roku niejaki Timur Vermes popełnił książkę satyryczną pod tytułem Er ist wieder da, wydaną również w Polsce pod tytułem On wrócił. Tytułowym nim jest w tym przypadku Adolf Hittler, który trafia do współczesnego Berlina. Książka cieszyła się za zachodnią granicą sporą popularnością, choć i w Polsce musiała nie przejść bez echa, skoro na jej podstawie wystawia się sztuki teatralne (w pobliskim teatrze w Hitlera wciela się...kobieta). Także nie dziwi zbytnio, że na bazie tej popularności powstał też dość szybko film.
Rok 2014. W jednej z gorszych dzielnic Berlina budzi się po niemal 70 latach Adolf Hitler (Oliver Masucci), który nie zdaje sobie sprawy, który jest właśnie rok i dalej uważa się za wodza Rzeszy. Wzbudzającego powszechną konsternację wśród przechodniów na nagraniu dostrzega pracujący dla telewizji Sawatzki (Fabian Busch), który postanawia wykorzystać dziwnego mężczyznę podającego się za fuhrera w celu ratowania swojej kariery...
Trzeba się zgodzić z tym, że Niemcy nie posiadają zbyt wyrafinowanego poczucia humoru. Może dlatego reżyser tego filmu, który wcześniej dał światu tak angażującą produkcję, jak Wilgotne miejscauchodzi tam za wzór autora komedii. Niestety dla postronnych widzów z innych krajów raczej film na podstawie książki Vermesa będzie w większym stopniu dramatem niż powodem do śmiechu. Choć trzeba przyznać, że trochę udanej satyry udało się przemycić, z dobrą przeróbką klasycznej sceny zUpadku. Niestety przez większość czasu raczej jest strasznie niż śmiesznie. Twórca miota się raz pokazując Hitlera jako psychopatę, częściej jednak stara się ocieplić jego wizerunek. I choć fuhrer czasem celnie skomentuje współczesność to czasem można wręcz posądzić twórców o sentymentalizm względem III Rzeszy - co miesza się zaś z ogólną wymową filmu, że i w obecnych czasach niewiele trzeba, by osoba pokroju Adolfa znów sięgnęła po władzę. Jednak mam nadzieję, że trend powrotów tego typu postaci nie utrzyma się w filmie. Bo jeśli przyjdzie nam oglądać powroty Stalina, Lenina, Goebbelsa, Mussoliniego, Pol Pota to może nie świadczyć zbyt dobrze o kondycji obecnego świata.
Resident Evil 2: Apokalipsa (Resident Evil: Apocalypse) USA, Francja, Kanada, Niemcy, Wielka Brytania 2004 reż. Alexander Witt gatunek: horror, akcja zdjęcia: Derek Rogers muzyka: Jeff Danna
Niedawno opisałem pierwszy film z serii adaptacji gier Resident Evili przy tej okazji napisałem o powodach, dla których porwałem się na seans. Teraz realizując obietnice tam zawarte szybko zabrałem się za drugą część tej serii.
Alice (Milla Jovovich) wydostaje się z Ula i laboratorium korporacji Umberlla i wychodzi na powierzchnię Racoon City, które jest pogrążone w chaosie spowodowanym trwającą właśnie apokalipsą zombie. Wkrótce spotyka Jill Valentine (Sienna Guillory) i razem z nią próbuje wydostać się z miasta...
Będzie to jedna z krótszych notek na blogu. Uważam, że film, który posiada więcej państw koproducenckich niż punktów w ocenie od 1 do 10 nie zasługuje na zbyt długie rozpisywanie się. W dalszym ciągu jest mało klimatycznie, głupio, źle zagrane i równie marnie sfilmowane. Efekty specjalne są o jakieś dwie dekady opóźnione i całość całkiem nie dorównuje grze. Mimo wszystko według mnie druga część jest nieznacznie lepsza niż poprzedniczka. Może dlatego, że tutaj posiada choć trochę szczątkowej fabuły (w małym stopniu nawiązującą do gier, choć znany z trzeciej części Nemesis tutaj jest tylko marnym cieniem siebie) i mało wyszukany lecz występujący humor. Jednak dalej jest to po prostu słaby film, do którego lepiej nie zasiadać. Nie wiem czy wytrzymam kolejną część.
Od czasu zagrania w przed niemal dwoma dekadami w drugą część Residenta jestem umiarkowanym fanem serii gier japońskiego Capomu. Z okazji wypadającej właśnie premiery siódmej numerowanej części gry oraz nadchodzącej, podobno ostatniej części filmowych przygód granej przez Jovovich Alice postanowiłem sięgnąć po pierwszy film z logo RE.
W znajdującym się głęboko pod ziemią tajnym ośrodku badawczym zwanym Ulem dochodzi do zakażenia biologicznego. Zarządzająca jednostką sztuczna inteligencja postanawia wybić pracowników znajdujących się na miejscu, by nie doprowadzić do przedostania się skażenia. Po pewnym czasie na miejsce przybywa oddział sił specjalnych, a w raz z nim Alice (Milla Jovovich)...
Do tego filmu jako entuzjasta serii gier podchodziłem cyklicznie już kilka razy w ostatniej dekadzie. Nigdy jednak nie udało mi się go obejrzeć w całości. Do dzisiaj, gdyż postanowiłem w oczekiwaniu na kolejną część gry wreszcie zapoznać się z serią filmową uznając, że może następne części wypadną dla mnie lepiej. I tym razem udało mi się wytrwać te 100 minut przed ekranem i poznać całą historię, jaką ma do zaoferowania Anderson. Obraz ten tylko utrzymał mnie, że język gier jest praktycznie nieprzetłumaczalny na język filmu - po prostu coś, co nawet wypadałoby dobrze na ekranie gracza nijak nie prezentuje się zachęcająco w aktorskiej obróbce dla widza (nawet lubiącego gry). Niestety film Andersona choć operuje kilkoma zbieżnymi z grami nazwami i tematami wydaje mi się, że nijak ma się do tej atmosfery, jaką mamy w cyklu Conami (porównując pierwszą część gry z pierwszą częścią filmu dostajemy przecież całkiem coś rozbieżnego). Do tego zupełnego braku klimatu i atmosfery survivalu dochodzą fatalnie wykonane zombie, wymyślona na kolanie fabuła, tragiczna gra aktorska (kiedyś myślałem, że Jovovich będzie stać na więcej, jednak zaszufladkowała się w tandecie) oraz archaiczne (nawet jak na tamte czasy) efekty specjalne. Dostajemy zatem potworka, który aspirował pewnie do bycia czymś zupełnie innym niż w rezultacie jest. Dziwią mnie więc te całkiem optymistyczne oceny ludzi, ja nie widzę w tym filmie nic zapadającego w pamięć. Jednak zamierzam już niebawem katować się kolejnymi częściami serii - może będzie lepiej?
Paterson Francja, Niemcy, USA 2016 reż. Jim Jarmusch gatunek: dramat, komedia
Jim Jarmusch to jeden z tych twórców kina, z którym nie wiadomo zbytnio dlaczego nie miałem jeszcze kontaktu. Chociaż jako uznawany za jednego z najciekawszych autorów amerykańskiej sceny niezależnych filmowców powinien być mi bardzo znany, to w sumie oprócz faktu, że mam zaznaczone 'do obejrzenia' niemal wszystkie jego filmy lista obejrzanych wynosiła wciąż zero. Więc z radością wybrałem się na przedpremierowy pokaz specjalny jego najnowszego dzieła.
W tytułowym mieście Paterson mieszka tytułowy bohater Paterson (Adam Driver) wraz ze swą ukochaną Laurą (Golshifteh Farahani) oraz psem. Wytrzymujący z ekscentryczną ukochaną mężczyzna prowadzi rutynowe życie, w wolnej chwili tworząc wiersze o otaczających go rzeczach i sprawach.
Z pewnością jest to film przeznaczony dla ściśle określonej grupy odbiorczej. Większość multipleksowych widzów uzna, że jest to film o niczym. Jeśli życie określi się mianem niczego, to zapewne można się z tym zgodzić. Obserwujemy tydzień z życia kierowcy autobusu (obsadzenie w tej roli Drivera wydaje się więc świetnym posunięciem), którego życie składa się z tych samych schematów: rano budzi się u boku ukochanej, zjada śniadanie, idzie do pracy, ucina krótką pogawędkę ze współpracownikiem, podsłuchuje rozmowy pasażerów, zjada drugie śniadanie, pisze wiersz, wraca na obiad, dzieli się wrażeniami z dnia z Laurą, wychodzi na spacer z psem zatrzymując się na obowiązkowe piwo w barze, gdzie już niemal wszystkich zna, by później wrócić spać do domu. I na tym powtórzonym schemacie polega cały film. Nie ma tu dramatycznych nieszczęść, nikt nie choruje, nikt nie umiera, nawet nikt nie porywa psa pary bohaterów (chociaż jeden z pobocznych bohaterów jest nieszczęśliwie zakochany, lecz efektem są raczej sceny komediowe). Jednak według mnie jest coś urzekającego w obserwowaniu zwykłego tygodnia w wykonaniu Patersona. Myślę, że sytuacje, z którymi się codziennie spotyka nie są niczym wyimaginowanym, każdy z nas przeżywa podobne sytuacje. I film Jarmuscha jest właśnie taką pochwałą codziennego, zwykłego życia - twórca filmu chce nam pokazać piękno chwil powszednich i wychodzi mu to naprawdę dobrze. Zarówno dzięki świetnej pracy kamery, która podążą za bohaterem, jak i bardzo dobrej obsadzie i napisanym bohaterom, których nie sposób polubić, jak i jednej z lepszej w dziejach filmu kreacji aktorskiej psa - wszystko w tym filmie jest spójne i pasujące do realiów życia w średniej wielkości miasteczku (średniej na skalę Polski, w USA to musi być dziura). Także lekki, bezpretensjonalny ton filmu, bardziej pasujący do komedii niż dramatu ma tutaj podnosić na duchu widzów. I robi to doskonale. Zawsze wolałem, gdy amerykańskie filmy dzieją się gdzieś na prowincji,nie wśród bogaczy Los Angeles, czy rekinów biznesu Nowego Jorku - miasto Paterson wpisuje się idealnie w moje gusta. Polecam więc wszystkim nowy film Jarmuscha, a sam już myślę, który jego film obejrzę jako kolejny.
Niedawno w Warszawie odbyła się jubileuszowa, już 10. edycja festiwalu Sputnik, gdzie prezentowane są najciekawsze rosyjskie filmy. Jako jeden z nielicznych festiwali Sputnik po pokazach w stolicy ruszył po raz kolejny w trasę po Polsce, dlatego również fani kina z terenu mają okazję zobaczyć niedostępne inaczej filmy. Sam wybrałem się właśnie na opisywany film (ale może obejrzę w następnych dniach jeszcze coś innego). Dobrze by było, gdyby twórcy innych festiwali puszczali prezentowane filmy w obieg po kraju.
Ponad pięćdziesięcioletnia Natasza (Natalia Pawlenkowa) jest mieszkającą z matką starą panną w zaściankowym, nadmorskim mieście. Kobieta pracuje w zoo, gdzie jest ofiarą mobbingu ze strony pozostałych pracownic. Gdyby tego było mało w pewnym momencie kobiecie...wyrasta ogon. Skierowana przez lekarza na prześwietlenie poznaje radiologa, Pietię (Dmitrij Groszew).
Film jest gorzkim spojrzeniem twórców na współczesną rosyjską prowincję, zaściankową beznadzieję z jej zabobonem i konserwatywnym strachem przed wszelką innością. I chociaż w filmie dochodzi element fantastyczny w postaci ogona (skoro Danielowi Radcliffe'owi mogły kiedyś wyrosnąć rogi, to czemu komu innemu nie ogon?) nie jest on głównym problemem bohaterki. O Swiele gorzej jest jej żyć w kraju absurdów, z niesprawną służbą zdrowia, chamskimi koleżankami z pracy czy zdziwaczałą matką, która wraz z innymi emerytkami powtarza zabobony i straszy upadłą europejską kulturą. Sam ogon jest często katalizatorem scen humorystycznych, a podsłuchiwane przez bohaterkę rozmowy staruszek, o złowrogiej ogoniastej kobiecie mieszkającej w pobliżu dają sporą dawkę wesołości w szarej codzienności filmu.
Myślę, że film jest dość udanym połączeniem społecznego dramatu o wyobcowaniu (chociaż bohaterce od pierwszych scen widzowie będą kibicowali), o zapadłej dziurze, jakich wiele w Rosji, o obawach przed innością. Wszystko to polana elementem fantastycznym, w postaci ogona - naprawdę ciekawa mieszanka. Jak najbardziej można poświęcić na ten film półtorej godziny życia.
Colonia Francja, Luksemburg, Niemcy 2015 reż. Florian Gallenberger gatunek: dramat, thriller
Przeróżne zamachy stanu i rewolucje to okres przeważnie straszny i pełen chaosu, a często dobra zmiana, która dokonuje przewrotu okazuje się znacznie gorsza, krwawa i represyjna niż obalany poprzednik. Tak było w Chile, gdzie legalny rząd Salvador Allende został obalony przez wspieranego przez USA Augusto Pinocheta. Po latach jednak okazuje się, że na motywach krwawej historii może powstać dobry film pokazujący te czasy.
Chile, rok 1973. Stewardessa Lena (Emma Watson) przybywa do kraju i pędzi na spotkanie z przebywającym tam chłopakiem, Danielem (Daniel Brühl), który zajmuje się agitacją na rzecz prezydenta Allende. Gdy dochodzi do zamachu stanu, podczas którego prezydent ginie,a władzę przejmuje Pinochet zaczynają się zatrzymania zwolenników obalonego rządzącego. Daniel zostaje złapany przez wojsko i zostaje wysłany do Colonii Dignidad, prowadzonej przez Niemca Paula Schäfera,(Michael Nyqvist) który każe się nazywać Piusem pseudoreligijnej sekty kooperującej z nową władzą.
Rozliczanie wojskowej dyktatury Pinocheta chyba najlepiej zostawić samym Chilijczykom, co zresztą wychodzi im całkiem nieźle, choćby na przykładach filmów Pablo Larraína. Dlatego opisywana właśnie anglojęzyczna europejska koprodukcja (co ciekawe - bez udziału krajów anglojęzycznych) choć pokazuje wydarzenia z czasów początków dyktatury nie skupia się na samych Chilijczykach,a na działającej na pustkowiu sekcie, z której przez lata zdołało uciec tylko pięciu tam mieszkających. Nieznana szerszemu gronu ludzi działalność Schäfera to przyczynek do naprawdę ciekawej (choć strasznej) opowieści, którą Gallenberger przekuł na naprawdę solidny film. Film będący udaną mieszanką dramatu z thrillerem, który w dodatku inspirowany jest prawdziwą działalnością realnej sekty. Sposób, w jaki przedstawiona jest tytułowa kolonia naprawdę potrafi zdołować i zjeżyć włos na skórze - miejsce zostało ukazane naprawdę demonicznie. Wysoką jakość dopełniają także aktorzy, z których najlepiej wypada nie promowana najbardziej, lecz tylko niezła Watson, a Daniel Brühl, który naprawdę skradł show. Do tego dochodzi naprawdę psychopatyczny Nyqvist oraz Richenda Carey, której postać jest chyba jeszcze bardziej szokująca niż Schäfer.
Niestety nie wszystko wygląda tak różowo, i film ma swoje minusy. Najbardziej moim zdaniem szwankuje końcówka, wręcz żywcem wyjęta z Operacji Argo. Tak jak tam czepiałem się końcowego pościgu na lotnisku, tak i tutaj uznaję go za niepotrzebni i dodający zbędnego i taniego napięcia. Jednak jest to i tak bardzo dobra koprodukcja europejska, pokazująca nieznaną historię w sposób przystępny dla obecnego widza. Warto!
Pod opieką wiecznego Słońca (V paprscích slunce) Czechy, Niemcy, Rosja, Korea Północna, Łotwa 2015 reż. Witalij Manski gatunek: dokumentalny
Czytając liczbę państw, które brały udział w produkcji tego filmu można zauważyć oprócz dość standardowych Niemiec, Rosjan czy Czechów trochę mniej znaną filmowo Łotwę oraz kraj będący największym zaskoczeniem - Koreę Północną. A to za sprawą faktu, iż reżyser postanowił udać się do tego państwa, by nakręcić życie codzienne zwykłych ludzi.
Wraz z kamerą obserwujemy życie przygotowującej się do wstąpienia do Unii Dzieci (komunistyczna młodzieżówka w Korei Płn.) Zin-mi oraz jej rodziców mieszkających w stolicy kraju, Pjongjangu. Szybko jednak okazuje się, że rodzina ta tylko odgrywa reżyserowaną przez koreański reżim pokazową rolę...
Korea Północna to jeden z najbardziej odizolowanych państw świata. Komunistyczny Raj dynastii Kimów wprawdzie otwiera się coraz bardziej na pochodzących z Zachodu turystów, jednak wydaje się, że wszystko to, co będą oni zobaczyć to jedna wielka mistyfikacja zaplanowana na potrzeby wycieczek.
Reżyser Manski widząc we wcześniejszych, całkiem licznych filmach dokumentalnych o tym państwie nie jednostki, a tylko całe masy ludzkie zapragnął nakręcić film o losie przeciętnej rodziny północnokoreańskiej. Co zadziwiające, udało mu się dostać zgodę na nakręcenie tego filmu, jednak to, co zaplanowali dla niego słudzy reżimu zawstydziłoby nawet twórców pamiętnego Truman Show. W północnokoreańskiej stolicy Manski spotkał się z podstawioną rodziną, która zamieszkała w nie swoim mieszkaniu, podjęła inny zawód, niż ten wykonywany na co dzień, a wszystkie swoje kwestie musiała powtarzać, do czasu, aż koreański koordynator był z nich w pełni zadowolony. Koreańczycy myśleli, że reżyser nakręci dla nich film propagandowy, który później pokaże w Rosji, jednak Manski oszukał Azjatów. Ci nie zdawali sobie sprawy, że gdy nikt nie obsługuje kamery, w której dodatkowo nie świeci się czerwona lampka ta może wciąż nagrywać. I tak szybko ujawniła się szokująca manipulacja ze strony decydentów Korei Północnej. Jednak uczestniczymy też w życiu wstępującej do Unii Dzieci dziewczynki, między innymi oglądając zajęcia szkolne, w których bierze udział. To dobitny i smutny przykład indoktrynacji, jakiej poddawani są Koreańczycy od dziecka do późnej starości. Ich życie ogranicza się do chwalenia Umiłowanych przywódców, a kult jednostki i restrykcje są na poziomie, na jakim nigdy nie było to spotykane ani w Związku Radzieckim, ani w Chinach,a czasy PRLu przy tym, co jest w Korei to czysta, niczym nieskażona sielanka.
Chociaż ryzykowne zachowanie ze strony Manskiego opłaciło się, dając rezultat w postaci tego szokującego, choć wartościowego filmu, to było też skrajnie nieodpowiedzialne. Za nielegalne nagrywanie mogą ucierpieć występujący w filmie ludzie, z małą Zin-mi i jej rodzicami włącznie. W chorym kraju nigdy nie wiadomo, co może spotkać tych ludzi. Jednak skoro ten film już istnieje to warto zobaczyć życie i manipulacje stosowane w tym opresyjnym systemie. Do refleksji.
Podejrzani (The Usual Suspects) USA, Niemcy 1995 reż. Bryan Singer gatunek: kryminał, thriller
Po ponad dwudziestu latach od premiery wreszcie udało mi się obejrzeć ten film. Film będący połączeniem dwóch gatunków, które lubię, mający w obsadzie kilku moich ulubionych aktorów, cieszący się dużym uznaniem krytyków (między innymi dwa Oscary) oraz publiczności (150 film wszech czasów wg społeczności Filmwebu i aż 25 miejsce według oceniających na ogólnoświatowym IMDB). Wszystko to sprawiło, że oczekiwania wobec produkcji Singera były z mojej strony naprawdę bardzo duże.
Tytułowi podejrzani (w tych rolach Gabriel Byrne, Stephen Baldwin, Kevin Pollak, Benicio Del Toro, Kevin Spacey) to kryminaliści uwikłani w eksplozję statku, podczas której zginęło 27 osób. Jednym z dwóch ocalałych uczestników masakry jest kulawy Verbal (Spacey). Podczas policyjnego przesłuchania próbuje przekonać, że za napadem na statek stoi mityczna postać gangstera o nazwisku Keyser Soze, którego nikt do tej pory nie widział na oczy.
Wiele się naczytałem o intrydze przedstawionej w filmie, fantastycznej narracji oraz zaskakującym zaskoczeniu i...oglądając nie zrobiło to na mnie większego zaskoczenia, a samej końcówki domyślałem się bardzo szybko. Może to dlatego, że widząc przez lata masę różnych filmów, także o podobnej tematyce i czytając drugie tyle książek mogę powiedzieć, że widziałem w filmie (czy przeczytałem w przeróżnych powieściach) już tyle, że naprawdę mało co potrafi mnie zaskoczyć. Niestety w historii cywilizacji wszystkie schematy zostały już wymyślone, wszystko już kiedyś było, tylko co najwyżej inaczej opowiedziane - nic się z tym nie zrobi.
Film jednak mimo że pozbawiony (przynajmniej dla mnie) zaskoczenia fabularnego jest zrealizowany poprawnie i z ciekawością śledzi się poczynania tytułowych podejrzanych. Szczególnie, że aktorzy się w nich wcielający zagrali swoje role dobrze nie schodząc nigdy poniżej satysfakcjonującego poziomu. Także metraż filmu można zaliczyć na plus - nie jest za krótki, unika jednak dłużyzn zamykając się w idealnym dla tego typu historii czasie około 105 minut.
Dla wielu poznawanie samej intrygi, w jaką uwikłani zostali tytułowi bohaterowie może być naprawdę dobrą zabawą i myślę, że film jeśli się nie widziało wcześniej naprawdę warto zobaczyć, choć sam miałem zbyt wybujałe oczekiwania i oczekiwałem chyba zbyt dużo.