Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melodramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melodramat. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 marca 2018

Kochać to nie znaczy zawsze to samo

Tamte dni, tamte noce (Call Me by Your Name)
Brazylia, Francja, USA, Włochy 2017
reż. Luca Guadagnino
gatunek: melodramat
zdjęcia: Sayombhu Mukdeeprom

Obecnie mamy już zmierzch tegosezonowych przedoscarowych emocji, gdyż już niebawem rozdanie najbardziej cennych dla wielu (a dla wielu innych równie bardzo przereklamowanych) statuetek filmowych na świecie jednak gdy sezon przedoscarowy był w pełni w kinach nastąpił wysyp filmów nominowanych lub kandydujących do nominacji do tej amerykańskiej nagrody. Jednym z filmów, który wówczas zawitał do polskich kin był też i ten. 


Lata 80. na włoskiej prowincji. Do willi mieszkającego tam profesora Perlmana (Michael Stuhlbarg) przybywa na naukowe wakacje jego amerykański doktorant Oliver (Armie Hammer). Mężczyzna powoli zaczyna fascynować nastoletniego syna Perlmana, Elia (Timothée Chalamet)...


Zapewne wielu z was pamięta film Lolita na podstawie prozy Vladimira Nabokova. Tutaj mamy oczywiście całkiem inny schemat fabularny oraz wiek i motywacje postaci jednak jest też kilka punktów wspólnych, dzięki którym można próbować bronić tezy, że produkcja Guadagnino i rola (świetna swoją drogą) Chalameta to taka Lolita w spodniach. 
Autorzy filmu (opierając się na wcześniejszej książce) serwują nam tutaj pewien miks gatunkowy opierający się na wakacyjnym romansie oraz opowieści inicjacyjnej. Jednak główny bohater Elio nie jest tutaj zwykłym bohaterem tego typu fabuł - miota się bowiem pomiędzy swoimi uroczymi przyjaciółkami, a męskim, sportretowanym na wzór antycznych posągów Oliverze zagranym przez Hammera (który jest portretowany na zasadzie wcześniej właściwej dla kobiecych seksbomb). Także to, co uderza w tym filmie to pewien mocny kontrast pomiędzy inteligenckim towarzystwem, przeintelektualizowanymi rozmowami i czynnościami bohaterów z dość hmm odważnymi homo scenami, które bardziej pasowałyby do filmów innego włoskiego reżysera - Pasoliniego. Czasem niestety homo sceny przekraczają granice dobrego smaku poprzez swój mocno obsceniczny charakter. Jednak należy pochwalić aktorskie kreacje Hammera i Chalameta, którzy sprostali temu niełatwemu zadaniu (zakładam, że obaj są hetero). Generalnie też film broni się stroną techniczno-audiowizualną. Mamy pięknie skomponowane kadry, zapadającą w pamięć muzykę oraz dobre aktorstwo. Zarówno już znanych i lubianych aktorów, jak także stawiających początkowe ekranowe kroki młodych zdolnych. Także w rezultacie tego wszystkiego dostajemy całkiem niezły film, który ze względu na tematykę (oraz to jak została ona pokazana) przypadnie do gustu. Tym niemniej sądzę, że warto go obejrzeć i samemu się o tym przekonać. 







czwartek, 18 stycznia 2018

Kochaj albo rzuć

Moja miłość (Mon Roi)
Francja 2015
reż. Maïwenn
gatunek: melodramat
zdjęcia: Claire Mathon
muzyka: Stephen Warbeck

Kiedy na szali stają po jednej stronie jeden z ulubionych aktorów, a po drugiej zaś jeden z najmniej lubianych gatunków filmowych wybór oglądać czy nie oglądać jest z gatunku tych cięższych. Jednak krótka lista trofeów jakie film zdobył na festiwalach, ze złotą palmą w Cannes dla głównej aktorki sprawia, że szala przechyla się na korzyść oglądać.


Film opowiada historię wieloletniej i burzliwej relacji dwojga ludzi: artysty Georgia Milevskiego (Vincent Cassel) i Marie-Antoinette Jézéquel (Emmanuelle Bercot). Wraz z kamerą widzowie są świadkami ich wspólnych radości, nieporozumień, kłótni, rozstań i powrotów...


Melodramat jako gatunek filmowy w ogóle do mnie nie trafia. Nasycenie fabuły patetyczno-sentymentalnymi efektami oraz dominujący wątek miłosny to nie są elementy, których szukam w kinie. Można więc powiedzieć, że jestem uprzedzony. Wiem, że to złe i nie powinno tak być, jednak po prostu nie umiem wznieść się na wyżyny wyższych uczuć oglądając tego typu dzieła. Po prostu nie czuje empatii do tych wszystkich zakochanych bohaterów i ich perypetii miłosnych. 
Dlatego nie chcę oceniać tego wątku w tym filmie, który to wątek oczywiście dominuje na ekranie. To, co mogę pochwalić to na pewno gra aktorska - widać, że zarówno Cassel, jakk i Bercot starają się, pokazują uczuci, swoimi postaciami, a nie tylko się w nie wcielają. Dobra gra aktorska poniekąd pozwoliła mi znieść oglądanie tego filmu, bo gdyby te same dialogi wypowiadali na przykład Karolak z Korzuchowską to pewnie bym nie wysiedział te ponad dwie godziny. 
Także nie chcę tutaj nikomu polecać lub odmawiać oglądania. Jeśli lubicie lub chociaż tolerujecie melodramaty i romansidła to możecie obejrzeć i z pewnością film się spodoba, bo generalnie jest zrealizowany dobrze. Jeśli tak jak mnie odpycha was ten gatunek filmowy możecie obejrzeć dla dobrych kreacji aktorskich. 


czwartek, 14 grudnia 2017

Trochę inne love story

Tanna
Australia, Vanuatu 2015
reż. Martin Butler
gatunek: melodramat
zdjęcia: Bentley Dean
muzyka: Antony Partos

 Tym razem zajmuję się filmem dość szczególnym. Bo ile razy mieliśmy okazję obejrzeć obraz wyprodukowany (w kooperacji bo w kooperacji, ale jednak) przez ludzi z oceanicznej wyspy Vanuatu? Już sam fakt, że film zainteresował krytyków, czego rezultatem była między innymi oscarowa nominacja za produkcję nieanglojęzyczną oznacza, że warto zobaczyć produkcję Butlera. 


Przenosimy się na tytułową wyspę Tanna obecnie wchodzącą w skład Vanuatu. Jesteśmy świadkami życia prymitywnych plemion zamieszkujących okolicę. Wawa (Marie Wawa) zakochuje się w wzajemności w  synu wodza,  Dainie (Mungau Dain). Wódz (Charlie Kahla) jak i starszyzna plemienia ma względem młodych jednak całkiem inne plany, niż oni sami...


W filmie cofamy się o kilkadziesiąt lat wstecz od czasów współczesnych, jednak nie ma to zbytnio znaczenia, gdyż bohaterowie żyją wciąż w epoce neolitycznej. Jednak przedstawia to pewien kryzysowy i krytyczny punkt,w jej historii, który wprowadził drobne zmiany w życiu tej niewielkiej prahistorycznej społeczności. W gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia z klasyczną historią rodem z Romea i Julii. To pokazuje, że pewne archetypy zachowań są po prostu właściwe ludzkości niezależnie od czasu występowania czy zaawansowania technologicznego. Film Butlera potęguje tę świadomość i odruchowo (przynajmniej w moim przypadku) rodzi się pewna bliskość łącząca kultury i epoki. W gruncie rzeczy w podstawowych zachowaniach, marzeniach i potrzebach życiowych wszyscy jako ludzie jesteśmy w gruncie rzeczy tacy sami, a przynajmniej bardzo podobni. Nie ważne czy mieszkamy w Koluszkach, Nowym Jorku czy na pierwotnej wyspie. 
O samym filmie ciężko się wypowiadać wkraczając w jakieś zawiłe tematy. Postaci, które tu występują to realni mieszkańcy oceanicznych wysepek, bez szkoły aktorskiej i jakiegoś specjalnego przygotowania. Ale i tak (a może dzięki temu) aktorsko dają radę. Nie talentem czy formą aktorską, ale realizmem. Także nie przeszkadza praca kamery,a całość kręcona jest w naprawdę urokliwych miejscach ulokowanych w Oceanii. Także wydaje mi się, że warto obejrzeć ten film i na moment przenieść się do prymitywnej osady, zwiedzić wyspę Tanna i poznać oklepaną, lecz uniwersalną historię. Mało efektowny ale efektywny film. Warto - można odkryć odrobinę świata nie wstając z fotela. 




czwartek, 29 grudnia 2016

Zakręcony

Zawrót głowy (Vertigo)
USA 1958
reż. Alfred Hitchcock
gatunek: thriller, melodramat

Kontynuuję swoją przygodę z filmami Alfreda Hitchcocka. Jako że mistrz jest (czy też był) reżyserem aż 68 produkcji jest z czego wybierać, a obejrzenie całości jest dziś chyba misją niemal niemożliwą. Tym razem postanowiłem cofnąć się do lat 50. ubiegłego wieku i obejrzeć jeden z bardziej znanych filmów Brytyjczyka.


Po wypadku na służbie policjant John Ferguson (James Stewart) rehabilituje się na rencie. Jednak na prośbę przyjaciela (Tom Helmore) postanawia jako prywatny detektyw śledzić jego żonę, Madeleine (Kim Novak), w której się zakochuje...


O dziełach wielkich mistrzów (nie ważne, czy chodzi tu o film, literaturę, malarstwo, rzeźbę czy cokolwiek innego) przeważnie można mówić, jak o zmarłym, czyli albo dobrze albo wcale. Klasyczni autorzy ze swoimi klasycznymi dziełami po prostu w opinii wielu zasługują tylko i wyłącznie na szacunek za to, co zrobili. Niestety nawet, gdy ich dzieła w epoce, gdy powstały były na naprawdę wysokim ówczesnym poziomie to upływ czasu niejednokrotnie wpływał na ich późniejsze postrzeganie. Tak właśnie wydaje mi się, że jest z tym filmem. Przed niemal 60. laty, gdy powstawał musiał robić wrażenie pięknym obrazem wykonanym w technikolorze, innowacjami w wykonaniu (zmiany ogniskowej obiektywu w niektórych kluczowych scenach) czy zatrudnieniu wielkich gwiazd ówczesnego kina (o których niestety dzisiaj mało kto już pamięta). Niestety technika i sposób gry aktorskiej poszły do przodu, aktorstwo także zdążyło się zmienić. Jednak nie warstwa techniczna czy aktorska jest dla mnie zawodem - najbardziej zawiodłem się tutaj na intrydze, która gdyby została inaczej przedstawiona mogłaby być uznana za całkiem dobrą - jednak wytłumaczenie motywu głównego twistu fabularnego mniej więcej w połowie filmu spuszcza z całości powietrze tak, że cała historia do końca pozostaje już flakiem. To dla mnie niedopuszczalne, że uważany za mistrza suspensu autor zepsuł fabularną intrygę tak szybko i tak boleśnie.
Nie jest to jednak film zły - nie licząc niektórych scen wygląda dobrze do dzisiaj (czego nie można powiedzieć o zdecydowanej większości dzieł z tamtych lat), Kim Novak wygląda świetnie, a intryga jest naprawdę ciekawa (chociaż kompletnie spieprzona przez twórców jeśli chodzi o jej tłumaczenie). Myślę, że mimo wielu zastrzeżeń, jakie mam do tego filmu mogę go jednak polecić - klasyczny film klasycznego mistrza, to zawsze jest w cenie. 


sobota, 3 grudnia 2016

O wojnie w starym stylu

Sprzymierzeni (Allied)
USA, Wielka Brytania 2016
reż. Robert Zemeckis
gatunek: melodramat

Kiedy oglądając kinowy zwiastun po raz pierwszy dowiedziałem się o tym filmie od razu pomyślałem, że gdy już wyjdzie, będzie trzeba go jak najszybciej zobaczyć. Chociaż sam trailer był moim zdaniem wykonany źle, to jednak połączenie szpiegowskiej historii z czasów II Wojny Światowej, z reżyserem m.in. Forresta Gumpa oparte dodatkowo na filarach dwóch ikon współczesnego kina: Brada Pitta i Marion Cotillard zapowiadał się smakowicie. Jednak w kinie 2+2 nie zawsze daje 4. Więc jak finalnie wypadł ten skomponowany z cennych składników obraz?


Kanadyjski agent specjalny, Max Vatan (Brad Pitt) przybywa do okupowanej przez Niemców legendarnej Casablanki stanowiącej część marionetkowej Francji Vichy. Tam wraz z działaczką ruchu oporu, Marianne Beauséjour (Marion Cotillard) ma zlikwidować niemieckiego ambasadora. Na czas akcji Max i Marianne udają małżeństwo...


Radzę tym, którzy jeszcze nie widzieli ani filmu, ani zwiastuna, by nie oglądali tego drugiego. Zdradza on stanowczo zbyt wiele, z faktów, które wychodzą dopiero w drugiej połowie filmu, przez co traci się dużo radochy z oglądania naprawdę udanego (trochę zalatującego Bękartami wojny) początku rozgrywającego się w Afryce. Jednak nie mogę krytykować samego filmu, twórców czy aktorów, gdyż to raczej jakaś zła decyzja producentów, nie wpływająca na jakość produkcji.
 Produkcji zrealizowanej w starym, dobrym stylu, gdzie akcja zawiązuje się długo, tempo jest przeważnie raczej wolne, a ciężar filmu w dużej mierze spoczywa na zaangażowanych do udziału wielkich nazwiskach. Jednak nie jest to zarzut! Takie kino, i to szczególnie w odtwórczym i pełnym taniego efekciarstwa Hollywood jest jak najbardziej potrzebne. Jeśli widzieliście Most szpiegów Spielberga i ten film przypadł wam do gustu, to i tutaj będziecie się dobrze bawić. 
Film ten jest dziełem transgatunkowym, ciężko tutaj uchwycić jeden główny nurt gatunkowy. Postawiłem na melodramat, gdyż historia miłosna raczej dominuje i nadaje filmowym wydarzeniom ton, jednak mamy tutaj aferę miłosną, pewien dramat obyczajowy, a nawet elementy sensacji i thrillera. Ale ja akurat hybrydy międzygatunkowe lubię, a filmy, który nie trzymają się ściśle określonych ram uważam za bardziej wartościowe. 
Oprócz naprawdę dobrze skonstruowanej historii mamy, która niestety stacza się niestety pod sam koniec, który jest zbyt ckliwy (jak to w melodramatach, których ogólnie nie lubię) mamy tutaj naprawdę ciekawą grę aktorską. Tutaj prym wiedzie Cotillard, która wreszcie dobrze wypadała w filmie anglojęzycznym. Z jej elegancją, klasą i takim międzywojennym wyglądem jest wręcz stworzona do tego typu ról osadzonych w tego typu klimacie i czasach. Brad Pitt choć jakoś dziwnie spuchł i moim zdaniem powinien zmienić chirurgów plastycznych także radzi sobie nieźle, a na plus można mu zaliczyć też posługiwanie się całkiem dobrym francuskim (w porównaniu do jego włoskiego z Bękartów wojny duża zmiana na plus). I o ile w osobnych scenach dwójka aktorów radzi sobie dobrze, to niespecjalnie już widać chemię między nim razem. Szkoda, że w filmie o rodzących się uczuciach, tych uczuć nie widać. Ale może sytuacja osobista Pitta nie pozwoliła mu tego odpowiednio zagrać, kto wie.
Ogólnie nie jest to film, który będzie wspominany po latach, do którego będzie się porównywało przyszłe produkcje, nie dorówna (choć pewnie by chciał) tym bardziej Casablance, jednak sprawnie komponuje się z długim jesiennym wieczorem, podczas którego można go spokojnie obejrzeć. 





sobota, 19 marca 2016

Wyśnione miłości

Carol
USA, Wielka Brytania 2015
reż. Todd Haynes
gatunek: melodramat 

Jak już kilkukrotnie pisałem nie uważam, że otrzymanie statuetki czy też sama nominacja do Oscara sprawia, że film kategorycznie musi być wart obejrzenia i już z góry wiadomo, że jest coś w uhonorowanej produkcji coś wyróżniającego. Jednak nagrody te, jako najbardziej prestiżowe i działające na masową świadomość powodują, że interesując się filmem i by być na bieżąco należy śledzić nominowane produkcje. Opisywana właśnie miała aż sześć nominacji więc na pewno już to skłania do obejrzenia. Ostatecznie na oscarowej gali Carol obeszła się smakiem, jednak doceniono ją na kilku innych uroczystościach (np. najlepsza aktorka na festiwalu w Cannes). 


W filmie cofamy się do lat 50. ubiegłego stulecia, by poznać historię znajomości między dwoma kobietami. W bożonarodzeniowym okresie do sklepu, w którym pracuje młoda Therese (Rooney Mara) przybywa w poszukiwaniu prezentu dla córki dojrzała Carol (Cate Blanchett). Między kobietami nawiązuje się nić porozumienia i szybko przenoszą znajomość na stopę prywatną. Therese jednak nie wie, że zamężna i stateczna Carol jest w rzeczywistości zakamuflowaną homoseksualistką...


Nigdy nie byłem fanem gatunku, jakim jest melodramat i nie sądzę, że jeszcze kiedyś to się zmieni. Tym bardziej nie oglądałem do tej pory zbyt dużo romansów lesbijskich (przychodzi mi do głowy na chwilę obecną co najwyżej Fucking Amal) jednak dobrze, że przychodzi mi jako widzowi oglądać dwie kobiety, niż kolejny gejowski homoerotyk fabularny (jak w np. Gerontofilii czy Eastern Boys). Co do samego filmu i nominacji dla niego to pierwsze co rzuca się w oczy to naprawdę dobra gra aktorska w wykonaniu głównych bohaterek. Zarówno Blanchett, jak i Mara to klasa sama w sobie i to jest moim zdaniem najsilniejsza strona filmu. Aż trudno czasem przyswoić sobie, że ta urocza wciąż młoda kobieta, jaką jest grana przez Marę Therese była nie tak dawno androgeniczną, odpychającą Lisbeth Salander w Dziewczynie z tatuażem. Także warstwa techniczna stoi na dobrym poziomie, zdjęcia wykonane są starannie, a świat z lat 50. dzięki rekwizytom i kostium wygląda wiarygodnie. Niestety bardzo raziło mnie dość mocno toporne tempo akcji, nieśpieszne budowanie nastroju i powolny rytm całego filmu, Dla niektórych może być to plus, że przedstawiono historię snującą się swoim rytmem, bez pośpiechu i efekciarstwa, jednak mnie masa dłużyzn prawie powaliła i często walczyłem ze snem. 
Film oczywiście dla osób zainteresowanych tematem LGBT może być wartościowym przykładem okresu sprzed 60 lat, gdy ludzie o niestandardowej orientacji żyli w ukryciu i strachu i jak przez ten czas ich sytuacja zmieniła się na lepsze (może nie w Polsce, ale w USA chyba tak). Mnie zaś ten temat nie rusza i jest mi całkiem obojętny więc podchodzę do tematyki związanej z filmem bardzo beznamiętnie i ciężko mi przyznać za fakt samego tematu jakiś bonus do oceny.
Generalnie więc mamy film solidnie zrealizowany, z naprawdę dobrą grą aktorską jednak moim zdaniem przespanym fabularnie. Może ktoś doceni tego typu staranne budowanie fabuły, mnie jednak to mocno wymęczyło. 


piątek, 26 lutego 2016

W pogoni za marzeniami

Bikiniarze (Stilyagi)
Rosja 2008
reż. Walery Todorowski
gatunek: musical, melodramat


Tytułem wstępu napiszę coś o samej polskiej nazwie tego filmu. Bikiniarzami nazywano w Polsce w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia subkulturę młodzieżową, która to wzorem amerykańskich bitników. Ludzie ci charakteryzowali się odrzucaniem sztywnych norm społecznych i buntem przeciw otaczającej ich rzeczywistości. Słowniki wydawane w tamtych czasach określały bikinarzy jako młodych ludzi ubierających się ekstrawagancko, w sposób przesadnie modny. Władze krajów zza żelaznej kurtyny często pośrednio walczyły z ludźmi z tej subkultury.


Mels (Anton Szagin) wraz z oddziałem Komsomoł (radziecka organizacja młodzieżowa) pod dowództwem Katii (Eugenia Chirwiskaja) tropi spotykających się tajnie bikiniarzy. Podczas jednego z nalotu na klub, w którym ci spędzają czas chłopak goni bikiniarkę Polzę (Oksana Akinszina). Podczas tej gonitwy zakochuje się w niej i postanawia dołączyć do grupy bikiniarzy, by móc spędzać czas przy dziewczynie. Najpierw jednak musi wkraść się w łaski grupy dowodzonej przez Freda (Maksym Matwiejew)...


Ogólnie to bardzo, ale to bardzo nie lubię musicali. Filmy, w których przez ponad pół swego trwania śpiewają i tańczą są dla mnie istną katorgą. Do tego uważam, że strasznie głupie jest, gdy ktoś zaczyna idąc ulicą nucić piosenkę, a nagle całe miasto zaczyna śpiewać i tańczyć w jej rytm. Cała irracjonalność tego gatunku stawia go u mnie na jednym z najniższych miejsc wśród gatunków filmowych w ogóle. Jednak opisywany film przypadł mi do gustu. Mimo że i tak jak we wszystkich musicalach są tu sceny głupie i głupsze to całość oglądało się całkiem dobrze, a do tego część piosenek najzwyczajniej wpadła mi w ucho i nie chce wylecieć dobrych kilka dni po zakończeniu seansu. Może to za sprawą nieoklepanego do tej pory języka rosyjskiego, który nie kojarzy się z tym gatunkiem, może to sprawka naprawdę dobrej muzyki jazzowej, a może przez mnogość barw i kolorów przetaczających się w niemal każdej scenie? Nie wiem. Jednak barwy tego świata to coś, co zapada na dłużej. Bikiniarze są kolorowi, pstrokaci, nijak nie wyglądają na obywateli radzieckich z siermiężnych lat pięćdziesiątych, gdzie wszystko dookoła jest szare i monotematyczne. Ich poczynania ogląda się bardzo przyjemnie. Choć w swej Amerykańskości starają się być bardziej Amerykańscy niż Amerykanie (co pod koniec filmu zostanie im boleśnie uświadomione) to całościowy obraz sprawia, że kibicuje się tym młodym ludziom, którzy mimo że muszą pracować jak inni w kopalniach czy fabrykach po pracy wdziewają się w pstrokate kostiumy i żyją tak, jak chcą. Do tego oprócz naprawdę dobrej gry aktorskiej i muzyki mamy całkiem sympatyczną fabułę z elementami komediowymi dzięki czemu w konsekwencji na całość przygód Melsa, Polzy i innych naprawdę mile się patrzy, a ponad dwie godziny filmu mijają jak z bicza strzelił. Naprawdę polecam poświęcić ten czas na przygody dziwacznych bikiniarzy i przenieść się w ten kolorowy świat szarych lat 50.




czwartek, 25 lutego 2016

Problematyczne miłości

Wyśnione Miłości (Les Amours imaginaires)
Kanada 2010
reż. Xavier Dolan
gatunek: melodramat

Niektórzy uważają Xaviera Dolana za reżyserskiego geniusza młodego pokolenia i za dowód na to stawiają między innymi film Mama, od którego przy pierwszej próbie seansu szybko się odbiłem oraz właśnie opisywaną produkcję, którą Kanadyjczyk nakręcił mając zaledwie 20 - 21 lat. O ile mogę się zgodzić, że nakręcenie w miarę profesjonalnie jakiegokolwiek filmu w tym wieku to już pewna sztuka, to jednak po tym co zobaczyłem o wielki talent i filmowy geniusz Dolana bym jednak nie posądzał. 


Fabuła jest banalnie prosta i do opisania w kilku słowach. Poznajemy parę dobrych przyjaciół: Marie (Monia Chokri) i Francisa (Xavier Dolan). Pewnego razu poznają oni awangardowego Nicolasa (Niels Schneider), z którym zaczynają się spotykać. Wkrótce zarówno Marie jak i Francis zakochują się w nowym znajomym i zaczynają rywalizować o jego względy...


Nie wiem czego oczekiwałem po tym filmie, jednak miałem nadzieję, że w miarę głośna produkcja złotego dziecka kanadyjskiego kina do tego oparta na kontrowersyjnej wydawać by się mogło fabule, że całość będzie wyglądała całkiem znośnie. Niestety srodze się zawiodłem. Nie znalazłem w sumie ani jednego elementu (może od biedy Chokri) który jako tako mi się spodobał. Sama głośna fabuła okazała się mało absorbującą historią, jakich wiele w każdym nowym numerze Bravo Girl. Może zachwyci ona gimnazjalistów jednak jak dla mnie to bardzo pretensjonalne i słabe. Równie słaby był według mnie montaż filmu, który to całkowicie nie przypadł mi do gustu. 
Reasumując nie wiem co mógłbym więcej o tym filmie napisać, gdyż mimo że nie była to najsłabsza produkcja jaką widziałem w ostatnich miesiącach to swoją nijakością zostawiła we mnie bardzo mało pozostałości po sobie w mej pamięci. Nie polecam chyba, że jesteś w gimnazjum.





piątek, 25 grudnia 2015

Fatalne zauroczenie

Grzeszna miłość (Original Sin)
USA 2001
reż. Michael Cristofer
gatunek: melodramat, thriller


W świąteczny wieczór postanowiłem sięgnąć po film, który chciałem obejrzeć od pewnego czasu. W czasach gimnazjum zobaczyłem jedną scenę z tej produkcji, która zapadła mi mocno w pamięć. Teraz wreszcie udało mi się zobaczyć resztę scen z tego filmu i teraz kilka zdań o wrażeniach. 


Bogaty plantator z Kuby Luis Vargas (Antonio Banderas) wysyła do amerykańskiej gazety ogłoszenie, w którym szuka żony. W ten sposób poznaje Julię (Angelina Jolie), która przybywa wkrótce na wyspę. Młoda kobieta okazuje się znacznie piękniejsza niż na zdjęciach wysłanych wcześniej. Luis szybko zakochuje się w swej żonie, jednak ta w pewnym momencie znika bez śladu zabierając też wszystkie jego oszczędności. 


Antonio Banderas, który na początku lat dwutysięcznych wciąż był jednym z bardziej wielbionych aktorów płci męskiej oraz wschodząca gwiazda Angeliny Jolie, wówczas dwudziestosześcioletniej to chyba idealna para do melodramatu erotycznego według wielu kinomaniaków. I naprawdę ta para aktorów dobrze wypada na ekranie razem, widać chemię krążącą wśród nich.
Także ich sceny erotyczne są chyba najlepiej wykreowanymi scenami tego typu w kategorii filmowego soft porno. Miło oglądać wijącą się po łóżku lub leżącą w wannie młodą żonę Brada Pitta.
Pierwsza połowa produkcji zapowiada naprawdę dobry film i jeśli taką formę prezentowałby w całości to mógłby to być obecnie jeden z najlepszych filmów w dorobku głównych aktorów. Niestety druga połowa produkcji jest naprawdę słaba, przewidywalna i po prostu nudna. 
Ogólnie jeśli jest się fanem głównych bohaterów to warto film zobaczyć, także jako melodramat jest to film wart uwagi, jednak jako całość uznam go za średni. Można, acz niekoniecznie. 





wtorek, 22 grudnia 2015

Sztuka kochania

Koneser (La Migliore offerta)
Włochy 2013
reż. Giuseppe Tornatore
gatunek: melodramat 

Najnowszy film twórcy opisywanego jakiś czas temu filmu z Monicą Bellucci Malena bliski jest stylistycznie innemu włoskiemu filmowi z ostatnich lat, wyreżyserowanego przez Pabla Sorrentino, to jest do Wielkiego piękna. I chociaż fabularnie jest tutaj jednak zupełnie inna historia to można się dopatrzyć w najpopularniejszych włoskich produkcjach ostatnich lat pewnych zbieżności. 


Niedostępny, stroniący od ludzi właściciel renomowanego domu aukcyjnego Virgil Oldman (Geoffrey Rush) żyje własnym, samotnym życiem, które poświęca tylko sztuce. Nie licząc znajomego będącego też jego partnerem biznesowym pomagającym mu zebrać imponującą kolekcję dzieł, Billy'ego (Donald Sutherland) nie posiada większych kontaktów towarzyskich. Pewnego razu dodzwania się do niego tajemnicza kobieta, Claire (Sylvia Hoeks), która chce sprzedać wartościowe antyki pozostawione jej po zmarłych rodzicach. Zaintrygowany dziwną kobietą i jej specyficzną przypadłością Virgil opowiada o niej współpracownikowi, Robertowi (Jim Sturgess).


Produkcja Tornatore jest filmem włoskim jednak zagranym po angielsku z użyciem anglojęzycznych aktorów. Mieliśmy przykłady innych filmów tego typu, jak na przykład hiszpański film anglojęzyczny Mechanik  Brada Andersona z Christianem Bale'm w roli tytułowej. Trochę to dziwne ale tak już we współczesnym kinie to wygląda. 
Ciężko określić miejsce akcji filmu, gdyż z jednej strony obserwujemy plenery iście włoskie, jednak aktorzy noszą anglojęzyczne nazwiska, używają angielskich słów oraz posiadają brytyjskie paszporty. 
Sam film to festiwal jednego aktora - Virgil Geoffreya Rusha jest osobą z krwi i kości. Rola została zagrana tak dobrze, że widz czasem zapomina, że to tylko jego praca na planie filmowym. Postać ta początkowo może odpychać, jako zadufany w sobie mizantrop stroniący od ludzi wykorzystując ich przedmiotowo, noszącym rękawiczki, by nie musieć stykać się własnoręcznie z innymi. Widzimy późniejszą jego przemianę pod wpływem nowopoznanej Claire, zagranej przez Hoeks w taki sposób, że nie ustępuje zbytnio swemu utalentowanemu partnerowi z planu filmowego.
Fabuła jest do pewnego momentu bardzo absorbująca i trzymająca w pewnym napięciu, jednak po pewnym czasie staje się lekko naiwna i przewidywalna, jednak film mimo to ogląda się dobrze. Lepiej dla niego byłoby według mnie, gdyby ze 130 minut wyciąć z kwadrans, który jest niepotrzebny aby usunąć pewne dłużyzny i powtórzenia, które wkradają się do seansu. 
Ogólnie mamy do czynienia z dobrą europejską produkcją, która jest świetną przeciwwagą do hollywoodzkich blockbusterów. Warto zobaczyć. 







poniedziałek, 7 września 2015

Sado maso dla kur domowych

Pięćdziesiąt twarzy Graya (Fifty Shades of Grey)
USA 2015
reż. Sam Taylor-Johnson
gatunek: melodramat (od biedy) 


Gdy ponad pół roku temu odbyła się premiera tego dzieła patrzyłem ze współczuciem na tych biednych mężczyzn, którzy musieli ze swoimi wybrankami zaliczyć projekcję kinową ekranizację ich ulubionej grafomańskiej książki. Jak byłem szczęśliwy, że mnie to wątpliwe szczęścia udania się do kina ominie. Niestety. Co się odwlecze to nie uciecze i w 7 miesięcy po box offisie zeostałem zmuszony do obejrzenia tego czegoś. 


Studentka literatury Anastasia (Dakota Johnson) w zastępstwie koleżanki z innego kierunku udaje się do siedziby milionera Christiana Greya (Jamie Dornan) w celu przeprowadzenia z nim wywiadu. Nieśmiała i pokraczna Anastasia jest całkowitym przeciwieństwem młodego i oczywiście przystojnego bogacza. Dziewczyna szybko wikła się w romans z Christianem, który ma bardzo niecodzienne upodobania erotyczne...


Film tak jak i książka jest przeznaczony dla niedopieszczonych starych panien (jedna z nich w sumie napisała książkę, a inna ją przeniosła na ekran dopiero później zwabiając do siebie ponad 20 lat młodszego aktora). Przeglądałem raz książkę i nie znalazłem tam zbyt wygórowanej literatury (już Sapkowski lepiej opisywał sceny łóżkowe!) i szybko odrzuciłem ten tą grafomańską kurę znoszącą złote jaja. Z filmem musiałem męczyć się za to na całej jego długości i w sumie nie wiem czy bardziej powinienem się śmiać, czy płakać. Pamiętacie Modę na sukces z jej nieustannymi dialogami toczącymi się w eleganckich rezydencjach. Tam też nie wychodząc z czterech ścian podziwialiśmy toczone przez wielkie głowy dialogi o niczym. Tu jest to samo. Jednak dochodzi do tego jeszcze aspekt seksualny w postaci sadomasochistycznych upodobań głównego bohatera. Po tym co słyszałem od koleżanek czytających książkę to wydawało mi się, że powieść kipi aż perwersyjnym seksem. który wyleje się też z ekranu przy ekranizacji. Ale nie! Mamy do czynienia z perwersją dla ubogich i sado maso w wydaniu dla przedszkolaków. Komuś, kto chce zobaczyć ostre sceny dominacji nie będącej stricte porno polecam obejrzeć może nie wybitny ale dość wiernie zobrazowany film Larsa von Triera Nimfomanka (w części drugiej mamy kilka seansów sado maso). Natomiast więcej wysublimowanej erotyki będzie choćby w Love Gaspara Noe albo w Nagim instynkcie, który pokazuje jak nakręcić działające na człowieka sceny erotyczne. A od tego filmu lepiej trzymać się z daleka.


niedziela, 30 sierpnia 2015

Miłość niejedno ma imię

Love 
Francja 2015
reż. Gaspar Noé
gatunek: dramat, erotyczny, melodramat

Jako że wciąż nie mogę zabrać się za ponad dwuipółgodzinne Wkraczając w pustkę jedynym filmem Gaspara Noe, jaki miałem możliwość zobaczyć jest szokująca produkcja z Moniką Bellucci i Vincentem Casselem Nieodwracalne. Po tym filmie znałem już możliwości tego argentyńskiego reżysera i gdy pierwszy raz przeczytałem o opisywanym właśnie filmie wiedziałem, że to co obiecuje będzie prawdą i z niecierpliwością czekałem na premierę. Czy było warto? 


Fabularnie nie ma tutaj fajerwerków. Studiujący w Paryżu Amerykanin Murphy (Karl Glusman) wiedzie nieszczęśliwe życie u boku kobiety, której nie kocha. Wszystko dlatego, że na skutek pękniętej gumy powstało dziecko, którego matką jest nastoletnia Omi (Klara Kristin). Telefon od matki jego dawnej miłości, Elektry (Aomi Muyock) sprawia, że Murphy przypomina sobie chwile spędzone z tą ponętną dziewczyną. 


Swego czasu, jeszcze pod koniec lat 80. ubiegłego wieku Marek Koterski stworzył film Porno, gdzie główny bohater wracał myślami do swych wielu kochanek. Tutaj do kochanek wraca Murphy i na tym podobieństwa się kończą. Koterski dał światu kiepski pod względem fabuły film softerotyczny (ze słabą erotyką), Noe nakręcił zaś pornola. Artystycznego ale jednak pornola, gdzie wszystkie sceny nieseksu są tylko interludium do pokazania prawdziwej kopulacji w 3D. Od zawsze byłem zdania, że jeśli filmy 3D (lub 4D) mają jakiś sens to właśnie pod kątek pornografii. I w filmie Noego mamy ponad godzinę seksu. Seksu młodych i niebrzydkich ludzi w różnych konfiguracjach (mężczyzna plus kobieta, dwie kobiety, mężczyzna i dwie kobiety, mężczyzna, kobieta i trans), do wyboru do koloru. Jeśli ktoś chce zobaczyć wytrysk w 3D to niech jak najszybciej pędzi do kina. W sumie Noe nie przełamał żadnych barier, nie mamy tu przedstawionych perwersji, sado maso czy innych udziwnień. W sumie to klasycznie, niemal jak Bóg przykazał. Chociaż oczywiście nie ma co liczyć na ten film na TVP1 w przyszłości to także nie było tu nic, co zniesmaczy lub podnieci kogoś wychowanego w erze internetowego porno. Mimo to z kina kilka osób wyszło. Pomijając prostą choć uniwersalną fabułę mamy tu do czynienia z bardzo dobrze zrobionymi scenami seksu w pełnym trójwymiarze, co daje nam możliwość uczestniczenia w orgii z ponętną (do czasu zobaczenia jej zdjęć bez zębów) Aomi Muyock. Jak dla mnie tylko dla tego warto zobaczyć ten film. Film, który ma kilka innych plusów, jak choćby kilka żartobliwych scen, nawiązania do osoby reżysera (który zagrał tu w roli drugoplanowej). Trójwymiarowość daje produkcji znamiona czegoś nowego, czego wcześniej w kinie nie było. I dla tego polecam ten film każdemu, kogo nie rażą sceny ludzkiej kopulacji oraz wytryskujący obficie na widzów penis w 3D. 








piątek, 6 marca 2015

Siła spojrzenia

Sekret jej oczu (El Secreto de sus ojos) 
Argentyna, Hiszpania 2010
reż. Juan José Campanella
gatunek: kryminał, melodramat, thriller
zdjęcia: Félix Monti
muzyka: Emilio Kauderer

Nie popełnię wielkiej gafy pisząc, że filmy argentyńskie nie są zbyt znane w naszym kraju i tym samym nie cieszą się specjalną popularnością. Do tego roku obejrzałem zresztą tylko dwie produkcje, bardzo przeciętny obraz o dziwnym tytule Chińczyk na wynos oraz historię doktora Mengele Anioł Śmierci. Jednak to, że ani ja ani moi rodacy nie doceniają szczególnie tamtejszego przemysłu kinematograficznego nie znaczy, że nie odnosi on pewnych sukcesów na arenie międzynarodowej. W tegorocznych Oscarach przecież nominowane do statuetki były czekające wciąż u mnie na obejrzenie Dzikie historie, a opisywany właśnie film zdobył tą prestiżową nagrodę w roku 2010.


W filmie główne skrzypce odgrywa Ricardo Darín, który wciela się w rolę świeżego emeryta, a byłego argentyńskiego prokuratora federalnego Benjamína Esposito. W czasie ponad dwugodzinnego seansu prześledzimy dwadzieścia pięć lat z jego życia oraz historię pewnej niedającej mu zaznać spokoju sprawy. Sprawą tą jest zagadkowy mord połączony z gwałtem na dwudziestotrzyletniej kobiecie. Esposito mając do pomocy alkoholika Sandovala (Guillermo Francella) oraz nową przełożoną, wpadającą mu w oko Irene (Soledad Villamil) będzie starał się zrobić wszystko, by rozwikłać zagadkę tej zbrodni. Dzięki pomocy męża denatki (Pablo Rago) natrafią na potencjalnego mordercę (Javier Godino), który jednak szybko i tajemniczo zniknie z miasta. Na drugim planie rozgrywają się relacje Benjamina i Irene...


Mimo całej otoczki związanej z brutalną zbrodnią, szukaniem winnego i grosem scen rozgrywanych w zagraconych aktami pomieszczaniach sądowych film ten ciężko nazwać standardowym kryminałem. W wielu momentach przechodzi on w ckliwy melodramat, w którym przyjdzie nam śledzić kontakty Esposito i jego nowej szefowej. A są to relacje oparte nie na słowach, a mocno niewerbalne. Autorom udało okazać się uczucia bohaterów poprzez ruch ich oczu. Oglądając film wiele razy zachwycałem się tym, jak bardzo aktorzy oddawali wszystkie emocje za pomocą wzroku. Każdy oglądający powinien szybko odczuć podobne wrażenie, tutaj główną rolę nie gra komunikacja werbalna, mimika czy gesty ale właśnie spojrzenie. Mistrzostwo i za to duży plus.
Nie jest to jednak produkcja łatwa dla i przyjemna w odbiorze dla każdego. Akcja toczy się wolno, wszystko snuje się swoim jasno wytyczonym, wolnym rytmem, nie mamy tu do czynienia z hollywoodzkim przesytem - jest kameralnie i dość oszczędnie, choć nie znaczy to, że źle! Niektóre dialogi są perfekcyjne, a scena z przesłuchaniem Gomeza przez Irene na pewno utkwi w pamięci na pewien czas. Mimo wszystko fani szybkiej akcji mogą nie przyzwyczaić się do pewnej nudy od czasu do czasu wiejącej z ekranu (jednak to wada każdego niemal ponad dwugodzinnego filmu).
Jest też w filmie pewna perełka - scena na stadionie. Zrealizowana w formie długiego ujęcia, zaczynająca się od pokazania rozgrywanego właśnie meczu piłkarskiego z lotu ptaka, schodząca na trybuny, by potem wraz z bohaterami udać się w pościg za podejrzanym w brudnych stadionowych kuluarach. Dobre kilka minut kinowego orgazmu gwarantowane. 
Nie jest to film wybitny, ciężko go sklasyfikować do jednego gatunku, więc zarówno fani kryminału jakim produkcja się określa, ani melodramatu czy thrillera mogą nie być w pełni usatysfakcjonowani. Jednak mamy tutaj kilka wyśmienitych perełek (oczy!stadion!przesłuchani!) dla których warto zainwestować dwie godziny, które czasem mogą okazać się męczące, jednak pewne rzeczy to odwdzięczą. 




P.S. W języku hiszpańskim tytuł to El Secreto de sus ojos. W Polsce przetłumaczono to jako Sekret JEJ oczu. Tyle, że hiszpański zwrot sus można przetłumaczyć jako zarówno jej, jego jak i ich. Po obejrzeniu filmu bardziej skłaniałbym się do wersji Sekret ich oczu. No ale ekspertem nie jestem, od tego są mądrzejsi ode mnie. 
   



niedziela, 1 marca 2015

Zakochane clowny

Hiszpański cyrk (Balada triste de trompeta)
Hiszpania, Francja 2010
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: melodramat
zdjęcia: Kiko de la Rica
muzyka: Roque Baños

Większość osób w dzieciństwie lubiła cyrk. Gdy tylko ta instytucja zjawia się w mieście niemal wszystkie chcą udać się w je skromne i płatne progi, by ujrzeć na własne oczy spacer po linie, żonglerów, wytresowane zwierzęta, kobietę z brodą, człowieka petardę i ich. Clownów. Clowny są w gronie stu rzeczy, które drażnią mnie najbardziej. Widok dorosłego pokracznego mężczyzny z pomalowaną mordą, ubranego w niedopasowany strój, robiącego za pieniądze dobrze dzieciom zawsze napawał mnie obrzydzeniem i niechęciom. Lęk pierwotny względem przedstawicieli tego niecnego zawodu odczuwam zresztą dziś. I tak się składa, że właśnie muszę opisać film, w którym rywalizuje dwóch z nich.


Pierwsze sceny filmu przenoszą nas do Madrytu roku 1937. Hiszpania jest ogarnięta wojną domową. W czasie trwającego przedstawienia cyrkowego do namiotu wdziera się armia republikańska siłą rekrutując cyrkowców do walki z faszystami zbuntowanego generała Franco. Wśród rekrutów jest clown będący ojcem Javiera. Po zwycięstwie wojsk generała Franco trafia on do więzienia. Później akcja rusza solidnie do przodu, rzucając widza do roku 1973 w końcowe lata panowania dyktatury Franco. Dorosły Javier (Carlos Areces) stara się o przyjęcie do cyrku na posadzie smutnego clowna. Ma tworzyć duet z agresywnym i terroryzującym innych cyrkowców Sergiem (Antonio de la Torre), który swą rolą śmiesznego clowna jest głównym atutem cyrku. Poznaje też piękną Natalię (Carolina Bang), która występuje jako akrobatka. Dziewczyna szybko wpada mu w oko, jednak jak się okazuje jest już zajęta przez Sergia, który jednak traktuje ją często jako worek treningowy. Javier jednak wchodzi w pewną relację z Natalią, co nie podoba się jej mężczyźnie. Między clownami dochodzi do coraz częstszych spięć. 


Ten doceniony na festiwalu filmowym w Wenecji film zaczyna się jako film wojenny, później szybko przechodzi w rasowy melodramat i w tej postaci trwa przez dłuższy czas, a następnie reżyser funduje nam kolejne zmiany. Mamy wtedy do czynienia z bezkompromisową mieszanką groteski, makabry i surrealizmu. Dla kogoś, kto jest już zapoznany z twórczością de la Iglesii częste zmiany gatunkowe nie powinny być niczym nowym, jednak w tej produkcji reżyser funduje widzowi istny kalejdoskop. I wydaje mi się, że jednak tych zmian mamy tutaj za dużo. Mamy zbyt wielką mieszaninę wszystkiego. Zapewne część widzów oglądając poczynania bohaterów poczuje się wyrolowana i nie dokończy seansu. Nie jest to jednak film dla każdego.
Poza tym pod tymi wszystkimi zmianami gatunkowymi kryje się coś jeszcze. Mamy tutaj po prostu zamotaną opowieść o miłości i o tym, co robi ona z człowiekiem. Poznajemy dwóch mężczyzn, których o wiele więcej dzieli niż łączy oraz kobietę, która jest rozdarta między nimi, nie wiedząc co ma poczynić. W rezultacie jej poczynania wykrzeszą z clownów szaleństwo, które pokazuje do czego zdolny jest zakochany człowiek. A choć miłość ta jest chora, skazana od początku na niefortunne zakończenie i tak będzie starał się osiągnąć swój cel.
Nie widziałem wcześniej podobnego filmu i chyba szybko nie zobaczę. Jest to produkcja inna niż jakakolwiek wcześniej. Wiem, że nie każdy dobrnie do końca seansu, jednak polecam każdemu żeby chociaż spróbował. Może się zawiedzie i poczuje obrzydzony. Ale może nie. Warto dać szansę de la Iglesii i historii o zakochanych clownach.