niedziela, 28 lutego 2016

Ranking Miesiąca 14

I oto ranking miesięczny za luty. Niezbyt dużo filmów i ogólnie jeśli chodzi o jakość to przeważnie wielkiego szału nie ma, ale też dość sporo solidnych produkcji.



























Ranking Tygodnia 58

Bardzo skromny choć aktualny ranking tygodnia.








Obcy są wśród nas

Coś (The Thing)USA 1982
reż. John Carpenter
gatunek: horror, sci-fi

Obecnie nie kręci się już takich horrorów jak kiedyś. Szczególnie podgatunek filmów grozy połączonych z science fiction jakoś ostatnimi latami (czy nawet dekadami) nie czuje się najlepiej. A przecież swego czasu były to najbardziej mrożące krew w żyłach produkcje. Trzy lata przed opisywanym filmem powstał przecież Obcy - 8. pasażer 'Nostromo', który do dzisiaj jest uznawany za jeden z najbardziej przerażających filmów. Po latach od pierwszego oglądania The Thing postanowiłem sobie odświeżyć tę produkcję i sprawdzić, jak wytrzymała próbę czasu. 


Do amerykańskiej bazy badawczej na Antarktydzie zmierza norweski śmigłowiec goniący psa. Zachowujący się dziwnie i agresywnie Norweg po dotarciu do bazy Amerykanów zostaje zastrzelony, natomiast pies trafia pod opiekę naukowców. Kilku z nich rusza do położonej nieopodal bazy Norwegów, którą zastaje zniszczoną. W ruinach natrafiają na szczątki istoty pozaziemskiej. Postanawiają zabrać je do swej bazy. Tymczasem przygarnięty pies przepoczwarza się w kosmitę...


Streszczone powyżej pierwsze kilkanaście minut fabuły filmu może nie powala na kolana swoją oryginalnością, jednak zaręczam, że przygody R.J. MacReady'ego (Kurt Russel) i spółki ogląda się całkiem dobrze. Sama fabuła niemal 35 lat temu, gdy powstawał film nie była wtedy całkiem oklepana, a nawet pewnie dość nowatorska. Jednak zapewne przeróżnych horrorów nie ogląda się tylko dla fabuły, ale dla efektów specjalnych czy tej gęstej atmosfery zaszczucia. Tutaj prawie tak, jak w wyżej wymienionym Obcym jest ona bardzo odczuwalna. Choć całość dzieje się na Ziemi, a nie jak tam w kosmosie to usytuowanie akcji na lodowym pustkowiu w czasie burzy śnieżnej i tak daje duże uczucie klaustrofobii. Także efekty specjalne mimo że dość groteskowe nie zestarzały się specjalnie przez te wszystkie lata i wypadają dość dobrze. Są odpowiednio szpetne i wykonane bardzo obrazowo. Mnie zamiast straszyć raczej rozbawiły, jednak dobrego wykonania odmówić im nie można, a zapewne są tacy, których to przerazi. Szkoda, że jest to kolejny film, w którym pozaziemska cywilizacja jest przedstawiona jako może i rozumny ale niezdolny do dialogu obskurny potwór, który chce tylko zabijać i przenosić się na resztę otoczenia. 
Film ma wiele luk fabularnych i jest mocno niespójny logicznie. Za dużo w nim zdarzeń, które nijak nie są wyjaśnione. Bohaterowie wiedzą na przykład coś, czego wiedzieć nie powinni i nijak nie wiadomo skąd, jak i dlaczego wiedzę tę posiadają. 
Ogólnie film ten po latach nie jest już tak silny jak jeszcze dekadę temu jednak ogląda się go z pewną ciekawością. Jeśli nie widziało się wcześniej tej produkcji to myślę, że warto. Może część ludzi skusi się na seans choćby ze wzglęu na stojącego za warstwą muzyczną Ennio Morricone. Mimo pewnych braków zainspirowało mnie to, żeby znów zainstalować Dead Space i przenieść się do dusznych, klaustrofobicznych korytarzy, by zmierzyć się z inwazją obcych. 







Dziwny jest ten świat

Lobster 
Francja, Grecja, Wielka Brytania 2015
reż. Yorgos Lanthimos
gatunek: thriller, sci-fi


Rokrocznie twórcy i dystrybutorzy zalewają potencjalnych widzów masą niemal jednakowych, szalenie do siebie podobnych produkcji. Oglądając filmy coraz częściej mamy uczucie swoistego deja vu, gdyż po wielu scenach z tyłu głowy zapala się lampka alarmująca 'Gdzieś już to widziałem'. Biorąc pod uwagę fakt, że współczesne kino ma tendencję do wszystkich tych przeważnie niezrozumiałych dla mnie pod względem artystycznym (nie finansowym) sequeli, prequeli czy rebootów cieszy to, że od czasu do czasu ktoś stworzy film nieszablonowy, inny niż wszystkie i w dodatku uda mu się stworzyć dobre kino. I tak właśnie jest w tym przypadku.


Akcja toczy się we współczesnych nam czasach na alternatywnej Ziemi. Obowiązujące na niej zasady mówią, że każdy musi posiadać partnera życiowego, a samotnicy są ścigani z urzędu. Główny bohater, David (Colin Farrell) po tym jak dla innego zostawia go żona trafia do hotelu, w którym ma 45 dni na znalezienie partnerki, gdyż w przeciwnym razie zostanie...zamieniony w wybrane przez siebie zwierzę. Tam zaprzyjaźnia się z innymi poszukującymi partnerek mężczyznami (John C. Reilly i Ben Whishaw). Gdy kończy się czas na znalezienie partnerki David decyduje się związać z Kobietą bez Serca, jednak gdy to mu się nie udaje ucieka z hotelu i dołącza do samotników dowodzonych przez postać graną przez Léę Seydoux, gdzie poznaje krótkowzroczną kobietę (Rachel Weisz).


Już z samego opisu fabuły można wywnioskować, że mamy do czynienia z filmem innym niż wszystkie. Założenia świata, w którym dzieje się akcja produkcji są mocno absurdalne i na pierwszy (drugi też) rzut oka dziwne, jednak mamy do czynienia z mimo wszystko bardzo wiarygodnie przedstawionym uniwersum. Miejsce, gdzie wszyscy muszą być powiązani w pary, kontrola obywateli jest równie duża jak w III Rzeszy, a na ludzi żyjących w samotności organizowane są cykliczne polowania to jednak nie jest świat naszych marzeń i oglądając ten film dokładnie możemy zdać sobie z tego sprawę. Bohater grany przez Farrella (możliwe, że mamy do czynienia z rolą życia Irlandczyka) jest tu niczym postać żywcem wyjęta z greckiej tragedii. Wywieziony przymusowo do hotelu po ponad 11 latach małżeństwa nie może znaleźć sobie partnerki w miejscu, gdzie musi to zrobić, gdy po wykrytej mistyfikacji trafia do żyjących w lesie samotników, gdzie znajduje dopasowaną do siebie miłość życia też napotka na problemy...Film ten posiada bardzo melancholijny klimat potęgowany przez sugestywną muzykę powtarzającą się w wielu miejscach, gorzko - ironiczne dialogi, które widza bawią a czasem przerażają na zmianę czy ogólny nastrój całej produkcji. Całość dopełnia dobra gra aktorska, za którą odpowiadają jedni z lepszych europejskich aktorów naszych czasów, którzy są gwarancją dobrze wykonanej roboty. 
Nie jest to na pewno film dla wszystkich, posiada bardzo specyficzną konstrukcję fabularną, która nie każdemu przypadnie do gustu jednak ten dziwaczny świat jest według mnie wart poznania.







piątek, 26 lutego 2016

Ranking Tygodnia 57

I ranking tygodnia za trzeci tydzień lutego.









W pogoni za marzeniami

Bikiniarze (Stilyagi)
Rosja 2008
reż. Walery Todorowski
gatunek: musical, melodramat


Tytułem wstępu napiszę coś o samej polskiej nazwie tego filmu. Bikiniarzami nazywano w Polsce w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia subkulturę młodzieżową, która to wzorem amerykańskich bitników. Ludzie ci charakteryzowali się odrzucaniem sztywnych norm społecznych i buntem przeciw otaczającej ich rzeczywistości. Słowniki wydawane w tamtych czasach określały bikinarzy jako młodych ludzi ubierających się ekstrawagancko, w sposób przesadnie modny. Władze krajów zza żelaznej kurtyny często pośrednio walczyły z ludźmi z tej subkultury.


Mels (Anton Szagin) wraz z oddziałem Komsomoł (radziecka organizacja młodzieżowa) pod dowództwem Katii (Eugenia Chirwiskaja) tropi spotykających się tajnie bikiniarzy. Podczas jednego z nalotu na klub, w którym ci spędzają czas chłopak goni bikiniarkę Polzę (Oksana Akinszina). Podczas tej gonitwy zakochuje się w niej i postanawia dołączyć do grupy bikiniarzy, by móc spędzać czas przy dziewczynie. Najpierw jednak musi wkraść się w łaski grupy dowodzonej przez Freda (Maksym Matwiejew)...


Ogólnie to bardzo, ale to bardzo nie lubię musicali. Filmy, w których przez ponad pół swego trwania śpiewają i tańczą są dla mnie istną katorgą. Do tego uważam, że strasznie głupie jest, gdy ktoś zaczyna idąc ulicą nucić piosenkę, a nagle całe miasto zaczyna śpiewać i tańczyć w jej rytm. Cała irracjonalność tego gatunku stawia go u mnie na jednym z najniższych miejsc wśród gatunków filmowych w ogóle. Jednak opisywany film przypadł mi do gustu. Mimo że i tak jak we wszystkich musicalach są tu sceny głupie i głupsze to całość oglądało się całkiem dobrze, a do tego część piosenek najzwyczajniej wpadła mi w ucho i nie chce wylecieć dobrych kilka dni po zakończeniu seansu. Może to za sprawą nieoklepanego do tej pory języka rosyjskiego, który nie kojarzy się z tym gatunkiem, może to sprawka naprawdę dobrej muzyki jazzowej, a może przez mnogość barw i kolorów przetaczających się w niemal każdej scenie? Nie wiem. Jednak barwy tego świata to coś, co zapada na dłużej. Bikiniarze są kolorowi, pstrokaci, nijak nie wyglądają na obywateli radzieckich z siermiężnych lat pięćdziesiątych, gdzie wszystko dookoła jest szare i monotematyczne. Ich poczynania ogląda się bardzo przyjemnie. Choć w swej Amerykańskości starają się być bardziej Amerykańscy niż Amerykanie (co pod koniec filmu zostanie im boleśnie uświadomione) to całościowy obraz sprawia, że kibicuje się tym młodym ludziom, którzy mimo że muszą pracować jak inni w kopalniach czy fabrykach po pracy wdziewają się w pstrokate kostiumy i żyją tak, jak chcą. Do tego oprócz naprawdę dobrej gry aktorskiej i muzyki mamy całkiem sympatyczną fabułę z elementami komediowymi dzięki czemu w konsekwencji na całość przygód Melsa, Polzy i innych naprawdę mile się patrzy, a ponad dwie godziny filmu mijają jak z bicza strzelił. Naprawdę polecam poświęcić ten czas na przygody dziwacznych bikiniarzy i przenieść się w ten kolorowy świat szarych lat 50.




50 twarzy samotności

Jak to robią single (How to Be a Single)
USA 2016
reż. Christian Ditter
gatunek: komedia, romans 


W ostatnim czasie zaroiło się w kinach od filmów z singlami w tytule. Oprócz tego, amerykańskiego czegoś mamy wszak też polską komedię romantyczną (najmniej logiczny gatunek filmowy) Planeta singli. Sam wybrałem się (z pewnym oporem) na pierwszy z tych filmów, który jest firmowany uroczym obliczem gwiazdki 50 twarzy Graya, Dakoty Johnson. Oczekiwałem czegoś tak żałosnego jak wspomniane coś, jednak z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że jednak nie było aż tak źle.


Główna bohaterka, Alice (Dakota Johnson) zostawia swego wieloletniego partnera, by być singlem i robić różne fajne rzeczy. W nowej pracy poznaje utuczoną jak brojler Robin (Rebel Wilson), która pokazuje jej jak wygląda życie nowojorskiego singla - kobiety. Poza tym poznajemy siostrę Alice, Meg (Leslie Mann) oraz spotykającą się w barze Toma (Anders Holm) z poznanymi drogą internetową mężczyznami Lucy (Alison Brie). Każda z postaci ma inne perypetie wynikające ze swej samotności. 


Zacznę od tego co mi się bardzo w tym filmie spodobało. Brak jakiegoś wyśnionego happy endu, księcia na białym koniu porywającego główną bohaterkę do swego złotego zamku czy czegoś podobnego, do czego przyzwyczaiło nas kino i do czego widownia dawno zdążyła się opatrzyć. Tu tego nie ma i to jest fajne. Miło też ogląda się Dakotę Johnson, która powinna jednak zacząć grywać w nieco ambitniejszych produkcjach, gdyż sądzę, że stać ją na to. Szkoda, że cykliczne spotkania z Greyem i jego pejczem zaszufladkują ją do tej roli do późnej aktorskiej (dla kobiet) starości czyli gdzieś do czterdziestki. 
To co jest w filmie zaś głupie i niedorzeczne to osoba Robin, która wyrywa facetów z prędkością światła. Rozumiem, że byłoby to wiarygodne, gdyby w jej rolę wcieliła się chociażby Kate Upton, ale na litość boską, obsadzono do tej roli 200 kilową Rebel Wilson! Okej, to jest jednak komedia, ale serio, w USA największe powodzenia ma taki tucznik!? Brakuje tylko jej seks scen z kilkoma napalonymi Murzynami dla uwiarygodnienia roli...
Sam film jakby nie patrzeć nie jest specjalnie rozbudowany fabularnie i nie zmusza do wysiłku intelektualnego, jednak chyba nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewał się, że będzie inaczej. Dostajemy całkiem przyzwoity filmik z gatunku tych jako tako krzepiących i podanych w stylu raczej dość głupkowatym. Obejrzeć można, zapewne zaraz potem zapomnieć jednak raczej nic więcej z tego powstać nie miało.


Prosta historia

Mów mi Vincent (St. Vincent)
USA 2014
reż. Theodore Melfi
gatunek: komedia, dramat

Bill Murray szerszej publiczności kojarzy się zapewne ze swoimi rolami w znanych i lubianych filmach, takich jak szykująca się obecnie do swego powrotu seria Pogromcy duchów czy Dzień świstaka. Aktor ten ma na koncie zaskakująco wiele produkcji, gdzie wciela się w ... samego siebie (na przykład Zombieland czy Kosmiczny mecz). W opisywanym zaś właśnie filmie wciela się w zgryźliwego starego ramola, któremu z tego co wiem o aktorze bardzo blisko do Murraya prywatnie.


Tytułowy bohater, Vincent (Bill Murray) to odrażający typ, którego bardzo trudno polubić, a nawet jeśli ktoś chciałby to zrobić to zapewne zostałby przez niego za to zwyzywanym. Jedyną osobą, z którą Vincent utrzymuje stosunki (i to nie tylko w przenośni) jest prostytutka Daka (Naomi Watts). W pewnym momencie do jego sąsiedztwa wprowadza się mająca spore problemy z nadwagą Maggie (Melissa McCarthy) wraz ze swym młodym synem Olivierem (Jaeden Lieberher). Chłopak zaczyna postrzegać sąsiada jako swój wzór do naśladowania...


Film ten afiszowany jest jako komedia. I o ile jest w nim kilka czy nawet kilkanaście zabawnych scen czy sytuacji trudno powiedzieć, aby był pełnowymiarowy film tego gatunku. Jak dla mnie ewentualnie można uznać tę produkcję za komediodramat, gdyż liczba scen depresyjnych, refleksyjnych czy po prostu smutnych jest tutaj znacznie przewyższająca czynnik komediowy. Sama konstrukcja fabularna jest prosta i do bólu oklepana. Każdy, kto obejrzał w życiu więcej niż pięć filmów już po kwadransie przewidzi losy jego dalszej części. Konstrukcja fabularna jest banalna. Mamy bowiem zramolałego dziada, który jest nałogowym alkoholikiem, palaczem i hazardzistom, nie lubi ludzi, a ludzie nie lubią jego. Do jego sąsiedztwa wprowadza się bezbronne dziecko z problemami, które cierpi na deficyt ojca w swoim życiu także zaczyna dążyć do poznania się z bohaterem. Ten początkowo odgania młodego, jednak w pewnym momencie zbliżają się do siebie i młody odkrywa, że jego mentor ma też liczne dobre strony. Brzmi znajomo, prawda?
Ogólnie jednak mimo wielu uproszczeń, braku zdecydowania się na odpowiedni gatunek i fabularną kalkę film ogląda się całkiem przyjemnie i bez bólu. Film jakich wiele, jednak dla kilku scen czy aktorów można obejrzeć. 


czwartek, 25 lutego 2016

Ranking Tygodnia 56

Ze sporym opóźnieniem ale wstawiam ranking tygodnia za drugi tydzień lutego.









Problematyczne miłości

Wyśnione Miłości (Les Amours imaginaires)
Kanada 2010
reż. Xavier Dolan
gatunek: melodramat

Niektórzy uważają Xaviera Dolana za reżyserskiego geniusza młodego pokolenia i za dowód na to stawiają między innymi film Mama, od którego przy pierwszej próbie seansu szybko się odbiłem oraz właśnie opisywaną produkcję, którą Kanadyjczyk nakręcił mając zaledwie 20 - 21 lat. O ile mogę się zgodzić, że nakręcenie w miarę profesjonalnie jakiegokolwiek filmu w tym wieku to już pewna sztuka, to jednak po tym co zobaczyłem o wielki talent i filmowy geniusz Dolana bym jednak nie posądzał. 


Fabuła jest banalnie prosta i do opisania w kilku słowach. Poznajemy parę dobrych przyjaciół: Marie (Monia Chokri) i Francisa (Xavier Dolan). Pewnego razu poznają oni awangardowego Nicolasa (Niels Schneider), z którym zaczynają się spotykać. Wkrótce zarówno Marie jak i Francis zakochują się w nowym znajomym i zaczynają rywalizować o jego względy...


Nie wiem czego oczekiwałem po tym filmie, jednak miałem nadzieję, że w miarę głośna produkcja złotego dziecka kanadyjskiego kina do tego oparta na kontrowersyjnej wydawać by się mogło fabule, że całość będzie wyglądała całkiem znośnie. Niestety srodze się zawiodłem. Nie znalazłem w sumie ani jednego elementu (może od biedy Chokri) który jako tako mi się spodobał. Sama głośna fabuła okazała się mało absorbującą historią, jakich wiele w każdym nowym numerze Bravo Girl. Może zachwyci ona gimnazjalistów jednak jak dla mnie to bardzo pretensjonalne i słabe. Równie słaby był według mnie montaż filmu, który to całkowicie nie przypadł mi do gustu. 
Reasumując nie wiem co mógłbym więcej o tym filmie napisać, gdyż mimo że nie była to najsłabsza produkcja jaką widziałem w ostatnich miesiącach to swoją nijakością zostawiła we mnie bardzo mało pozostałości po sobie w mej pamięci. Nie polecam chyba, że jesteś w gimnazjum.





środa, 24 lutego 2016

Awanturniczy bracia

Legend
Wielka Brytania, Francja 2015
reż. Brian Helgeland
gatunek: gangsterski, biograficzny 


Miniony rok był rokiem nie tylko Michaela Fassbendera ale może i przede wszystkim Toma Hary'ego. Brytyjczyk wystąpił w 2015 roku w tak różnorodnych produkcjach, jak System, Mad Max
czy Zjawa. Filmy te mogły się podobać lub też nie, jednak niezaprzeczalnie do plusów każdej z tych produkcji należy zaliczyć grę Hardy'ego. W opisywanym właśnie filmie aktor ten wieńczy rok poprzez wcielenie się w aż dwie głównoplanowe postaci. 


Przenosimy się do Londynu lat sześćdziesiątych XX wieku. To właśnie tu swoje kryminalne imperium rozbudowują dwaj gangsterzy - bliźniacy: Ronald Kray i Reggie Kray (w obu wciela się Tom Hardy). Braci nie licząc kryminalnych skłonności i bliźniaczego podobieństwa dzieli jednak całkiem sporo. Zaczynając od całkiem innego charakteru obu braci (związanych z chorobą umysłową Ronalda) po pomysły na życie (gdy Reggie chce się ustatkować żeniąc się z poznaną dziewczyną, Frances (Emily Browning) jego brat cieszy się epoką przed HIV wdając się w homoseksualne orgie i planuje poszerzanie swych nielegalnych wpływów). Odmienne charaktery braci często będą doprowadzały do scysji między rodzeństwem...


Choć Hardy dostał się do światowej czołówki aktorów zarówno pod względem talentu, jak i tym finansowym to w tym filmie pokazuje, że nie stało się to przez przypadek. To w jaki sposób wcielił się w dwie wydawać by się mogło jednakowe (w sumie fizycznie często braci różni tylko fakt posiadania okularów przez jednego z nich) postaci można określić tylko jednym słowem: brawura. Reggie i Ronald Hardy'ego to dwie odmiennie różne i bogato złożone jednostki i za to należą się brawa aktorowi. 
Drugie co zwraca uwagę w pozytywnym aspekcie w tym filmie to bardzo dobre odwzorowanie epoki Londynu tamtego okresu. Od wystroju wnętrz przez stroje i fryzury po środki transportu właściwe dla tamtych lat - wszystko wygląda dobrze i naturalnie, nie widać tu nic z kostiumowej sztuczności właściwej dla części podobnych produkcji.
Zawiodłem się jednak na samym pokazaniu prawdziwej historii braci Kray. Owszem dowiadujemy się z rozmów i teczek wypełnionych funtami, że interes im się kręci, od czasu do czasu zdarzy im się też kogoś pociąć czy połamać jednak film nie okazuje budowania potęgi przestępczego biznesu w taki sposób, w jaki powinien. Brakuje tu wielu rzeczy i przez to obraz życia braci widoczny w filmie jest mocno zamglony i niepełny. Może za bardzo skupiono się na relacjach osobistych bohaterów, kosztem pokazania pełnej przestępczej historii.
Ogólnie mamy całkiem niezły film oparty na faktach z bardzo ciekawą rolą (a właściwie rolami) Hardy'ego i choćby z tego względu warto poświęcić czas na tę europejską produkcję.


poniedziałek, 15 lutego 2016

Kto tłumaczył ten tytuł?

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (In Bruges)
USA, Wielka Brytania 2008
reż. Martin McDonagh
gatunek: komedia kryminalna, dramat

Film ten, oprócz tego, że jest solidnym kinem europejskim w znakomity sposób promuje miejsce, w którym się rozgrywa. Mimo że bohaterowie często nazywają tytułowe miasto zadupiem to podczas śledzenia fabuły widz ma możliwość obejrzenia wielu wartych zobaczenia miejsc z tego belgijskiego miasta i zapewne wiele osób po seansie zdecydowało się wybrać w podróż szlakiem bohaterów. Brugia tym samym dołączyła do grona miast, które zostały wypromowane dodatkowo dzięki sztuce filmowej. Obecnie na czoło tworzenia anglojęzycznych filmów osadzonych w europejskich miastach jest Woody Allen, który przemierzył już kawał kontynentu kręcąc swoje filmy, a mnie wciąż wkurza fakt, że ten światowej sławy reżyser chciał nakręcić film u nas, w Polsce i osadzić akcję jednego z filmów w Krakowie, do czego nie doszło bo...miasto poskąpiło na ten cel zainwestowania kilku milionów złotych. A mając tyle interesujących miejsc nasz kraj powinien móc poszczycić się tym, że obrazują nas nie tylko gdy trzeba przedstawić okres Holokaustu...No ale może kiedyś doczekamy się swoich pięciu minut, tak jak Brugia.


Dwaj zawodowi mordercy, Ray (Colin Farrell) i Ken (Brendan Gleeson) pracujący dla niejakiego Harry'ego (Ralph Fiennes) po nieudanej misji zostają przez niego wysłani do belgijskiej Brugii, gdzie mają czekać na wiadomość od swego mocodawcy. Panowie skracają sobie oczekiwania zwiedzając nowe dla siebie miasto, choć nie każdy z nich jest tym zachwycony. W pewnym momencie Harry komunikuje się z Kenem i zleca mu zlikwidowanie swego kolegi...


Pierwsze co rzuca się w oczy w tej produkcji jest fakt, w jaki potraktowano polski tytuł filmu. Jak bardzo proste w przekazie i tłumaczeniu W Brugii można było przetłumaczyć w Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i jakim cudem ktoś takiego potworka w imieniu dystrybutora zatwierdził naprawdę nie wiem. Tłumaczeniem to pewnie może zająć zaszczytne miejsce wśród takich tuzów, jak Szklana pułapka czy Wirujący seks...
Sam film jest interesującą mieszanką dramatu z komedią spod znaku humoru sytuacyjnego. Nie zawsze wszystko jest w nim wysokich lotów, są sceny, kiedy ogląda się to nieszczególnie dobrze, jednak dzięki całkiem niezłej grze aktorskiej Farrella, Gleesona i Fiennesa (oraz znanej z czwartej części kinowego Harry'ego Pottera Clémence Poésy oraz urokliwemu miastu, w jakim umiejscowiona jest akcja całość ogląda się całkiem strawnie.






poniedziałek, 8 lutego 2016

Ranking tygodnia 55

W minionym tygodniu skromna liczba trzech filmów, ale i z tego da się zbudować jakiś szczątkowy ranking.










Django: historia prawdziwa

Django
Włochy, Hiszpania 1966
reż. Sergio Corbucci 
gatunek: western

Pewnie większość z czytelników (czyli licząc mnie będą to jakieś 3 osoby) oglądała poprzedni film Quentina Tarantino zatytułowany Django. Jednak nie wszyscy może wiedzą, że postać ta pojawiła się już wcześniej na ekranie pół wieku temu, a stworzył ją ten drugi zaraz po wybitnym Sergiu Leone czyli Corbucci, również Sergio. Film ten widocznie tak wpłynął na amerykańskiego reżysera, że postanowił przenieść pewne rzeczy do swojej produkcji. A jakie wrażenie zrobił na mnie klasyczny Django? O tym poniżej.


Django (Franco Nero) wraz z wyswobodzoną przez siebie z rąk bandytów dziewczyną Marią (Loredana Nusciak) przybywa do miasteczka. Dowiaduje się tam, że w okolicy walczą o wpływy między sobą Meksykanie pod wodzą Huga (José Bódalo) i renegaci majora Jacksona (Eduardo Fajardo). Django postanawia wmieszać się w ten konflikt.


Pierwsza scena robi wrażenie i pozwala wierzyć, że cały film będzie świetnie ociekał specyficznym klimatem antywesternu. Widzimy w nim kroczącego przez zabłoconą drogę bohatera, mozolnie ciągnącego za sobą wcale nie pustą trumnę. Przez kilka minut, gdy oglądamy wędrówkę Djanga przygrywa nam na ekranie świetna piosenka Argentyńczyka Luisa Bacalova Django, która została też wykorzystana jako główny motyw również w filmie Tarantino. Pierwsza scena filmu jest świetna. I niestety to tyle, jeśli chodzi o pozytywy całego filmu. Gdy bohater się odezwie lub wprawi w ruch swój rewolwer czar pryska i widzimy tylko dialogi wymyślone przez kogoś na poziomie IV klasy podstawowej i niezbyt finezyjne oraz absurdalnie głupie wyczyny strzeleckie tytułowego bohatera, który niczym Rambo lub inny Batman potrafi wykosić sam każdą grupę uzbrojonych rywali, nie zależnie czy jest ich 5 czy ponad 40. Także postaci w filmie nie są zbyt przekonujące. Czy to będący kopią Clinta Eastwooda z filmów Leone Django, czy Hugo Rodriguez czy kierujący czymś na wzór anty - meksykańskiego Ku Klux Klanu Jackson - nikt tutaj nie przyciąga widza. Dialogi są drętwe, sztywne i zazwyczaj pozbawione finezji. Całość na głowę pod tym względem bije zaś Nusciak jako Maria. Owszem, była to kobieta bardzo ładna i ogląda się ją dobrze, jednak niestety gdy się odzywa to człowiek chce się popłakać z żalu, że ktoś tak paralityczny jest tu główną femme fatale, która do tego po kilku minutach zakochuje się bez wzajemności w głównym bohaterze. 
Corbucci zwykł powtarzać, że Ford miał Johna Wayne'a, Leone Clinta Eastwooda, a on ma Franco Nero. Szkoda tylko, że Nero w tym filmie jest Eastwoodem, tyle że bez charakterystycznego dla Dolarowej trylogii ponczo. Duże, naprawdę duże rozczarowanie.





niedziela, 7 lutego 2016

Opowieść o dwóch braciach

Aredeny (D'Ardennen)
Belgia 2015
reż. Robin Pront
gatunek: dramat

Belgia jest jednym z tych krajów, gdzie w ostatnich latach robi się najciekawsze kino europejskie. Ten dość niedoceniony kinematograficznie kraj wypromował kilku naprawdę zdolnych twórców i aktorów, zaś filmy takie jak De Behandeling, Dwa dni, jedna noc czy Hasta la vista! to różnogatunkowe produkcje, które naprawdę warto zobaczyć. Także bez większych obaw wybrałem się do kina na film Pronta, gdyż spodziewałem się dostać coś dobrego. I nie zawiodłem się.


Kenny (Kevin Janssens) wraz z bratem Davem (Jeroen Perceval) i swoją dziewczyną Sylvie (Veerle Baetens) organizują nieudany napad, w rezultacie którego Kenny zostaje złapany i ląduje z dość długim wyrokiem za kratkami. Mimo że nie wydał swych wspólników wychodzi po czterech latach na zwolnienie warunkowe. Nie wie jednak, że Sylvie w tym czasie związała się z jego bratem...


Oglądając filmy z Beneluksu można zauważyć, że choć kraje te są stawiane za symbol dostatku i zamożności to treści jakie porusza ich kinematografia są całkiem dalekie od idyllicznych rozterek krajów pierwszego świata. Prawie każdy film z tamtego rejonu pokazywał jednostki wykluczone, balansujące na granicy marginesu społecznego, gdzie bieda i niedostatek był wliczony w każdy element ich życia. W tematyce tej i sposobie jej ukazania blisko filmom z tego rejonu do produkcji skandynawskich. Porównując to do naszych filmów i seriali mainstreamowych, gdzie nie licząc wyjątków (kino Smarzowskiego np) akcja dzieje się wśród bogatych mieszczan, prawników, lekarzy i ich penthouse'ów można wyczuć drobny paradoks.
Film Pronta skupia się na ukazaniu losów dwóch braci - dresiarzy, którzy egzystują w dość specyficznych warunkach. Czeka ich rywalizacja o wiele rzeczy: pracę, pozycję, matczyne uczucia czy względy tej samej kobiety. Jednak prawdziwą moc tego filmu poznamy dopiero, gdy te społeczne tematy przejdą na drugi plan, a bracia udadzą się wspólnie w  pewnej sprawie do krainy dzieciństwa, w tytułowe Ardeny gdzie czekać będzie na nich sfiksowany kumpel spod celi Kenny'ego, niejaki Stef (świetny w tej roli Jan Bijvoet). 
Film jest naprawdę mocnym kinem, które ogląda się bardzo dobrze. Dzięki dość krótkiemu metrażowi dostajemy skondensowany produkt filmowy, który nie nudzi i w żadnym momencie nie daje wrażenia monotonii. Postaci wykreowane przez scenarzystę (który wcielił się przy okazji w postać Dave'a) są od siebie różne, a przy tym bardzo dobrze wykreowane. Mamy całą gamę bohaterów, od pieniacza i awanturnika, przez próbującego wrócić na dobrą drogę byłego złodzieja, przerysowanego transwestytę po dziwacznego producenta narkotyków. 
Nie jest to film, który przejdzie do klasyki kina jednak uważam, że warto udać się z braćmi w tą krótką podróż w Ardeny. Naprawdę mocne kino.


Lulek Zawodowiec

Anatomia zła 
Polska 2015
reż. Jacek Bromski
gatunek: thriller


Zbliżający się do siedemdziesiątki reżyser Jacek Bromski, mający na koncie między innymi Karierę Nikosia Dyzmy z Cezarym Pazurą czy serię U Pana Boga w... zraził mnie do siebie jakiś czas temu swoją wersją Uwikłania na podstawie bestsellerowej powieści Zygmunta Miłoszewskiego, gdzie z głównego bohatera zrobił kobietę, a sam film nie trzymał w napięciu i ekscytacji tak, jak kolejna ekranizacja prozy polskiego pisarza, stworzone przez Borysa Lankosza Ziarno zła z Robertem Więckiewiczem w głównej roli. Jednak postanowiłem dać reżyserowi jeszcze jedną szansę, gdy zobaczyłem zwiastun jego najnowszego filmu. I uważam, że tym razem autor jest znów w dość dobrej formie. 



Podstarzały mafijny killer Karol Z. pseudonim Lulek (Krzysztof Stroiński) po piętnastu latach wychodzi warunkowo z więzienia. Nie będzie mu dane jednak zbyt długo cieszyć się emeryturą na wolności, gdyż szybko zwraca się do niego prowadzący jego sprawę prokurator (Piotr Głowacki), który zmusza go pod groźbą powrotu za kraty do zlikwidowania na zlecenie tajemniczych mocodawców wysoko postawionego policjanta za co Lulek ma otrzymać 100 tysięcy dolarów wystarczające na spokojne życie. Karol Z. postanawia wciągnąć do swego planu zwolnionego z wojska snajpera, sierżanta Waśkę (Marcin Kowalczyk).


Film reklamowany jest jako inspirowany prawdziwymi zdarzeniami. I owszem, faktem jest zabójstwo komendanta policji Marka Papały przez do dzisiaj nie ustalonych sprawców, w sprawę zamieszany może być polonijny biznesmen Edward Mazur i takie postaci jak komendant czy szemrany zagraniczny biznesmen w filmie występują. Jednak całość jest już rozegrana w całkiem inny sposób niż wydarzenia mające miejsce w rzeczywistości. 
Mamy w filmie dużo z czarnego kryminału. Zestawienie beznadziei emeryckiego losu, gdzie życie ogranicza się do marnego lokum, wizyt na pobliskim obleśnym bazarku i słuchania wyzwisk ze strony zamieszkującej okolice dziatwy z blichtrem drogich hoteli i luksusowych restauracji dostępnych tylko dla wybranych, historia zabijającego przypadkowo cywili żołnierza, który przez nadgorliwego dziennikarza traci pracę i szacunek, złudzenie miłości do zagranej w drewniany sposób przez Michalinę Olszańską prostytutki w stylu femme fatale (brzemienne w skutkach). We wszystko to wciąż miesza się wciąż negatywny przekaz sączony z różnych stacji telewizyjnych i radiowych. Bohaterowie wciąż słuchają złych informacji lub są bombardowani słowami polityków (przewija się na ekranie w tle Ziobro, Korwin - Mikke czy Miller). W takim świecie właśnie autor pokazuje jak łatwo rodzi się i dorasta zło. Najlepiej przedstawiona została część samych przygotowań bohaterów do zabójstwa. Ta część filmu stoi naprawdę na solidnym europejskim poziomie i dawno nie było w polskim filmie kina gatunkowego pokazującego takich bohaterów i w ten sposób. 
Ogólnie film ma jednak oprócz wielu zalet kilka wad, które wpływają zasadniczo na jego finalną ocenę. Bo gdy część filmu można ocenić w filmwebowej skali na 8/10 to pewna część jest co najwyżej średnia. Gdyby przerobić lub wyciąć część scen, które tego poziomu nie trzymają dostalibyśmy coś wiele lepszego.
Słowo należy się też grającemu główną rolę Stoińskiemu. Nagrodzony statuetką festiwalu w Gdyni aktor naprawdę świetnie oddał swą postać. Czasem jest biednym, pomiatanym i schorowanym emerytem, który jednak szybko potrafi zamienić się w cwanego mordercę nie znoszącego słowa sprzeciwu. Wielka klasa Pana Krzysztofa. Dobrze wypadł też Piotr Głowacki, jednak odczuwam przesyt jego osoby w polskich produkcjach ostatnich kilku lat. A patrząc na jego plany na przyszłość sądzę, że Piotr 'Zagram we wszystkich polskich filmach' Głowacki nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Reasumując dostajemy całkiem dobry film, który warto zobaczyć gdyż wybija się ponad polską przeciętność. Po raz kolejny podkreślę swe zadowolenie, że w naszym kinie w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach wyraźnie ruszyło, kręci się różnorodne filmy na coraz wyższym poziomie i nie są to tylko komedie romantyczne (które niestety ciągle powstają i niestety cieszą się najlepszymi wynikami kinowymi). W każdym razie dobrze, że ten film powstał i liczę, że z roku na rok jakość polskich filmów gatunkowych będzie coraz lepsza.