Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. De Niro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. De Niro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2016

Gangsterska opowieść

Dawno temu w Ameryce (Once Upon a Time in America)
USA, Włochy 1984
reż. Sergio Leone
gatunek: dramat, gangsterski 


Serio Leone mimo że nie nakręcił zbyt wielu filmów jest według mnie jednym z lepszych reżyserów XX wieku. Chociaż do tej pory widziałem tylko cztery z nich (ten jest piąty), a początkowych włoskojęzycznych dzieł tego twórcy praktycznie nie da się obecnie zobaczyć to film uznawany za jego magnum opus czekał na to, aż go zobaczę aż do teraz. 


Poznajemy losy życia Żyda o pseudonimie Noodles (Robert De Niro i Scott Schutzman Tiler), który w biednej nowojorskiej dzielnicy wraz z przyjaciółmi, w tym Maxem (James Woods i Rusty Jacobs) założył dobrze prosperujący interes czasów prohibicji. 


Chociaż mamy do czynienia z monumentalnym (czy wręcz epickim) niemal czterogodzinnym dziełem, jakich teraz pod względem metrażu ze świecą szukać, to jednak ciężko w kilku zdaniach opisać sensownie o czym jest ten film. Mamy tu do czynienia z rozłożoną w czasie historią życia człowieka, który poprzez przestępczość wyrywa się z biedy, a później przez nią musi ukrywać się przez ponad trzy dekady. Jest to też historia pewnej trudnej przyjaźni, kilku miłości (też tych płatnych, jak i wymuszonych) i porachunków gangsterskich. Leone w swym filmie mając do dyspozycji bardzo wiele czasu zamieścił bardzo wiele schematów z różnych dzieł gangsterskich z wcześniejszych czasów dodając do tego wzorowanie się na powieści, której film jest adaptacją. Niestety same postaci są nieco sztuczne, mało ludzkie, ciężko jest do nich czuć sympatię - nawet żaden z głównych bohaterów nie wydał mi się kimś, komu będę kibicował, czy będzie mi zależało na jego losie. O wiele lepiej też wypadają sceny z młodości bohaterów. Tam wyczuć można najbardziej klimat opowieści, wtedy też chyba poczynania bohaterów interesują najbardziej. W sumie dla mnie najlepszym bohaterem całości jest samo miasto - to, w jaki sposób funkcjonuje ulica, jak rozwija się metropolia - urzekł mnie klimat miasta z wczesnych czasów - Leone i jego ludzie świetnie oddali atmosferę początków ubiegłego stulecia. To, co także wymaga pochwały to z pewnością obłędna ścieżka dźwiękowa stworzona przez Ennio Morricone. Motyw przewodni zapadnie w pamięć na bardzo długo. Niestety jednak miałem też problem z długim formatem całości - akcja w filmie się wlecze, całość jest skromna w tekst i powolna, z narracyjnym tempem podobnym do tego, który można było zobaczyć w Pewnego razu na Dzikim Zachodzie, tym razem jest jednak o godzinę dłużej - czasem jest to niezbędne do utrzymania odpowiedniego klimatu i stylistyki, jednak tym w wielu miejscach widz zmuszony jest się męczyć. Dlatego doceniając wiele aspektów tego wyjątkowego obrazu jednak dalej uważam, że to westernowe dzieła Leone były tymi lepszymi. Choć raz w życiu i opisywany właśnie monumentalny film wypada obejrzeć. W dalszym ciągu jako całość to jedno z tych dzieł aspirujących do miana filmu kompletnego. 





niedziela, 19 czerwca 2016

Rodzina na swoim

Chłopcy z ferajny (Goodfellas)
USA 1990
reż. Martin Scorsese
gatunek: gangsterski

Są filmy kultowe. Filmy, które wypada znać, a nawet oglądać cyklicznie co jakiś okres. Co więcej należy uznawać też je za filmy wyjątkowe, ponadprzeciętnie dobre. Co jednak jakimś cudem ćwierć wieku od premiery nie zobaczyło się wcześniej takiego kultowego dzieła i podczas seansu nie pieje się z zachwytu? Czy należy pod presją tłumu też kiwać głową z aprobatą nad każdą sceną czy wyjść przed szereg i powiedzieć wyraźnie, że nie wszystkie elementy produkcji były tak fajne, jak miały być? Przy takim dylemacie przystanąłem podczas seansu tego 'kultowego' filmu.


Poznajemy opartą na faktach historię trwającej wiele lat przestępczej kariery Harry'ego Hilla (Ray Liotta), który już od najwcześniejszych lat życia zaczął swą posługę dla lokalnej mafii. Z biegiem lat zaprzyjaźnia się z wpływowym gangsterem Jamesem Conway'em (Robert De Niro) oraz nieprzewidywalnym Tommym DeVito (Joe Pesci). Razem dokonują szereg spektakularnych akcji.


Lubię kino i literaturę mafijno - gangsterską. Ojca chrzestnego przeczytałem już na początku gimnazjum i zrobił na mnie o wiele większe wrażenie niż momentami przynudzający film. Zakazane imperium (a przynajmniej pierwsze jego trzy sezony) uważam za najlepszy serial od czasu Rzymu. Dodatkowo uwielbiam czytać o polskiej mafii trzepakowej zarówno w megalomańskich zwierzeniach Masy, jak i innych Alfabetach mafii. Do tego przeróżne Gomorry, Syberyjskie wychowanie czy Antykiller. Tak więc myślę, że na tym temacie jako tako się znam i potrafię ocenić. Jednak klasyczny już film Scorsesego nie zrobił na mnie jakoś wielkiego wrażenia. Mimo naprawdę dobrej gry aktorskiej (wielki Joe Pesci, który w tym okresie grał też znanego wielu prześladowcy Kevina, gdy ten był sam w domu lub Nowym Jorku), naprawdę ciekawych kilku scen (między innymi najlepsze długie ujęcie w historii kina - wejście Harry'ego i Karen do restauracji). Całość jest dla mnie jednak bardzo słabo przyswajalna. Film jest pełen dłużyzn i przeciąga się w nieskończoność, chce objąć zbyt wielki przedział czasowy, przez co historia staje się niespójna. Najgorsze jest to, że mało ważne momenty doczekują się kilku - kilkunasto minutowych sekwencji, zaś istotne sceny są tylko wspominane. Coś dzieje się, jednak nie jest często pokazane nawet na drugim planie. W rezultacie oglądamy często nudnawe sceny i obchodzimy się smakiem w momentach, gdy dzieje się coś ciekawego. 
Reasumując nie mamy do czynienia z filmem złym, a raczej tylko niezłym. Oczekiwałem zobaczyć coś tak dobrego, jak nigdy a dostałem dobry film bez ogromu fajerwerków. za to z kilkoma niedogodnościami. Dlatego też jednak zawód. 





piątek, 29 kwietnia 2016

Sprośny dziadek

Co Ty wiesz o swoim dziadku? (Dirty Grandpa)
USA 2015
reż. Dan Mazer
gatunek: komedia

Robert De Niro uchodzi (i to dość zasłużenie) za ikonę nie tylko amerykańskiego ale i światowego kina. Urodzony w 1943 roku aktor wystąpił przez trwającą od niemal pół wieku karierę w masie cenionych do dzisiaj filmów, otrzymał kilka znaczących nagród filmowych i trwale zapisał się w historii kinematografii. Jednak w ostatnich latach stało się coś niepokojącego, gdyż aktor dobierał role dość kontrowersyjnie. A rola w tym filmie dla wielu okazała się zbyt dużym szokiem.


Wkrótce po pogrzebie żony Dick Kelly (Robert De Niro) wyrusza w podróż na Florydę ze swoim wnuczkiem Jasonem (Zac Efron). Jason za kilka dni ma poślubić apodyktyczną dziewczynę będącą córką wspólnika swego ojca - prawnika, w którego kancelarii pracuje. Jednak swobodny tryb bycia dziadka sprawia, że chłopak zastanawia się nad swoim życiem...


Gdy napiszę, że reżyser tego filmu to twórca scenariuszy do takich filmów, jak Ali G, Borat i Bruno to chyba wiadomo z jakiego typu produkcją będziemy mieli do czynienia. Jednak to, co moim zdaniem przystoi Sachy Baronowi Cohenowi czy tutaj Zacowi Efronowi to aktor tego formatu, jak De Niro nie powinien się zniżać do tego typu poziomu. Tak jak Luciano Pavarotti czy Placido Domingo nigdy nie zaśpiewali disco polo, tak legenda aktorstwa nie powinna występować w tak fekalnym filmie. Rozumiem, że z wiekiem coraz ciężej znaleźć dobrą rolę dla siebie, a fakt, że De Niro posiada pięcioletnią córkę sprawia, że trzeba podreperować budżet, jednak to nie znaczy, że trzeba łasić się na rolę taką, jak tu. Przykład Bruce'a Derna pokazuje, że można dostać dobrą rolę w podeszłym wieku. Nie spodziewałem się, że w ustach tego aktora będę musiał słuchać zdań typu Bujajcie się i zapładniajcie, najlepszym prezentem dla dziadka jest laska z college'u, który wybzyka go bez gumy, Od 15 lat nie bzykałem, chce mi się dymać, dymać, dymać! czy Bardziej by mnie kręciła Queen Latifah waląca mi klocka do ust z balkonu. W tym filmie widzimy upadek legendy i koniec De Niro. Bardzo smutny koniec. Chociaż aktor ma już terminarz filmowy na następne dwa lata to jeśli wszystko będzie wyglądało tak, jak tu to chyba zrezygnuję z filmów z jego udziałem. 
Sam humor w Dirty grandpa ogranicza się do wulgarnych seks aluzji i maltretowaniu psychicznym i fizycznym postaci granej przez Efrona. Aluzji i nawiązań do odbytu Efrona i zapowiedzi penetracji tegoż odbytu jest tak wiele, że ich częstotliwość jest większa niż jedna na minutę. Nudzić to powinno nawet największych fanów fekalnych produkcji, bo ileż można o tym słuchać? Cały film miał może trzy - cztery zabawne sceny, gdzie naprawdę się śmiałem, choć oczywiście to ciągle był ten sam najniższy rodzaj humoru, jednak całość sprawia, że jest to naprawdę niestrawna produkcja.





sobota, 30 stycznia 2016

Marzenie ZUSu

Praktykant (The Intern)
USA 2015
reż. Nancy Meyers
gatunek: komedia

Niepokoi mnie trochę ścieżka kariery, jaką na stare lata podążą legendarny Robert De Niro. Gwieździe Taksówkarza, Wściekłego Byka, Chłopców z ferajny czy Ojca chrzestnego II z roku na rok przybywa na koncie coraz więcej mało ambitnych produkcji. O ile można było się bawić oglądając go w Poznaj moich rodziców czy w Last Vegas to absurdalne Legendy ringu (gdzie 70 letni De Niro stacza zażarty 12 rundowy bój z kilka lat młodszym Sylvestrem Stallonem, którego nie powstydziliby się Mike Tyson i Lennox Lewis z najlepszego okresu pięściarskich karier) czy wchodzący obecnie do kin, po zwiastunie widać, że żenujący Dirty Grandpa świadczą o tym, że coś jest nie tak. O ile dwa lata od niego starszy Al Pacino dobiera lepsze role, choć może mniej komercyjne (Idol, Wilde Salome,  Manglehorn czy Upokorzenie) to kariera Roberta De Niro skłania się ku chałturach. Takich jak w opisywanym właśnie tytule.


Siedemdziesięcioletni Ben (Robert De Niro) jest wdowcem na emeryturze. Jako że nie ma zamiaru na starość siedzieć w domu i pierdzieć w stołek postanawia się zgłosić do programu stażu dla emerytów. Tak zaczyna miesięczną pracę w firmie sprzedającej ubrania drogą internetową. Założycielką i zarządzającą firmą jest apodyktyczna pracoholiczka, Jules (Anne Hathaway).



W sumie film miał pewne szanse na to, żeby być autentycznie zabawny i śmieszyć widzów. Perypetie staruszka wchodzącego do całkiem innego, obcego dla niego świata korporacji zarządzanej przez ekscentryczną właścicielkę mogłyby prowadzić do wielu komicznych sytuacji. Tak jednak nie jest, Niestety zamiast prezentować zderzenie światów film szybko zmierza w stronę ckliwej historii o życiu osobistym właścicielki, które zmienia się pod wpływem statecznego i dziarskiego emeryta. Mamy więc taką moralizatorską papkę o niczym, którą ogląda się odliczając czas zmierzający do końca seansu. Film próbują ratować trzymający jako tako poziom De Niro i sympatycznie wyglądająca Hathaway. Jednak liczyłem na coś więcej i sam do Praktykanta wracać już nie zamierzam.


czwartek, 28 stycznia 2016

Ikoniczny pojedynek

Gorączka (Heat)
USA 1995
reż. Michael Mann
gatunek: dramat, sensacyjny

Al Pacino i Robert De Niro to w swoim czasie uznawani za jednych z najlepszych aktorów Hollywood. Dzisiaj już panowie po 70. roku życia mieli jednak swoje aktorskie pięć minut już od lat 70. XX wieku i to pięć minut w sumie przedłużyło się i z lepszym lub gorszym skutkiem trwa do dzisiaj. Amerykańscy aktorzy włoskiego pochodzenia nie mieli jednak możliwości spotkać się szybko na planie filmowym, choć wystąpili w jednym filmie już w Ojcu chrzestnym II w 1974 to ich postaci ukazywały się w oddzielnych wątkach. Musiało minąć jeszcze ponad 20 lat, by będący już po pięćdziesiątce aktorzy zagrali razem - miało to miejsce w opisywanym właśnie filmie. 


Specjalizujący się w napadach gangster Neil McCauley (Robert De Niro) wraz z ekipą utalentowanych bandytów (z których wyróżnić można choćby postać zagraną przez Vala Kilmera) napada na konwój rabując z niego aktywa na ponad półtora miliona dolarów zabijając przy tym całą obstawę zaatakowanej furgonetki. Śledztwo w tej sprawie rozpoczyna zmagający się z osobistymi problemami porucznik Vincent Hanna (Al Pacino). Tymczasem McCauley i jego banda przymierzają się do napadu na bank...


Główni antagoniści zagrani przez wspomnianych już we wstępie czołowych aktorów zostali naprawdę dobrze napisani i zagrani. Widz nie ma przed oczyma dwóch czarno - białych postaci, jednej krystalicznie dobrej, a drugiej złej do szpiku kości lecz dwie bardzo ludzkie osobowości. Oglądając ich zmagania w sumie nie wiemy komu kibicować, bandycie czy stróżowi porządku, gdyż i postać grana przez Roberta De Niro da się po prostu lubić. 
Jest to film sensacyjny, jednak nie znaczy to, że mamy do czynienia z trwającymi non stop pościgami, strzelaninami, scenami akcji. Trwający prawie trzy godziny film jest bardzo stonowany, a przez długi czas dzieje się bardzo mało. Tylko kilka scen jest tutaj naprawdę jazdą bez trzymanki, jak na przykład sekwencja początkowego rabunku czy ponad 10 minutowa scena napadu na bank. Wtedy jest mocno, chaotycznie i bardzo głośno. 
Sam film był w swoim czasie wyznacznikiem ambitnego kina akcji jednak mimo, że wciąż ogląda się to dobrze, wydaje mi się, że przez te ponad dwadzieścia lat od premiery produkcja ta odrobinę się zestarzała i nie ogląda się tego tak samo dobrze, jak kiedyś. Także sam metraż filmu, z wieloma scenami nudy nie jest plusem. Myślę, że gdyby skrócono film o te pół godziny, kasując te najbardziej nijakie i zbędne sceny wyszłoby to produkcji na lepsze.
Reasumując wciąż otrzymujemy niezły film, czasem nawet dobry lub bardzo dobry, który ma jednak swe wzloty i upadki, jednak dla dwóch głównych ról warto go zobaczyć.  





poniedziałek, 21 września 2015

Strachy na lachy

Przylądek strachu (Cape fear)
USA 1991
reż. Martin Scorsese
gatunek: thriller

Na jubileuszowy, 200 post zamieszczony na blogu w tym roku przypada opisanie filmu Martina Scorsese z Robertem De Niro w roli głównej. Biorąc pod uwagę niezaprzeczalną klasę reżysera oraz głównego aktora, sam gatunek produkcji, dla którego wtedy właśnie przypadły złote czasy oraz fakt, że film jest nową wersją samej siebie sprzed 30 lat (wtedy w reżyserii J. Lee Thompsona z Robertem Mitchumem i Gregory'm Peckiem w rolach głównych) wydawało się że będzie to film wart uwagi.


Po czternastu latach odsiadki na wolność wychodzi gwałciciel Max Cady (Robert De Niro). Swe pierwsze kroki kieruje do broniącego go przed laty, tuszującego dowody na jego korzyść adwokata Sama Bowdena (Nick Nolte). Kryminalista zaczyna wkrótce prześladować adwokata oraz jego rodzinę w postaci żony (Jessica Lange) i niepełnoletniej córki (Juliette Lewis). 


W sumie film, który ma być dreszczowcem, a nie powoduje swoją obecnością atmosfery grozy, zagrożenia czy zaszczucia nie jest pełnoprawnym przedstawicielem gatunku. W filmie Scorsese nie odczuwa się chyba żadnej z wyżej wymienionych cech. Mająca budzić lęk i obawy niepokojąca muzyka nabrzmiewająca co jakiś czas jest zbyt groteskowa, śmiech głównego antagonisty tak złowieszczy, że aż śmieszny, gra aktorska prześladowanej rodziny natomiast tak ekspresyjna, że przypominająca bardziej teatr telewizji (i to ten marniejszy) niż hollywoodzkie kino. Jedyną osobą, która broni się w tej produkcji jest odtwarzający rolę prześladowcy Maxa Cady'ego Robert De Niro, który to nie po raz pierwszy pokazał klasę i w jakimś małym stopniu ratuje jednak ten film przed naprawdę najsłabszymi notami. 
Fabularnie należy spuścić na produkcję kurtynę milczenia, gdyż scenariusz jest tak prosty i przewidywalny, a miejscami wręcz głupi (jak choćby zachowanie córki adwokata czy niezniszczalność Cady'ego), że szkoda gadać. Może w czasie niezbyt rozbudowanych filmów post noire z początków lat 60. coś takiego dawało radę, jednak po latach to samo nie robi wrażenia, tak jak wrażenia nie robią już niezbyt rozgarnięte komedie z Flipem i Flapem obrzucającymi się tortami czy wpadającymi na grabie. Inne czasy, inne zasady. 
Jestem bardzo rozczarowany filmem i naprawdę nie polecam. Można obejrzeć tysiące lepszych filmów, na to jednak szkoda czasu. Chyba, że jest się psychofanem De Niro, który jak już pisałem - mimo klapy filmu zaprezentował się dobrze.