Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2017

Ojcowie i córka

Toni Erdmann
Niemcy, Austria, Rumunia 2016
reż. Maren Ade
gatunek: komedia

O tym filmie mówiło się i słyszało dużo jeszcze wiele dni przed krajową premierą. Ta europejska koprodukcja szturmem podbiła serca krytyków zdobywając wiele nagród i przede wszystkim będąc absolutnym hegemonem wrocławskiego rozdania Europejskich Nagród Filmowych zdobywając tam pięć statuetek w najważniejszych kategoriach (film, reżyseria, aktor, aktorka, scenariusz). Dlatego pod względem nagród doszedłem do wniosku, że idę na europejską wersję La La Landu, który też przecież szturmem wygrywa wszystko, co tylko się da. 


Film opowiada o losach starzejącego się rozwodnika Winfrieda Conradi (Peter Simonischek) - nauczyciela muzyki w jednej z niemieckich szkół oraz o jego relacjach z pracującą w Rumunii córką, Ines (Sandra Hüller). Winfried wyrusza do Bukaresztu, by polepszyć z nią stosunki. Gdy będąca korposzczurem Ines ignoruje ojca, ten przebiera się za swe alter ego - zblazowanego Toniego Erdmanna...


Mam bardzo ambiwalentne uczucia względem tego filmu. Po ilości nagród, jakie otrzymał moje oczekiwania względem niego były naprawdę wysoko zawieszone, lansowana w zwiastunach postać Toniego Erdmanna zapowiadała ciekawą, mimo wszystko inteligentną komedię, i o ile było kilka scen naprawdę niewymuszonego śmiechu, to całość filmu miała raczej dość smutny kontekst, zaś długi metraż (ponad dwie godziny i czterdzieści minut) w kilku momentach solidnie potrafił wymęczyć. Sabotujący poczynania córki Toni Erdmann pojawia się zresztą dość późno i ani on, ani jego prawdziwe oblicze nie jest głównym bohaterem filmu. Produkcja skupia się najbardziej na losach córki, czyli Ines. Jest to postać dla mnie odpychająca, szalenie antypatyczna, pozbawiona kręgosłupa moralnego. Kobieta gardząca drugim człowiekiem, za jedyny cel w życiu mająca awans zawodowy (dla którego jest ekspertem od wazeliniarstwa). Do tego jej korporacyjne zachowanie kontrastuje z perwersjami, jakim oddaje się w nielicznych chwilach prywatnego życia, gdzie narkotyki mieszają się z perwersyjnym seksem. Postać głupkowatego Erdmanna zaś pojawia się bez większego uzasadnienia i pozostaje później niemal do końca filmu - kilka scen z nią jest całkiem irracjonalnych, absurdalnych, część natomiast mocno nielogicznych (jak jego odjazd podstawioną na parkinu limuzyną). Ade serwuje nam film o trudnych relacjach córki z ojcem, krytykę międzynarodowych korporacji oraz wtyka w to debilnego Erdmanna. Jest to niespotykane połączenie. Jednak poszczególne elementy filmu jakby wyjęte nie prezentują się aż tak dobrze - wyszło wiele lepszych filmów krytykujących korporacyjne życie czy traktujących o relacjach dziecko - rodzic. Po tylu nagrodach jednak spodziewałem się czegoś więcej. Całość jest niezła, jednak nie ma tych zapowiadanych fajerwerków. 




sobota, 10 grudnia 2016

Uwikłani

Egzamin (Bacalaureat)
Rumunia, Belgia, Francja 2016
reż. Cristian Mungiu
gatunek: dramat

W ostatnich latach rumuńskie kino wyrobiło sobie solidną markę w Europie. Wielu autorów tworzy silnie zakorzenione w rumuńskim klimacie dramaty społeczne, które są tym, co jury najważniejszych europejskich festiwali wydaje się lubić najbardziej. Tym tropem podąża też z tego co widzę reżyser tego filmu. Sam nie miałem jak dotąd zbyt dużej styczności z filmami z tego kraju, więc tym bardziej cieszę się, że przygodę z Rumunią mogę zacząć od tej produkcji. 


Eliza (Maria-Victoria Dragus), córka lekarza o imieniu Romeo (Adrian Titieni) zostaje napadnięta przez gwałciciela. Chociaż na szczęście dla niej bandyta przez brak erekcji nie robi jej krzywdy, to dziewczyna kończy złą przygodę ze złamaną ręką. Niestety dla niej jest to w przeddzień egzaminu maturalnego, którego dobre napisanie jest jej niezbędne do zdobycia stypendium w Wielkiej Brytanii. Zdesperowany ojciec prosi o pomoc zaprzyjaźnionego policjanta (Vlad Ivanov), by ten pomógł mu obejść prawo przy sprawdzaniu testu Elizy...


Reżyser pokazuje w filmie na przykładzie historii Romea i jego rodziny stopień skorumpowanej codzienności Rumunii - wydawać by się mogło, że kraju mającego coraz lepsze perspektywy, wszak należącego do Unii Europejskiej, która corocznie przekazuje do tego państwa gigantyczne kwoty. Mungiu pokzuje w filmie skalę kolesiostwa w kraju, coś czego nie da się praktycznie zmienić, gdyż te wszystkie przysługi są częścią krajobrazu kraju, rumuńskim DNA. Bohater, by wypchnąć na siłę córkę z kraju, by ta nie popełniła błędów jego młodości (nie pytając ją właściwie o zdanie) wikła się co chwilę w różne sprzeczne z prawem interesy realizowane na zasadzie wzajemnej pomocy z lokalną wierchuszką. Nawet nie chodzi tutaj o pieniądze, zadziwiająco mało osób chce tutaj przyjmować tradycyjne łapówki. Co i rusz słyszymy więc od kogoś, że X to dobry człowiek, może ci pomóc. I X pomaga, za pomoc wymagając co najwyżej odwdzięczenia się w przyszłości. W kraju działają tak wszyscy, jest to normalne, a ci, którzy wcześniej nie korzystali z tego typu mechanizmu (jak na przykład sam Romeo) mimo kompetencji klepią biedę. 
Przekaz filmu jest kompletny i dosadny, sama fabuła zaś w przystępny sposób pokazuje widzom na całym świecie stopień wzajemnych zależności i uwikłania w rumuńskim społeczeństwie. Film jest też całkiem dobrze zagrany, aktorzy wywiązują się wiarygodnie ze swych kreacji. To, co jednak mnie trochę zraziło to długość produkcji. Ponad dwie godziny to za długo, film dłużył się wielokrotnie. Sceny, gdzie bohater obiera jabłko, by je później zjeść, obiera pomarańcza, by go po chwili zjeść, obiera ziemniaki, a to znów obiera jabłko są może i przydatne, by odwzorować życie Romea, jednak wystarczyłoby pokazać jedną tego typu scenę, nie kilka. Metraż tego filmu o około 20 minut krótszy na pewno skondensowałby wszystko i wyszedł produkcji na dobre. Natomiast mamy do czynienia ze zbyt długim potworkiem, który przedstawia jednak ciekawe patologiczne zależności rumuńskiego światka i przekrój społeczny tego kraju. Myślę, że mimo tych dłużyzn warto.






wtorek, 19 kwietnia 2016

Dzikie pola

Aferim!
Rumunia 2015
reż. Radu Jude
gatunek: dramat, western

W ostatnim czasie prawdziwy renesans przeżywają artystyczne filmy zrealizowane w czarno - białej technice. Niejako stoją one w totalnej opozycji do wielomilionowych widowisk z superbohaterami. I o ile pod względem komercyjnym są one na straconej pozycji, to od strony twórczej wychodzi to twórcom naprawdę dobrze. Na tylko tym blogu pojawiły się takie czarno - białe produkcje, jak oscarowa IdaNebraska czy W objęciach węża. Tym razem kilka zdań o kolejnym udanym filmie zrealizowanym w ten sposób. 


W filmie przenosimy się do roku 1835, by wraz z bohaterami przemierzyć znaczną część Wołoszczyzny (dla mniej zorientowanych - kraina historyczna w Rumunii). Policjant Costandin (Teodor Corban) wraz z pomagającym mu synem Ionitą (Mihai Comănoiu) poszukują zbiegłego cygańskiego niewolnika Carfina (Toma Cuzin), zbiegłego z majątku bojara Iordache (Alexandru Dabija)...


To dość nietypowy film, z racji tego, że mamy do czynienia z rumuńską produkcją z pogranicza westernu (a właściwie easternu), który dzieje się nie w miejscach i czasach kiedy zdobywano Dziki Zachód, a  na rubieżach cywilizacji, zacofanej Wołoszczyźnie. Najlepsze co udaje się twórcom to zaś świetne przeniesienie specyfiki tego regionu i pokazanie w jaki sposób myśleli i zachowywali się ówcześni autochtoni tam żyjący. Oddanie klimatu tych rumuńskich wsi i osad to naprawdę wielki plus tego filmu (mało jest podobnych produkcji). Mamy tu taki dość typowy film drogi, gdzie pełno jest dłużyzn, gdy bohaterowie jadą i jadą przez lasy i wsie tocząc ze sobą dialogi. Dla wielu ludzi to zapewne nie jest zbyt atrakcyjna forma kina, jednak dialogi stanowią zaraz po ogólnym przedstawieniu świata drugą mocną stroną produkcji. Trzeba przyznać, że autorzy, którzy za nic mają obowiązującą poprawność polityczną i w usta swoich bohaterów wkładają wiele kontrowersyjnych panujących w tamtych czasach poglądów. Do tego w dość tragikomiczny sposób pokazują sytuację niewolników cygańskich, od których jednak gorzej traktowani byli Żydzi, których na Wołoszczyźnie nie uznawano za ludzi. Jest wiele smaczków w tym filmie, które jednak należy wyłapać samemu oglądając tę specyficzną produkcję. Polecam. 





niedziela, 22 lutego 2015

Pożyteczny idiota

Głupich nie sieją (A Farewell to Fools)
Belgia, Francja, Niemcy, Rumunia 2013
reż. Bogdan Dumitrescu
gatunek: komediodramat, wojenny
zdjęcia: Marius Panduru
muzyka: Nicola Piovani

Gerard Depardieu przez kilkadziesiąt lat swej owocnej kariery aktorskiej zdążył zapracować sobie na status jednego z najlepszych europejskich aktorów w historii kina. Zdobywał nie tylko sympatię publiczności lecz także doceniały go kapitału najważniejszych nagród świata filmu. Ten rosyjski aktor francuskiego pochodzenia może pochwalić się przecież dwukrotnym zdobyciem Cezara oraz masą nominacji do niego, wygraniem Złotych Globów, zwycięstwem na festiwalach w Wenecji i Cannes a także nominacją do Oscara oraz kilkoma nominacjami do BAFTA. Wszyscy przyznają, że to całkiem solidny dorobek. Depardieu jednak w ostatnim czasie rozmienia swą karierę na drobne, czego przykładem niech będzie rola Rasputina czy występ w omawianym właśnie filmie.


Akcja opisywanego filmu dzieje się podczas drugiej wojny światowej. Podstarzały wioskowy głupek zwany Ipu (Gerard Depardieu), który od czasu odniesienia rany w głowę w czasach Wielkiej Wojny stał się ociężały umysłowo często bawi się z młodym Alexem (Bogdan Iancu) w wojny napoleońskie ganiając się po miejscowych terenach. Pewnego dnia Alex znajduje w polu zwłoki niemieckiego żołnierza z poderżniętym gardłem. Gdy niemiecka administracja dowiaduje się o zamordowaniu swojego człowieka daje obywatelom miasteczka ultimatum - albo do ranka znajdzie się winny mordu albo dziesięciu najbardziej wpływowych i szanowanych mieszkańców osady zginie. Dla wzmocnienia siły przekazu Niemcy ustawiają na rynku dziesięć krzeseł już czekających na przyszłych nieszczęśników. Zaniepokojeni obrotem spraw lokalny ksiądz (Harvey Keitel), burmistrz, lekarz i notariusz w trosce o własne życie szukają kogoś, kto przyjmie rolę kozła ofiarnego. Jednemu z nich wpada do głowy kandydatura lokalnego przygłupa Ipu. Zaczynają przekonywać go do oddania życia w imię wyższej sprawy...


Mamy tutaj do czynienia z historią w iście gogolewskim stylu. Przekonywanie głupka do tego, że warto umrzeć jako bohater w wielu miejscach wiąże z kilkoma absurdalnymi sytuacjami, jak na przykład próba generalna pogrzebu. Jednak szanowni obywatele mogą przekonać sami jaki sens może mieć próba rozmowy z idiotą. Wszystko to rozgrywa się w dość teatralnych okolicznościach. Długa scena z rozmową przy stole jest iście wyjęta ze sztuki teatralnej. Na szczęście pojawiają się też tutaj ujęcia w terenie, w urokliwych zakątkach Rumunii. Piękno krajobrazu jak i miasteczka daje tu mały plusik dla produkcji. Produkcji, która jednak nie jest najwyższych lotów. Wiele spraw jest dość przewidywalnych, nie wszystkie zabiegi reżyserskie wyszły tak jak wyjść powinny, a większość kostiumów z epoki wygląda dość słabo. Nie jest to film, który zapamięta się na długo. Jednak posiada kilka ciekawych scen. Myślę, że nie jest to kompletna strata czasu, jednak nie obejrzenie też nie skutkuje większymi konsekwencjami. Jednak jeśli nie ma się innego pomysłu na najbliższe 80 minut, a akurat w telewizji leci ten film, to można. Choć oczywiście nie trzeba.