Nieznany (El desconocido) Hiszpania 2015 reż. Dani de la Torre gatunek: thriller zdjęcia: Josu Inchaustegui muzyka: Manuel Riveiro
Luis Tosar jest jednym z moich ulubionych hiszpańskich aktorów. Jako że znanego z między innymi ze Słodkich snówczy 9 milaktora dawno nie miałem okazję oglądać ucieszyłem się z powodu, że wreszcie ponownie mogę dopisać sobie kolejny obejrzany film z jego udziałem.
Skonfliktowany z żoną bankowiec Carlos (Luis Tosar) postanawia odwieść dzieci do szkoły. W pewnym momencie odbiera telefon. Nieznany rozmówca mówi mu, że w samochodzie zamontowana jest bomba, która wybuchnie jeśli ktoś będzie chciał opuścić pojazd. Nieznajomy domaga się od Carlosa sporej liczby pieniędzy...
Tym z czym najbardziej kojarzy mi się ten film jest chyba film Speed: Niebezpieczna prędkość i jego kontynuacja połączona z filmami, w których ostatnimi czasy zwykł grać Liam Neeson. Tutaj jednak zamiast Neesona mamy Luisa Tosara, który całkiem nieźle oddał poczynania everymana rzuconego do walki o życie swoje, jak i najbliższych. Technicznie wszystko jest w porządku, zagęszczająca się atmosfera jest poprawna, jednak nie sposób ciągle mieć świadomość z tyłu głowy, która wciąż szepcze To już było. Hiszpański film mimo że zrobiony poprawnie, czasem nawet próbujący trzymać w napięciu jest do bólu ograny, a jednak thriller, który jest kalką niezliczonej ilości wcześniejszych produktów filmowych jest z góry skazany na niepowodzenie. Także jeśli ktoś jakimś cudem nie widział wcześniej filmów o podobnej konstrukcji może go bez przeszkód oglądać. Jeśli jest się fanem hiszpańskiej kinematografii to też można się skusić. W innym wypadku jednak lepiej chyba zarezerwować czas na inne produkcje.
Stare grzechy mają długie cienie (La isla mínima) Hiszpania 2014 reż. Alberto Rodríguez gatunek: kryminał
Wczoraj pisałem przy okazji Jeziorakao filmach z tego gatunku, które odrodziły się pod wpływem skandynawskich autorów. Jednak oglądając opisywaną właśnie produkcję, która to została nagrodzona tegoroczną nagrodą Goya za najlepszy film roku w krajach hiszpańskojęzycznych przypomniałem sobie, że oprócz narodów skandynawskich jest jeszcze kraj, który w ostatnich latach dał filmowemu kryminałowi wiele dobrego. Że przypomnę choćby opisywane jeszcze w zeszłym roku La cara oculta, Trupaczy Słodkich snów. Film Rodrigueza, choć zupełnie inny świetnie wpisuje się w wysoki poziom produkcji tego gatunku na Półwyspie Iberyjskim.
Mamy rok 1980. Hiszpania otrząsa się po latach dyktatury generała Franco. Policjant Pedro (Raúl Arévalo) zostaje jednak zesłany z Madrytu na prowincję za napisanie krytycznego wobec zmarłego generała listu do gazety. Wraz z innym karnie odesłanym z metropolii do miejsca w Hiszpanii C Juanem (Javier Gutiérrez) muszą stawić czoła zbrodnią do jakich doszło w miasteczku. Kilka dni wcześniej zniknęły dwie nastolatki o reputacji cichodajek. Wkrótce znajdują ich ciała, okaleczone i zgwałcone. Jak się okaże w ostatnich latach zniknęło bez śladu kilka młodych dziewcząt. Wszystkie łączy osoba lokalnego lowelasa, Quiniego (Jesús Castro). Okazuje się też, że ojciec zabitych właśnie dziewcząt (Antonio de la Torre) też ma swoje ciemne sekrety...
Oglądając zmagania dwójki odmiennych policjantów w nieprzychylnym terenie mokradeł, deszczów i skrywających tajemnice ludzi miałem silne skojarzenia z pierwszym sezonem amerykańskiego serialu Detektyw. Tam też Woody Harrelson i Matthew McConaughey poruszali się po niegościnnym terenie, tylko teraz serialową Luizjanę zastąpiła zapadła część Hiszpanii. Klimat jednak pozostał i jest on jednym z najsilniejszych stron produkcji. Wręcz wylewa się z ekranu. Oglądając kilka domów udających miasteczko nad rzeką, która definiuje życie mieszkających tam ludzi, niegościnny klimat, który raczy osadników ciągłymi opadami, wszystko to otoczone polami z jednej i mokradłami z drugiej strony. Nawet mając najmniej lotną fabułę sama lokalizacja robiłaby tu wystarczająco dużo, by zainteresować się filmem. A fabuła jest i to całkiem niezła. Chociaż w wielu miejscach same morderstwa schodzą na drugi plan. Autorzy przenosząc akcję w historyczne realia początku lat 80. ubiegłego wieku rozliczają swój kraj z ery dyktatury, która pochłonęła wiele ofiar. Jednak mimo prób wprowadzenia demokracji kraj wciąż jest podzielony i jego włodarze muszą zastanowić się co dalej. Świetnie to widać na przykładzie dwóch bohaterów. Trafiają oni na zesłanie gdzieś pośrodku niczego. Jeden jest upadłym służalcem poprzedniego systemu, za co zostaje zdegradowany, drugiego zaś degradacja czekała za krytykę owego systemu. Kontrast na kontraście, czego mamy częste dowody, jak choćby to, jak wygląda schowany do szafy przez Pedra krzyż w hotelu czy sceny ze strajkami robotniczymi.
Ogólnie włączyłem ten film i nie oczekiwałem wielkich fajerwerków. Liczyłem, że zobaczę średni film, oby na 6/10 i dość mocno się zaskoczyłem. Rodríguez dał nam produkcję cholernie mocną, dojrzałą i ciężką gatunkowo. Film, który mimo kilku niespójności porywa. Oczywiście nie wyszedł u nas w kinach, bo jeszcze zabrałby miejsce jednemu z Kapitanów Ameryk lub innemu blockbusterowi dla gimbazy. A szkoda. Ja jednak z pełną odpowiedzialnością polecam.
P.S. Polski tytuł, z jakim ta pozycja figuruje na filmwebie jest dla mnie dość kontrowersyjny. Nie jest to ani przekład dosłowny tytułu oryginalnego, ani też z anglojęzycznego, który to po przetłumaczeniu nosi o wiele odpowiedniejszą nazwę Mokradła. Jednak ktoś w Polsce zdecydował się zatytułować produkcję przydługawym cytatem z Agathy Christie. Można i tak ale według mnie to jakoś tak nie pasuje.
Hiszpański cyrk (Balada triste de trompeta) Hiszpania, Francja 2010 reż. Álex de la Iglesia gatunek: melodramat zdjęcia: Kiko de la Rica muzyka: Roque Baños
Większość osób w dzieciństwie lubiła cyrk. Gdy tylko ta instytucja zjawia się w mieście niemal wszystkie chcą udać się w je skromne i płatne progi, by ujrzeć na własne oczy spacer po linie, żonglerów, wytresowane zwierzęta, kobietę z brodą, człowieka petardę i ich. Clownów. Clowny są w gronie stu rzeczy, które drażnią mnie najbardziej. Widok dorosłego pokracznego mężczyzny z pomalowaną mordą, ubranego w niedopasowany strój, robiącego za pieniądze dobrze dzieciom zawsze napawał mnie obrzydzeniem i niechęciom. Lęk pierwotny względem przedstawicieli tego niecnego zawodu odczuwam zresztą dziś. I tak się składa, że właśnie muszę opisać film, w którym rywalizuje dwóch z nich.
Pierwsze sceny filmu przenoszą nas do Madrytu roku 1937. Hiszpania jest ogarnięta wojną domową. W czasie trwającego przedstawienia cyrkowego do namiotu wdziera się armia republikańska siłą rekrutując cyrkowców do walki z faszystami zbuntowanego generała Franco. Wśród rekrutów jest clown będący ojcem Javiera. Po zwycięstwie wojsk generała Franco trafia on do więzienia. Później akcja rusza solidnie do przodu, rzucając widza do roku 1973 w końcowe lata panowania dyktatury Franco. Dorosły Javier (Carlos Areces) stara się o przyjęcie do cyrku na posadzie smutnego clowna. Ma tworzyć duet z agresywnym i terroryzującym innych cyrkowców Sergiem (Antonio de la Torre), który swą rolą śmiesznego clowna jest głównym atutem cyrku. Poznaje też piękną Natalię (Carolina Bang), która występuje jako akrobatka. Dziewczyna szybko wpada mu w oko, jednak jak się okazuje jest już zajęta przez Sergia, który jednak traktuje ją często jako worek treningowy. Javier jednak wchodzi w pewną relację z Natalią, co nie podoba się jej mężczyźnie. Między clownami dochodzi do coraz częstszych spięć.
Ten doceniony na festiwalu filmowym w Wenecji film zaczyna się jako film wojenny, później szybko przechodzi w rasowy melodramat i w tej postaci trwa przez dłuższy czas, a następnie reżyser funduje nam kolejne zmiany. Mamy wtedy do czynienia z bezkompromisową mieszanką groteski, makabry i surrealizmu. Dla kogoś, kto jest już zapoznany z twórczością de la Iglesii częste zmiany gatunkowe nie powinny być niczym nowym, jednak w tej produkcji reżyser funduje widzowi istny kalejdoskop. I wydaje mi się, że jednak tych zmian mamy tutaj za dużo. Mamy zbyt wielką mieszaninę wszystkiego. Zapewne część widzów oglądając poczynania bohaterów poczuje się wyrolowana i nie dokończy seansu. Nie jest to jednak film dla każdego.
Poza tym pod tymi wszystkimi zmianami gatunkowymi kryje się coś jeszcze. Mamy tutaj po prostu zamotaną opowieść o miłości i o tym, co robi ona z człowiekiem. Poznajemy dwóch mężczyzn, których o wiele więcej dzieli niż łączy oraz kobietę, która jest rozdarta między nimi, nie wiedząc co ma poczynić. W rezultacie jej poczynania wykrzeszą z clownów szaleństwo, które pokazuje do czego zdolny jest zakochany człowiek. A choć miłość ta jest chora, skazana od początku na niefortunne zakończenie i tak będzie starał się osiągnąć swój cel.
Nie widziałem wcześniej podobnego filmu i chyba szybko nie zobaczę. Jest to produkcja inna niż jakakolwiek wcześniej. Wiem, że nie każdy dobrnie do końca seansu, jednak polecam każdemu żeby chociaż spróbował. Może się zawiedzie i poczuje obrzydzony. Ale może nie. Warto dać szansę de la Iglesii i historii o zakochanych clownach.