Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

Szczyt narodu

Północna ściana (Nordwand)
Niemcy, Austria, Szwajcaria 2008
reż. Philipp Stölzl
gatunek: dramat, przygodowy
zdjęcia: Kolja Brandt
muzyka: Christian Kolonovits

Co jakiś czas słyszy się o próbach śrubowania rekordów w alpinizmie. Niestety przeważnie głośno robi się nie wtedy, gdy komuś uda się spektakularne wejście lecz wtedy, gdy wydarza się tragedia wspinacza lub wspinaczy. O nieudanych próbach powstają książki i kręci się filmy, podczas gdy udane często pozostają w cieniu. Ta europejska koprodukcja pokazuje retro próbę zdobycia szczytu Eiger od niedostępnej wcześniej dla człowieka strony.


Alpy Berneńskie, rok 1936. Dwóch bawarskich alpinistów (Benno Fürmann i Florian Lukas) planuje wejść najtrudniejszym szlakiem - tytułową północną ścianą na górę Eiger. Nikt przed nimi nigdy nie dokonał tego wyczynu. Ewentualny sukces tej dwójki będzie propagandowo oddziaływać, jako sukces aryjskiej rasy i całej III Rzeszy. Losy alpinistów śledzi przybyła z Niemiec dziennikarka, Luise (Johanna Wokalek).


Dużo jest filmów katastroficznych tego typu, które opowiadają o próbach zdobywania wysokich gór i tragicznych reperkusjach tegoż zdobywania. Wiele z nich jest jednak dość wtórnych, ukazują podobny okres, podobne problemy i generalnie podobne sytuacje. Opisywany właśnie film jednak trochę wyróżnia się wśród natłoku analogicznych tytułów. To co cechuje pozytywnie Północną ścianę  jest data akcji filmu. Lata trzydzieste ubiegłego wieku to (abstrahując od klimatu politycznego) epoka romantyczna alpinizmu, gdzie ludzie musieli pozostać niemal sami przeciw sile gór. Klimat retro i historyczne konotacje to duże, jeśli nie największe plusy tej produkcji. Realizatorzy także nieźle poradzili sobie z odwzorowaniem tej wyprawy, przez co z ciekawością widzowie mogą cofnąć się o ponad osiemdziesiąt lat. Także jeśli ma się ochotę na niesztampowy film o górach to jest to jak najbardziej pozycja warta uwagi. 






środa, 27 grudnia 2017

Kobiety zawodowe

Chwała dziwkom (Whore's Glory)
Austria, Niemcy 2011
reż. Michael Glawogger
gatunek: dokumentalny
zdjęcia: Wolfgang Thaler
muzyka: Sven Regener

Co jakiś czas na blogu opisuję filmy dokumentalne. Ogólnie bardzo cenię sobie filmowe dokumenty i zawsze przy okazji oglądania i późniejszego opisywania filmów dokumentalnych obiecuję sobie i czytelnikom to, że będę starał się oglądać (i opisywać) więcej produkcji tego typu. Niestety jest jak jest i później mam przyjemność z dokumentami raczej sporadyczną. Tym bardziej więc się cieszę, że mogłem obejrzeć ten film. A teraz jeszcze napisać kilka zdań o nim. 


W filmie Glawogger oddaje głos (i obraz) prostytutkom, alfonsom i burdelmamom z kilku krajów z różnych stron świata: Tajlandii, Bangladeszu i Meksyku. Poznajemy zarówno tytułowe dziwki, jak i ich klientów. Kamera pokazuje dzień jawnogrzesznic w każdym z wymienionych krajów. 


Myślę, że każdy powinien zobaczyć ten film, aby zobaczyć na własne oczy jak wygląda życie prostytutek w krajach trzeciego świata (a przynajmniej rozwijających się). Jest całkowicie pozbawiony narracji, reżyser Glawogger bez żadnych dodatków słownych pokazuje rzeczywiste życie kobiet trudniących się najstarszym zawodem świata. I w obrazie tym widać przeważnie trud i niedostatek bohaterek. Zarówno w urządzonym i działającym niczym korporacja burdelu w Tajlandii, jak i w ruderach Bangladeszu wyglądającym niczym najmroczniejsza część piekła (z zarobkami rzędu kilku złotych za numerek). Szkoda, że reżyser nic więcej już nie nakręci, gdyż jego karierę przerwała śmierć podczas kręcenia swojego jak się okazało ostatniego filmu (zmarł w Liberii na malarię w czasie powstawania dzieła). Jeśli taki poziom trzymałby każdy film dokumentalny niemal każdy byłby fanem tego gatunku. Polecam!




niedziela, 5 lutego 2017

Ojcowie i córka

Toni Erdmann
Niemcy, Austria, Rumunia 2016
reż. Maren Ade
gatunek: komedia

O tym filmie mówiło się i słyszało dużo jeszcze wiele dni przed krajową premierą. Ta europejska koprodukcja szturmem podbiła serca krytyków zdobywając wiele nagród i przede wszystkim będąc absolutnym hegemonem wrocławskiego rozdania Europejskich Nagród Filmowych zdobywając tam pięć statuetek w najważniejszych kategoriach (film, reżyseria, aktor, aktorka, scenariusz). Dlatego pod względem nagród doszedłem do wniosku, że idę na europejską wersję La La Landu, który też przecież szturmem wygrywa wszystko, co tylko się da. 


Film opowiada o losach starzejącego się rozwodnika Winfrieda Conradi (Peter Simonischek) - nauczyciela muzyki w jednej z niemieckich szkół oraz o jego relacjach z pracującą w Rumunii córką, Ines (Sandra Hüller). Winfried wyrusza do Bukaresztu, by polepszyć z nią stosunki. Gdy będąca korposzczurem Ines ignoruje ojca, ten przebiera się za swe alter ego - zblazowanego Toniego Erdmanna...


Mam bardzo ambiwalentne uczucia względem tego filmu. Po ilości nagród, jakie otrzymał moje oczekiwania względem niego były naprawdę wysoko zawieszone, lansowana w zwiastunach postać Toniego Erdmanna zapowiadała ciekawą, mimo wszystko inteligentną komedię, i o ile było kilka scen naprawdę niewymuszonego śmiechu, to całość filmu miała raczej dość smutny kontekst, zaś długi metraż (ponad dwie godziny i czterdzieści minut) w kilku momentach solidnie potrafił wymęczyć. Sabotujący poczynania córki Toni Erdmann pojawia się zresztą dość późno i ani on, ani jego prawdziwe oblicze nie jest głównym bohaterem filmu. Produkcja skupia się najbardziej na losach córki, czyli Ines. Jest to postać dla mnie odpychająca, szalenie antypatyczna, pozbawiona kręgosłupa moralnego. Kobieta gardząca drugim człowiekiem, za jedyny cel w życiu mająca awans zawodowy (dla którego jest ekspertem od wazeliniarstwa). Do tego jej korporacyjne zachowanie kontrastuje z perwersjami, jakim oddaje się w nielicznych chwilach prywatnego życia, gdzie narkotyki mieszają się z perwersyjnym seksem. Postać głupkowatego Erdmanna zaś pojawia się bez większego uzasadnienia i pozostaje później niemal do końca filmu - kilka scen z nią jest całkiem irracjonalnych, absurdalnych, część natomiast mocno nielogicznych (jak jego odjazd podstawioną na parkinu limuzyną). Ade serwuje nam film o trudnych relacjach córki z ojcem, krytykę międzynarodowych korporacji oraz wtyka w to debilnego Erdmanna. Jest to niespotykane połączenie. Jednak poszczególne elementy filmu jakby wyjęte nie prezentują się aż tak dobrze - wyszło wiele lepszych filmów krytykujących korporacyjne życie czy traktujących o relacjach dziecko - rodzic. Po tylu nagrodach jednak spodziewałem się czegoś więcej. Całość jest niezła, jednak nie ma tych zapowiadanych fajerwerków. 




czwartek, 24 grudnia 2015

Zmierzch

Upadek (Der Untergang)
Niemcy, Austria 2004
reż. Oliver Hirschbiegel
gatunek: biograficzny, wojenny

Istniejąca w latach 1933 - 1945 zarządzana przez Adolfa Hitlera III Rzesza i jej pokrętna ideologia uchodzi w oczach świata za najbardziej zbrodniczy system w historii. 12 lat istnienia rządów narodowych socjalistów negatywnie wpłynęły na losy nie tylko samych Niemiec ale przede wszystkim świata, o czym pisać szerzej nie trzeba, gdyż wszyscy o tym wiedzą. Głośny film Hirschbiegla pokazuje zaś ostatnie dni tej krwawej dyktatury. 


Przenosimy się do zniszczonego wojną Berlina kwietnia 1945 roku. Kończy się wątpliwa świetność III Rzeszy Niemieckiej, a jej wódz Adolf Hitler (Bruno Ganz) dogorywa szwendając się po korytarzach i wydając rozkazy dawno rozbitym dywizją. Losy jego, Ewy Braun (Juliane Köhler), Josepha Goebbelsa (Ulrich Matthes) i jego żony Magdy (Corinna Harfouch) śledzi młoda sekretarka dyktatora, Traudl Junge (Alexandra Maria Lara).


Dla części ludzi nieobeznanych z historią (oraz przyszłych pokoleń jeśli im się tego nie wpoi) film ten może okazać się historią zniedołężniałego dziadka, który próbuje bronić swojego miasta i kraju przed znanym z nazwy lecz nie z czynów wrogiem. Film ten oczywiście pokazuje jedno określone wydarzenie i nie w jego celu jest ukazywanie wcześniejszych dzieł imperium zbudowanego przez nazistów. Wydaje mi się, że jednym z najlepszych tematów filmowych jest powstawanie oraz upadek imperiów i właśnie to drugie niemal w dokumentalnym stylu ukazują nam twórcy tej produkcji. Głównym plusem filmu jest rola Bruna Ganza, którego Adolf Hitler jest wręcz jak żywy. Świetne odwzorowanie zarówno ruchów, jak i mimiki czy stylu prowadzenia rozmów przez szwajcarskiego aktora. Porównując go do choćby roli Więckiewicza w Ambassadzie mamy kolosalną różnicę.
Twórcy całkiem nieźle uchwycili klimat upadającego miasta i koniec zbrodniczej ideologii narodowosocjalistycznej. Mamy ukazaną degrengoladę zachowań ludzi urzędujących przy Hitlerze w ostatnich dniach III Rzeszy. Także sytuacja w ruinach miasta została ukazana dość rzetelnie. Najbardziej demoniczną i odrażającą postacią w filmie nie jest według mnie sam wódz, a żona ministra propagandy, Magda Goebbels. Kto zna historię pewnie wie o czym mówię, a jeśli nie zna to dowie się podczas seansu.
Wydaje mi się jednak, że całość została zbyt rozwleczona i ponad dwie i pół godziny trwania filmu to za długo. Równie dobrze można byłoby to wszystko zobrazować w dwie godziny i też nic ważnego by nie wycięto.  
Uważam, że film jest produkcją dobrą i na pewno wartą obejrzenia w celach dydaktycznych. Ostatnie, niezbyt chwalebne chwile Adolfa Hitlera mogą być przestrogą, gdyż przeważnie każda wielka dyktatura znajduje swój koniec w podobnie żałosnym stylu. Zapewne większość ludzi zna ten film dzięki wielu przeróbką jednej ze scen, jednak czas chyba zapoznać się z oryginałem. 





sobota, 31 października 2015

Dom zły

Widzę, widzę (Ich seh, ich seh)
Austria 2014
reż. Severin Fiala, Veronika Franz
gatunek: thriller

To drugi film z Austrii, który udało mi się obejrzeć. Oglądając opisywany właśnie tytuł, jak i (nie)sławne Funny Games zaczynam rozumieć, czemu akurat naród austriacki wydał na świat takie osoby, jak Josef Fritzl czy Adolf Hiter. 


Akcja dzieje się gdzieś na dalekich peryferiach Austrii. W samotnym domu z dala od cywilizacji, zaraz pod lasem mieszkają dziewięcioletni bracia Lukas i Elias (Lukas Schwarz oraz Elias Schwarz) mieszkają wraz z matką (Susanne Wuest), która powraca do domu po operacji, jakiej się poddała. Fakt, że kobieta porusza się z zabandażowaną twarzą, gdzie widoczne są tylko jej oczy sprawia, że chłopcy zaczynają się zastanawiać czy faktycznie jest to ich matka. 


Ambitnie, arthouse'owe filmy z pogranicza horroru są raczej niezbyt szeroko komentowane i cenione, zarówno przez fanów ambitnego kina, którzy nie garną się do tego gatunku, jak i przez fanów kina grozy, którzy wyczekują na duże produkcje hollywodzkie lub specyficzne azjatyckie horrory. W sumie sam oglądałem tylko jeden ambitniejszy film z pogranicza horroru i thrillera i był to specyficzny australijski Babadook. Samo Widzę, widzę jest według mnie jednak bardziej thrillerem niż pełnoprawnym horrorem ale myślę, że może zainteresować fanów kina grozy. 
Sama fabuła jest taka, że w sumie wprawne oko po kilku pierwszych minutach może dopatrzeć się rozwiązania dziwnych wydarzeń z późniejszej części produkcji, jednak sam przegapiłem ten krótki moment i ostateczny twist fabularny zrobił na mnie pewne spore wrażenie, dzięki czemu uważam, że wszystkie smaczki tego filmu można docenić oglądając go dopiero ponownie. 
Podobnie jak we wspomnianym Funny Games mamy do czynienia z filmem brutalnym, gloryfikującym (lub przestrzegającym) przemoc. Oglądamy sprawianie bólu, tortury i inne niezbyt miłe rzeczy, tym bardziej szokujące, gdyż wykonywane przez dzieci. Czy pokazywanie przemocy w taki sposób naprawdę jest fajne? Jak dla mnie nie. Szkoda tym bardziej, że początek filmu wypada bardzo dobrze, aby później zrzucić aurę tajemniczości. 
Sam film toczy się w wolnym, specyficznym tempie i buduje stosowną dla filmu z pogranicza dreszczowca i grozy atmosferę. Nie jest to produkcja, o której będzie się dyskutować przez lata, nie wpasuje się w kanon kinematografii ale sądzę, że warto zobaczyć losy tej bezimiennej rodziny.





niedziela, 22 marca 2015

Nic śmiesznego


Funny Games
Austria 1997
reż. Michael Haneke
gatunek: dramat

Przemoc występuje w wielu filmach. Mimo dość pacyfistycznych poglądów nie mam nic do filmowej przemocy o ile jest ona uzasadniona fabularnie. W wielu produkcjach litrami leje się posoka, a niejeden mózg ląduje na ścianie. Jeśli nie jest to tylko brutalność dla efekciarstwa, a ma jakieś przesłanki to mimo nawet najbardziej makabrycznych scen typu gore jestem w stanie nie tylko je obejrzeć przy jedzeniu ale też pochwalić. Natomiast nie znoszę produkcji, w których przemoc jawi się jako swoista sztuka dla sztuki. W Funny Games moim zdaniem niestety tak jest.


W filmie poznajemy ułożone małżeństwo w średnim wieku (Susanne Lothar i Ulrich Muhe), które wraz z synem (Stefan Clapczynski) wybrało się na kilka dni do domku letniskowego nad jeziorem. Idyllicznie zapowiadający się pobyt zostaje zakłócony przez pojawienie się dwóch dziwnych młodzieńców (Frank Giering i Arno Frisch), którzy zaczynają panoszyć się po domu, by chwilę później uwięzić w nim jego mieszkańców, by męczyć ich zarówno psychicznie, jak i fizycznie.


Filmowi agresorzy nękający bezradną rodzinę nie są przykładowymi tępogłowymi psychopatami znanymi z innych podobnych do tego produkcji. Mamy dwóch pedantycznych lalusiów w białych strojach i rękawiczkach, którzy może sprawiają dziwaczne wrażenie, których ciężko byłoby posądzać o psychopatyczne tortury. Gnębiona rodzina ogólnie niby próbuje się bronić lecz często pozostaje zbyt bierna w stosunku do nieproszonych psychopatów. 
W filmie nie wszystkie sceny przemocy widzimy. Te najbardziej przerażające fragmenty tylko słyszymy towarzysząc w tym czasie bohaterowi wykonującemu swoje czynności w innym miejscu. Jednak zbrodnia jest zbrodnią, a po niej następuje już tylko krwawa cisza. 
Sam pomysł torturowania bogu ducha winnej rodziny to pomysł stary jak świat, jednak nigdy specjalnie nie byłem fanem tego typu filmów. Ciąg przemocy i tortur. Czy to na pewno warte oglądania? 
W sumie bohaterowie filmu nie wzbudzali ani sympatii (nieszczęsna rodzina) ani antypatii (psychopaci). Ciężko mi było identyfikować się z kimkolwiek. Żadna z postaci nie utkwiła mi specjalnie w pamięci. Tak samo, jak film, który oceniam dość negatywnie. Niezrozumiane dla mnie jest to, że produkcja ta zbiera całkiem dobre recenzje i opinie ludzi. Ja nie zauważyłem w tym filmie nic szczególnie ciekawego czy dobrego. A scena z pilotem od telewizora i jej konsekwencje to dla mnie jawna kpina. Autorzy mogliby się zdecydować czy robią naturalistyczny film typu non fiction czy jakiś powrót do przeszłości...Jest szansa, że film wam się spodoba, ja jednak odbiłem się od niego jak od ściany i z mojej strony nie polecam.