Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Fiennes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Fiennes. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2016

Pożegnanie z Hogwartem

Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część 1 i 2 (Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 1 and 2)
USA, Wielka Brytania 2010/2011
reż. David Yates
gatunek: przygodowy, fantasy 

Miałem to szczęście, że moje dzieciństwo przypadało na erę wielkiego boomu na Harry'ego Pottera w naszym kraju, a same książki wychodziły rok po roku, więc czytając miałem zawsze tyle lat, co główni bohaterowie. Tak samo, gdy zaczęły powstawać filmy wciąż byłem w wieku bohaterów, dzięki czemu mogłem najpełniej przeżywać akcję. Chociaż daleko mi do nazwania się kiedykolwiek potteromaniakim (lub jakimkolwiek maniakiem) to sentyment do serii pozostał, mimo że ostatniej części już ani nie przeczytałem, ani nie obejrzałem. To drugie niedopatrzenie postanowiłem właśnie nadrobić.


Po śmierci Dumbledore'a Voldemort (Ralph Fiennes) przejmuje władzę nad magicznym światem. Tymczasem ścigany przez swego wroga Harry Potter (Daniel Radcliffe) wraz z przyjaciółmi Ronem (Rupert Grint) i Hermioną (Emma Watson) szukają horkrusów, dzięki których zniszczeniom będzie możliwe pokonanie Voldemorta. 


Obejrzałem oba filmy (część pierwszą i drugą) jednak postanowiłem nie rozdzielać ich na dwie notki i opisać w kilku zdaniach to co widziałem w jednym poście. W sumie jest to podzielenie jednej książki, może dla mnie trochę niezrozumiałe i tyle. W rankingu umieszczę filmy osobno, na potrzeby teksty wystarczy tylko jeden.
Sam pozostaję największym fanem pierwszych trzech/czterech książek o Potterze, jak i ich adaptacji filmowych. Uważam, że najwięcej magii zarówno literackiej, jak filmowej było zawartych w tych częściach i to właśnie początkowe, baśniowe części stanowią o sukcesie całej serii, która z części na część szła według mnie w zbyt hmm mrocznym kierunku rezygnując z tego, co miała najlepsze - magii, magicznej szkoły i jej sekretów na rzecz sztampowego pojedynku dobra ze złem w wydaniu dla nastolatków.
Także ostatnia część przez brak magicznej nauki w równie magicznej szkole i zamienienie się w istne przeciwieństwo pierwszych części jest dla mnie rozczarowaniem. Chociaż przez te prawie pięć godzin nie zabraknie tutaj efektownych pojedynków na różdżki,przeróżnych efektów świetlnych przez to wywoływanych, przejażdżek na miotłach czy używania magicznych przedmiotów to całościowo nie czuć tu wcale magii, która niknie pod wpływem swojej częstotliwości sprowadzając się do kolorowych efektów...Niestety czuć w tym przesyt. 
Także film (czy też książka jeśli bym przeczytał) dla nastolatków obejrzany po latach, gdy jest się już w latach oddalony od targetu wiekowego produktu nie daje tyle satysfakcji, co kiedyś. Wiele rzeczy wydaje się nielogiczne, dodane na siłę, czy wręcz bezsensowne. Ale takie już prawidła opowieści dla młodszych widzów/czytelników. 
Niestety też jakoś nie mogłem się przekonać do bohaterów, których wcześniej uwielbiałem. Zarówno Harry, jak i jego przyjaciele są mdli i po prostu nudni. Postać Voldemorta nie jest już tak straszna jak kiedyś, a mnie najbardziej irytowało tak mało czasu poświęconego świetnie sportretowanemu przez Alana Rickmana Snape'owi. 
Gdybym oglądał ten film mając 16-17 lat na pewno uważałbym go za bardzo dobry, teraz jednak co najwyżej mogę powiedzieć, że jest średni z kilkoma niezłymi scenami. Niestety dla Pottera, a na szczęście dla innych filmów z wiekiem gust filmowy też podlega zmianie. Osobiście wieńczącą część uznaję nieznacznie lepszą niż pierwszy film z 2010 roku.


sobota, 3 września 2016

Co jest grane, bracia Coen?

Ave, Cezar (Hail, Caesar)
USA, Wielka Brytania 2016
reż. Joel Coen, Ethan Coen
gatunek: komedia, dramat

Bracia Joel i Ethan Coenowie są jednymi z najważniejszych reżyserów światowych ostatniego ćwierćwiecza i ciężko z tym dyskutować. Przez lata wydali na świat kilka naprawdę bardzo dobrych produkcji, które zostaną zapamiętane na długie lata. Mamy więc cieszące się popularnością Fargo czy ekranizację prozy Cormaca Mccarthy'ego To nie jest kraj dla starych ludzi. Osobiście jednak ostatnim filmem ich autorstwa, który mi się podobał był remake klasycznego westernu Prawdziwe męstwo. Jak zaś wypadli przy okazji swojego najnowszego filmu?


Lata 30. ubiegłego stulecia. W Hollywood trwa tworzenie się superprodukcji kinowej pod tytułem 'Ave, Cezar'. Doglądający pracy producent, Eddie Mannix (Josh Brolin) musi sobie radzić z kilkoma problemami, takimi jak zajście w ciążę gwiazdki filmowej DeeAnny Moran (Scarlett Johansson) czy pijaństwem głównej gwiazdy produkcji, Bairda Whitlocka (George Clooney). W pewnym momencie Whitlock znika z planu filmowego. Okazuje się, że został porwany...przez komunistów.


Reżyserskie grube ryby Hollywood przyciągają równie wielkie nazwiska aktorskie. Oprócz wymienionych już wyżej w obsadzie swoje pięć minut (a czasem nawet mniej) mają między innymi Ralph Fiennes czy Channing Tatum. Jednak oprócz tego, że nazwiska te kosztowały producentów dodatkowe miliony dolarów to ich rola ogranicza się chyba tylko do fajnie prezentującego się plakatu. Ci wszyscy kasowi i w gruncie rzeczy co najmniej przyzwoici aktorzy nie zagrali zbyt wielkich ról. Przynajmniej ja wiem, że nie zapamiętam ich kreacji na dłużej niż kilka dni do przodu. Clooney, Johansson czy Tatum nigdy nie byli perfekcyjni ale tutaj są naprawdę bardzo nijacy. Może to wina marnie prowadzących ich reżyserów. 
Dużym zawodem dla mnie jest też sama fabuła. Przez większość filmu nic się nie dzieje. I nic się nie dzianie nie jest często dla mnie wadą, jednak są filmy, w których wolno tocząca się akcja jest zrobiona dobrze. I nie jest to samo co nuda. A tu przez ponad połowę filmu jest po prostu nudno. Także przez te niemal dwie godziny wyłapałem może z trzy błyskotliwe dialogi, które kiedyś były wizytówką braci-reżyserów. Film w długich momentach jest o niczym. Niby coś gadają, gdzieś chodzą, coś robią ale ogólnie płycizna. 
Zawiodłem się na tym filmie, od którego oczekiwałem ponad dwa razy więcej niż dostałem. Już Co jest grane, Davis przyjąłem z odrobiną zawodu, jednak to, co zafundowano nam w opisywanej właśnie produkcji jest rzeczywistym potwierdzeniem słabszej formy sławnych braci. Ale chyba w tym wypadku może już być tylko lepiej.





poniedziałek, 15 lutego 2016

Kto tłumaczył ten tytuł?

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (In Bruges)
USA, Wielka Brytania 2008
reż. Martin McDonagh
gatunek: komedia kryminalna, dramat

Film ten, oprócz tego, że jest solidnym kinem europejskim w znakomity sposób promuje miejsce, w którym się rozgrywa. Mimo że bohaterowie często nazywają tytułowe miasto zadupiem to podczas śledzenia fabuły widz ma możliwość obejrzenia wielu wartych zobaczenia miejsc z tego belgijskiego miasta i zapewne wiele osób po seansie zdecydowało się wybrać w podróż szlakiem bohaterów. Brugia tym samym dołączyła do grona miast, które zostały wypromowane dodatkowo dzięki sztuce filmowej. Obecnie na czoło tworzenia anglojęzycznych filmów osadzonych w europejskich miastach jest Woody Allen, który przemierzył już kawał kontynentu kręcąc swoje filmy, a mnie wciąż wkurza fakt, że ten światowej sławy reżyser chciał nakręcić film u nas, w Polsce i osadzić akcję jednego z filmów w Krakowie, do czego nie doszło bo...miasto poskąpiło na ten cel zainwestowania kilku milionów złotych. A mając tyle interesujących miejsc nasz kraj powinien móc poszczycić się tym, że obrazują nas nie tylko gdy trzeba przedstawić okres Holokaustu...No ale może kiedyś doczekamy się swoich pięciu minut, tak jak Brugia.


Dwaj zawodowi mordercy, Ray (Colin Farrell) i Ken (Brendan Gleeson) pracujący dla niejakiego Harry'ego (Ralph Fiennes) po nieudanej misji zostają przez niego wysłani do belgijskiej Brugii, gdzie mają czekać na wiadomość od swego mocodawcy. Panowie skracają sobie oczekiwania zwiedzając nowe dla siebie miasto, choć nie każdy z nich jest tym zachwycony. W pewnym momencie Harry komunikuje się z Kenem i zleca mu zlikwidowanie swego kolegi...


Pierwsze co rzuca się w oczy w tej produkcji jest fakt, w jaki potraktowano polski tytuł filmu. Jak bardzo proste w przekazie i tłumaczeniu W Brugii można było przetłumaczyć w Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i jakim cudem ktoś takiego potworka w imieniu dystrybutora zatwierdził naprawdę nie wiem. Tłumaczeniem to pewnie może zająć zaszczytne miejsce wśród takich tuzów, jak Szklana pułapka czy Wirujący seks...
Sam film jest interesującą mieszanką dramatu z komedią spod znaku humoru sytuacyjnego. Nie zawsze wszystko jest w nim wysokich lotów, są sceny, kiedy ogląda się to nieszczególnie dobrze, jednak dzięki całkiem niezłej grze aktorskiej Farrella, Gleesona i Fiennesa (oraz znanej z czwartej części kinowego Harry'ego Pottera Clémence Poésy oraz urokliwemu miastu, w jakim umiejscowiona jest akcja całość ogląda się całkiem strawnie.






niedziela, 8 listopada 2015

James Bond po raz 24

Spectre 
Wielka Brytania, USA 2015
reż. Sam Mendes
gatunek: sensacyjny 


Nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem przygód Jamesa Bonda i uważam tę serię za najlepszy filmowy tasiemiec wszechczasów. W filmach o agencie 007 jest wszystko to co chcieliby zobaczyć wieczni chłopcy - pościgi, strzelaniny, nowinki techniczne, piękne kobiety, drogi alkohol i cudowne widoki. Bywały części lepsze i gorsze ale zawsze powyższe punkty znajdowały się w poszczególnych epizodach, które to były do tego przeważnie obłędnie (jak na czasy kiedy powstały) zrealizowane. I tak jest też tutaj. Mimo to mam pewien problem z najnowszym Bondem. 


Tym razem po latach ponownie Bond (Daniel Craig) tropi ogólnoświatową organizację terrorystyczną SPECTRE (kiedyś znana w Polsce jako WIDOMO). Wykazując niesubordynację swym przełożonym (Ralph Fiennes i Andrew Scott) i korzystając z pomocy współpracowników Monneypenny (Naomie Harris) i Q (Ben Whishaw) podróżuje po świecie szukając informacji o złowrogim przywódcy SPECTRE (Christoph Waltz). Od pewnego momentu pomaga mu córka jednego z dawnych rywali, pana White'a (Jesper Christensen), Madeleine Swann (Léa Seydoux).


Film, tak jak pozostałe części z Danielem Craigiem wcielającym się w rolę Jamesa Bonda jest świetnym, intensywnym widowiskiem. Nie ma czasu na nudę, ciągle coś się dzieje: pościgi, strzelaniny, alkoholizacja, flirtowanie przerywane kolejną sceną walki, do tego dochodzą zapierające dech w piersiach lokalizacje ze znakomitą sekwencją początkową w Meksyku na czele. Dwie i pół godziny nieustannej dawki adrenaliny nasączonej lokowaniem produktu. Jednak wydaje mi się, że w pewnym momencie następuje przesyt i jest tego aż za dużo, akcja w kilku momentach mogłaby zwolnić lub nie brnąć w zbyt mało logiczne sceny, które przedłużają film i są widowiskowe ale już nic nie wnoszą i zaczynają męczyć.
Kobietami Bonda w tej części są będąca wdową po włoskim gangsterze Monica Bellucci i Léa Seydoux. Szczerze mówiąc nie kupuję tych pań w tych rolach. Bellucci jednak zestarzała się już od czasu roli w Malenie (gdzie już też była kobietą mocno dojrzałą) i w sumie dziwnie wygląda mizdrzenie się Bonda do kobiety po 50. roku życia (choć jak na swój wiek wyglądającej wciąż dobrze). Idąc tą drogą może się okazać, że kolejną dziewczyną Bonda zostanie Brigitte Bardot albo Maryla Rodowicz. Natomiast Seydoux niespecjalnie wczuwa się w rolę i nie widać chemii między nią a Craigowym Bondem. Nie umiem tego ująć w odpowiednie słowa ale coś mi w niej nie pasuje w tej roli i tyle. 
Także zawiodłem się na znanym przede wszystkim z roli Hansa Landy w Bękartach wojny i lekarza w Django Christophie Waltzu. Austriak mimo że gra tutaj najbardziej tajemniczy i złowieszczy czarny charakter wśród wszystkich przeciwników Bonda, jego Nemezis i osobą wyzutą z człowieczeństwa, która dokonuje masę złego na świecie dla samego poczucia czynienia zła nie wypada zbyt przekonująco. On powinien odrzucać na samą myśl, a tutaj mamy do czynienia z kimś dość nijakim. Nijak ma się to do roli Madsa Mikkelsena w Casino Royale.
Także mam zarzut do piosenki otwierającej film. Uszy bolały od samego słuchania i niestety naprawdę bardzo dobrze zrobiony graficznie opening filmu został przez to dzieło Sama Smitha trwale oszpecony. Jakby trwało to dłużej chyba wyszedłbym z kina. 
Przy wszystkich tych minusach jednak cały czas nie wolno zapominać, że mamy do czynienia z kolejną częścią przygód agenta 007. Jest to seria, która poniżej pewnego poziomu nie schodzi nigdy i tak też jest tym razem. Dostajemy w rezultacie dobry film, który jednak nie jest tak dobry, jak się spodziewano. A szkoda, bo mogłoby to być lepsze pożegnanie z rolą Daniela Craiga. Mimo wszystko warto obejrzeć. 






sobota, 31 stycznia 2015

W oparach onirycznego absurdu

Grand Budapest Hotel
Niemcy, USA, Wlk. Brytania 2014
reż. Wes Anderson
gatunek: komediodramat
zdjęcia: Robert D. Yeoman
muzyka: Alexandre Desplat

Mam problem od czego zacząć. Opisywany w tym miejscu film jest filmem niezwykłym. Niezwykłym na tyle, że strasznie trudno jest dobrać słowa, które oddadzą tym czym jest lub czym na pewno nie jest. Reżyser i scenarzysta w jednym stworzył dzieło, które śmiało możemy nazwać Baśniami Andersona. Nie widziałem do tej pory tak nakręconej produkcji. Produkcji, w której występuje tak wiele różnych gatunków filmowych i nawiązań do wielu aspektów świata. Produkcji, gdzie groteska miesza się z makabrą, akcja z barokowym przepychem, a perwersyjna erotyka ze zwyczajną farsą. W tym filmie jest wszystko. A czy przypadkiem nie jest tak, że jak się jest od wszystkiego to jest się do niczego? Nie w tym wypadku.


Twórca Moonrise Kingdom prezentuje nam fabułę ulokowaną wielopoziomowo. Pierwszą i ostatnią sceną jest scena czasów obecnych, później przenosimy się do lat 80. gdzie znany pisarz snuje swoją historię zabierając nas dwadzieścia lat wstecz, do czasów swej młodości spędzonej w tytułowym hotelu leżącym w fikcyjnym wschodnioeuropejskim kraju Zubrowka. Z jego opowiadania dowiadujemy się, że poznał w tym miejscu historię właściciela hotelu, która znowu przenosi nas ponad trzydzieści lat wstecz, aż do lat 30. ubiegłego wieku, gdzie dzieje się zasadnicza akcja.
A trzeba powiedzieć, że akcja jest dość niezwykła. Poznajemy konsjerża hotelu - niejakiego Pana Gustave'a (Ralph Fiennes), który twardą ręką zarządza tym cieszącym się sławą przybytkiem. Ma także słabość do zadawania się z podstarzałymi arystokratkami bawiącymi w hotelu. Zadawanie nie ogranicza się tylko do konwencjonalnego spędzania czasu i często kończy się w łóżku. Gdy Gustave dowiaduje się od nowego boya hotelowego o wdzięcznym imeniu Zero (Tony Revolori) o śmierci jednej z arystokratek, obaj jadą na pogrzeb denatki. Tam dowiadują się, że zapisała mu w spadku cenny obraz. Z ostatnią wolą matki nie zgadza się jednak jej syn Dmitri (Adrien Brody), który wysługując się demonicznym Joplingiem (Willem Dafoe) będzie chciał zatrzymać za wszelką cenę obraz u siebie...


Sceneria miejsc, które przyjdzie śledzić widzowi w czasie trwania seansu jest mocno przerysowana, wszystko wydaje się odrealnione i wyjęte niczym ze snu. Lokacje przyciągają swym pięknem i tajemniczością lecz od początku mamy wrażenie, że są one z innej bajki. To w dodatku z absurdalnym sposobem zrealizowania wielu scen daje nam niemal surrealistyczne wrażenie przebywania w miejscu, które nie może istnieć. Ale przy całym swym przerysowaniu nieistniejące państwo Zubrowka to miejsce piękne. Piękne ale groźne, co obrazują równie przerysowane czarne charaktery. 
Producentom udało się zaciągnąć do gry naprawdę wielu znanych aktorów, bo do wypisanych wyżej trzeba doliczyć przecież Murraya Abrahama czy Jude Law'a. I wszyscy pokazali się z dobrej strony za co też duży plus. Dawno nie widziałem tak zwariowanego w pozytywnym tego słowa znaczeniu filmu, który przeczy wszystkim prawom logiki, aczkolwiek wchłania jak wir. Zdecydowanie polecam, bo tego opisać się nie da, to trzeba zobaczyć.