niedziela, 25 lutego 2018

Showtime

Król rozrywki (The Greatest Showman)
USA 2017
reż. Michael Gracey
gatunek: musical, biograficzny
zdjęcia: Seamus McGarvey
muzyka: Joseph Trapanese, John Debney

Przy każdej możliwej okazji podkreślam, że nie jestem zwolennikiem filmowych musicali. Jednak dodaję też, że są pewne wyjątki, które polubiłem (jeden nawet został moim ulubionym filmem poprzedniego roku!) więc nie jest tak, że podchodzę do tego gatunku z uprzedzeniem. Dobry film obroni się sam, bez względu na gatunek. Dlatego też z pewną dawką optymizmu wybrałem się na ten film.


Trafiamy do Ameryki XIX wieku i poznajemy historię biednego P.T. Barnuma (Hugh Jackman), który zamierza zarabiać pieniądze na masowej rozrywce. Wspierany przez swą żonę Charity (Michelle Williams) oraz pogardzany przez krytyków z wyższych sfer zaczyna przyciągać klientelę dzięki pokazom dziwaków. Pełny sukces osiąga jednak dzięki kontaktom z wpływowym utracjuszem Phillipem Carlyle'em (Zac Efron) oraz europejską piosenkarką Jenny Lind (Rebecca Ferguson)...


P.T. Barnum stworzył podwaliny współczesnej rozrywki masowej i tego, co dzisiaj nazywamy cyrkiem. Także już za samo to jego postać zasługiwała na film biograficzny. Dodając do tego ciekawe życie osobiste i fakt, że jest do dzisiaj rozrywkową ikoną Stanów Zjednoczonych wydawałoby się, że film powinien być dobry. Patrząc na oceny recenzentów i widzów zobaczyłem wielki entuzjazm. Ludziom ten film się ewidentnie podobał. A ja od niego odbiłem się jak od ściany.  Mogę docenić ładne kostiumy czy po hollywoodzku dobrą stronę techniczną i często dobre aktorstwo w scenach gadanych jednak niczym innym dla mnie ten film się nie broni. Jako musical powinien mieć kilka wpadających w ucho piosenek. I mimo że jakiś motyw z filmu dostał nawet oscarową nominację to według mnie żadna piosenka nie była chociażby dobra. A co szczególne żadna nie została w pamięci dłużej niż chwilę po jej odśpiewaniu przez aktorów. Wszystkie były jakieś takie nijakie oraz generalnie bardzo podobne do siebie. Ogólnie było też za dużo śpiewania. Te musicale, które lubię opierają się na podziale między sekwencjami taneczno-wokalnymi, a normalnie mówionymi. Tutaj niestety prawie wszystko jest odśpiewywane. Niestety. Dodać do tego należy też podejście do postaci po macoszemu. Fabuła filmu jest zbyt cukierkowa, nie oddaje prawdziwego życia postaci i nawet przy założeniu, że takie są prawa gatunku jakim jest musical to nie jest to film aspirujący do bycia czyjąś biografią. Także wszystkie dziwaki zostały przedstawione płasko, jednowymiarowo. Niestety duża negatywna niespodzianka według mnie. 




środa, 21 lutego 2018

Kaznodzieja z karabinem

Wandeta (Brimstone)
Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Martin Koolhoven
gatunek: western, thriller
zdjęcia: Rogier Stoffers
muzyka: Junkie XL

Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film. 


Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to  zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...


Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem. 




niedziela, 18 lutego 2018

Inny wymiar kina

Dziesięć czółen (Ten Canoes)
Australia 2006
reż. Peter Djigirr, Rolf De Heer
gatunek: przygodowy
zdjęcia: Ian Jones

Jedną z tych rzeczy, za które kocham kino jest możliwość podróży w czasie i przestrzeni (nie odrywając się z miejsca). Dzięki filmom można odwiedzić wiele niedostępnych miejsc i poznać odległe kultury. Tak też jest w opisywanym właśnie filmie, który przenosi widza wprost do fascynującego świata Aborygenów sprzed wielu, wielu lat.


Narrator historii (David Gulpilil) opowiada widzom o dziejących się w odległych czasach wydarzeniach w pewnej aborygeńskiej wiosce. W historii tej poznajemy dwóch braci: starszy mieszka w wiosce wraz z trzema  żonami, młodszy zaś zamieszkuje poza nią wraz z innymi kawalerami. Mimo że młodzieniec zakochany jest w najmłodszej żonie swego brata musi poczekać z małżeństwem do czasu, aż brat umrze. Dopiero wtedy może przejąć wszystkie jego żony...


Film ten jest pierwszym znaczącym dziełem filmowym stworzonym w pradawnym języku Aborygenów. Doczekał się też szeregu nagród, w tym nagrodę specjalną na festiwalu w Cannes i kilka statuetek na australijskich festiwalach. I wydaje mi się, że całkiem słusznie, bo jest to w mojej opinii film niezwykły. Dla wielu może okazać się to produkcją o niczym, jednak jeśli wpadnie się w nieśpieszny rytm snutej historii i spróbuje przestawić na myślenie podobne do sposobu życia i wierzeń Aborygenów odkryje się prawdziwą filmową perełkę. 
Urzeka klimat całości. Piękne zdjęcia pokazujące rytm życia mieszkańców Australii kontrastują z pociesznie amatorskim (choć nie słabym) aktorstwem. Jakiś czas temu pisałem o nominowanej do zeszłorocznego Oscara Tannie dziejącej się bardziej współcześnie na jednej z wysp Vanuatu i trochę przypominającej tej film. Dziesięć czółen jest jedna według mnie filmem lepszym. Dlatego tym, którzy szukają w filmie czegoś innego niż non stop akcję, pragną spojrzeć inaczej na świat to polecam z czystym sercem ten film.





sobota, 17 lutego 2018

Pieniądze szczęścia nie dają

Wszystkie pieniądze świata (All the Money in the World)
USA 2017
reż. Ridley Scott
gatunek: thriller
zdjęcia: Dariusz Wolski

O filmie było głośno zanim jeszcze wszedł on na ekrany kin. Wszystko przez jedną z kilku trwających aktualnie seksafer, które trwają w Hollywood. Mianowicie w pierwotnej wersji filmu Ridleya Scotta jedną z ważniejszych ról zagrał obecnie poddany ostracyzmowi i skończony w Fabryce Snów Kevin Spacey. Jako że Spacey z dnia na dzień stał się enfant terrible środowiska producenci postanowili usunąć go z filmu i powierzyli zagranie jego roli Christopher Plummer. Wszystko to na kilka tygodni przed premierą!


Lata 70. ubiegłego wieku. We Włoszech porwany zostaje John Paul Getty III (Charlie Plummer) - wnuk uznawanego za najbogatszego człowieka świata Johna Paula Getty'ego (Christopher Plummer). Porywacze zwracają się do matki porwanego Gail Harris (Michelle Williams) z żądaniem wielomilionowego okupu. Kobieta zwraca się o pomoc finansową do dziadka porwanego. Jednak miliarder nie jest skłonny wydać na okup choćby centa. Angażuje jednak dawnego agenta do spraw specjalnych, Fletchera Chase'a (Mark Wahlberg)...


Wracając do sprawy Kevina Spacey'a. Nawet jego ewidentne winy, które ostatnio wypłynęły na powierzchnię nie powinny skutkować moim zdaniem deprecjonowaniem jego zasług aktorskich. Facet pozostaje dobrym aktorem i nic tego nie przekreśli. Szkoda więc, że filmowi decydenci przekreślili go nie czekając na żaden wyrok sądu. Jeśli okaże się winny, nawet jeśli trafi do więzienia nie sprawi to, że nie będę chciał oglądać go na ekranie. Co nie zmienia faktu, że do starczej roli naturalnie bardziej pasował aktor-senior, jakim jest Plummer. Który udźwignął dokrętki i wypadł w swej roli bardzo naturalnie i przekonująco. 
Żeby jednak nie pisać tylko o sprawie Spacey'a trzeba choć trochę poświęcić na sam film. Film będący trochę podkoloryzowaną wersją rzeczywistych wydarzeń mających miejsce przed ponad czterdziestu laty. W mojej ocenie Scott nakręcił udany film. Może nie będący jego magnum opus jednak mocno poprawny i wyróżniający się wśród ostatnich filmów tego reżysera. Oprócz angażującej historii, dobrej gry aktorskiej (Plummera, coraz śmielej radzącej sobie Williams, grającego jednego z porywaczy Romaina Durisa a nawet nie kojarzącego mi się z dobrym aktorstwem Wahlberga) film został dobrze nakręcony (czuć w zdjęciach klimat dawnych lat) oraz solidnie zmontowany. Całość uzupełnia naprawdę dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa (ze świetnym kawałkiem Senza di te che farò w równie świetnej scenie). Także choć film zbiera mieszane opinie to sam bardzo dobrze spędziłem na nim czas. Polecam obejrzeć! Choćby dla roli Plummera, którego postać balansuje gdzieś pomiędzy Skneruesem McKwaczem a Ebenezerem Scroogem z kart opowiadania Dickensa.







sobota, 10 lutego 2018

Podróż grozy

Nieznany (El desconocido)
Hiszpania 2015
reż. Dani de la Torre
gatunek: thriller
zdjęcia: Josu Inchaustegui
muzyka: Manuel Riveiro

Luis Tosar jest jednym z moich ulubionych hiszpańskich aktorów. Jako że znanego z między innymi ze Słodkich snów czy 9 mil aktora dawno nie miałem okazję oglądać ucieszyłem się z powodu, że wreszcie ponownie mogę dopisać sobie kolejny obejrzany film z jego udziałem.


Skonfliktowany z żoną bankowiec Carlos (Luis Tosar) postanawia odwieść dzieci do szkoły. W pewnym momencie odbiera telefon. Nieznany rozmówca mówi mu, że w samochodzie zamontowana jest bomba, która wybuchnie jeśli ktoś będzie chciał opuścić pojazd. Nieznajomy domaga się od Carlosa sporej liczby pieniędzy...


Tym z czym najbardziej kojarzy mi się ten film jest chyba film Speed: Niebezpieczna prędkość i jego kontynuacja połączona z filmami, w których ostatnimi czasy zwykł grać Liam Neeson. Tutaj jednak zamiast Neesona mamy Luisa Tosara, który całkiem nieźle oddał poczynania everymana rzuconego do walki o życie swoje, jak i najbliższych. Technicznie wszystko jest w porządku, zagęszczająca się atmosfera jest poprawna, jednak nie sposób ciągle mieć świadomość z tyłu głowy, która wciąż szepcze To już było. Hiszpański film mimo że zrobiony poprawnie, czasem nawet próbujący trzymać w napięciu jest do bólu ograny, a jednak thriller, który jest kalką niezliczonej ilości wcześniejszych produktów filmowych jest z góry skazany na niepowodzenie. Także jeśli ktoś jakimś cudem nie widział wcześniej filmów o podobnej konstrukcji może go bez przeszkód oglądać. Jeśli jest się fanem hiszpańskiej kinematografii to też można się skusić. W innym wypadku jednak lepiej chyba zarezerwować czas na inne produkcje. 




czwartek, 8 lutego 2018

Odkrywca

Zaginione miasto Z (The Lost City of Z)
USA 2016
reż. James Gray
gatunek: biograficzny, przygodowy
zdjęcia: Darius Khondji
muzyka: Christopher Spelman

Bardzo żałuję, że ten film (jak zresztą wiele dobrych filmów zresztą, co udowadniam na blogu) nie doczekał się polskiej premiery kinowej. Już nie chodzi o tematykę eksploracji dżungli, spotkań z prymitywnymi tubylcami i świetnym do filmowania klimatem początku XX wieku bo rozumiem, że nie wszyscy mają takie same gusta jak i ja. Jednak zarówno całkiem znany reżyser i rozpoznawalni w naszym kraju aktorzy powinni spowodować, że film ten pojawi się choćby w kinach studyjnych. Z niewiadomych przyczyn tak się nie stało.


Początek XX wieku. Percival Fawcett (Charlie Hunnam) dostaje propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia. Ma udać się jako kartograf do środkowoamerykańskiej dżungli, by stworzyć jej wiarygodne mapy, które w niedalekiej przyszłości przysłużą się Imperium Brytyjskiego. W zamian odbuduje prestiż rodziny, która odzyska tym samym honor i należne jej miejsce. Mężczyzna postanawia więc pożegnać się czasowo z żoną (Sienna Miller) i rusza w nieznane. W misji towarzyszy mu niejaki Henry Costin (Robert Pattinson). W trakcie pomiarów Fawcett znajduje pozostałości po nieznanej dawnej cywilizacji. Odszukanie starożytnego miasta staje się jego obsesją...


Wprawdzie jest to film przygodowy, w którym dużą rolę pełni eksploracja dżungli pod kontem odszukania zaginionej cywilizacji jednak zawiedzie się na nim ten, kto podejdzie do niego z oczekiwaniami zobaczenia wartkiej akcji na pograniczu przygód Indiany Jonesa i Lary Croft. Film Graya uderza w całkiem inne struny. Akcja jest tutaj niespieszna, napięcie jeśli już jest budowane to mozolnie, powolnie i z pewną dawką opieszałości (choć są też pewne dynamiczniejsze sceny, choć jest ich tylko kilka). Powolne tempo buduje jednak klimat nieznanej dżungli, a surowość zdjęć i formy zachęca do wtapiania się w historię. Stajemy się niejako niemym towarzyszem bohatera uczciwie zagranego przez  Hunnama. Jego niezłej grze aktorskiej przyzwoicie sekunduje (nie)sławny Pattinson jednak aktor kojarzony z sagi Zmierzch jest tylko przystawką do głównego bohatera, dodatkowo skrytą pod krzaczastą brodą. Może taki był plan twórców, którzy chcieli na pierwszym planie wyraźnie pozostawić duet dżungla-Fawcett. 
Oglądałem ten film siedząc na kanapie w mieszkaniu i naprawdę przykro mi, że nie miałem możliwości zobaczyć go na dużym ekranie. Mimo że jest to produkcja skrajnie nieefektowna ale za to efektywna. Jednak żeby zanurzyć się w przedstawionym świecie potrzeba odizolować się od świata realnego, wyciszyć i wyłapywać dawane przez film bodźce. Ciemna, sterylna sala kinowa jest do tego idealnym miejscem. Niestety ani mi, ani nikomu w Polsce (chyba, że ma prywatne kino) nie będzie to pisane, więc mogę tylko polecić obejrzenie filmu w domowych pieleszach. Myślę, że warto.






wtorek, 6 lutego 2018

Domek pełen duchów

Ghost House
USA, Tajlandia 2016
reż. Rich Ragsdale
gatunek: horror

Horror filmowy to specyficzny gatunek. Chyba w jego wypadku jest największa procentowa szansa na zobaczenie beznadziejnej produkcji. Oczywiście czasem zdarza się wyjątek jednak przeważnie oglądając horror trzeba spodziewać się czegoś słabego. I tak też jest tym razem.


Julie (Scout Taylor-Compton) i Jim (James Landry Hébert) wybierają się na wakacje marzeń do Tajlandii. Tam poznają angielskich turystów, za których sprawą Julie zostaje nawiedzona przez złowrogiego ducha. Jim wraz z pomocą tubylca Gogo (Michael S. New) próbuje zwalczyć opętanie swojej dziewczyny...


Nie ma co ukrywać, to jest zły film. Opiera się na tym samym formacie co dziesiątki równie złych filmów grozy. Tematyka jest oklepana bardziej niż sekretarka Harvey'a Wildsteina. Niestety sytuacji nie poprawia zatrudnienie kiepskiego reżysera i równie słabych aktorów. Jedyne co wyróżnia ten film od całego mrowia mu podobnych produktów to umiejscowienie go w Tajlandii. Plusem tego zabiegu jest choć skromne poznanie tego państwa ze szczególnym uwzględnieniem Bangkoku i pokazanie obyczajowości zamieszkujących go ludzi (oczywiście wielkość przekazanej wiedzy o tym kraju jest dostosowane do amerykańskich odbiorców niskobudżetowego horroru klasy B). Także jeśli nie jest się fanem słabych filmów czy horrorów klasy B nie warto tracić czasu na tę produkcję.




niedziela, 4 lutego 2018

Ta ostatnia niedziela

Party (The Party)
Wielka Brytania 2017
reż. Sally Potter
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Aleksei Rodionov

Są w kraju i na świecie ludzie, którzy lubują się w filmach nakręcanych w teatralny sposób. Doceniają w nich perfekcyjnie skrojony scenariusz oraz nienaganną grą klasowych aktorów (nie tych celebrytów pokroju Rocka Johnsona z pierwszych stron lifestylowych gazet). Nie dziwi fakt, że najwięcej teatralnych filmów powstaje w kolebce nowożytnego teatru, Wielkiej Brytanii.


Janet (Kristin Scott Thomas) organizuje przyjęcie by uczcić na nim ukoronowanie swojej kariery politycznej - została nominowana na posadę ministra zdrowia.  Na imprezę przybywają jej współpracownice - April (Patricia Clarkson) wraz z Gottfriedem (Brunoz Ganz), Martha (Cherry Jones) wraz ze swą partnerką Jinny (Emily Mortimer) oraz mąż nieobecnej pracownicy, Tom (Cillian Murphy). Nim wszystko zacznie się rozkręcać mąż Janet, Bill (Timothy Spall) oznajmia zgromadzonym, że jest śmiertelnie chory...


Ten kameralny film (rozgrywa się w kilku pomieszczeniach domu i pod jego drzwiami) rozprawia się z prawdziwymi intencjami polityków oraz ich osobistym stosunkiem do głoszonych publicznie tez oraz odkrywa prawdziwe oblicza znających się często przez lata bohaterów. A czyni to wszystko z zacięciem tragikomicznym. Pochodzący z jednej frakcji politycznej bohaterowie prywatnie nie kryją się we własnym gronie z całkiem innym podejściem do wielu spraw, niźli podaje je linia partii. Ogłoszenie Billa odnośnie swojego terminalnego stanu doprowadza zaś do całej spirali niecodziennych wypadków i wypowiedzi. Jako że jest to idealnie, kunsztownie wręcz zagrane przyjemnie patrzy się na coraz to nowe tajemnice wychodzące na światło dzienne. 
Niestety nie przekonuje mnie w kinie ten teatralny sznyt. Tego typu scenariusze nadają się idealnie do wystawiania na teatralnych deskach, zaś w oglądane na wielkim ekranie kinowego multipleksu w dużej części tracą swój urok. Oczywiście gdyby film ten nie powstał, a aktorzy zagraliby go w jednym z londyńskich teatrów to nie mógłbym dzisiaj o nim pisać, bo bym go nie po prostu nie zobaczył, jednak wydaje mi się, że tego typu sztuka przewyższa jednak multipleks z popcornem, siorbaniem i smartfonami - jej miejsce jest w godniejszym miejscu. Także samo nakręcenie filmu w czarno białych barwach wydaje mi się trochę kontrowersyjne, lecz w sumie w pewnym momencie można się do niej przekonać. Wydaje mi się, że dobrze obejrzeć ten film w kameralnym kinie studyjnym, na małym ekranie, w ciszy i spokoju. Wtedy ma się małą namiastkę teatru.





sobota, 3 lutego 2018

Poza kontrolą

Atak paniki
Polska 2017
reż. Paweł Maślona
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Cezary Stolecki
muzyka: Radzimir Dębski

Od dłuższego czasu dochodziły do mnie opinie o tym filmie. Ktoś gdzieś widział go na festiwalu, krytycy chwalili nową jakość w rodzimym kinie, później wyszedł intrygujący zwiastun. Także na film Maślony, który napisał go wraz z kilkoma występującymi w filmie aktorami poszedłem jak na spotkanie ze świętym Graalem.


Film opowiada historię kilku ludzi (Artur Żmijewski, Dorota Segda, Małgorzata Popławska, Grzegorz Damięcki, Julia Wyszyńska, Małgorzataa Hajewska-Krzysztofik, Bartłomiej Kotschedoff, Aleksandra Pisula), którzy w pewnym momencie swojego życia znaleźli się w mocno stresujących sytuacjach. 


Jakbym miał jakoś porównać produkcję Maślony uznałbym ją za pewne połączenie 11 minut  Jerzego Skolimowskiego z argentyńskim filmem Dzikie historie Damiana Szifrona. Z tą drugą produkcją łączy go pewien fakt tematyczny, a więc opowieści o frustracji często przechodzącej w gniew. Myślę, że nieudany film Skolimowskiego aspirował właśnie do tego, co pokazał w swoim filmie Maślona. Mamy tutaj rozgrywające się niemal w czasie rzeczywistym (jest kilka przeskoków w późniejszej części filmu) historie ludzi z różnych grup społecznych. Ludzie ci narażeni są na stresowe sytuacje, takie jak podróż samolotowa z siedzącym obok zagranicznym grubasem-gadułą (brawa dla producentów za zatrudnienie w tej roli znanego w Europie Duńczyka Nicolasa Bro), wizyta koleżanek w baaardzo nieodpowiednim momencie czy...groźba przegrania w trwającej non stop grze internetowej (obstawiam OGame). Wszystko to zostało sprawnie zagrane (szczególne brawa dla Żmijewskiego, Popławskiej i Kotschedoffa) lecz nie każda historia wciąga i interesuje widza jednakowo. Jako że film nie ma jednego czy dwóch głównych bohaterów, a jest ich cała garść kamera skacze po świecie przedstawiając ich losy (w stylu 11 minut, nie jak w Dzikich historiach, gdzie oglądaliśmy kilka etiud połączonych klimatem i reżyserem). Sam najbardziej czekałem na sceny rozgrywane w samolocie, trochę mniej na kelnera-gracza i historię rozgrywaną w restauracji czy u odwiedzanej przez koleżanki dziewczyny. Była też jeszcze scena wesela (gdzie poruszał się też kelner-gracz ale jego wątek był inny) oraz z dziećmi próbującymi miękkie narkotyki jednak te wątki mnie w ogóle nie ruszyły. Napięcie w każdej ze scen rośnie powoli, jednak nie wszystkie tytułowe ataki paniki wyglądają przekonująco. Film zapowiadano jako komedię i wielu tak go odebrało. Są tam pewne aspekty komediowe, jednak ogólnie wydaje mi się, że bliżej mu do dramatu z elementami humorystycznymi. Realizatorsko jest to coś innego w polskim kinie więc na pewno warto ten film zobaczyć. Jednak nie uważam go za coś szczególnie wybitnego.



piątek, 2 lutego 2018

Utopia liliputów

Pomniejszenie (Downsizing)
USA 2017
reż. Alexander Payne
gatunek: dramat, sci-fi
zdjęcia: Phedon Papamichael
muzyka: Rolfe Kent 



Na ten film czekałem od czasu, gdy pierwszy raz zobaczyłem przy jakiejś okazji jego zwiastun. Może nie był to najwyższy poziom ekscytacji, który towarzyszy niektórym zapowiedziom filmowym jednak wiedziałem, że jak tylko produkcja trafi do kin może być pewne, że i ja zamelduję się na sali kinowej. Niestety jednak film okazał się być czymś innym, niż się po nim spodziewałem. 


Skandynawskim naukowcom udaje się zmniejszyć żywe organizmy. Paul Safranek (Matt Damon) zafascynowany zmniejszeniem się i związanym z tym życiu w luksusowej kolonii dla liliputów przekonuje żonę (Kristen Wiig), by razem poddali się zabiegowi zmniejszenia. Gdy przychodzi co do czego ta jednak wycofuje się z przedsięwzięcia, o czym sam Paul dowiaduje się już po swoim zminimalizowaniu. Zmuszony jest więc podjąć samotne życie w pełnym przepychu mikro świecie. Zaprzyjaźnia się ze swym wpływowym sąsiadem, pochodzącym z Bałkanów Dusanem Mirkoviciem (Christoph Waltz).


Film wyszedł spod skrzydeł nietuzinkowego reżysera Alexandra Payne'a. Facet może nie jest z gatunku tych rozpoznawalnych przez ogół reżyserów - celebrytów pokroju Tarantino, jednak nakręcił kilka znacznych tytułów (jak choćby świetna Nebraska czy Bezdroża. W sumie jest to jeden z najlepszych ludzi jeśli trzeba nakręcić film drogi. Pomniejszenie choć bohater prawie stale się przemieszcza jednak filmem drogi nie jest. W sumie zaś produkcja ta cierpi na pewną przykrą dla dzieł filmowych przypadłość - kryzys tożsamości. Twórcy nie identyfikują się z jedną narracją filmu, często zmieniają jego ciężar gatunkowy, niezbyt skutecznie mieszają ramami gatunkowymi. W rezultacie całość jest nieco niestrawna. Zwiastun zapowiadał raczej uroczą komedyjkę o małych ludziach żyjących w wielkim świecie pod jakąś kopułą. Jednak komedii jest tutaj mało. Film czasem uderza w tony apokaliptyczne (nieuchronna zagłada ludzkości, nawet jeśli ta się zmniejszy oszczędzając tym samym zasoby naturalne), czasem zaś angażuje się społecznie pokazując nierówności społeczne nawet w wydawać by się można idealnym, zmniejszonym świecie. Film trochę ujawnia też pewien problem rasizmu w obecnym Hollywood, który ma coraz mniejszy problem z pokazywaniem relacji par biało-czarnych jednak chyba dalej uprzedzony jest do Azjatów. Bohater grany tutaj przez Damona poznaje uciekinierkę z Wietnamu (graną przez pochodzącą z Tajlandii Hong Chau) i w pewnym momencie między nimi zaczyna iskrzyć i dochodzi nawet do seksu, a finalnie zakochania i w domyśle spędzenia ze sobą przez parę reszty życia. Jednak wszystko to można wywnioskować tylko z dialogów, świeżo zakochane w sobie postaci w filmie nie składają sobie nawet pocałunku. Czyżby to w mainstreamowym kinie wciąż był o jeden most za daleko?
Nie jest to jednak film słaby. Broni się w sumie ciekawym pokazaniem świata, jest po rzemieślniczu przyzwoicie nakręcony, postaci są sympatycznie napisane i dobrze zagrane (wyróżniłbym tu też ciekawą dalszoplanową rolę Udo Kiera). Także jak najbardziej można obejrzeć, jednak nie powinno się spodziewać Bóg wie czego. Typowy hollywoodzki przyzwoity przeciętniak.