niedziela, 31 grudnia 2017

Odwilż

Pierwszy śnieg (The Snowman)
Szwecja, USA, Wielka Brytania 2017
reż. Tomas Alfredson
gatunek: kryminał
zdjęcia: Dion Beebe
muzyka: Marco Beltrami

Skandynawskie powieści kryminalne w poprzedniej dekadzie podbiły świat. Popularność na nie zapoczątkowała w dużej mierze twórczość Stiega Larssona i Henninga Mankella jednak moim (i nie tylko moim) zdaniem największe piętno odcisnął na nich norweski pisarz Jo Nesbo i przygody wykreowanego przez niego policjanta Harry'ego Hole. Wreszcie jedna z nich trafiła na duży ekran. Ale czy jest się z czego cieszyć?


W Norwegii wraz z pierwszymi opadami śniegu ginie kobieta. Prowadzący śledztwo policjant Harry Hole (Michael Fassbender) wraz z nową współpracownicą Katrin Bratt (Rebecca Ferguson) odnajdują koneksje między tym przestępstwem, a zbrodniami z przeszłości. Tymczasem Harry musi uporać się ze swoimi kłopotami, wśród których jest też skomplikowana relacja z dawną partnerką, Rakel (Charlotte Gainsbourg).


Parafrazując klasyka dziennikarstwa można powiedzieć, że obsada w tym filmie była dobra i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia też były dobre. Niestety wszystko inne leży i kwiczy niszcząc dobre imię świetnego literackiego pierwowzoru. O ile zakontraktowanie kilku gwiazd światowego formatu (oprócz wymienionych wcześniej pojawia się też J.K. Simmons czy zniszczony życiem Val Kilmer), chociaż akurat trafność wyboru aktora do roli postaci znanej z książki nie zawsze była według mnie akceptowalna (Gainsbourg moim zdaniem nijak nie pasuje do roli Rakel). Do zdjęć i pracy kamery nie można się doczepić. Wespół z zimowymi lokacjami tworzą ciekawy klimat, który jednak jest przetrącony przez sposób prezentowania fabuły. Nie wiem jak można aż tak bardzo spieprzyć gotową całość! Przecież mieli gotową, idealnie wręcz napisaną książkę. Przy tym budżecie wystarczyło tylko przepisać dialogi i odpowiednio skroić oryginał na potrzeby ekranizacji. Generalnie też nie wiem czemu wybrano siódmą z jedenastu dotychczasowych części na start projektu. Może uważano, że jest to jedna z lepszych części (generalnie książkowo jest) aczkolwiek wrzucenie widza w połowie cyklu, nie tłumacząc wcześniej skomplikowanego życia Harry'ego stawia postać głównego protagonisty filmu jako półprodukt - ktoś, kto nie czytał wcześniej książek (a pewnie większość widzów nie czytała) nie ma niemal żadnego prawidłowego oglądu na życie i osobowość bohatera. Jasne, nie trzeba przecież robić ekranizacji w skali 1:1, jednak jeśli nie chce się przedstawić oryginału to może lepiej stworzyć zupełnie inną historię? Cała intryga, w książce perfekcyjnie zarysowana i rozwinięta (Nesbo jest w tym mistrzem) tutaj sprowadza się do kilku mało logicznych działań zarówno bohatera, jak i antagonisty. Z wyjaśnień, z których w książce dowiadujemy się o motywach złego tutaj praktycznie nie dowiadujemy się nic. Wpleciono za to długi i w sumie w oryginale mało ważny wątek polityka granego przez Simmonsa. Generalnie nie polecam tego filmu. Jeśli ktoś chce zapoznać się z Harry'm Hole to odsyłam do książek. Na dobrą ekranizację będziemy musieli jeszcze poczekać. Niestety. 




sobota, 30 grudnia 2017

Kto to sponsoruje?

Wszyscy moi mężczyźni (Home Again)
USA 2017
reż. Hallie Meyers-Shyer
gatunek: komedia romantyczna
zdjęcia: Dean Cundey
muzyka: John Debney

Co jakiś czas do kin wchodzi film, którego na dobrą sprawę nie powinno w nim być. Film, który nie powinien nawet trafić do dystrybucji DVD. Co gorsza nie powinno być dla niego miejsca nawet na podrzędnym kanale filmowym w nocnych porach. W sumie ktoś dał na to pieniądze, ktoś inny w tym zagrał, a jeszcze inny nakręcił. Po co? Nie wiadomo. Ten film jest tego przykładem. 



Bogata dzięki sławnemu ojcu Alice (Reese Witherspoon) rozwodzi się. Po rozwodzie poznaje kilku młodych i podobno zdolnych twórców, którzy przybyli wybić się w Los Angeles (w tych rolach Nat Wolff, Jon Rudnitsky i Pico Alexander) i korzystając z waloru jakim jest posiadanie dużej willi zaprasza ich do zamieszkania u siebie wraz z jej dziećmi. Tymczasem były mąż Alice (Michael Sheen) przybywa do jej mieszkania, by spotkać się z dziećmi i próbować naprawić relację z dawną żoną.


Nie jest to może zły film pod względem wykonania. Nie ma powodu by czepiać się sfer technicznych, takich jak montaż, praca kamery, jakaś muzyczka w tle czy jakość udźwiękowienia. Aktorsko też jest przyzwoicie, z wyjątkami, ale takimi na plus (dobrze patrzyło się na Michaela Sheena, a i niedawny debiutant Rudnitsky wypada nieźle). Wszystko to jednak na nic jeśli dostajemy miałką, infantylną i napisaną na kolanie fabułę z drętwymi, nie zapadającymi w pamięć bohaterami wyjętymi z jednego szablonu, beznadziejne i odtwórcze motywy, jakimi owe postaci się kierują. Niestety twórcy zgapili od Kopernika zasady teorii heliocentrycznej zamieniając jednak Słońce ze znaną z Legalnej blondynki Reese Witherspoon, która stanowi tutaj obiekt, wokół którego wszystko się kręci. Niestety bohaterka jest nudna, nieciekawa i po prostu irytująca. Posiada wszystkie najgorsze cechy bohatera filmowego. Niestety mimo poprawnego wykonania technicznego wszystko to, co najważniejsze w sferze fabularno - scenariuszowej leży i zabija ten film. Film, na który nikt nie czekał, a w konsekwencji tego, jaki jest efekt finalny nikt nie będzie o nim pamiętał. Szkoda czasu. 


Tajemnice Van Gogha

Twój Vincent (Loving Vincent)
Polska, Wielka Brytania 2017
reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman
gatunek: animowany, kryminał, dramat
zdjęcia: Tristan Oliver, Łukasz Żal
muzyka: Clint Mansell

Czegoś takiego w świecie filmu nie było. Po latach produkcji powstał pełnometrażowy film, który składa się tylko z obrazów. Po ponad stu latach nieustannego postępu w sztuce filmowej mało jest w niej rzeczy nieodkrytych, takich, gdzie nikt jeszcze nie eksperymentował. Dlatego tym bardziej cieszy fakt, że wcześniej niemożliwego dokonali w dużej mierze nasi rodacy. 


Pracownik poczty Joseph Roulin (Chris O'Dowd) prosi swojego syna Armanda (Douglas Booth) o dostarczenie ostatniego listu niedawno zmarłego malarza Vincenta Van Gogha (Robert Gulaczyk) do brata. Ten niechętnie się godzi, jednak po dotarciu na miejsce odkrywa, że Theo Van Gogh również nie żyje. Postanawia więc zbliżyć się do prawdy o tajemniczej śmierci artysty...


Ten film wymyka się siłą rzeczy wszelkim porównaniom z dotychczasowym dorobkiem filmowców światowych i też trzeba do niego podejść jako do nowatorskiego przykładu sztuki multimedialnej niż do zwykłego filmu. Co prawda we wczesnej wersji projektu zagrali normalni aktorzy, którzy później użyczyli swym postacią głosu (nie dane mi było to słyszeć, gdyż w Polsce film wyszedł tylko w wersji dubbingowej nie zostawiając widzowi wyboru co do tego, jaką wersję chce on usłyszeć) jednak w finalnej wersji wszystko zostało przerobione na płótnie i w rezultacie oglądamy obraz. Także zaznaczyłem ten film jako animowany (i jako taki jest on nagrodzony przez Europejskie Nagrody Filmowe i zapewne niebawem nominowany do Oscarów) jednak nie jest to precyzyjne określenie. Nie mamy do czynienia z ołówkową animacją, a z filmem namalowanym. Już samo to jest tytaniczną, wydawać by się mogło, że wręcz syzyfową pracą autorów jednak gdy zobaczymy, że twórcy nie tylko inspirowali się stylem Holendra, a jeszcze ożywili jego pejzaże i portrety docenimy jeszcze bardziej efekt pracy autorów. Niektórzy krytykują film za dość banalną fabułę jednak to nie fabuła jest tu siłą przyciągającą do produkcji. A i sam nie uznam jej za specjalnie prostą. Jest nieskomplikowana, opiera się trochę na kinie drogi, nadużywa retrospekcji (zrealizowanych  genialnie) i generalnie mamy do czynienia z odkrywaniem tajemnicy bohaterów. Nie należy jednak patrzeć na ten film przez pryzmat tylko fabuły filmu o aspołecznej, dyskryminowanej i szczutej postaci malarza. Ten film to przede wszystkim obraz. Wrażenia estetyczne jakie płyną z obcowania z dziełem Kobieli i Welchmana powodują wręcz orgazm przez oczy. Nie każdy ma jednakową wrażliwość wizualną wiec może odebrać ten film inaczej. Tym niemniej nie wolno przejść obok Twojego Vincenta obojętnie. Jest to jeden z tych kilkunastu filmów, które trzeba w życiu zobaczyć. 





Sąsiedzi

Konstytucja (Ustav Republike Hrvatske)
Chorwacja, Czechy, Macedonia, Słowenia 2016
reż. Rajko Grlić
gatunek: dramat
zdjęcia: Branko Linta
muzyka: Duke Bojadziev

Nieczęsto miałem okazję oglądać filmy pochodzące z Bałkanów. Praktycznie nie licząc pokazów festiwalowych omijają one szerokim łukiem polskie kina, nawet te studyjne, a tamtejszych filmów z małymi wyjątkami ze świecą szukać w polskich (i polskojęzycznych) stacjach telewizyjnych. Może poziom tamtejszej kinematografii jest na tyle niski, że nie wychodzi ona poza swój region, jednak to za proste wytłumaczenie (bo multum amerykańskiego badziewia cotygodniowo szturmuje nasze kina i ciągle straszy z ekranów telewizorów). Dlatego też cieszę się, że mogłem w kinie obejrzeć ten film. 


Renomowany nauczyciel historii Vjeko Kralj (Nebojša Glogovac) wychował się w nacjonalistyczno - faszystowskiej rodzinie i odziedziczył po niej mocno konserwatywne przekonania. Jednak mężczyzna skrywa przed światem pewien sekret - jest transwestytą i homoseksualistą. Pewnego dnia wracając do domu w damskich ciuszkach zostaje napadnięty i pobity przez chorwackich narodowców. W rekonwalescencji pomaga mu sąsiadka, pielęgniarka Maja (Ksenija Marinković). Pech chce, że kobieta jest żoną Serba, policjanta Antego (Dejan Aćimović), którego z kseonfobicznej zasady Vjeko nie toleruje. Maja prosi go jednak, by pomógł mężowi w nauce chorwackiej konstytucji...


Aby zasiąść do seansu tego filmu wypadałoby być choć trochę zorientowanym w tematyce. Oczywiście nie trzeba znać tytułowej chorwackiej konstytucji, jednak warto wiedzieć coś o choć najnowszej historii Serbii i Chorwacji oraz dlaczego oba narody niezbyt za sobą przepadają choć przez lata żyły między sobą bez większego problemu. Bez choćby minimalnego backgroundu da się oczywiście oglądać ten film, jednak nie odbierze się go pewnie na tym samym poziomie. Dlatego zalecam przynajmniej wcześniej przewertować choć kilka notek na Wikipedii.
Sam film chociaż umiejscowiony został w stolicy Chorwacji, Zagrzebiu i opowiada o sprawach bałkańskich to po kilku zmianach mógłby zostać zrealizowany również i w Polsce (i kilku innych miejscach) dlatego też fabuła i przesłanie obrazu nabiera cech uniwersalnych. Autorzy mierzą się po części z problemem Wielkiej Chorwacji i jej zwolenników (gdyby kręcono ten film w Albanii byłoby o Wielkiej Albanii, gdyby w Serbii to o Wielkiej Serbii etc. gdy ktoś za bardzo chce swojej wielkości jak widać nic dobrego się nie dzieje bo to zawsze budowane jest kosztem innych), historycznej postawy dużej części Chorwatów w czasie II Wojny Światowej, polityki asymilacyjnej Serbów w obecnej Chorwacji czy problemów z własną tożsamością. I gdyby film opowiadał tylko na ważne tematy lecz nie robił tego w sposób dobry i filmowy skrytykowałbym go. Bo film to nie tylko przesłanie ale przede wszystkim sztuka. Tutaj twórcą udało się oddać widzom ważne przesłanie społeczne nie pozbawiając walorów artystycznych - film ogląda się bardzo dobrze, a jego realizacja stoi na europejskim poziomie. Cieszy też humanitarny wydźwięk całości, który jednak nie jest przedstawiony w sposób banalny i infantylny. Oby więcej takich filmów!




Serbski film

Na mlecznej drodze (On the Milky Road)
Meksyk, USA, Wielka Brytania, Serbia 2016
reż. Emir Kusturica
gatunek: dramat, komediodramat 
zdjęcia: Martin Šec
muzyka: Stribor Kusturica

Przez lata serbski reżyser Emir Kusturica wyrobił sobie solidną, a wręcz mocną markę na europejskim rynku filmowym. Twórca obrośniętych kultem filmów Underground, Czas Cyganów czy Czarny kot, biały kot swoje najbardziej rozpoznawalne filmy stworzył jednak dość dawno temu (wymienione filmy powstały w ciągu jednej dekady, między 1988 a 1988 r.). Sam nie miałem okazji obejrzeć żadnego z nich, więc mój pierwszy kontakt z reżyserem jest przy okazji tego filmu. 


Miasteczko na pograniczu serbsko - chorwackim podczas wojny w Jugosławii. Ciężko myślący podstarzały mleczarz Kosta (w tej roli sam reżyser) codziennie rozwozi mleko wojującym niedaleko żołnierzom. Jego partnerka, atrakcyjna i dużo młodsza od niego Milena (Sloboda Mićalović) snuje plany ślubne czemu Kosta z niechęcią się poddaje. Sytuacja zmienia się jednak, gdy do miasteczka trafia tajemnicza Włoszka (Monica Bellucci), która ma wyjść za mąż za wracającego z wojny starszego brata Mileny, oficera Zagę (Predrag Manojlovic). Traf chce, że Kosta i cudzoziemka się w sobie zakochują...


Fabularnie można byłoby podzielić ten film na dobre trzy filmy (a jeśli jest się Peterem Jacksonem to pewnie i na dziewięć). Nagromadzenie wątków oraz różnych stylów czy wręcz gatunków jest naprawdę bardzo duże i dziw bierze, że udało się to zmieścić w czasie średnio długim, jakim są dwie godziny trwania filmu. Niestety jednak to urozmaicenie gatunkowo - stylistyczne nie służy dobrze filmowi, który po naprawdę solidnym początku i udanej pierwszej części trwania filmu gubi swój rytm, traci poziom i zaczyna wręcz naprzemiennie nużyć i irytować. 
Pierwszy etap filmu, który w mocno przewrotny i surrealistyczny wręcz sposób pokazuje przebieg wojny na odcinku ukazanym w produkcji, zapoznaje widza z bohaterami i udanie wprowadza nowe postaci oraz przedstawia interakcje między nimi jest naprawdę obiecujący. Kusturica niestety nie kontynuuje tego komediowego oniryzmu i mniej więcej w połowie trwania całości przewraca wszystko do góry nogami. Pewien surrealizm zostaje (czasem nawet bardzo prymitywnie wkomponowany do fabuły i intensywnie kiczowaty) jednak rozgrywa się na innym poziomie niż początkowo. Dodanie kolejnych wątków kosztem początkowego pokazania życia wsi/miasteczka (już pierwsza scena świetnie oddaje wiejską idylle) jest w moim odczuciu dużym błędem. A już oddział zachodnich komandosów polujących na mieszkańców miasteczka, ze szczególnym uwzględnieniem głównych bohaterów to istne kuriozum. W drugiej połowie filmu pozostaje tylko cieszyć się z obecności Moniki Bellucci, która zachwyca mimo lat.
 Gdybym z jakiegoś powodu wyszedł z kina w połowie filmu przekonywałbym wszystkich, że to bardzo dobra produkcja. Jednak po zaznajomieniu się z całością mogę powiedzieć co najwyżej, że mamy do czynienia z średniakiem. Niestety druga połowa filmu całkowicie go zabija.





piątek, 29 grudnia 2017

Ludzie niechciani

Niemiłość (Nielubow)
Rosja, Belgia, Francja, Niemcy 2017
reż. Andriej Zwiagincew
gatunek: dramat
zdjęcia: Michaił Krichman
muzyka: Jewgienij Galperin

Reżyser między innymi dobrze przyjętego, przejmującego Lewiatana i ciekawego debiutanckiego Powrotu powraca na ekran z nowym filmem osadzonym po raz kolejny w teraźniejszej, putinowskiej Rosji. I choć trochę ze Zwiagincewem jest jak z Irańczykiem Farhadim więc dobrze wiemy jakiego filmu należy się po nim spodziewać, to nie przeszkadza to w odbiorze samego dzieła. Bo Rosjanin, tak jak i Irańczyk robią po prostu dobre, trafiające w punkt kino.


Poznajemy historię rozwodzącej się pary, Żeni (Mariana Spiwak) i Borysa (Aleksiej Rozin). Oboje mimo że jeszcze ze sobą mieszkają zaczynają sobie układać życie po małżeństwie: Żenia spotyka się ze starszym od siebie ustatkowanym finansowo mężczyzną, Borys spodziewa się zaś dziecka z młodszą od siebie kobietą. Podczas upadku instytucji rodziny coraz mniej miejsca jest na jedyne dziecko pary, dwunastoletniego Alioszę (Matwiej Nowikow), o którym wszyscy przypominają sobie, gdy chłopiec nagle znika...


Najnowszy film Zwiagincewa został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków na całym świecie. Zdobycie Nagrody Jury i udział w konkursie głównym w Cannes, nominacja do Złotych Globów, gdzie nie jest pozbawiony szans na sukces, zapewne rychła oscarowa nominacja i kilka trofeów Europejskich Nagród Filmowych to tylko najważniejsze z zaszczytów, jakie spadły na tę produkcję. W Polsce do normalnej dystrybucji kinowej obraz wejdzie dopiero z początkiem lutego, jednak ja już teraz namawiam do tego, by odwiedzić sale kinowe. Bo najzwyczajniej w świecie warto. Dostajemy dobrze nakręconą wiwisekcję rozpadającej się rodziny, ulokowaną w teraźniejszości rosyjskiej jednak uniwersalną w swym przekazie. Autorzy świetnie pokazują do czego prowadzi brak poszanowania dla najbliższych nam ludzi, skupianiu się tylko na własnych przyjemnościach i doznaniach. Zwiagincew ukazuje pustkę życia niechcianego dziecka i jego niemy krzyk o pomoc, jeszcze zaś lepiej przedstawia całą genezę zachowań,które doprowadzają do tragedii. W filmie zawarta jest też jedna z najbardziej demonicznych filmowych teściowych w historii kina, a ta krótka scena z nią jednocześnie przeraża, jak i ironicznie bawi. 
Dostajemy kolejny mądry, roztropny film tego reżysera, w którym oprócz wartościowego tematu mamy dobre kadry i montaż oraz niezłą grę aktorską. Myślę, że tego typu filmy, które może nie są efektowne, lecz bardzo efektywne powinny stanowić pożywienie każdego kinomana. Zapewne w czasie seansu będziecie czuć dyskomfort psychiczny ale warto go poczuć. Choćby dlatego, żeby nie popełniać błędów bohaterów. 




  

środa, 27 grudnia 2017

Kobiety zawodowe

Chwała dziwkom (Whore's Glory)
Austria, Niemcy 2011
reż. Michael Glawogger
gatunek: dokumentalny
zdjęcia: Wolfgang Thaler
muzyka: Sven Regener

Co jakiś czas na blogu opisuję filmy dokumentalne. Ogólnie bardzo cenię sobie filmowe dokumenty i zawsze przy okazji oglądania i późniejszego opisywania filmów dokumentalnych obiecuję sobie i czytelnikom to, że będę starał się oglądać (i opisywać) więcej produkcji tego typu. Niestety jest jak jest i później mam przyjemność z dokumentami raczej sporadyczną. Tym bardziej więc się cieszę, że mogłem obejrzeć ten film. A teraz jeszcze napisać kilka zdań o nim. 


W filmie Glawogger oddaje głos (i obraz) prostytutkom, alfonsom i burdelmamom z kilku krajów z różnych stron świata: Tajlandii, Bangladeszu i Meksyku. Poznajemy zarówno tytułowe dziwki, jak i ich klientów. Kamera pokazuje dzień jawnogrzesznic w każdym z wymienionych krajów. 


Myślę, że każdy powinien zobaczyć ten film, aby zobaczyć na własne oczy jak wygląda życie prostytutek w krajach trzeciego świata (a przynajmniej rozwijających się). Jest całkowicie pozbawiony narracji, reżyser Glawogger bez żadnych dodatków słownych pokazuje rzeczywiste życie kobiet trudniących się najstarszym zawodem świata. I w obrazie tym widać przeważnie trud i niedostatek bohaterek. Zarówno w urządzonym i działającym niczym korporacja burdelu w Tajlandii, jak i w ruderach Bangladeszu wyglądającym niczym najmroczniejsza część piekła (z zarobkami rzędu kilku złotych za numerek). Szkoda, że reżyser nic więcej już nie nakręci, gdyż jego karierę przerwała śmierć podczas kręcenia swojego jak się okazało ostatniego filmu (zmarł w Liberii na malarię w czasie powstawania dzieła). Jeśli taki poziom trzymałby każdy film dokumentalny niemal każdy byłby fanem tego gatunku. Polecam!




Klasa pod specjalnym nadzorem

Wyznania (Kokuhaku)
Japonia 2010
reż. Tetsuya Nakashima
gatunek: dramat
zdjęcia: Masakazu Ato
muzyka: Toyohiko Kanahashi


Relatywnie często spotykam się z kinem azjatyckim i wielokrotnie na blogu staram się polecać filmy pochodzące z tego kontynentu, a szczególnie z Korei Południowej, Japonii czy Chin. Niestety specyfika filmowa tamtego regionu powoduje, że często można odbić się od nawet dobrze ocenianej produkcji. I tak właśnie jest w tym wypadku. 


W filmie poznajemy historię nauczycielki Yuko Moriguchi (Takako Matsu), której córka w niedalekiej przeszłości została zamordowana przez uczniów z klasy, którą uczy. Po czasie Yuko stara się wyjaśnić, co zaszło feralnego dla jej rodziny dnia szukając winnych zdarzenia wśród swoich podopiecznych.


Średnia tego filmu na Filmwebie to bardzo dobre 7,5 (przy ponad 5 tysiącach głosów), zaś na międzynarodowym IMDB przy niemal 30 tysiącach ocen to aż 7,8/10. Także trzeba powiedzieć, że film większości ludzi zdecydowanie się podobał. Niestety mi nie. O gustach się nie dyskutuje, ale jednak dziwię się tym, którzy zachwycali się tym japońskim filmem. Moim zdaniem każdy jego składowy element jest co najwyżej marny. Począwszy od sposobu narracji, w który wpleciono dziesiątki retrospekcji (często zaś jest to jedna retrospekcja pokazana po raz któryś z rzędu) przez pretekstową fabułę po aspekty techniczne (naprawdę sposób pracy kamery oraz nałożone na film filtry potrafiły mnie odrzucać). Może i to nauczycielskie śledztwo głównej bohaterki ma coś do zaoferowania widzowi jednak mnie to nie przekonuje. A wydumana końcówka przepełnia wręcz czarę goryczy. Może dla fanów literatury Paula Coelho będzie to dobra pozycja, ja jednak pasuję.






piątek, 22 grudnia 2017

Bo to zła kobieta była

Lady M (Lady Macbeth)
Wielka Brytania 2016
reż. William Oldroyd
gatunek: dramat
zdjęcia: Ari Wegner
muzyka: Dan Jones


Najpierw, około 1606 roku w Anglii powstała tragedia Makbet napisana przez niejakiego Williama Szekspira. Opowiadała ona o tytułowym szkockim królu. Później, w carskiej Rosji roku 1864 tamtejszy pisarz Nikołaj Leskow napisał Powiatową lady Makbet, którą to książkę w 1961 zekranizował znany polski reżyser, Andrzej Wajda (był to film produkcji Jugosłowiańskiej). Ponad pół wieku później zainspirowana historią szekspirowską rosyjska książka wraca na wyspy brytyjskie i tym samym historia zatacza pewne koło. 


Poznajemy historię Katherine (Florence Pugh), która została wydana bez swojej zgody za bogatego Alexandra (Paul Hilton), który to jednak nie poświęca żonie zbyt dużo zainteresowania. Tłamszona przez małżonka, oraz stanowczego teścia, Borisa (Christopher Fairbank) kobieta jest zmuszona do przebywania w rodowej posiadłości będącej de facto jej więzieniem, do towarzystwa mając jedynie służącą Annę (Naomi Ackie). W pewnym momencie Katherine poznaje nowego parobka, Sebastiana (Cosmo Jarvis), który zaczyna ją fascynować...


Opisywany film był jednym z większych pozytywnych zaskoczeń na europejskiej scenie filmowej zeszłego roku. Nakręcony za nieduże pieniądze, przez debiutującego w filmie reżysera (mającego sukcesy ale teatralne, a to zupełnie inny kawałek chleba) i ze świeżymi, nieopatrzonymi przez widza, przeważnie niezbyt znanymi aktorami. Film jest naprawdę dobrze nakręcony, a artyzm zdjęć Ari Wegner jest widoczny w niemal każdej scenie. Widoczne są też teatralne sznyty zarówno Oldroyda, jak i samej koncepcji utworu, który nadaje się równie dobrze do wystawienia na teatralnych deskach, jak i do wyświetlania w salach kinowych. 
Kwintesencją całości nie są jednak zdjęcia, teatralny wydźwięk czy dobrze uszyte stroje, a sama zmieniająca się postawa tytułowej bohaterki, która w czasie trwania filmu zmienia się powoli, lecz nieustannie i nieuchronnie z poddanej męskiej władzy, cichej i akceptującej swój los kobiety w wyuzdaną, wyrachowaną i cyniczną manipulantkę dążącą do zemsty na swych ciemiężcach. Proces ten jest pokazany ciekawie, choć bardzo jak na standardy dzisiejszego widza wolno, co może niektórych znużyć. Jednak tutaj liczy się każdy gest, każde spojrzenie, każde słowo - warto zwrócić na to uwagę podczas seansu. Ja ze swojej strony jak najbardziej polecam fanom slow cinema. I nie tylko.




poniedziałek, 18 grudnia 2017

Girls power

Ostra noc (Rough Night)
USA 2017
reż. Lucia Aniello
gatunek: komedia
zdjęcia: Sean Porter
muzyka: Dominic Lewis

Po niekwestionowanym sukcesie trylogii  Kac Vegas (a przynajmniej jej pierwszej i drugiej części) twórcy zauważyli rosnące zapotrzebowanie na głupie komedie kumpelskie. Tym sposobem powstało w ciągu dekady kilkadziesiąt filmów opierających się na podobnych schematach (próbowano tego także u nas, czego rezultatem jest jeden z najgorszych polskich filmów wszech czasów, Kac Wawa) ale raczej biorąc pod uwagę ich co najwyżej przeciętną jakość żaden z nich nie został zapamiętany dobrze, jak Kac Vegas. Po czasie trochę zmieniono format tych filmów feminizując je, przez co coraz więcej na rynku produkcji tego typu z kobietami w roli głównej. Ten jest jednym z nich. 


Kandydująca na urząd senatorski Jess (Scarlett Johansson) wychodzi za mąż. Z tej okazji jej koleżanki ze studiów (Jillian Bell, Zoë Kravitz i Ilana Glazer) oraz przybyła z Australii Pippa (Kate McKinnon) planują spotkać się po latach i zorganizować dla niej wieczór panieński w domku w Miami. Po wypełnionym używkami wieczorze w wynajętym przez kobiety domku ginie striptizer...


Czy kiedyś, przy jakiejś innej okazji pisałem już o tym, że początkowa kariera Scarlett Johansson zapowiadała się o wiele lepiej? Znając mnie zapewne już to robiłem. Ale trudno, napiszę to jeszcze raz. Aktorka naprawę zaczynała ambitnie, a jak na razie tuła się po filmach klasy C oraz produkcjach superbohaterskich. Wybrała łatwą drogę do kasowego sukcesu, szkoda jednak, że kosztem aktorskich ambicji. 
Co do filmu mamy tu po raz setny podobną historię, opartą na podobnym pomyśle i tym samym niskim humorze. Oczywiście zmieniają się twarze, zmieniają się imiona, trochę inna jest lokalizacja ale wszystko generalnie jest zgodne z jedną, stałą linią produkcyjną dla filmów tego typu. To, co najbardziej mnie wkurza to fakt, że od kilku lat w tych wszystkich feministycznych kumpelskich produkcjach zawsze jest gruba baba. Żeby sobie ona tam po prostu była to jeszcze nie problem, ludzie są i chudzi i grubi więc niech sobie będzie. Jednak nie. W tych filmach zawsze jest gruba baba, która mimo że powinna każdego odpychać to jest seksualną bestią, wiecznie napaloną erotomanką, która nie myśli o niczym innym niż seks (może jeszcze o jedzeniu) i co gorsza ciągle ma swoich adoratorów. Dziwne, że tutaj nie występuje w roli zboczonej grubej baby Rebel Wilson, która w ostatnich latach jest etatowo zboczoną grubą babą Hollywood, a niejaka Jillian Bell. 
Jeśli chodzi o sam film to ciężko coś mądrego napisać. Każdy, kto widział jakiś podobny wcześniejszy film powinien generalnie wiedzieć czego się spodziewać. Da się to obejrzeć, poziom humoru mimo niskich lotów jest na tyle specyficzny, że czasem można się uśmiechnąć, fabularnie chociaż oklepane, to jednak oglądanie nie boli. Cóż, jeśli ktoś kupuje ten rodzaj rozrywki to na pewno znajdzie coś dla siebie. Ot taki łatwy film do zobaczenia i zapomnienia chwilę później. Zresztą nigdy nie aspirował na coś innego.





niedziela, 17 grudnia 2017

Prywatna planeta

Zakazana planeta (Forbidden Planet)
USA 1956
reż. Fred M. Wilcox
gatunek: sci-fi
zdjęcia: George J. Folsey
muzyka: Louis Barron

Zapewne część czytelników uważa, że fenomen filmów science-fiction to dość młoda przypadłość i filmy tego typu święcą tryumfy od całkiem niedawna. Ci, którzy tak twierdzą nawet nie wiedzą, jak bardzo się mylą. Filmy o tej tematyce, a razem z nimi i literatura tego typu swoje złote lata miały dawno temu, a w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego stulecia produkcje tego gatunku wychodziły wręcz masowo ciesząc się wielkim zainteresowaniem ówczesnej widowni. Dzisiaj przedstawię jeden z takich filmów. 


Kosmiczna ekipa ratunkowa kierowana przez komandora J.J. Adamsa (Leslie Nielsen) dociera na planetę Altair, by dowiedzieć się, co stało się z przybyłymi na tę planetę wcześniej członkami statku kosmicznego Bellerofont. Kosmonauci szybko odkrywają, że jedynymi żywymi mieszkańcami na Altair są doktor Mobius (Walter Pidgeon) oraz jego atrakcyjna córka, Altaira (Anne Francis)...


Wszyscy znają i kojarzą zmarłego przed siedmiu laty Lasliego Nielsena. Jednak jego zapisane w naszych wspomnieniach oblicze aktora to twarz starszego pana występującego w charakterystycznych komediowych rolach w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia. Mało kto kojarzy go jednak z innych, wcześniejszych występów. Dzięki temu klasycznemu filmowi mamy więc okazję poznać młodego Nielsena w jednej z jego pierwszych większych ról kinowych. Także sama okazja zobaczenia aktora obsadzonego poza swoim późniejszym emploi może być powodem, dla którego fani kina zainteresują się filmem.
Ale obecność kultowego dla wielu aktora nie jest jedynym pozytywnym punktem całości. Bo chociaż mamy do czynienia z filmem sprzed ponad sześćdziesięciu lat i wiadomo, że szczególnie efekty typowe dla kina sci-fi z tamtego okresu wydają się dzisiaj śmieszne czy wręcz żenujące, to relatywnie patrząc wciąż dostajemy niezłą historię (z kilkoma drażniącymi brakami logicznymi), na którą patrzy się z zaciekawieniem. Świat przedstawiony w filmie jest frapujący, a tajemnica tytułowej planety angażuje widza w poznawanie historii załogi Bellerofonta oraz późniejszej misji ratunkowej. Dla niektórych ówczesne przedstawienie kobiety jako tylko uroczego obiektu seksualnego może razić, tak samo jak sam wątek hmm romansowy jednak jako całość otrzymujemy solidny film science fiction nakręcony w realiach sprzed kilku filmowych epok. Myślę, że to wystarczające argumenty dla prawdziwych kinomaniaków, by poświęcić swój czas na Zakazaną planetę.





Ranking Miesiąca 31

W tej odsłonie rankingu kolejne przekłamanie, czyli połączenie dwóch miesięcy. Tym razem na zestawienie składają się filmy obejrzane przeze mnie w sierpniu i wrześniu. Przez względy osobiste nie miałem wtedy zbytnio czasu na zajmowanie się blogiem, ani też oglądaniem filmów więc na te dwa miesiące składa się tylko dziewięć obejrzanych filmów. Negatywny rekord w ostatnich latach. No ale można sklecić jakoś z tego ranking.


























Małpi świat

Planeta małp (Planet of the Apes)
USA 1968
reż. Franklin J. Schaffner
gatunek: sci-fi, przygodowy
zdjęcia: Leon Shamroy
muzyka: Jerry Goldsmith

W ostatnich kilku latach mieliśmy prawdziwy małpi renesans. Kino po raz kolejny wróciło do świata wykreowanego w powieści Pierra Boulle, rebootując tym samym serię i pokazując genezę całości. Sądząc po ocenach (sam widziałem do tej pory tylko Genezę Planety Małp, która była całkiem zachęcająca) pomysł się przyjął, ale myślę, że warto wrócić do korzeni i przypomnieć o pierwszym filmie opowiadającym o świecie inteligentnych małp. 


Przyszłość. Grupa kosmonautów trafia na nieznaną planetę, na której rozbija się ich statek kosmiczny. Załoga, pod dowództwem George'a Taylora (Charlton Heston) zaczyna eksplorować tajemniczy glob. Wkrótce trafiają na agresywnie nastawione inteligentne małpy...


Chociaż dla wielu dziwnie mogą wyglądać niekomputerowe postaci małp i ich ręcznie robione maski i kostiumy to wydaje mi się, że tego typu zabieg przetrwał próbę czasu i wygląd małp do dzisiaj prezentuje się schludnie dla oka, a przy okazji dodaje filmowi szczególny klimat. Generalnie wzorowany na powieści świat inteligentnych (przynajmniej w pewnych aspektach) małp i ich ludzkich, zezwierzęconych niewolników prezentuje się intrygująco i poznawanie go razem z przybyszem z kosmosu (a w zasadzie z Ziemi) przynosi dużo frajdy. Stopniowe wnikanie w małpi rasizm, małpi teokratyczny system rządów czy samą hierarchię społeczną ciekawi i powoduje, że od ekranu ciężko się oderwać. Także sama historia kosmonauty, jego małpiej opiekunki, w którą wcieliła się Kim Hunter oraz głównego adwersarza Doktora Zaiusa (Maurice Evans) jest pochłaniająca i z niecierpliwością wraz z bohaterami odkrywamy wszystkie tajemnice skrywane przez fabułę. Wracając do filmu (przyznam, że oglądałem go dawno temu i dużo rzeczy wyparowało mi z głowy, co zresztą widać po moim opisie Genezy Planety Małp) po latach spodziewałem się, że oglądany w 2017 roku nie będzie miał takiej siły przyciągania. A jednak ku mojej satysfakcji okazało się, że ten klasyczny mariaż kina przygodowego i fantastyki naukowej wciąż ogląda się bardzo dobrze. Naprawdę warto. 




sobota, 16 grudnia 2017

Służąc i dając

Pantaleon i wizytantki (Pantaleón y las visitadoras) 
Peru, Hiszpania 2000
reż. Francisco J. Lombardi
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Teo Delgado
muzyka: Bingen Mendizábal


Ile widzieliście do tej pory filmów pochodzących z Peru? Pewnie nie pomylę się o wiele jeśli napiszę, że równe zero. To tak jak i ja. Ale tym filmem zaczynam przygodę z kinem peruwiańskim. Jako że produkcja powstała na podstawie tamtejszego literackiego noblisty Mario Vargasa Llosy to należało z góry sądzić, że jakiś poziom, przynajmniej fabularny powinna trzymać.  



W Amazonii, na terenach nieopodal koszar szerzy się terror żołnierzy, którzy atakują cywili, gwałcąc przy okazji napataczające się kobiety. Sztab armii wpada na pomysł, jak zlikwidować po cichu problem. Tym rozwiązaniem ma być służba zorganizowana przez  kapitana Pantaleóna Pantoje (Salvador del Solar), który dostaje za zadanie przeprowadzić się rejon zadania i powołać zespół prostytutek, które na zlecenie armii obniżałyby poziom stresu stacjonujących tam żołnierzy. Pantoja wraz z burdelmamą (Pilar Bardem) kaptuje załogę, wśród której wyróżnia się wyzywająca Kolumbijka Olga (Angie Cepeda). Tymczasem żona Pantaleona, mieszkająca z nim Pachuga (Tatiana Astengo) nic nie wie o zadaniach swego męża...


Obawiałem się trochę tego filmu. Egzotyczne produkcje, a za taką uznałem film wyprodukowany w Peru z udziałem tamtejszych aktorów są obarczone pewnym ryzykiem. Nigdy nie wiadomo na co się trafi i czy przypadkiem nie wdepnęło się w minę. Jednak tym razem wybór filmu okazał się wyborem dobrym. Całość dało się bez bólu oglądać, a dodatkowo więcej było w niej plusów dodatnich, niż plusów ujemnych. Przede wszystkim to, co zwraca uwagę to oczywiście fabuła wygląd części tytułowych wizytantek (przede wszystkim pani Cepedy) oraz bohaterki granej przez Astengo. Naprawdę ładne panie. Fabuła także stoi tutaj na odpowiednim poziomie, umiejętnie żonglując między powagą,a elementami humorystycznymi. Postaci zostały napisane naprawdę dobrze, co jest zapewne zasługą autora - noblisty Llosy. Aktorzy dodatkowo całkiem przyzwoicie wtłaczają życie w bohaterów, dzięki czemu całość ogląda się przyjemnie. Zainteresowany filmem, który mi się podobał zainwestowałem w książkowy oryginał, który teraz wraz z innymi dziełami pisarza czeka na półce na swoją kolej. Ja tymczasem polecam każdemu obejrzenie tego nieznanego w naszym kraju filmu. Można naprawdę ciekawie spędzić przy nim te ponad dwie godziny.





Kosmiczne jaja

Paul
USA, Wielka Brytania 2011
reż. Greg Mottola
gatunek: komedia, sci-fi
zdjęcia: Lawrence Sher
muzyka: David Arnold

Gdy jedzie się autokarem w długą podróż przewoźnik uruchamia pokładowy sprzęt telewizyjny, by pasażerom się nie nudziło. Na pewno to znacie. Nigdy nie obejrzy się w ten sposób naprawdę dobrego, przyzwoitego filmu, gdyż filmy tam puszczane przystosowane są do gustu podróżujących wehikułem Januszy i Grażyn. Przeważnie można obejrzeć w ten sposób po raz kolejny takie polskie hity, jak Testosteron, Zróbmy sobie wnuka lub innych Wkręconych. Od czasu do czasu trafić można zaś na głupie filmy pochodzące spoza Polski. Ja na przykład trafiłem na opisywane właśnie dzieło. 


Film opowiada historię dwóch ortodoksyjnych nerdów: Graeme (Simon Pegg) i Clive (Nick Frost) wracając z konwentu fanów komiksów spotykają na swojej drodze kosmitę przedstawiającego się, jako tytułowy Paul. Wysłuchując jego zwierzeń postanawiają pomóc mu wydostać się z Ziemi. Po pewnym czasie w pomoc angażuje się też poznana po drodze konserwatywnie wychowana Ruth (Kristen Wiig). Aby zaś nie było tak łatwo i przyjemnie tropem kosmity podąża agent Zoil (Jason Bateman) wraz z ekipą...


Mówi się, że podróże kształcą. Jednak jeśli podczas przejazdu przez pół kontynentu jedyne, co się człowiekowi oferuje to właśnie ten film, to powyższe powiedzenie znacznie mija się z prawdą. Mamy do czynienia z głupią komedią, tylko niewiele przewyższającą poziomem merytorycznym takie tuzy, jak American Pie, Zemstę frajerów czy Straszny film. Mimo to ogląda się to całkiem przyzwoicie. Postaci, choć strasznie głupie i w tej głupocie mocno przewidywalne (wybierają zawsze najbardziej głupie wyjścia z sytuacji) są sympatyczne i ogląda się je nieźle. Postać Paula choć z wyglądu sztampowa zrealizowana jest dobrze i jej oblicze nie straszy wykonaniem. W dużej mierze jest to specyficzne kino drogi, w czasie której bohaterowie poznają różne postaci i wchodzą z nimi w interakcję. Tutaj największym plusem okazuje się osoba Ruth, która wychowywana jest przez swojego ojca, religijnego fundamentalistę. Także ciekawym zagraniem jest obsadzenie w jednej z ról znanej z serii filmów o Obcym Sigourney Weaver. Wszystko to powoduje, że film, który teoretycznie jest nie do przyjęcia całkiem nieźle broni się przed krytyką. Szkoda jednak zakończenia i ogólnie bardzo słabej fabularnie drugiej części filmu. O ile akcja zawiązuje się całkiem dobrze, to dalej wszystko bardzo mocno się pruje. Generalnie więc nie polecam, chyba, że ktoś poszukuje niewyrafinowanej rozrywki. Ten film powinien jej w jakiś sposób dostarczyć.




piątek, 15 grudnia 2017

Przestępcy i emeryci

W starym, dobrym stylu (Going in Style)
USA 2017

reż. Zach Braff
gatunek: komedia
zdjęcia: Rodney Charters
muzyka: Rob Simonsen

Lubię oglądać na ekranie kina lub telewizora starszych aktorów, którzy swego czasu byli gwiazdami swego pokolenia, dla których niegdyś ludzie kupowali bilety do kina. Nie jest to powodowane gerontofilią ani innym zaburzeniem seksualnym lecz faktem, że ci ludzie, którzy mimo wieku decydują się dalej robić to, co lubią i przy okazji sprawiają tym radość fanom zasługują na szacunek. W opisywanym właśnie filmie mamy możliwość obejrzenia kilku filmowych weteranów. 


Poznajemy historię starości kilku przyjaciół z dawnych lat. Obecnie zdziadziali i stetryczali Willie (Morgan Freeman), Joe (Michael Caine) i Albert (Alan Arkin) są mało potrzebni społeczeństwu oraz rodzinom i klepią biedę spędzając czas na wspominkach starych, dobrych czasów. W pewnym momencie panowie wpadają w tarapaty finansowe i wtedy rodzi się pomysł, by wyjść z długów poprzez...napad na bank.


Fajnie jest obejrzeć swoich kinowych idoli w formie, mimo że metrykalnie zbliżają się już dziewięćdziesiątego roku życia. Miły jest także sam fakt, że ci aktorzy wybrali tym razem całkiem niezły scenariusz i na pewno nie muszą się wstydzić zagrania w tej produkcji, która mimo że jest współczesną komedią amerykańską to nie zostawia widza z nerwowym uśmiechem zażenowania (w tym momencie pragnę pozdrowić Roberta De Niro i jego popisowy występ w filmie Co ty wiesz o swoim dziadku). Omawianemu właśnie filmowi znacznie bliżej jest do Last Vegas, które opierało się z grubsza na całkiem podobnym schemacie. I tu i tu mamy solidny humor podparty całkiem realnym spojrzeniem na problemy społeczne, takie jak na przykład izolację starszych ludzi. I tak, jak w filmie sprzed kilku lat i tutaj choć jest odpowiednio sztampowo i z grubsza przewidywalnie, to da się dobrze bawić na seansie. Nie jest to na pewno film, którego nie obejrzenie drastycznie zmniejszy kinofilskie doświadczenia, jednak jego obejrzenie nie jest też stratą czasu. Idealnie sprawdzi się na weekendową lekką przyjemność filmową. O całości ciężko się rozpisywać, fabuła, jak wspomniałem jest dość oklepana, jednak aktorzy dają radę, a prospołeczny wydźwięk jest dodatkowym plusem. 





Diabeł wcielony

Egzorcysta (The Exorcist)
USA 1973
reż. William Friedkin
gatunek: horror
zdjęcia: Owen Roizman
muzyka: Jack Nitzsche

Mam pełną świadomość tego, że właśnie opisuję jeden z najlepiej ocenianych i w ogóle jeden z najważniejszych filmów grozy, jakie do tej pory zostały nakręcone. Nie jest tak, że oglądałem ten film dopiero niedawno po raz pierwszy, bo miałem z nim (nie)przyjemność już wcześniej, jednak po latach sobie go odświeżyłem (powód podam poniżej) i dlatego zdecydowałem poświęcić mu krótką notkę. 



Regan (Linda Blair), córka rozpoznawalnej aktorki Chris (Ellen Burstyn) po kontakcie z planszą Ouija zaczyna dziwnie się zachowywać. Lekarze nie mogą znaleźć przyczyny stanu, w jaki popada dziewczynka, a jej matka umacnia się w twierdzeniu, że córka została opętana przez diabła. Prosi o pomoc księdza-psychiatrę, ojca Karrasa (Jason Miller)...


Zdecydowałem się powrócić po latach do tego straszakowego klasyku powodowany tym, że akurat przeczytałem książkę autorstwa zmarłego w tym roku Williama Petera Blatty'ego. Po lekturze postanowiłem jak najszybciej obejrzeć film Friedkina i porównać go do książki, którą uznałem za naprawdę bardzo dobrze napisaną powieść. I niestety w porównaniu do oryginału film nie wytrzymuje konkurencji. O ile przy wcześniejszych seansach, które odbywały się bez znajomości książki uznawałem go za niezły horror, tak teraz widzę, że przy swoim pierwowzorze odstaje o kilka długości. Każdemu, kto jeszcze nie widział filmu polecam więc książkę. Tak samo tym, którzy film widzieli (niezależnie czy im się podobał, czy nie) - warto przeczytać powieść Blatty'ego. To całkiem inny rodzaj obcowania z bohaterami i grozą całej sytuacji. Grozą, która w filmie choć odczuwalna, to na pewno nie na takim poziomie, jak w książce. Co do filmu na pewno jednak pochwalić mimo wszystko efekty specjalne, które przetrwały upływ czasu oraz role Maxa von Sydow, która choć krótka, to jak najbardziej zostająca w pamięci. To, że proponuję przeczytanie książki nie znaczy, że uważam jego ekranizację za złą - po prostu jest to przyzwoity horror. Książka to coś znacznie więcej.

 

Dzikość w sercu

Dzikość serca (Wild at Heart)
USA 1990
reż. David Lynch
gatunek: kryminał, romans
zdjęcia: Frederick Elmes
muzyka: Angelo Badalamenti


David Lynch nakręcił do tej pory czterdzieści pięć filmów kinowych, jak i przeznaczonych do telewizji oraz na wideo, a także trochę krótkometrażówek i seriali (z Twin Peaks) na czele. Od jakiegoś czasu staram się oglądać sporadycznie kolejne produkcje wychodzące spod jego ręki i teraz czas opisać wrażenia z jednego takiego seansu. 


W filmie poznajemy losy Sailora (Nicolas Cage), który po odbyciu wyroku za zabójstwo wychodzi z więzienia i od razu wraca w ramiona dawnej partnerki, Luli (Laura Dern). Związek z mężczyzną nie podoba się matce Luli (Diane Ladd), która nasyła tropem niepokornej pary detektywa (Harry Dean Stanton), który ma pozbyć się problemu Sailora raz na zawsze. 


David Lynch ma swój niepowtarzalny styl, który należy zaakceptować, by czerpać przyjemność z serwowanego przez Amerykanina kontentu. O ile nie miałem z tym problemu w przypadku Mulholland Drive czy Zagubionej autostradzie to jeśli chodzi o opisywany właśnie wcześniejszy film z jego dorobku mam poważne problemy z inwersją do świata przedstawionego i zaakceptowania jego reguł. Może po prostu nie trafiła do mnie historia mężczyzny o dzikim sercu i jego partnerki, może to sprawa postaci wcielających się w główne role, bo nigdy nie przepadałem specjalnie za Nicolasem Cage'em ani nie trafia do mnie Laura Dern? Może zaś to sprawa założeń świata wykreowanego na potrzeby całości? Nie wiem. Wiem jednak, że męczyłem się na tym filmie i mimo że nie jest to jakaś wielowątkowa przydługa fabuła to ciężko mi było doczekać do końca. Z samych plusów można wymienić na pewno dobrą muzykę i naprawdę ciekawą, zapadającą w pamięci Willema Dafoe, który brawurowo wciela się w postać Bobby'ego Peru.  Wszystko inne niestety jest milczeniem. A przynajmniej takie jest moje zdanie. 





czwartek, 14 grudnia 2017

Trochę inne love story

Tanna
Australia, Vanuatu 2015
reż. Martin Butler
gatunek: melodramat
zdjęcia: Bentley Dean
muzyka: Antony Partos

 Tym razem zajmuję się filmem dość szczególnym. Bo ile razy mieliśmy okazję obejrzeć obraz wyprodukowany (w kooperacji bo w kooperacji, ale jednak) przez ludzi z oceanicznej wyspy Vanuatu? Już sam fakt, że film zainteresował krytyków, czego rezultatem była między innymi oscarowa nominacja za produkcję nieanglojęzyczną oznacza, że warto zobaczyć produkcję Butlera. 


Przenosimy się na tytułową wyspę Tanna obecnie wchodzącą w skład Vanuatu. Jesteśmy świadkami życia prymitywnych plemion zamieszkujących okolicę. Wawa (Marie Wawa) zakochuje się w wzajemności w  synu wodza,  Dainie (Mungau Dain). Wódz (Charlie Kahla) jak i starszyzna plemienia ma względem młodych jednak całkiem inne plany, niż oni sami...


W filmie cofamy się o kilkadziesiąt lat wstecz od czasów współczesnych, jednak nie ma to zbytnio znaczenia, gdyż bohaterowie żyją wciąż w epoce neolitycznej. Jednak przedstawia to pewien kryzysowy i krytyczny punkt,w jej historii, który wprowadził drobne zmiany w życiu tej niewielkiej prahistorycznej społeczności. W gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia z klasyczną historią rodem z Romea i Julii. To pokazuje, że pewne archetypy zachowań są po prostu właściwe ludzkości niezależnie od czasu występowania czy zaawansowania technologicznego. Film Butlera potęguje tę świadomość i odruchowo (przynajmniej w moim przypadku) rodzi się pewna bliskość łącząca kultury i epoki. W gruncie rzeczy w podstawowych zachowaniach, marzeniach i potrzebach życiowych wszyscy jako ludzie jesteśmy w gruncie rzeczy tacy sami, a przynajmniej bardzo podobni. Nie ważne czy mieszkamy w Koluszkach, Nowym Jorku czy na pierwotnej wyspie. 
O samym filmie ciężko się wypowiadać wkraczając w jakieś zawiłe tematy. Postaci, które tu występują to realni mieszkańcy oceanicznych wysepek, bez szkoły aktorskiej i jakiegoś specjalnego przygotowania. Ale i tak (a może dzięki temu) aktorsko dają radę. Nie talentem czy formą aktorską, ale realizmem. Także nie przeszkadza praca kamery,a całość kręcona jest w naprawdę urokliwych miejscach ulokowanych w Oceanii. Także wydaje mi się, że warto obejrzeć ten film i na moment przenieść się do prymitywnej osady, zwiedzić wyspę Tanna i poznać oklepaną, lecz uniwersalną historię. Mało efektowny ale efektywny film. Warto - można odkryć odrobinę świata nie wstając z fotela.