Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. van Houten. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. van Houten. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

Kaznodzieja z karabinem

Wandeta (Brimstone)
Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Martin Koolhoven
gatunek: western, thriller
zdjęcia: Rogier Stoffers
muzyka: Junkie XL

Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film. 


Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to  zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...


Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem. 




czwartek, 29 września 2016

Bieg po godność

Zwycięzca (Race)
Francja, Kanada, Niemcy 2016
reż. Stephen Hopkins
gatunek: biograficzny, dramat

Letnie Nowożytne Igrzyska Olimpijskie do tej pory odbyły się trzydzieści jeden razy. Część z nich z pewnych powodów nie została szybko zapomniana i przykryta kolejnymi imprezami tego typu lecz historia tych zmagań żyje do dziś własnym życiem. Jednym z najbardziej pamiętnych Igrzysk są te XI, które odbyły się w 1936 roku. I to nie tylko z powodu kraju - gospodarza oraz faktu, że na stadionie olimpijskim wydarzenia bacznie śledził sam fuhrer, Adolf Hitler.  


Lata 30. ubiegłego wieku. Czarnoskóry Jesse Owens (Stephan James) dzięki wspaniałym wynikom sportowym wybiera się na studia. Poznaje tam trenera Larry'ego Snydera (Jason Sudeikis), który za cel stawia sobie doprowadzenia Jesse'ego do medalu olimpijskiego w Berlinie. Owens musi sobie jednak radzić z wszechobecną segregacją rasową.


Dobrze, że powstał film, który pokazuje historię jednego z najwybitniejszych biegaczy wszech czasów. Co ciekawe mimo że z udziałem amerykańskich aktorów to nie został on wyprodukowany przez USA. Z jednej strony to dziwne, z drugiej patrząc na odważną wymowę filmu nie dziwi, że nie wyprodukowali tego Amerykanie. Biorąc pod uwagę fakt, że w kilku miejscach postawiono do dzisiaj kontrowersyjne porównanie nazistowskiego szowinizmu i rasizmu do rasistowskich praktyk, do których dochodziło wówczas w USA jasne jest, że nie pokazaliby tego w taki sposób skłonni do epatowania patosem i zamiatający trudne sprawy pod dywan amerykańscy producenci. 
Bardzo cieszy mnie też to, że Jason Sudeikis znany przeważnie z lekkich i często głupkowatych komedii wreszcie zagrał rolę dramatyczną. W wieku 40. lat ale jednak. To dobry aktor i chętnie zobaczę go w innych ambitnych filmach. Także dobra rola znanej z Gry o tron Carice van Houten w roli legendarnej reżyserki Leni Riefenstahl.
Dla nieznających prawdziwej historii Owensa widzów film sprawi wrażenie rzetelnego i przedstawiającego dobrze aspekty jego życia. Jednak jeśli ktoś wcześniej wczytał się w jego życiorys dopatrzy się wielu nieścisłości, luk czy po prostu przekłamań. Takich jak na przykład to, że Adolf Hitler nigdy nie pogratulował Owensowi. Sam biegacz przyznał, że takie gratulację dostał (nawet z pamiątkowym zdjęciem fuhrera), zaś nigdy nie doczekał się gratulacji ze strony prezydentów USA. Te błędy i koloryzowanie jest moim zdaniem minusem filmu i to dużym, bo historia biegacza jest na tyle dobra, że zasługuje na przeniesienie niemal w skali 1:1, bez zakłamań i widowiskowych dodatków.
Mimo wszystko warto obejrzeć ten niskobudżetowy film Hopkinsa, zarówno dla poznania historii olimpijskiego multimedalisty, wczucia się w klimat przedwojennych igrzysk olimpijskich, jak i obejrzenia strasznie krzywdzącej i niesprawiedliwej polityki amerykańskiej wobec Murzynów w latach 30. ubiegłego wieku. Warto, choć niektóre wydarzenia z życia Owensa oglądać z rezerwą.