Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacyjny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 stycznia 2018

Na łazarskim rejonie nie jest kolorowo

Totem
Polska 2017
reż. Jakub Charon
gatunek: sensacyjny (?)
zdjęcia: Piotr Pawlus
muzyka: Tomasz Domagała

Zapowiadano ten film jako pierwszy prawdziwy polski film o przestępczości zorganizowanej. Już tych pierwszych polskich filmów o mafii trochę w ostatnich latach było jednak w jakiś mało racjonalny sposób (bo chyba nie z powodu Popka, który pojawia się w filmie) zechciałem udać się do kina żeby zobaczyć wreszcie ten prawdziwy, brutalny świat polskiego marginesu. To nie była dobra decyzja.


Dziki (Karol Biernacki) wychodzi z więzienia i zostaje bramkarzem w klubie, w którym zatrudniona jest Dagmara (Małgorzata Krukowska). Dziki nie zamierza jednak uczciwie pracować, a robić karierę w półświatku przestępczym wzorem swojego brata, wpływowego gangstera Igora (Sobota). 


Kiedyś opisywałem na łamach bloga inny polski film hmm gangsterski - niesławną Gejszę. Nie spodziewałem się wtedy, że obejrzę coś równie złego. A stała się rzecz niezwykła - film Charona jest jeszcze gorszy. Nie wiem jak to się stało, że takie badziewie trafiło poza limitowanym wydaniem na DVD dla znajomych twórców. Przecież ten film nie był przeznaczony tylko do kin studyjnych, ale jakimś cudem wepchnięto go do multipleksów umożliwiając naprawdę dużą widownię. Pewnie i tak mało kto się na to wybrał, ale jednak możliwość była, a to już dużo. 
Chciałbym wypunktować normalnie zastrzeżenia, błędy tego filmu ale się nie da. Jest tego normalnie za dużo. Cały ten film jest jednym wielkim błędem. Niby jest tam jakaś fabuła, ale w sumie ciężko ją zauważyć (może dlatego, że trzy czwarte dialogów jest niezrozumiałych, wypadałoby dołączyć do filmu polskie napisy), gra aktorka leży i kwiczy (na szczególne brawa zasługuje osoba grająca szefa serbskiej mafii) i chyba raper Sobota dość nieoczekiwanie nawet dla samego siebie jest najsilniejszą pozycją aktorską. Najgorsza jest jednak praca kamery i montaż. Obraz wciąż podążą za nijakim głównym bohaterem, jest krok za nim ucinając mu przy okazji ćwierć głowy. Już pal licho to, że gdy Dziki jedzie samochodem widać w lusterku siedzącego na tylnym siedzeniu gościa kręcącego film, bo i takie wpadki zdarzają się i w Hollywood jednak jako całość sposób, w jaki film został nakręcony męczy. Nie ma tu plusów, można znęcać się nad każdą minutą filmu (sam chciałem wyjść gdzieś po kwadransie) jednak nie wiem po co. Film tylko dla masochistów. Możecie polecić go swym najgorszym wrogom marnując im dwie godziny życia. Siedzący w więzieniu powinni mieć możliwość skracania sobie wyroków oglądając ten film (jeden seans Totemu - jeden miesiąc odsiadki mniej). Zapewne film ten będzie przez lata wspominany na liście wszech czasów w kategorii najgorszych polskich filmów.





niedziela, 10 grudnia 2017

Stary człowiek i (jeszcze) może

Krwawa profesja (Blood Work)
USA 2002
reż. Clint Eastwood
gatunek: kryminał, sensacyjny
zdjęcia: Tom Stern
muzyka: Lennie Niehaus 

Jak już zapewne przy kilku okazjach wspomniałem lubię i cenię sobie Clinta Eastwooda zarówno aktorsko, jak i w roli reżysera (co najwyżej nie podoba mi się przeważnie jego postawa polityczna, jednak nie o tym jest ten blog i nie mieszam dziedziny filmowej z politycznym bagnem). Obecnie już dobiegający do dziewięćdziesiątki Eastwood częściej produkuje się jako reżyser, więc warto przypomnieć film z jego wcześniejszych dokonań w tej dziedzinie.


Doświadczony agent FBI Terrell McCaleb (Eastwood) podczas pościgu za przestępcą dostaje zawału i ledwie odratowany udaje się na zasłużoną emeryturę. Po pewnym czasie zgłasza się do niego matka zamordowanej dziewczyny (Wanda De Jesus) prosząc go, by pomógł złapać sprawcę. McCaleb po wielu prośbach decyduje się zabrać za sprawę. Do pomocy werbuje mieszkającego nieopodal znajomego, Buddy'ego (Jeff Daniels). 


Lubię Eastwooda w filmach, gdzie kreuje podobnych bohaterów, jak tutaj (na przykład cykl przygód Harry'ego Callahana). \Wydaje się on odpowiednią osobą na swoim miejscu, czując się jak ryba w wodzie w rolach działających na granicy prawa policjantów, detektywów etc. Niestety w opisywanym filmie Clint jest już dobrze po siedemdziesiątym roku życia i widać, że to łabędzi śpiew jego aktorskiego twardego, policyjnego emploi. O ile w scenach statycznych, dialogowych jest on wciąż starym, dobrym Eastwoodem znanym z wcześniejszych dokonań, to jednak przekombinowane sceny akcji w jego wykonaniu kłują w oczy. Gorzej jest jednak jeszcze w scenach hmm romansowych, które też mają tu miejsce w wykonaniu aktora-reżysera. Nie byłoby to takie rażące, gdyby ów romans nawiązany był z kobietą około 60. letnią, jednak Clint wybiera sobie kobiecinę ponad trzydzieści lat od siebie młodszej. No trochę nie na miejscu. 
Także fabularnie jest średnio - film, choć zaczyna się całkiem obiecująco (nie licząc scen akcji w wykonaniu Clinta), to później zaczyna kuleć, zaś tendencyjna i przewidywalna końcówka również nie jest szczytem wyrafinowania. 
Reasumując dostajemy przeciętny film ze starzejącym się gwiazdorem. Film, jakich wiele w temacie więc raczej tylko dla fanów gatunku lub (oraz) reżysera-aktora. 




wtorek, 10 października 2017

Zakochany szpieg

Szpieg, który mnie kochał (The Spy Who Loved Me)
Wielka Brytania 1977
reż. Lewis Gilbert
gatunek: sensacyjny
zdjęcia: Claude Renoir
muzyka: Marvin Hamlisch

Szpiegiem, który mnie kochał po dziesięciu latach reżyser (obecnie dobiegający do setki) Lewis Gilbert powrócił do uniwersum agenta 007, gdyż wcześniej bardzo udanie zadebiutował w tej roli kręcąc Żyje się tylko dwa razy (jeszcze z Sean'em Connerym w roli Bonda). W drugim z trzech reżyserowanych przez Gilberta filmów o najsłynniejszym kinowym agencie w rolę szpiega wcielił się już Roger Moore. 


Niemal jednocześnie zostają porwane dwie atomowe łodzie podwodne. Problem w tym, że jedna z nich należy do Wielkiej Brytanii, druga zaś do Związku Radzieckiego. Agenci obu państw starają się dowiedzieć, co się stało. Zjednoczone Królestwo wspiera oczywiście agent 007 (Roger Moore), zaś stronę radziecką reprezentuje urocza Anja Amasowa (Barbara Bach). Ich trop wiedzie do Egiptu, gdzie muszą połączyć swe siły. Odkrywają też, że za porwaniem stoi niejaki Karl Stromberg (Curd Jürgens)...


Spotkałem się z kilkoma opiniami, które stawiają tę część przygód Jamesa Bonda wśród najlepszych odcinków serii. Jest to dla mnie dość kontrowersyjna opinia, gdyż sam tak nie uważam, jednak prawdą jest, że odsłona ta przyniosła uniwersum kilka kultowych scen oraz postaci. Najważniejszą z nich jest na pewno pojawienie się osoby Buźki (Richard Kiel), który to będzie dla Bonda swoistym Nemezis w tej, jak i kolejnej odsłonie jego przygód. Ten posiadający charakterystyczny uśmiech olbrzym na sterydach jest jedną z najbardziej zapamiętanych postaci epizodycznych w całej ponad stuletniej historii kina. Pamiętam, że oglądając z rodzicami filmy o Bondzie to właśnie świętej pamięci Kiel zostawał w świadomości na najdłużej. 
Oprócz tego mamy do czynienia z typowo bondowską linią fabularną, gdzie pewien ciąg przyczynowo-skutkowy jest zachowany, a całość ma swoje stałe punkty. Ogólna intryga nie jest specjalnie odkrywcza, a gdyby nie obecność Barbary Bach w roli agentki radzieckiego wywiadu byłaby jeszcze słabsza. Wątek Stromberga zaś jest moim zdaniem jednym ze słabszych w całej serii, i ten czarny charakter pozostaje w tyle za najsłynniejszymi rywalami Bonda. 
Każdy fan sensacyjnych przygód 007 na pewno powinien obejrzeć ten film i zapewne spodoba mu się to, co widzi na ekranie, jednak dla innych nie będzie to pozycja obowiązkowa. Solidny film ze sprawdzonego uniwersum, który jednak niczym (oprócz obecności Buźki) się nie wyróżnia. 





środa, 9 sierpnia 2017

Pojedynek gwiazd

Człowiek ze złotym pistoletem (The Man with the Golden Gun)
Wielka Brytania 1974
reż. Guy Hamilton
gatunek: sensacyjny
zdjęcia: Ted Moore
muzyka: John Barry


Kontynuując swoją przygodę z moją ulubioną serią filmową po raz kolejny obejrzałem klasyczny film z agentem 007, w którym to siły połączyli reżyser Guy Hamilton i aktor Roger Moore. Jest to oczywiście następna część z srebrnej epoki filmów o Jamesie Bondzie. 


Tym razem los konfrontuje agenta Jej Królewskiej Mości Jamesa Bonda (Roger Moore) z najgroźniejszym płatnym zabójcą na świecie, Scaramangą (Christopher Lee). Morderca wysyła do biura agencji złoty pocisk dając znać, że ma zamiar zlikwidować 007...


Kolejny, niestety ostatni już Hamiltonowy Bond to kolejna porcja sprawdzonej klasyki, w której to prym wiodą dwaj równorzędni przeciwnicy - grany przez ówczesną ikonę stylu i klasy Rogera Moore'a oraz późniejszego Sarumana i aktora wielu ról drugoplanowych, Christophera Lee. Postać grana przez Lee jest jednym z niewielu czarnych charakterów w serii, która nie tylko nie ma szczególnie złych intencji odnośnie Bonda, ale w pewnym sensie podziwia go i szanuje jego postać. Choć pojedynek 007 z posługującym się tytułową złotą bronią szwarcharakterem jest od początku nieodzowny, to sposób, w jakim obaj panowie będą się traktowali jest różny do tego, co przeważnie widzimy w serii.
Oprócz dobrych ról głównych antagonistów mamy tutaj kilka równie udanych ról kobiecych, gdzie prym wiodą Britt Ekland i Maud Adams. Dodatkowo ważną rolę po raz kolejny spełnia też specyficzny bondowski humor, znów w dużej mierze związany z postacią sierżanta Peppera. Dodatkowo komizm wprowadza związany ze Scaramangą karzeł. Daje to odpowiednią dawkę dystansu i odpoczynku od głównej, bardziej dramatycznej akcji. Kolejny raz Hamilton zaserwował nam solidny odcinek szpiegowskiej serii i szkoda tylko, że nie zajął się on już żadną kolejną kontynuacją. 









środa, 16 listopada 2016

Więcej,dłużej,lepiej?

Pitbull. Niebezpieczne kobiety
Polska 2016
reż. Patryk Vega
gatunek: sensacyjny, komedia

Poprzedni Pitbull, czyli Nowe porządki zgromadził w kinach prawie półtora milionów widzów, co na polskie warunki jest liczbą naprawdę bardzo dobrą. Film Vegi mimo napiętego mocnymi premierami kalendarza stycznia przez dłuższy czas utrzymywał się na najwyższych najwyższych miejscach w poszczególnych tygodniach pierwszej części roku. Vega długo nie czekając zaczął kuć żelazo, póki gorące i  już w 10 miesięcy później doczekaliśmy się kontynuacji hitu z początku roku. 


Na główny plan filmu wysuwa się strażak o pseudonimie Cukier (Sebastian Fabijański), który dodatkowo jest członkiem międzynarodowego gangu motocyklowego z siedzibą w Niemczech. Poznajemy historię jego dziewczyny, noszącej pseudonim Drabina (Alicja Bachleda - Curuś), oraz kilku innych niebezpiecznych kobiet: Zuzy (Joanna Kulig), Jadźki (Anna Dereszowska) i Somalii (Magdalena Cielecka). W filmie powracają znani ze wcześniejszej części Majami (Piotr Stramowski), Olka (Maja Ostaszewska), Gebels (Andrzej Grabowski) czy Strachu (Tomasz Oświeciński).


Film jest typowym przykładem kontynuacji. Mamy w tym przypadku to samo, co we wcześniejszej wersji, tylko, że wszystkiego jest tu po prostu więcej. Już samą liczbą postaci, jakie występują w filmie mając jakieś poważniejsze role można byłoby obdzielić kilka innych filmów. Oprócz już wymienionych jest przecież między innymi dość istotna postać grana przez porzucającego koloratkę Artura Żmijewskiego. Niestety mimo dość długiego formatu filmu (135 minut) nie udało się zbyt wiarygodnie przedstawić fabuły, a same postaci i ich psychologia są ukazane w sposób wyjątkowo szczątkowy. Po raz kolejny Vega serwuje widzom film bez precyzyjnej fabuły, stawiając na luźno powiązane ze sobą opowieści - sceny z życia postaci. Może jeśli reżyser umie sprawnie prowadzić akcję, czasem dobrze wkomponuje zabawny lub ostry dialog czy odpowiednio zrealizuje sceny pościgów lepiej byłoby, gdyby skupił się właśnie na tym, prace nad scenariuszem zostawiając komu innemu. 
Co zaś do samego filmu, to dostajemy tu zlepek pościgów, strzelanin, wulgaryzmów, szybkich aut i ostrych kobiet. Postaci, które pojawiają się na ekranie mają w sobie siłę, dzięki której łatwo się do nich przywiązać i je po prostu zwyczajnie polubić. Skoro dostajemy w zasadzie to samo, co wcześniej tylko z kilkoma nowymi postaciami to można śmiało powiedzieć, że jeśli lubiło się wcześniejszy film i ten się spodoba. Jeśli jednak od styczniowego Pitbulla odbiło się od ściany, uznając to za prymitywną i pozbawioną celu rozrywkę bazującą na najniższych instynktach to nie powinno się oczekiwać czego innego po tym tytule. Biorąc pod uwagę jednak rekordy kinowe film zgromadzi sporą grupę fanów. Jak dla mnie to jednak już pomału przesyt tego samego. 





sobota, 22 października 2016

Czarny kryminał

Shaft
USA 1971
reż. Gordon Parks
gatunek: kryminał, sensacyjny

W początkowych latach 70. ubiegłego wieku w USA wśród czarnoskórych popularność zdobył gatunek filmowych nazywany Blaxploitation. Gatunek ten zapoczątkowany przez film W upalną noc z 1967 roku był kinem afroamerykańskim skierowanym dla czarnej społeczności amerykańskich miast. W filmach tych zatrudniano czarnoskórych aktorów, zaś ścieżkę dźwiękową stanowiły przeważnie soul i funk. Jednym z najbardziej znanych filmów tego podgatunku jest właśnie opisywany film.


Czarnoskóry policjant John Shaft (Richard Roundtree) dostaje prywatne zlecenie od gangstera z Harlemu Bumpy'ego (Moses Gunn), by znaleźć porywaczy jego córki (oraz ją samą). Podejrzenia przestępcy padają na Bena Buforda (Christopher St. John).


Pamiętam jak dość dawno temu widziałem remake tego filmu, o trzydzieści lat od niego starszą produkcję pod tym samym tytułem z Samuelem L. Jacksonem w roli głównej. Nie pamiętam już zbytnio o co w nim chodziło, jednak mam dobre wspomnienia z produkcją i wiem, że tamten film mi się wówczas podobał. Zainteresowany sięgnąłem po oryginał i niestety nie mogę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Chociaż są i tacy, którzy porównują film czy w zadzie filmy (bo powstały kontynuacje przygód Shafta) do serii z Brudnym Harry'm granym przez Clinta Eastwooda. 
Jest to na pewno ważny dla społeczności afroamerykańskiej film. Po raz jeden z pierwszych w historii filmu pokazano czarnego policjanta, który nie dość, że jest postacią pozytywną to jeszcze całkiem inteligentną. Jednak w moim współczesnym odczuciu postać Shafta jakoś specjalnie lubić się nie da. Może i walczy on z białym rasizmem ale ten bohater jest przedstawicielem czarnych rasistów, który do tego ulega stereotypom rasowym. Jest także niezbyt sympatyczny w stosunku do innych i sprawia wrażenie zakochanego w sobie. Nagminnie też zdradza żonę, co w sumie twórcom zdaje się imponować, gdyż atuty seksualne bohatera są nawet wyszczególnione w piosence będącej motywem przewodnim filmu. Warto zwrócić uwagę na to, że piosenka ta zdobyła Oscara. 
Także warstwa scenariuszowa nie jest na zbyt wysokim poziomie. Mamy prostą historię przekalkowaną z dziesiątek podobnych filmów, a jej stworzenie zapewne nie trwało więcej niż 10 minut. Żeby było łatwiej jest to adaptacja książki, która zapewne też nie grzeszyła oryginalnością. Dodać do tego radosne choć dość amatorskie aktorstwo i z plusów zostaje w sumie tylko ciekawy klimat całości i w sumie niezła muzyka. Oczywiście można zaliczyć po stronie plusów walkę o emancypację rasową. Jednak w 45 lat po premierze obecnie ciężko jest polecić ten film szerszemu odbiorcy. 





niedziela, 16 października 2016

Morze krwi

Morze Żółte (Hwanghae)
Korea Południowa 2010
reż. Hong-jin Na
gatunek: dramat, sensacyjny, thriller

Od jakiegoś czasu lubię koreańskie kino, chociaż jest z nim trochę, jak ze znanymi z Harry'ego Pottera fasolkami wszystkich smaków Bertiego Botta - nigdy nie wiadomo co dokładnie znajdziemy w danym filmie. Mimo opisów i wcześniejszych ocen może się okazać, że słaby według niektórych film przypadnie do gustu, zaś coś ocenianego bardzo dobrze okaże się kompletnym badziewiem. Ale taka nieprzewidywalność to także pewien drobny urok tego kina.


Gu-nam (Jung-woo Ha) jest żyjącym w Chinach taksówkarzem borykającym się z licznymi problemami, od alkoholu po hazard. Jakby tego było mało jego żona wyjechała do Korei i nie daje znaków życia, zaś Gu-nam musi spłacić jego wizę. Z pomocą przychodzi mu lokalny przemytnik Jeong-hak Myeon (Yoon-seok Kim), który proponuje mu pieniądze w zamian za zabójstwo na zlecenie na terenie Korei.


Trochę napaliłem się na obejrzenie tego filmu. Po przeczytaniu opisu stwierdziłem, że może idealnie wpasować się gatunkowo i klimatycznie w mój gust filmowy. Początek seansu zapowiadał, że film może być dobry. Ciekawie zobrazowany beznadziejny los bohatera w miejscu bez perspektyw, nieoczekiwana propozycja i wypłynięcie do Korei na zlecenie. Później zaś próba realizacji tegoż. Wszystko do tego momentu miało ręce i nogi oraz wypadało całkiem nieźle. Niestety to tylko 45 minut z prawie dwóch i pół godziny (co ciekawe widziałem wersję reżyserką filmu, pierwszy raz okazała się ona krótsza od tej normalnej). Później klimat idzie się kochać zaś na pierwszy plan wkraczają bezsens, głupota i krwawa jatka. Bohaterowie okazują się głupi (tak głupich policjantów nie widziałem od czasu...poprzedniego filmu tego reżysera, czyli W pogoni. Równie dobrze ekipę policyjną mogliby stanowić Benny Hill, Muminek, Lumpy z Happy Tree Friends oraz Flip i Flap), nieśmiertelni i niewrażliwi na ciosy łomami, nożami czy siekierami (Rambo przy bohaterach to Cienki Bolek). Bezsens fabularny przez ostatnie 2/3 filmu jest ogromny i w pewnym momencie reżyser nawet chyba nie troszczy się o to, by jakoś chociaż udawać, że jest jakaś fabuła, a po prostu kieruje widzów na kolejne sceny rzezi (jak w co gorszych pornosach, gdzie aktorzy początkowo wymienią kilka zdań fabularnych, jednak gdy dochodzi do pierwszych scen akcji zapominają, że chodzi tu o coś innego niż pieprzenie). Naprawdę zaczynam dochodzić do wniosku, że Hong-jin Na jest po prostu kiepskim reżyserem, gdyż nie potrafi on z dobrych materiałów startowych stworzyć pełnokrwistego filmu, dopracowanego i bogatego w szczegóły. Naprawdę ten film miał wielki potencjał i oczami wyobraźni widzę już dobrą opowieść opartą na początkowych scenach. Gdyby dalej pójść tym tropem dostalibyśmy film aspirujący do najlepszych, niestety skończyło się tak, jak się skończyło i niestety nie mogę tego filmu nikomu polecić. A szkoda.





niedziela, 19 czerwca 2016

Nowe porządki

Prawo i pięść
Polska 1964
reż. Edward Skórzewski, Jerzy Hoffman 
gatunek: sensacyjny, psychologiczny

W myśl powojennego ładu jak wszyscy wiemy Polska straciła wschodnią część swego przedwojennego terytorium (nowa granica na linii Curzona) dostając w zamian odebrane Niemcom tak zwane Ziemie Odzyskane, stanowiące dzisiejszą zachodnią i północną część kraju. Proces przesiedleń był dość długi i nie skończył się wraz z końcem wojny. Początki utrwalania nowego ładu możemy zaś obejrzeć w tym filmie. 


Polska tuż po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku. Na Ziemie Odzyskane przybywa więzień obozów koncentracyjnych, Andrzej Kenig (Gustaw Holoubek). Stara się on o prace u pełnomocnika rządu. Zostaje wysłany do opuszczonego przez Niemców miasteczka wraz z grupą ochotników, mając na celu zabezpieczyć w imieniu państwa tamtejsze mienie przed szabrownikami. Ekspedycją przewodzić będzie doktor Mielecki (Jerzy Przybylski).


Film ten jest określany jako jeden z nielicznych polskich westernów. I określenie to wydaje się całkiem słuszne biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich osadzona jest fabuła filmu Skórzyńskiego i Hoffmana. Jest to film starający się dobrze odwzorować problemy i postawy ludzi, którym przyszło żyć w tamtych czasach. Ich poczynania warunkują zarówno echa trudnej, wojennej przeszłości, jak i wizja przyszłości, którą może ułatwić szaber. Decydenci mieli szczęście do aktorów, gdyż obsadzenie Holoubka, jak i Gołasa, Pietruskiego czy Dobrzyńskiego to strzał w dziesiątkę. Chociaż może trochę drażnić lekko teatralna maniera Holoubka to chyba jest ona świadoma, mająca na celu odwzorowanie postaci szybko nazwanej polskim Eastwoodem. Oddzielne zdanie należy się zaś piosence będącej motywem przewodnim filmu. Nim wstanie dzień w wykonaniu Fettinga to jedna z lepszych polskich piosenek filmowych, która robi wrażenie do dzisiaj. Do dzisiaj jest ona chętnie coverowana i żyje w świadomości ludzi, co chyba świadczy samo o sobie. Oczywiście film nie ustrzegł się błędów, widać też na nim znaki czasu i brak wielkich funduszy. Najlepiej widoczne jest to w scenach akcji, podczas strzelanin, które wyglądają strasznie amatorsko, wręcz archaicznie. Także niektóre sceny odbywające się w nocy lub zaciemnieniu nie wyglądają najlepiej. Tak samo jak udźwiękowienie, które chyba jest bolączką rodzimych filmów od zawsze. Jednak mimo tych wad jest to film naprawdę niezły, wart obejrzenia. Wypada kiedyś w wolnej chwili poświęcić 90 minut na jego seans. 




niedziela, 17 kwietnia 2016

Policjanci i złodzieje

Doberman (Dobermann)
Francja 1997
reż. Jan Kounen
gatunek: sensacyjny 


Z czynnych francuskich aktorów aktualnie najbardziej lubię oglądać na ekranie Vincenta Cassela (uważam go za jednego z lepszych w swoim fachu nie tylko w Europie ale i na świecie). Dlatego w miarę regularnie staram się oglądać filmy z jego udziałem, chociaż i tak tych, których jeszcze nie zobaczyłem jest więcej.Tym razem trafiłem na film, w którym aktor gra po raz kolejny ze swą przyszłą żoną, Monicą Bellucci, więc uznałem, że to pozycja warta uwagi choćby dla tej pary. 


Nie mamy do czynienia z jakąś bardzo skomplikowaną fabułą. Gangster o pseudonimie Doberman (Vincent Cassel) wraz ze swoją głuchoniemą dziewczyną Nathalie (Monica Bellucci) dowodzi bandą złożoną z przeróżnych psychopatów. Po tym, gdy napadają na jeden z paryskich banków ścigać ich zaczyna bezwzględny inspektor Cristini (Tchéky Karyo). Zamierza wykorzystać do tego celu transwestycką prostytutkę Sonię (Stéphane Metzger).


Mamy do czynienia z filmem bardzo komiksowym w swej stylistyce. Poczynając od niektórych kadrów stylizowanych na komiksowe paski, po mocno przerysowane, groteskowe wręcz postaci wszystko układa się tu po komiksowemu właśnie. Mamy tutaj do czynienia ze starciem psychopatycznych przestępców z równie psychopatycznym policjantem, przez co granica między dobrem a złem w filmie praktycznie nie istnieje. Całość zaś jest bardzo brutalna nawet jak na film akcji. Mamy do czynienia z bezkompromisową historią przedstawioną bez żadnych ugrzecznień. Także posoka leje się tu strumieniami, niejeden mózg ląduje na ścianie, a dużą część akcji dzieje się w klubie transwestytów. Także fani wyrafinowanych i subtelnych produkcji raczej nie powinni czego tu szukać. Mnie osobiście kilka aspektów tego filmu przypadło do gustu, w kilku zaś fragmentach miałem całej produkcji serdecznie dość. Jednak jako typowo męskie kino akcji film spełnia swoją rolę całkiem dobrze. Wspomniani na wstępie Cassel i Bellucci nie odegrali tu jakichś wielkich, przełomowych ról jednak nie najgorzej wpisali się w typową dla tego filmu konwencję. Jeśli więc chce się obejrzeć nieco inne niż amerykańskie intensywne kino akcji to ten film jest wart polecenia. Ale pamiętać trzeba, że nie będzie to żadne wielkie kino.

 


sobota, 16 kwietnia 2016

Kobieta zawodowa

Nikita (La Femme Nikita)
Francja 1990
reż. Luc Besson
gatunek: sensacyjny

W tym tygodniu obejrzałem już jeden film Bessona, Piąty element z 1997 roku. Tym razem przypomniałem sobie jego film z roku 1990, który pozwolił utorować reżyserowi drogę do Hollywood oraz był niejako doskonałą rozgrzewką do znakomitego późniejszego Leona zawodowca. Pamiętam, że oglądałem ten film dawno temu, jeszcze na początku podstawówki i to był chyba pierwszy z filmów, który zrobił na mnie wrażenie. I po latach oglądany ponownie muszę przyznać, że wciąż trzyma poziom.


Młoda narkomanka Nikita (Anne Parillaud) wraz z kolegami napada na aptekę. Podczas policyjnej interwencji zabija policjanta, za co trafia za kratki. Jednak zamiast odsiadywać wyrok trafia do ośrodka szkoleniowego dla zabójców pracujących dla rządu. Tam pod okiem niejakiego Boba (Tchéky Karyo) przechodzi kilkuletnie szkolenie. Po wyjściu z ośrodka poznaje kasjera Marca (Jean-Hugues Anglade), z którym zamieszkuje. Po kilku miesiącach jednak przeszłość daje o sobie znać po raz pierwszy...


Takie filmy sensacyjne lubię! Nie jest to produkcja, gdzie scena akcji goni scenę akcji i nie ma chwili spokoju. Tutaj choć jest trochę dłużyzn i monotonii to w pewnym momencie producenci włączają pewny przeskok i akcja wskakuje na wyższy poziom. Sceny strzelanin mimo, że mają już ponad ćwierć wieku nie zestarzały się ani trochę i uważam, że to jedne z lepszych strzelanych scen w historii kina (a sekwencja pierwszego zabójstwa, jakiego dopuszcza się Nikita - filmowa poezja!). Choć sceny akcji to tutaj może 10-15 procent całego niemal dwugodzinnego filmu to i tak sądzę, że to wystarczy i tylko dla nich warto obejrzeć film. Oprócz tego mamy pokazaną też przemianę głównej bohaterki z przygłupiej ćpunki w samoświadomą kobietę, pełną uroku ale i śmiertelnie niebezpieczną. Cudowną rolą jest tutaj postać Czyściciela grana przez Jeana Reno. Epizodyczna postać jest chyba najbardziej zapadającą w pamięć osobą w filmie. Oraz zapowiedzią przyszłego Leona, w którego aktor wcieli się w jednym z następnych filmów Francuza. 
Sądzę, że film ten, choć nie stał się kultowy, jak wspomniany już Leon (może to kwestia braku wyrazistego przeciwnika, którego tutaj brakuje, a który Leon za sprawą świetnego Gary'ego Oldmana posiada) to jest jak najbardziej warty polecenia, gdyż to kawał dobrego kina. Jeśli ktoś polubił Leona zawodowca, a nie widział jeszcze Nikity to nie powinien się zastanawiać. 






niedziela, 10 kwietnia 2016

Noir z Sosnowca

Gejsza
Polska 2015
reż.  Radosław Markiewicz
gatunek: dramat, sensacyjny


Zazwyczaj cieszę się, gdy wychodzi jakiś nowy polski film. Szczególnie jeśli jest to coś innego niż komedia głupia lub tak zwana komedia romantyczna. Tutaj zaś według zapowiedzi mieliśmy otrzymać mroczny film gangsterski, którego akcja będzie rozgrywać się wokół night clubu, a całość kręcona była w egzotycznym Sosnowcu. To wszystko sprawiało, że czekałem zaciekawiony na tę produkcję. Jak się okazało - niepotrzebnie. 


Kolos (Konrad Eleryk) wychodzi po kilku latach z więzienia i wraca do pracy na bramce w night clubie 'Gejsza' prowadzonym przez niejakiego Igora (Mirosław Zbrojewicz), w którym tańczy zalecająca się do niego Velvet (Marta Żmuda Trzebiatowska). Mężczyzna zaczyna dodatkowo dorabiać pomagając lokalnemu bossowi, Hajsowi (Marian Dziędziel).


Ten film to jedno wielkie nieporozumienie. Poczynając od żałosnej fabuły, jaką wymyśliłby na krótkiej przerwie co drugi gimnazjalista, fatalnie napisanych postaci przez słabe udźwiękowienie, zerową grę aktorską po kiepski montaż i zdjęcia. Nie ma w tym filmie nic, co warto pochwalić. Twórcy chcieli stworzyć pierwszy od dawna polski film noir, jednak wyszła z tego niestrawna papka różnych, poskładanych nieskładnie wyblakłych klisz. Oczekiwałem przez 90 minut, że fabuła mnie czymś zaskoczy, jednak jeśli tak, to co najwyżej jakąś kolejną irracjonalnością. Także miejsca, gdzie kręcono film to jakieś nieporozumienie. Przeczytać można o m.in. Sosnowcu czy Czeladzi, czyli jakby nie patrzeć można oczekiwać ukazania jakiegoś mrocznego miasta zła, zaś bohaterowie przemieszczają się po jakichś postapokaliptycznych pustkowiach. Gdyby to była polska odpowiedź na Mad Maxa to czemu nie, ale w tym wypadku to co najmniej dziwne. 
Dziwię się też, że w sumie niezły aktor, jakim jest Zbrojewicz czy będący od czasów Wesela na linii wznoszącej Dziędziel zdecydowali się zagrać w tym miernym filmie. I dopasowali się do fatalnego poziomu całości. Na pewno nie będą zbyt mile wspominać tego filmu. Chyba najlepsze od biedy wrażenie aktorskie zrobiła Agnieszka Więdłocha w roli rehabilitantki brata Kolosa. Drewnianej Żmudy Trzebiatowskiej za samo pokazanie się nago chwalić nie będę, gdyż może i to miłe dla oka, ale jednak opieranie filmu na samych cyckach to raczej nie ten gatunek filmowy. 
Nie polecam, oglądacie na własne ryzyko. Najniżej oceniony film od czasu założenia bloga - to mówi samo za siebie.



czwartek, 28 stycznia 2016

Ikoniczny pojedynek

Gorączka (Heat)
USA 1995
reż. Michael Mann
gatunek: dramat, sensacyjny

Al Pacino i Robert De Niro to w swoim czasie uznawani za jednych z najlepszych aktorów Hollywood. Dzisiaj już panowie po 70. roku życia mieli jednak swoje aktorskie pięć minut już od lat 70. XX wieku i to pięć minut w sumie przedłużyło się i z lepszym lub gorszym skutkiem trwa do dzisiaj. Amerykańscy aktorzy włoskiego pochodzenia nie mieli jednak możliwości spotkać się szybko na planie filmowym, choć wystąpili w jednym filmie już w Ojcu chrzestnym II w 1974 to ich postaci ukazywały się w oddzielnych wątkach. Musiało minąć jeszcze ponad 20 lat, by będący już po pięćdziesiątce aktorzy zagrali razem - miało to miejsce w opisywanym właśnie filmie. 


Specjalizujący się w napadach gangster Neil McCauley (Robert De Niro) wraz z ekipą utalentowanych bandytów (z których wyróżnić można choćby postać zagraną przez Vala Kilmera) napada na konwój rabując z niego aktywa na ponad półtora miliona dolarów zabijając przy tym całą obstawę zaatakowanej furgonetki. Śledztwo w tej sprawie rozpoczyna zmagający się z osobistymi problemami porucznik Vincent Hanna (Al Pacino). Tymczasem McCauley i jego banda przymierzają się do napadu na bank...


Główni antagoniści zagrani przez wspomnianych już we wstępie czołowych aktorów zostali naprawdę dobrze napisani i zagrani. Widz nie ma przed oczyma dwóch czarno - białych postaci, jednej krystalicznie dobrej, a drugiej złej do szpiku kości lecz dwie bardzo ludzkie osobowości. Oglądając ich zmagania w sumie nie wiemy komu kibicować, bandycie czy stróżowi porządku, gdyż i postać grana przez Roberta De Niro da się po prostu lubić. 
Jest to film sensacyjny, jednak nie znaczy to, że mamy do czynienia z trwającymi non stop pościgami, strzelaninami, scenami akcji. Trwający prawie trzy godziny film jest bardzo stonowany, a przez długi czas dzieje się bardzo mało. Tylko kilka scen jest tutaj naprawdę jazdą bez trzymanki, jak na przykład sekwencja początkowego rabunku czy ponad 10 minutowa scena napadu na bank. Wtedy jest mocno, chaotycznie i bardzo głośno. 
Sam film był w swoim czasie wyznacznikiem ambitnego kina akcji jednak mimo, że wciąż ogląda się to dobrze, wydaje mi się, że przez te ponad dwadzieścia lat od premiery produkcja ta odrobinę się zestarzała i nie ogląda się tego tak samo dobrze, jak kiedyś. Także sam metraż filmu, z wieloma scenami nudy nie jest plusem. Myślę, że gdyby skrócono film o te pół godziny, kasując te najbardziej nijakie i zbędne sceny wyszłoby to produkcji na lepsze.
Reasumując wciąż otrzymujemy niezły film, czasem nawet dobry lub bardzo dobry, który ma jednak swe wzloty i upadki, jednak dla dwóch głównych ról warto go zobaczyć.  





niedziela, 24 stycznia 2016

Wściekłe psy

Pitbull. Nowe porządki
Polska 2016
reż. Patryk Vega
gatunek: sensacyjny


I oto miałem okazję obejrzeć po raz pierwszy film, który może pochwalić się rocznikiem 2016. Padło na polski film, na który czekałem od czasu zobaczenia pierwszego, rewelacyjnie zachęcającego zwiastuna. Jest to kolejne podejście reżysera do serii Pitbull, na którą składały się naprawdę dobry, trzy sezonowy serial oraz wyraźnie słabszy film kinowy. Od czasu poprzednika trochę jednak wody w Wiśle zdążyło upłynąć, więc oczekiwania względem filmu były dla fanów dość duże, a cała reszta zbytnio się tym nie ekscytowała. 


Policjant o pseudonimie Majami (Piotr Stramowski) prowadzi dochodzenie w sprawie wyłudzania haraczy na mokotowskim bazarze. W tym czasie gangster znany jako Babcia (Bogusław Linda) zaprowadza w dzielnicy nowe porządki wyniszczając konkurencję i tworząc grupę mokotowską, w skład której wchodzą między innym nasterydowany Strach (Tomasz Oświeciński) i psychopatyczny Zupa (Krzysztof Czeczot). Tymczasem na innej warszawskiej komendzie policjant znany jako Gebels (Andrzej Grabowski) próbuje rozwikłać zagadkę gangu obcinaczy palców.


Patryk Vega popełnił jakiś czas temu książki Złe psy. W imię zasad oraz Złe psy. Po ciemnej stronie mocy. Drugiej z nich nie czytałem, jednak zapoznałem się wcześniej z pierwszą częścią. Policyjne historie tam zebrane posłużyły w dużej części jako inspiracja do scenariusza tego filmu. Jeśli przeczytało się książkę to późniejszy seans obfituje w różne smaczki i nawiązania do wcześniejszej lektury (albo serwowanie przez autora odgrzewanych kotletów, jak kto woli).
Vega świetnie dopasował kadrę aktorską w filmie. Krytykowany przez wielu brak Marcina Dorocińskiego w roli Despero jest moim zdaniem świetnie rekompensowany przez postać Majami, w którą wciela się debiutujący na dużym ekranie Stramowski. Naprawdę bardzo dobrze napisana i jeszcze lepiej zagrana postać. Liczę, że aktor wcieli się w podobnego bohatera w przyszłości. Bardzo ucieszyło mnie zatrudnienie w roli głównego antagonisty Bogusława Lindy. Zbliżający się do wieku emerytalnego aktor ten po ostatnich latach, gdy grał opiekunkę do dzieci czy gotował na ekranie wreszcie dostał rolę podobną do tych, dzięki którym ukształtował się jako główny twardziel III RP. Śmiem twierdzić, że jeśli Linda urodziłby się nie w PRL, a w USA lub Europie Zachodniej dziś cieszyłby się statusem porównywalnym do Liama Neesona. Plusem oczywiście jest też charakterystyczna rola Grabowskiego, ale też dwie jaskrawe postaci kobiece. Zarówno Agnieszka Dygant, jak i Maja Ostaszewska grają tu postaci niezgodne ze swym eploi. I wychodzi im to bardzo dobrze. Scen z udziałem Ostaszewskiej są głównym elementem humorystycznym rozładowującym często ciężką atmosferę całości, tak samo jak kwestie wypowiadane przez przypominającego Hardkorowego Koksa Stracha. 
Vega stworzył jak to ma w zwyczaju film, który składa się ze zbyt wielu elementów i ciągu niepowiązanych ze sobą historyjek. Przez to odczuwa się w produkcji liczne braki fabularne, które jednak nie powodują, że film ogląda się źle. A to za sprawą tego, że reżyser wykreował naprawdę wszystkie sceny na bardzo dobrym poziomie. 
Nowego Pitbulla ogląda się bardzo przyjemnie i zapewne to najlepszy film pełnometrażowy w wykonaniu Vegi. Swą moc może jednak pokazać dopiero serial na podstawie filmu, który obecnie nie jest zapowiedziany, jednak może kiedyś, jak to często bywa u Vegi, się pojawi. A Nowe porządki naprawdę wypada zobaczyć.







poniedziałek, 11 stycznia 2016

Serial > film

Pitbull
Polska 2005
reż. Patryk Vega
gatunek: sensacyjny, dramat

Początek roku 2016 przyniesie polskiemu kinu kolejną, po dekadzie oczekiwania część Pitbulla, który jako serial jest chyba największym sukcesem Patryka Vegi jako reżysera. Sam oglądając kilkukrotnie zwiastun zbliżającej się premiery kinowej bardzo cieszę się, że będzie okazja wkroczyć ponownie do tego półświatka, gdyż sam trailer jest bardzo ale to bardzo dobry. Zanim jednak będę miał okazję udać się do kina postanowiłem odświeżyć sobie pierwszego Pitbulla. Jako że oglądanie trzysezonowego serialu byłoby zajęciem dość katorżniczym zdecydowałem się obejrzeć pełnometrażowy film będący wycinkiem tegoż.


Film przedstawia losy warszawskich policjantów z jednego wydziału. Poznajemy Despera (Marcin Dorociński), Metyla (Krzysztof Stroiński), Gebelsa (Andrzej Grabowski), Nielata (Rafał Mohr) i Benka (Janusz Gajos). Wszyscy z panów muszą walczyć z różnymi przeciwieństwami losu na polu osobistym oraz ramię w ramię ze sprawami zawodowymi. Kluczem w prowadzonym akurat śledztwie może okazać się córka ormiańskiego gangstera, Dżemma (Weronika Rosati).


Serial Pitbull był chyba jednym z lepszych tego typu produkcji na polskim rynku telewizyjnym po 90. roku. Niewiele było w naszym kraju seriali, które nie są tasiemcowymi telenowelami o niczym, które nieustannie powielają te same schematy. A serial Vegi był powiewem świeżości, który pokazał, że i u nas da się kręcić ciekawiej, lepiej. Nie wiem czy pierwszy był serial czy film jednak wydaje mi się, że oglądanie serialu i filmu to tak jakby dwa różne, zupełnie inne seanse. I chociaż w filmie są w sumie urywki wycięte z serialu to zostało to zmontowane tak nieudolnie, że w sumie gdyby nie posiadany background serialowy to trudno czasem domyśleć się o co chodzi. Z trudem dotrwałem do końca tego 100 minutowego seansu. Co gorsza dźwięk w filmie stoi na tragicznie słabym poziomie. Jakieś 30% dialogów nie da się zrozumieć, w połowie trudno się połapać. Naprawdę to wszystko wygląda słabo. I szkoda, bo serialowy Pitbull był bardzo dobry, aktorsko nawet w filmowym jest nieźle jednak wersja pełnometrażowa to porażka na całej linii. I oby nowy Pitbull okazał się lepszy.







niedziela, 13 grudnia 2015

Ziemie jałowe

Mad Max: Na drodze gniewu (Mad Max: Fury Road)
Australia, USA 2015
reż. George Miller
gatunek: sensacyjny, sci-fi

W 36 lat po premierze pierwszej części Mad Max'a z początkującym wtedy Melem Gibsonem i w 30 lat po trzeciej części sagi siedemdziesięcioletni George Miller powrócił do swej kultowej postaci Maxa Rockatansky'ego i postanowił ją odgrzać przy okazji obsadzając w roli głównego bohatera mającego okres swego aktorskiego prosperity Toma Hardy'ego. Biorąc pod uwagę sam wynik osiągnięty przez boxoffice można uznać, że się opłacało. 


W postapokaliptycznym świecie z rządzonej przez samozwańczego tyrana Wiecznego Joe (Hugh Keays - Byrne) Cytadeli ucieka uzbrojona ciężarówka prowadzona przez Furiozę (Charlize Theron), która porywa żony dyktatora z zamiarem wywiezienia ich w bezpieczne miejsce. Szybko za nimi rusza pościg dowodzony przez samego Wiecznego Joe. Jednego z wojowników tyrana, Nuxa (Nicholas Hoult) przy życiu podtrzymuje Max (Tom Hardy), który dostarcza mu swej krwi. 


Film ten składa się w sumie z jednego wielkiego pościgu. Dwie godziny ciężarówka ucieka, a troglodyci ją gonią. Pogoń przez pustkowie wygląda fajnie, mamy wszechobecną pustynię, wymyślne pojazdy, nieźle wyglądające stroje i zwyczaje ostatnich żyjących ludzi. Sama gonitwa przez pustynie byłaby fajna, gdyby trwała 20-30 minut, a resztę filmu stanowiłaby jakaś fabuła. Niestety fabuły tu nie ma żadnej, jest tylko pościg, który po kilkunastu minutach staje się monotonny. Komputerowe efekty specjalne ograniczono do minimum, co się chwali w XXI wieku, jednak na przykład sceny wybuchów to poziom filmowego Wiedźmina. 
Film ten zbiera pozytywne recenzje ze względu na intensywność etc i co ciekawe ma duże szanse na Złote Globy czy nominację do Oscara. Ja tego nie rozumiem, gdyż film jest naprawdę jednowymiarowy i po prostu nudny w swej intensywności. 
Mimo zatrudnienia ciekawych nazwisk aktorskich, jak Hardy'ego czy Theron film aktorsko dużo nie wnosi, gdyż ci aktorzy nie mają zbytnio gdzie się pokazać. Główne postaci wygłaszają co najwyżej kilkanaście zdań w sumie, porozumiewają się przeważnie w kilku słowach. Można byłoby zatrudnić noname'ów za 10% gaży i wyszłoby na to samo.
Na 2017 rok zapowiedziano Mad Max: Pustkowie. Jeśli zapowiada się na dwie godziny tego samego to wielka szkoda, gdyż ten postapokaliptyczny świat ma w sumie duży potencjał. Potencjał, który ten film jednak zmarnował. 





piątek, 27 listopada 2015

Agent bez formy

Diamenty są wieczne (Diamonds Are Forever)
Wielka Brytania 1971
reż. Guy Hamilton
gatunek: sensacyjny

Jak już kilka razy pisałem w tym miejscu jestem dość dużym fanem filmów o przygodach agenta 007, który jest moim ulubionym bohaterem gatunku sensacyjnego. Moimi ulubionymi odtwórcami roli Jamesa Bonda są obecnie go grający Daniel Craig oraz pierwszy - Sean Connery. Teraz, kilkanaście dni po premierze Craiga w słabszej odsłonie cyklu w jakiej się pojawił, jaką jest SPECTRE zmierzyłem się z ostatnim klasycznym filmem z udziałem szkockiego aktora - moim zdaniem najsłabszym, w jakim brał udział w cyklu.


James Bond (Sean Connery) w tej części swoich przygód dostaje od M (Bernard Lee) zadanie zmierzenia się z szajką przemytników wartych krocie diamentów. Podróżując przez kilka krajów (m.in. Holandię i USA) trafia początkowo na Tiffany Case (Jill St. John) i podając się za kogoś innego podejmuje się współpracy z nią. Nie wie jednak, że za diamentami stoi jego arcywróg, Blofeld (Charles Gray)...


Po wielu udanych częściach,w których pojawiał się Sean Connery z początkowymi Dr No i Pozdrowieniami z Rosji przyszedł koniec aktora z serią i w Tajnej służbie Jej Królewskiej Mości w rolę agenta wcielił się George Lazenby. Aktor ten jednak niezbyt dobrze sprawdził się w tej roli i namowy widzów, producentów oraz spory czek wpłynęły na Connery'ego by ten wrócił do postaci raz jeszcze. 
Powrót ten aktorsko był udany, gdyż Szkotowi nie można zbyt wiele zarzucić jeśli chodzi o jego filmową kreację. Na szczęście obyło się bez idiotyzmu w postaci przebrania Bonda za Japończyka, co było ukazane w jednej z wcześniejszych części serii. Niestety sama produkcja oprócz postaci głównej postaci nie ma zbyt wiele solidnych plusów. Fabuła tej części kultowego cyklu kuleje i w żaden sposób nie porywa. W sumie jest to chyba jedna z najbardziej nijakich pod względem scenariusza odsłon serii (która to przecież też nie wybija się pod tym względem na wyżyny w żadnej z części). Dziewczyna Bonda grana przez St. John nie jest według mnie zbyt przekonująca, co do urody to też kwestia gustu ale również mnie nie kupiła. Mimo obecności Blofelda film cierpi też na deficyt wrogów. Są owszem dwaj homoseksualni zabójcy o niezbyt reprezentacyjnym wyglądzie (dziwny pomysł) ale nie tworzą oni zbytnio aury ani jakiegoś zła ani humoru. Do tego dochodzą użyte w filmie efekty specjalne, które są dużo gorsze od tych użytych w filmowym Wiedźminie. Rozumiem, że to film sprzed niemal 45 lat i wymagania pod tym względem są kolosalnie inne teraz niż wtedy, jednak oglądając to obecnie ma się wrażenie, że lepiej twórcy postąpiliby rezygnując z tego w ogóle. 
Reasumując ta przygoda Bonda jest według mnie jedną ze słabszych części cyklu. Film jest po prostu co najwyżej przeciętny. Nieobeznani z serią widzowie lepiej aby obejrzeli najpierw inne części, gdyż po tym co zobaczą tutaj mogą nie chcieć śledzić innych losów agenta 007. A przecież warto. 





środa, 18 listopada 2015

Marionetki

Służby specjalne
Polska 2014
reż. Patryk Vega
gatunek: sensacyjny 

Według encyklopedycznej definicji służby specjalne to cywilne i wojskowe służby prowadzące działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze, których domeną jest pozyskiwanie i ochrona informacji kluczowych dla zapewnienia wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa państwa. Kontrowersje budzą niektóre techniki stosowane przez służby specjalne, szczególnie te niedozwolone przez prawo ich państwa macierzystego, jak przekupstwo, szantaż, tortury, skrytobójstwo oraz nielegalny handel bronią i narkotykami. Praktyki te są niekiedy usprawiedliwiane ochroną interesów państwa i jego obywateli i dotyczą służb specjalnych zarówno krajów demokratycznych, jak i reżimów dyktatorskich.


Czasy okołowspółczesne. Poznajemy pracę i życie trzech agentów zbliżonych do zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych: zmaskulinizowaną podporucznik Aleksandrę Lach (Olga Bołądź), kapitana Janusza Cerata (Wojciech Zieliński) oraz pułkownika Mariana Bońkę (Janusz Chabior). Wszyscy troje wykonują polecenia wydawane przez generała (Wojciech Machnicki). Oprócz spraw służbowy widz poznaje też osobiste problemy bohaterów. 


Vega na szczęście wziął się za tematykę, w jakiej o wiele lepiej się czuje i nie zmaltretował widza kolejnym filmem pokroju Ciacha. Tym razem pokazuje nam od kuchni świat ludzi, których oficjalnie nie ma. Ludzi którzy po usłyszeniu rozkazu bez wahania przyjdą popełnić czyjeś samobójstwo lub zostaną lekarzami ostatniego kontaktu. W tym filmie ci swoiści ludzie z cienia mieszają się do wielu owianych aurą tajemniczości spraw, jakimi żyła w ostatnich latach opinia publiczna. Nie padają żadne nazwiska ale wszyscy powinni z grubsza wiedzieć o kogo chodzi. Miłośnicy teorii spiskowych powinni być zachwyceni. Minus tego jest taki, że w trwającym mniej niż dwie godziny nagromadzenie różnych sytuacji jest za duże. Mamy kilka scen dziejących się w Polsce, do tego misja jednego z agentów w Afganistanie, wysłanie bohaterów do Rygi czy działania we Włoszech to naprawdę za dużo. Lepszym rozwiązaniem byłby skupienie się na dwóch, maksymalnie trzech sprawach a resztę ukazanie dokładniej w serialu, który przecież też powstał i wyemitowała go publiczna telewizja. A tak to oprócz spraw zawodowych mamy ukazane życie prywatne bohaterów, które też nie jest usłane różami. Jeden wraz z żoną (ciężka do pozytywnej weryfikacji Kamila Baar) stara się o adopcję dziecka, drugi dowiaduje się o śmiertelnej chorobie i próbuje szukać wsparcia u zakonnika na którego ma kwity(Andrzej Grabowski), kolejna postać zaś szuka swego miejsca w życiu i ogólnie jej wątek jest mocno nijaki. Nijaki jak stan państwa polskiego ukazanego w kraju. Pokazuje to sam fakt, że nie wiadomo kto wydaje kluczowe dla biegu spraw narodowych decyzje czy jak wygląda stan polskiej służby zdrowia (która ma tu twarz Agaty Kuleszy).
Bohaterowie posługują się właściwym dla swej pracy slangiem, wydaje się że Vega chce wtedy pokazać widzom Ha! Patrzcie! Wiem jak oni mówią, wiem wszystko jednak często jest to zagranie pod publiczkę. Pojedyncze slangowe zwroty padają przeważnie typowo na pokaz, z dodatkowym natychmiastowym tłumaczeniem u dołu ekranu. Trochę to sztuczne i noszące znamiona kujońskiej zapchajdziury w wykonaniu reżysera.
Reasumując mamy całkiem niezły film akcji osadzony w typowo polskich warunkach. Gra aktorska głównych postaci jest dobra, reszta zaś leży i kwiczy. Nagromadzenie scen oraz misji zarówno zawodowych jak życiowych jest za duże. Mimo to film  całkiem dobrze się broni swą treścią i nie zaszkodzi go obejrzeć. 







niedziela, 8 listopada 2015

James Bond po raz 24

Spectre 
Wielka Brytania, USA 2015
reż. Sam Mendes
gatunek: sensacyjny 


Nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem przygód Jamesa Bonda i uważam tę serię za najlepszy filmowy tasiemiec wszechczasów. W filmach o agencie 007 jest wszystko to co chcieliby zobaczyć wieczni chłopcy - pościgi, strzelaniny, nowinki techniczne, piękne kobiety, drogi alkohol i cudowne widoki. Bywały części lepsze i gorsze ale zawsze powyższe punkty znajdowały się w poszczególnych epizodach, które to były do tego przeważnie obłędnie (jak na czasy kiedy powstały) zrealizowane. I tak jest też tutaj. Mimo to mam pewien problem z najnowszym Bondem. 


Tym razem po latach ponownie Bond (Daniel Craig) tropi ogólnoświatową organizację terrorystyczną SPECTRE (kiedyś znana w Polsce jako WIDOMO). Wykazując niesubordynację swym przełożonym (Ralph Fiennes i Andrew Scott) i korzystając z pomocy współpracowników Monneypenny (Naomie Harris) i Q (Ben Whishaw) podróżuje po świecie szukając informacji o złowrogim przywódcy SPECTRE (Christoph Waltz). Od pewnego momentu pomaga mu córka jednego z dawnych rywali, pana White'a (Jesper Christensen), Madeleine Swann (Léa Seydoux).


Film, tak jak pozostałe części z Danielem Craigiem wcielającym się w rolę Jamesa Bonda jest świetnym, intensywnym widowiskiem. Nie ma czasu na nudę, ciągle coś się dzieje: pościgi, strzelaniny, alkoholizacja, flirtowanie przerywane kolejną sceną walki, do tego dochodzą zapierające dech w piersiach lokalizacje ze znakomitą sekwencją początkową w Meksyku na czele. Dwie i pół godziny nieustannej dawki adrenaliny nasączonej lokowaniem produktu. Jednak wydaje mi się, że w pewnym momencie następuje przesyt i jest tego aż za dużo, akcja w kilku momentach mogłaby zwolnić lub nie brnąć w zbyt mało logiczne sceny, które przedłużają film i są widowiskowe ale już nic nie wnoszą i zaczynają męczyć.
Kobietami Bonda w tej części są będąca wdową po włoskim gangsterze Monica Bellucci i Léa Seydoux. Szczerze mówiąc nie kupuję tych pań w tych rolach. Bellucci jednak zestarzała się już od czasu roli w Malenie (gdzie już też była kobietą mocno dojrzałą) i w sumie dziwnie wygląda mizdrzenie się Bonda do kobiety po 50. roku życia (choć jak na swój wiek wyglądającej wciąż dobrze). Idąc tą drogą może się okazać, że kolejną dziewczyną Bonda zostanie Brigitte Bardot albo Maryla Rodowicz. Natomiast Seydoux niespecjalnie wczuwa się w rolę i nie widać chemii między nią a Craigowym Bondem. Nie umiem tego ująć w odpowiednie słowa ale coś mi w niej nie pasuje w tej roli i tyle. 
Także zawiodłem się na znanym przede wszystkim z roli Hansa Landy w Bękartach wojny i lekarza w Django Christophie Waltzu. Austriak mimo że gra tutaj najbardziej tajemniczy i złowieszczy czarny charakter wśród wszystkich przeciwników Bonda, jego Nemezis i osobą wyzutą z człowieczeństwa, która dokonuje masę złego na świecie dla samego poczucia czynienia zła nie wypada zbyt przekonująco. On powinien odrzucać na samą myśl, a tutaj mamy do czynienia z kimś dość nijakim. Nijak ma się to do roli Madsa Mikkelsena w Casino Royale.
Także mam zarzut do piosenki otwierającej film. Uszy bolały od samego słuchania i niestety naprawdę bardzo dobrze zrobiony graficznie opening filmu został przez to dzieło Sama Smitha trwale oszpecony. Jakby trwało to dłużej chyba wyszedłbym z kina. 
Przy wszystkich tych minusach jednak cały czas nie wolno zapominać, że mamy do czynienia z kolejną częścią przygód agenta 007. Jest to seria, która poniżej pewnego poziomu nie schodzi nigdy i tak też jest tym razem. Dostajemy w rezultacie dobry film, który jednak nie jest tak dobry, jak się spodziewano. A szkoda, bo mogłoby to być lepsze pożegnanie z rolą Daniela Craiga. Mimo wszystko warto obejrzeć. 






sobota, 31 października 2015

Tożsamość Liama

Tożsamość (Unknown)
USA 2011
reż. Jaume Collet-Serra
gatunek: thriller, sensacyjny 

Po dość znacznym natężeniu ambitnych filmów, jakie zdołałem obejrzeć w ostatnim czasie zdecydowałem się teraz zobaczyć coś trochę innego, a mianowicie tydzień przed polską premierą nowego filmu o przygodach Jamesa Bonda postanowiłem zobaczyć jakiś film sensacyjny. Jako że bardzo podobał mi się najnowszy film Jaume'a Colleta - Serry (z występującym też tu Liamem Neesonem) Nocny pościg wybór padł na Tożsamość.



Doktor Martin Harris (Liam Neeson) przybywa ze Stanów Zjednoczonych  do Berlina, by wraz z dużo młodszą, atrakcyjną żoną Elizabeth (January Jones) wziąć udział w kongresie naukowym. Docierając do hotelu Harris spostrzega, że zostawił na lotnisku jedną z walizek. Postanawia wrócić po nią za pomocą taksówki. Jednak w czasie podróży auto ulega wypadkowi, a sam mężczyzna cudem unika śmierci. Wracając do hotelu spostrzega, że żona go nie poznaje, a towarzyszy jej mężczyzna podający się za...Martina Harrisa. Doktor znajduje pomoc w osobie imigrantki - taksówkarki, Giny (Diane Kruger) oraz byłemu agentowi STASI, Jurgenowi (Bruno Ganz).


Oglądając film miałem uczucie małego deja vu. Pamiętałem oglądane nie tak dawno jedno z lepszych dzieł Romana Polańskiego, Frantic. Tam zamiast Berlina jest inna europejska stolica, Paryż, obaj bohaterowie są naukowcami, każdy z nich ma żonę, z którą jest jakiś problem, każdy też gubi walizkę i dostaje pomoc od tajemniczej mieszkanki miasta. Drugim z filmów, który przypomina ten właśnie opisywany jest Tożsamość Bourne'a. I tutaj sporo analogii, w postaci europejskiej scenerii, pomagającej autochtonki, problemy z pamięcią, tajemnicze postaci chcące zabić bohatera. Wszystko to są dość wytarte klisze, jednak ciężko odkryć Amerykę w filmie sensacyjnym.
Jestem fanem Liama Neesona, który prawie w każdym filmie (nie licząc dzieł typu Lista Schindlera) gra hmm samego siebie. Tutaj też jest starym, dobrym Liamem Neesonem, który miesza się w skomplikowaną intrygę. Co ciekawe częściej jest bity niż sam bije, chociaż w kilku innych filmach też dostaje kilka dobrych razów. Sekundująca mu Diane Kruger wypada równie dobrze, patrząc po seansie w jej metrykę nie mogłem uwierzyć, że ma aż tak zaawansowany wiek. Chętnie obejrzę jakiś inny film z jej udziałem. Po raz kolejny klasą samą w sobie jest Bruno Ganz, tym razem w roli emerytowanego agenta wschodnioniemieckich służb specjalnych. 
To co jest solą filmów akcji jest też tutaj. Mamy kilka pościgów, trochę demolki, szczyptę strzelanin i walk na pięści. Klasyka. Wszystko zostało zrealizowane bardzo zgrabnie i fani gatunku powinni być zadowoleni, chociaż oczywiście nie muszę mówić, że realizmu za dużo tu nie ma. Ja filmy akcji lubię i polubiłem też Tożsamość. Fabuła jak na sensację jest niezła, sama akcja też, bohaterowie stworzeni są na miarę, do tego wiarygodni i dobrze zagrani. Polecam.