Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 lutego 2018

Podróż grozy

Nieznany (El desconocido)
Hiszpania 2015
reż. Dani de la Torre
gatunek: thriller
zdjęcia: Josu Inchaustegui
muzyka: Manuel Riveiro

Luis Tosar jest jednym z moich ulubionych hiszpańskich aktorów. Jako że znanego z między innymi ze Słodkich snów czy 9 mil aktora dawno nie miałem okazję oglądać ucieszyłem się z powodu, że wreszcie ponownie mogę dopisać sobie kolejny obejrzany film z jego udziałem.


Skonfliktowany z żoną bankowiec Carlos (Luis Tosar) postanawia odwieść dzieci do szkoły. W pewnym momencie odbiera telefon. Nieznany rozmówca mówi mu, że w samochodzie zamontowana jest bomba, która wybuchnie jeśli ktoś będzie chciał opuścić pojazd. Nieznajomy domaga się od Carlosa sporej liczby pieniędzy...


Tym z czym najbardziej kojarzy mi się ten film jest chyba film Speed: Niebezpieczna prędkość i jego kontynuacja połączona z filmami, w których ostatnimi czasy zwykł grać Liam Neeson. Tutaj jednak zamiast Neesona mamy Luisa Tosara, który całkiem nieźle oddał poczynania everymana rzuconego do walki o życie swoje, jak i najbliższych. Technicznie wszystko jest w porządku, zagęszczająca się atmosfera jest poprawna, jednak nie sposób ciągle mieć świadomość z tyłu głowy, która wciąż szepcze To już było. Hiszpański film mimo że zrobiony poprawnie, czasem nawet próbujący trzymać w napięciu jest do bólu ograny, a jednak thriller, który jest kalką niezliczonej ilości wcześniejszych produktów filmowych jest z góry skazany na niepowodzenie. Także jeśli ktoś jakimś cudem nie widział wcześniej filmów o podobnej konstrukcji może go bez przeszkód oglądać. Jeśli jest się fanem hiszpańskiej kinematografii to też można się skusić. W innym wypadku jednak lepiej chyba zarezerwować czas na inne produkcje. 




czwartek, 18 stycznia 2018

Kochaj albo rzuć

Moja miłość (Mon Roi)
Francja 2015
reż. Maïwenn
gatunek: melodramat
zdjęcia: Claire Mathon
muzyka: Stephen Warbeck

Kiedy na szali stają po jednej stronie jeden z ulubionych aktorów, a po drugiej zaś jeden z najmniej lubianych gatunków filmowych wybór oglądać czy nie oglądać jest z gatunku tych cięższych. Jednak krótka lista trofeów jakie film zdobył na festiwalach, ze złotą palmą w Cannes dla głównej aktorki sprawia, że szala przechyla się na korzyść oglądać.


Film opowiada historię wieloletniej i burzliwej relacji dwojga ludzi: artysty Georgia Milevskiego (Vincent Cassel) i Marie-Antoinette Jézéquel (Emmanuelle Bercot). Wraz z kamerą widzowie są świadkami ich wspólnych radości, nieporozumień, kłótni, rozstań i powrotów...


Melodramat jako gatunek filmowy w ogóle do mnie nie trafia. Nasycenie fabuły patetyczno-sentymentalnymi efektami oraz dominujący wątek miłosny to nie są elementy, których szukam w kinie. Można więc powiedzieć, że jestem uprzedzony. Wiem, że to złe i nie powinno tak być, jednak po prostu nie umiem wznieść się na wyżyny wyższych uczuć oglądając tego typu dzieła. Po prostu nie czuje empatii do tych wszystkich zakochanych bohaterów i ich perypetii miłosnych. 
Dlatego nie chcę oceniać tego wątku w tym filmie, który to wątek oczywiście dominuje na ekranie. To, co mogę pochwalić to na pewno gra aktorska - widać, że zarówno Cassel, jakk i Bercot starają się, pokazują uczuci, swoimi postaciami, a nie tylko się w nie wcielają. Dobra gra aktorska poniekąd pozwoliła mi znieść oglądanie tego filmu, bo gdyby te same dialogi wypowiadali na przykład Karolak z Korzuchowską to pewnie bym nie wysiedział te ponad dwie godziny. 
Także nie chcę tutaj nikomu polecać lub odmawiać oglądania. Jeśli lubicie lub chociaż tolerujecie melodramaty i romansidła to możecie obejrzeć i z pewnością film się spodoba, bo generalnie jest zrealizowany dobrze. Jeśli tak jak mnie odpycha was ten gatunek filmowy możecie obejrzeć dla dobrych kreacji aktorskich. 


niedziela, 14 stycznia 2018

W rodzinie ojca mego

Mężczyźni i kurczaki (Mænd og høns)
Dania, Niemcy 2015
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Frans Bak

Lubię skandynawskie komedie. Oglądając je wiem, że nie będę miał do czynienia z humorem podobnym do fekalno-seksistowskich bromanców rodem z USA, czy mdłych komedii romantycznych jakie masowo wytwarza polski przemysł filmowy. Komedie z krajów skandynawskich są przeważnie mocno ironiczne, czasem groteskowe czy przerysowane i pełne wisielczego humoru. Te słodko-gorzkie opowieści z północy generalnie zasługują na filmowy znak jakości. Tu mamy kolejny tego przykład. 


Diametralnie od siebie różni Elias (Mads Mikkelsen) i Gabriel (David Dencik) po śmierci mężczyzny, którego uznawali za ojca dowiadują się, że zostali w dzieciństwie adoptowani. Trafiając na ślad swojego biologicznego ojca postanawiają złożyć mu wizytę. W domu na wyspie, na której mieszka staruszek zastają swoich pozostałych braci Gregora (Nikolaj Lie Kaas), Josefa (Nicolas Bro) i Franza (Søren Malling). Specyficznie zachowujący się mężczyźni nie dopuszczają gości do swojego rodziciela...


To co rzuca się w oczy już niemal od samego początku filmu to jego klimat. Jest naprawdę niesamowity, urzekający i wciągający. Film Jensena ma tą właśnie trudną do opisania rzecz, która sprawia, że po prostu chce się go oglądać. Później zaś, gdy dwoje bohaterów zaczyna poznawać swoją przyszywaną rodzinę oraz dom rodzinny ojca już w ogóle ciężko oderwać się od ekranu. Wielka w tym zasługa scenarzystów ale też speców od kostiumów i całej dekoracji. Szczególnie, że bardzo ważny w kontekście całości jest sam dom, w którym dzieje się akcja oraz jego okolice zamieszkane przez tytułowe kurczaki, gęsi, byki i inną faunę. Dom jest zaś pełnoprawnym bohaterem filmu i z ciekawością wraz z przybyszami poznajemy każdy jego zakamarek. Silną stroną filmu są także postaci drugoplanowe w osobach przyrodnich braci bohaterów - intrygujące połączenie troglodytów z intelektualistami. Dodając do tego niebanalny lecz pozbawiony obrażających inteligencję widza humor pozbawiony tematów tabu i olewający poprawność polityczną i mamy przepis na komedię doskonałą. Nic tylko oglądać. A przy okazji zobaczyć Nikolaja Lie Kaasa i Madsa Mikkelsena w innych niż zazwyczaj rolach. 





środa, 10 stycznia 2018

W kiepskim świecie kiepskie sprawy

Zły (Jagat)
Malezja 2015
reż. Shanjey Kumar Perumal
gatunek: dramat
zdjęcia: Muniandy Senthilkumaran
muzyka: Kamal Sabran

Na blogu pojawiło się już dużo filmów reprezentujących przeróżne gatunki oraz kraje pochodzenia. Bywały światowe i polskie klasyki, aktualne hity multipleksów i opisy co ciekawszych nowości z kin studyjnych. Czasem, rzadko bo rzadko trafiały też tu festiwalowe białe kruki. Tym zaś filmem zdecydowałem się zaś jeszcze bardziej pohipsterzyć, gdyż oglądając go zetkniecie się z nieznanym większości kinem malezyjskim. I to nie takim głównego nurtu, a nakręconym przez prześladowaną tam mniejszość cygańską...


Poznajemy losy dwunastoletniego Appoya (Harvind Raj), który jest wychowywany przez despotycznego ojca lubiącego przykładnie go karać. Chłopakowi nie wiedzie się też zbytnio dobrze w szkole, gdzie krnąbrnych uczniów terroryzuje miejscowy nauczyciel. Appoy zaczyna więc pragnąć lekkiego życia, jakie wiedzie jego wujek Mexico (Jibrail Rajhula), który jest lokalnym gangsterem...


Mało kiedy tytuł filmu tak dobrze oddaje jakość, jaką ów film prezentuje. W tym wypadku jednak tytuł Zły idealnie przedstawia to, jaki ten film jest. I to zarówno pod względem realizacji, zdjęć, pomysłu na fabułę i przedstawienie jej, a także gry aktorskiej i kostiumów. Po prostu każda dziedzina filmowego rzemiosła tutaj nie tyle kuleje, co po prostu leży. I kwiczy.
Scenografia przypomina tą rodem ze Świata według Kiepskich, z tym że tam chociaż lepiej prezentuje się aktorstwo i praca kamery (w Złym nie ma pracy kamery, są nieruchome sceny). I w popularnych Kiepskich czasami można było doszukać się fabuły i ciekawych dialogów. Tutaj też tego nie ma. Niestety może i dla Malezyjczyków to ważny film opowiadający coś na ważny temat. Dla mnie, jako widza europejskiego, którego nie uświadomiono choćby planszą tekstową na początku filmu przedstawiającą background fabularny jest to po prostu źle zrealizowana nuda. Nie polecam. Chyba, że dla wpadającej ucho etnicznej muzyki. Ale tą można sobie odpalić bez konieczności oglądania słabego filmu. 





czwartek, 14 grudnia 2017

Trochę inne love story

Tanna
Australia, Vanuatu 2015
reż. Martin Butler
gatunek: melodramat
zdjęcia: Bentley Dean
muzyka: Antony Partos

 Tym razem zajmuję się filmem dość szczególnym. Bo ile razy mieliśmy okazję obejrzeć obraz wyprodukowany (w kooperacji bo w kooperacji, ale jednak) przez ludzi z oceanicznej wyspy Vanuatu? Już sam fakt, że film zainteresował krytyków, czego rezultatem była między innymi oscarowa nominacja za produkcję nieanglojęzyczną oznacza, że warto zobaczyć produkcję Butlera. 


Przenosimy się na tytułową wyspę Tanna obecnie wchodzącą w skład Vanuatu. Jesteśmy świadkami życia prymitywnych plemion zamieszkujących okolicę. Wawa (Marie Wawa) zakochuje się w wzajemności w  synu wodza,  Dainie (Mungau Dain). Wódz (Charlie Kahla) jak i starszyzna plemienia ma względem młodych jednak całkiem inne plany, niż oni sami...


W filmie cofamy się o kilkadziesiąt lat wstecz od czasów współczesnych, jednak nie ma to zbytnio znaczenia, gdyż bohaterowie żyją wciąż w epoce neolitycznej. Jednak przedstawia to pewien kryzysowy i krytyczny punkt,w jej historii, który wprowadził drobne zmiany w życiu tej niewielkiej prahistorycznej społeczności. W gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia z klasyczną historią rodem z Romea i Julii. To pokazuje, że pewne archetypy zachowań są po prostu właściwe ludzkości niezależnie od czasu występowania czy zaawansowania technologicznego. Film Butlera potęguje tę świadomość i odruchowo (przynajmniej w moim przypadku) rodzi się pewna bliskość łącząca kultury i epoki. W gruncie rzeczy w podstawowych zachowaniach, marzeniach i potrzebach życiowych wszyscy jako ludzie jesteśmy w gruncie rzeczy tacy sami, a przynajmniej bardzo podobni. Nie ważne czy mieszkamy w Koluszkach, Nowym Jorku czy na pierwotnej wyspie. 
O samym filmie ciężko się wypowiadać wkraczając w jakieś zawiłe tematy. Postaci, które tu występują to realni mieszkańcy oceanicznych wysepek, bez szkoły aktorskiej i jakiegoś specjalnego przygotowania. Ale i tak (a może dzięki temu) aktorsko dają radę. Nie talentem czy formą aktorską, ale realizmem. Także nie przeszkadza praca kamery,a całość kręcona jest w naprawdę urokliwych miejscach ulokowanych w Oceanii. Także wydaje mi się, że warto obejrzeć ten film i na moment przenieść się do prymitywnej osady, zwiedzić wyspę Tanna i poznać oklepaną, lecz uniwersalną historię. Mało efektowny ale efektywny film. Warto - można odkryć odrobinę świata nie wstając z fotela. 




niedziela, 19 lutego 2017

Azjatycka trawestacja

Szczurołap (Son-nim)
Korea Południowa 2015
reż. Kwang-tae Kim
gatunek: thriller

Wielu z czytelników zna zapewne spisaną przez braci Grimm opartą na dawnych podaniach baśń opowiadającą o szczurołapie z miasteczka Hameln. Po sukcesie koreańskiego Lamentu postanowiłem obejrzeć inny z tego kraju film z pogranicza thrillera i horroru, więc sięgnąłem po właśnie opisywany. I jak duże było moje zdziwienie, gdy to, co oglądałem to trawestacja wspomnianej opowieści braci Grimm.


Tuż po wojnie koreańskiej kraj przemierza kulawy Woo-ryong (Seung-yong Ryoo) wraz z chorym na gruźlicę synem Nam-soo (Joon Lee), by dotrzeć do Seulu, gdzie stacjonują amerykańscy lekarze mogący uleczyć dziecko. Podczas podróży zatrzymuje się w tajemniczej, odosobnionej wsi bez nazwy. Tam na zlecenie zarządcy wioski (Sung-min Lee) przyjmuje ofertę pozbycia się szczurów, które atakują mieszkańców. Zaprzyjaźnia się też z miejscową szamanką (Woo-hee Cheon).


Oczekiwałem po tym filmie czegoś innego. Po przewrotnych filmach koreańskich, gdzie granica pomiędzy gatunkami jest bardzo zatarta nigdy jednak nie można być pewnym tego, co zobaczy się na ekranie. Tutaj liczyłem na większy element grozy i horroru, lecz to było tu w zasadzie tylko ledwie zarysowane. Ogólnie zaliczyłem na potrzeby wyznaczenia gatunku film jako thriller, jednak równie dobrze może być to po prostu baśń. I to dość standardowa, wręcz bardzo europejska i przeniesiona na azjatycki grunt. Niestety film o grającym na flecie szczurołapie nie jest specjalnie angażujący dla widza. Oprócz typowej dla Korei świetnych plenerów i muzyki oraz przyzwoitej pracy kamery nie dostajemy tutaj nic ciekawego. Bohaterowie są jednowymiarowi i całkiem nudni, historia dość oklepana i niezbyt interesująca. Potencjał był na pewno większy, zaś niestety mocno niewykorzystany. Całość więc jest bardzo przeciętna i można film ten traktować tylko jako ciekawostkę.







wtorek, 7 lutego 2017

Syreni śpiew

Córki dancingu
Polska 2015
reż. Agnieszka Smoczyńska
gatunek: dramat, musical
zdjęcia: Jakub Kijowski
muzyka: Ballady i Romanse

Rzadko kiedy polskie filmy są zauważane na festiwalach (choć ostatnio jest to coraz częstsze), jeszcze rzadziej zaś zdobywają nagrody na festiwalu Sundance. Temu filmowi się to udało (oprócz różnych nominacji otrzymał też kilka statuetek i nominacji do Orłów i Złotych Lwów). Tak więc skoro niewątpliwie czymś zachwycili się krytycy to i ja sięgnąłem wreszcie po tę produkcję. 


Dwie syreny, Złota (Michalina Olszańska) i Srebrna (Marta Mazurek) wypływają z Wisły na ląd w Warszawie lat 80. ubiegłego wieku. Wokalistka (Kinga Preis) występującego na dancingach w jednym ze stołecznych klubów zatrudnia je do śpiewania chórków. Tam poznają basistę zespołu (Jakub Gierszał), w którym jedna z syren się zakochuje...


Niezbyt często zdarza się, że oceny krytyków aż tak rozmijają się z ocenami publiczności. O ile filmem tym, jak już wcześniej wspomniałem zachwycili się zawodowi filmoznawcy, tak zwykli widzowie niemal jednoznacznie go odrzucili (filmwebowa średnia poniżej 5 pkt mówi sama za siebie). Niestety sam jestem bliższy ocenie tych zwykłych widzów. Widać, że Smoczyńska miała pomysł na film i chciała stworzyć produkcję, jakiej w Polsce jeszcze nie było. To się chwali. Niestety sam pomysł i szczytna idea (przecież ckliwych dramatów i komedii romantycznych mamy w Polsce aż nadto, a alternatywnego i awangardowego kina raczej deficyt) jednak wszystko to na nic, jeśli wykonanie kuleje. A tutaj wykonanie stoi naprawdę na niskim poziomie. A gwoździem do trumny jest tutaj fakt, że film chce być po części musicalem - niestety jakość produkcji dźwięku woła o pomstę do nieba. Średnio w rodzimych filmach dźwięk stoi na bardzo marnym poziomie, tutaj jest jednak jeszcze gorzej. Nie słychać lub źle słychać większość tekstów. Podgłośnienie odbiornika nic nie daje, bo słowo mówione i tak przeważnie jest zagłuszone przez muzykę lecącą w tle. Musical, gdzie nie słychać aktorów? Trzeba przyznać, że kiepsko. Inne minusy od nieangażującej, płytkiej fabuły, czy zera zdziwienia u widzów klubu, gdy na scenie pojawiają się syreny to już inna sprawa. Niestety potencjał w tym filmie był. Jednak został strasznie niewykorzystany. A szkoda.




piątek, 27 stycznia 2017

On wrócił

Er ist wieder da
Niemcy 2015
reż. David Wnendt
gatunek: komedia
zdjęcia: Hanno Lentz
muzyka: Enis Rotthoff


W 2012 roku niejaki Timur Vermes popełnił książkę satyryczną pod tytułem Er ist wieder da, wydaną również w Polsce pod tytułem On wrócił. Tytułowym nim jest w tym przypadku Adolf Hittler, który trafia do współczesnego Berlina. Książka cieszyła się za zachodnią granicą sporą popularnością, choć i w Polsce musiała nie przejść bez echa, skoro na jej podstawie wystawia się sztuki teatralne (w pobliskim teatrze w Hitlera wciela się...kobieta). Także nie dziwi zbytnio, że na bazie tej popularności powstał też dość szybko film.


Rok 2014. W jednej z gorszych dzielnic Berlina budzi się po niemal 70 latach Adolf Hitler (Oliver Masucci), który nie zdaje sobie sprawy, który jest właśnie rok i dalej uważa się za wodza Rzeszy. Wzbudzającego powszechną konsternację wśród przechodniów na nagraniu dostrzega pracujący dla telewizji Sawatzki (Fabian Busch), który postanawia wykorzystać dziwnego mężczyznę podającego się za fuhrera w celu ratowania swojej kariery...


Trzeba się zgodzić z tym, że Niemcy nie posiadają zbyt wyrafinowanego poczucia humoru. Może dlatego reżyser tego filmu, który wcześniej dał światu tak angażującą produkcję, jak Wilgotne miejsca uchodzi tam za wzór autora komedii. Niestety dla postronnych widzów z innych krajów raczej film na podstawie książki Vermesa będzie w większym stopniu dramatem niż powodem do śmiechu. Choć trzeba przyznać, że trochę udanej satyry udało się przemycić, z dobrą przeróbką klasycznej sceny z Upadku. Niestety przez większość czasu raczej jest strasznie niż śmiesznie. Twórca miota się raz pokazując Hitlera jako psychopatę, częściej jednak stara się ocieplić jego wizerunek. I choć fuhrer czasem celnie skomentuje współczesność to czasem można wręcz posądzić twórców o sentymentalizm względem III Rzeszy - co miesza się zaś z ogólną wymową filmu, że i w obecnych czasach niewiele trzeba, by osoba pokroju Adolfa znów sięgnęła po władzę. Jednak mam nadzieję, że trend powrotów tego typu postaci nie utrzyma się w filmie. Bo jeśli przyjdzie nam oglądać powroty Stalina, Lenina, Goebbelsa, Mussoliniego, Pol Pota to może nie świadczyć zbyt dobrze o kondycji obecnego świata.





niedziela, 15 stycznia 2017

W krainie hipsterów

Jak zostać Katalonką (Ocho apellidos catalanes)
Hiszpania 2015
reż. Emilio Martínez Lázaro
gatunek: komedia


Jakiś czas temu opisywałem na blogu film Jak zostać Baskiem, który to był przebojem kinowym w Hiszpanii, a niedawno, po niemal trzech latach od premiery trafił do polskich kin studyjnych jako Hiszpański temperament. Hiszpanie na tyle polubili historię bohaterów, że w rok później powstała kontynuacja. A że i mnie poprzednia część przypadła do gustu, to zdecydowałem się ją zobaczyć.


Rafa (Dani Rovira) bojąc się odpowiedzialności życiowej i ślubu z Amaią (Carla Lago) zostawił ją, jednak wciąż nie może o niej zapomnieć. Gdy ojciec dziewczyny, Koldo (Karra Elejalde) przybywa do niego z informacją, że Amaia ma zamiar wziąć ślub w Katalonii z pochodzącym z tamtego regionu artystom o imieniu Pau (Berto Romero) postanawiają do niego nie dopuścić. Na miejscu spotykają nie tylko stanowczą babkę wybranki córki Kolda, Roser (Rosa Maria Sardà) ale i Merche (Carmen Machi), w której ojciec Amai jest zakochany...


Mam pewien sentyment do tej mini serii. Chociaż są to filmy bazujące na zrozumiałych w głównej mierze dla Hiszpanów stereotypach połączone z (o zgrozo) czymś w rodzaju komedii romantycznej uważam, że ogląda się to wszystko bardzo miło i przyjemnie. Bardzo duża w tym zasługa zarówno lekkiego, przyjemnego humoru (słownego i sytuacyjnego) z naprawdę miłymi, sympatycznymi bohaterami, których bardzo szybko dało się polubić już we wcześniejszej części, a teraz bardzo przyjemnie jest do nich wrócić. Oczywiście, jako że mamy do czynienia z sequelem dostajemy niemal to samo, co wcześniej tylko w obowiązkowym schemacie więcej tego samego. Oprócz znanych i lubianych postaci dochodzą więc kolejne ekscentryczne, lecz w sumie pocieszne postaci, jednak podłoże humoru, jak i jego jakość pozostaje ta sama. Tym razem ciężar dowcipu przenosi się znacznie z Kraju Basków do Katalonii oraz jej niepodległościowych zapędów. Dochodzą do tego postaci rdzennie zamieszkujące ten region z Pauem na czele. Jest on ukazany jako standardowy hipster, a większość mieszkańców regionu można zaliczyć do podobnego grona. Naprawdę ciężko to opisać, jednak ta konwencja hmm hipsterska jest przyczyną wielu zabawnych sytuacji i skłoni do subtelnego uśmiechu. 
Chociaż niektóre żarty są nieśmieszne i niepotrzebne, część jest w ogóle niezrozumiała to spodobał mi się ten film jako całość. Jego sympatyczna, luźna konwencja, świetni bohaterowie, niezobowiązujący humor. Jest to więcej tego samego więc siłą rzeczy poprzedniczkę oceniam trochę lepiej, jednak i ten film śmiało mogę każdemu polecić na weekendowy wieczór przed ekranem.




sobota, 7 stycznia 2017

Polowanie

Spotlight
USA 2015
reż. Tom McCarthy
gatunek: dramat

Przymierzałem się do tego filmu od prawie roku. Dwa Oscary, oba ważne, gdyż za najlepszy film i scenariusz, do tego szereg przeróżnych nagród i nominacji mniejszego formatu. Do tego ważny, trudny społecznie temat. Jednak nigdy nie byłem fanem tego typu śledczych produkcji, gdzie gadające głowy zamknięte w czterech ścianach rozwiązują trudne sprawy. Jednak dzisiaj udało mi się wreszcie zobaczyć ten film.


Do redakcji bostońskiej gazety Globe trafia nowy naczelny, Marty Baron (Liev Schreiber). Przy jego zaangażowaniu gazetowa komórka śledcza zwana Spotlight, w skład której wchodzą m.in. Walter Robinson (Michael Keaton), Mike Rezendes (Mark Ruffalo) i Sacha Pfeiffer (Rachel McAdams) zaczyna zajmować się sprawą księży pedofilii, którzy przez lata molestowali dzieci z bostońskich parafii...


Sprawa, jaką zajęli się prawdziwi redaktorzy ze Spotlight to oczywiście prawdziwa historia, a liczni molestujący dzieci księżą faktycznie przez lata bezkarnie działali na terytorium Bostonu (a jak pokazują grafiki pod koniec filmu podobne sprawy mają miejsce na całym świecie, w tym oczywiście w Polsce, co akurat chyba wszyscy wiedzą). I temat zboczonych księży, czyli ludzi, którzy z racji pełnionego zawodu powinni być etycznie możliwie jak najlepszym jest naprawdę ważny i szokujący, jednak wydaje mi się, że nagród nie powinno się przyznawać za sam temat. Także nie powinno się oceniać produkcji tylko opierając się na temacie. Bo wiele filmów tematycznie było wspaniałych, jednak jako całość filmowo wypadała blado. Nie wystarczy mieć coś do powiedzenia, by zrealizować dobry film. Niestety wydaje mi się, że narracja i sposób przedstawienia tego dziennikarskiego śledztwa nie jest zbyt dobrą filmową narracją. Oglądamy dwie godziny dysput gadających głów zamkniętych w czterech ścianach. Nawet jeśli poruszają istotne tematy, a film ujawnia mechanizm skandalicznej wielopiętrowej zmowy milczenia to wszystko to jest przedstawione w sposób dość nudny i monotonny. Ciężko jest też specjalnie identyfikować się z bohaterami, o których praktycznie nic nie wiemy. Chociaż zagrani zostali oni naprawdę porządnie, sportretowani przez dobrych aktorów to jednak nie czułem tego niedającego się opisać czegoś, co powoduje, że chce się oglądać film. Może wygłoszę tutaj skrajnie odmienną od wielu innych opinię, jednak ja się na tym filmie zawiodłem i setnie się wynudziłem. Temat słuszny, jednak chyba ciężki do sfilmowania. 




czwartek, 5 stycznia 2017

Ostatnia akcja

Ryuzo i siedmiu najemników (Ryûzô to 7 nin no Kobun Tachi)
Japonia 2015
reż. Takeshi Kitano
gatunek: komedia kryminalna

Takeshi Kitano uchodzi za jednego z bardziej znanych wciąż żyjących reżyserów i aktorów. Jego popularność wykracza poza Kraj Kwitnącej Wiśni czy cały kontynent docierając też z powodzeniem do Europy czy Ameryki. Jednak na Zachodzie bardziej popularne są jego dosadne, brutalne filmy o tematyce mafijnej lub własna adaptacja przygód Zatoichiego (opisywałem ją zresztą w tym miejscu). W rodzinnym kraju Kitano jednak słynie też z przypadającego do gustu Japończyków humoru i jest autorem kilku komediowych produkcji. O jednej z nich (prezentowanej nawet na Warszawskim Festiwalu Filmowym) właśnie będzie krótko ode mnie. 


Tytułowy Ryuzo (Tatsuya Fuji) jest dawnym członkiem yakuzy, Niegdysiejsza sława brutalnego gangstera z wieloma latami odsiadki na koncie na nikim nie robi już wrażenia, a mężczyzna jest już tylko pogardzanym przez rodzinę balastem. Gdy rodzina syn z rodziną opuszczają dom zostawiając Ryuzo na pewien czas samego ten kontaktuje się z dawnym znajomym, Masą (Masaomi Kondo). Gdy mężczyźni spotykają swego byłego kompana, Mokichiego (Akira Nakao) postanawiają skontaktować się z innymi pozostałymi przy życiu członkami swej grupy...


Jeśli ktoś kiedyś choćby przy pomocy youtube'a widział urywek japońskiego telewizyjnego show rozrywkowego, ten wie, że Japończycy mają bardzo hmm specyficzne, by nie powiedzieć głupie poczucie humoru, które nijak nie współgra ani z tym europejskim, ani nawet amerykańskim. Dlatego też choć inne filmy Kitano zyskały uznanie i na naszym kontynencie, to zapewne pełne slapsticku komedie nie miałyby wystarczająco dużej siły przebicia. 
I ten film właśnie poniekąd jest taką mieszaniną dość refleksyjnych tematów (w mniejszości) z japońską jazdą bez trzymanki w kierunku kloacznego humoru. Naprawdę gdyby film pokierować trochę inaczej mielibyśmy potencjał na naprawdę dobry, dający do myślenia lekki film o przemijaniu i zmianach zachodzących na świecie. Przecież historia ośmiu niegdyś wpływowych, złych mężczyzn, którzy z upływem czasu stali się już tylko marnymi odbiciami siebie sprzed lat, którzy są po części zapomniani i odrzucenie przez społeczeństwo miałaby szansę stać się czymś naprawdę dobrym. Także liczne sceny, gdzie próbuje się wykorzystywać staruszków znaną i w naszym kraju metodą na wnuczka (i w kilka innych sposobów) są naprawdę dobre. Tak jak i zestawienie dawnych opierających się na pewnych kodeksach bandziorów z zastępującymi ich po czasie przestępcach w krawatach i garniturach. Niestety czym dalej, tym gorzej i z każdą kolejną sceną (z nielicznymi wyjątkami) droga, którą obrał Kitano w tym filmie mnie dziwiła i często żenowała. Nie licząc z trzech naprawdę śmiesznych akcentów nie potrafiłem się utożsamić z tym humorem. Dlatego też ogólnie uważam, że nie jest źle, jednak niestety dobrze też nie. Średniak będący produkcją dla odważnych kinomaniaków.





niedziela, 1 stycznia 2017

Opowieść o czterech siostrach

Nasza młodsza siostra (Umimachi Diary)
Japonia 2015
reż. Hirokazu Koreeda
gatunek: dramat

Filmowy rok 2016 zakończyłem obejrzeniem najnowszego filmu wielokrotnie nagradzanego na całym świecie za swe dzieła Hirokazu Koreedy. Film ten zdominował tegoroczną edycję Japońskiej Akademii Filmowej, wziął udział w festiwalach w Cannes i San Sebastian. Także wkraczając rok po swej premierze do naszych kin zyskał pewne uznanie rodzimych krytyków. Także uznałem, że to dobra produkcja na zwieńczenie roku. 


Żyjące w jednym domu trzy siostry: Sachi (Haruka Ayase), Yoshino (Masami Nagasawa) i Chika (Kaho) dostają wiadomość o śmierci swojego ojca, który przed ponad dekadą opuścił rodzinę doprowadzając do załamania nerwowego ich matki. Kobiety wybierają się na uroczystość pogrzebową, gdzie poznają swoją przyrodnią siostrę, dużo młodszą od nich Suzu (Suzu Hirose). Jako że dziewczyna nie ma z kim się podziać postanawiają przygarnąć ją do siebie.


Widzę w tym filmie kilka pozytywów, które ciężko jest zakwestionować. Na pewno trzeba pochwalić piękne lokację, w których nakręcono produkcję. Autorzy wyszli z wielkiego miasta, przenosząc opowieść do małomiasteczkowej Japonii, gdzie życia jest całkiem inne, niż w często eksploatowanego filmowo Tokio (a pociągi tam jeżdżące o wiele bliższe tym naszym). Po drugie urokliwe miejsca zostały świetnie nakręcone. Praca kamery wyciska wszystko, co najlepsze z plenerów, a i nie odstaje w ciasnych pomieszczeniach, gdzie często towarzyszy bohaterkom. Na uwagę zasługuje też rola młodej Suzu Hirose. Dziewczyna bardzo dobrze wypadła w roli najmłodszej siostry - czekam na inne filmy z jej udziałem, jeśli dalej pójdzie filmową drogą świat doczeka się kolejnej porządnej azjatyckiej aktorki. 
Oczekiwałem po tym filmie niejako połączenia niedawnego Patersona z Mustangiem. Z tego pierwszego wyciągać miał afirmację prostego, zwyczajnego życia, z drugim zaś kojarzyć miał się ustanowieniem w centrum akcji kilku siostrzanych bohaterek stawiających czoła światu. I o ile trochę jest podobny do obu filmów, to jednak do każdego z nich sporo mu brakuje. Twórcy wspominanych tytułów przedstawiają nam sytuację w sposób, jaki Koreeda ledwie zarysowuje. Niestety codzienność pokazana przez Jarmuscha wypada na ekranie o wiele lepiej, niż ta uchwycona przez Koreedę. Fabularnie mamy więc pewnego rodzaju telenowelę, która niby zahacza o kilka ważnych tematów, jednak przeważnie snuje się po fabularnych bezdrożach w nigdzie nie zmierzającym kierunku. Wydaje się, że akcja skupia się tutaj przeważnie na wspominaniu zmarłych i ich czynów, oraz przygotowywaniu jedzenia. Trochę to wszystko takie nijakie. Jednak patrzy się na całość z nieskrywaną sympatią, zarówno do bohaterek, jak i ich zwykłych, codziennych czynności. Nie jestem pod aż tak wielkim wrażeniem tego tytułu, jednak też przyznaję, że daleko mu do łatki produkcji nieudanej. Solidne kino hmm egzystencjalne.





środa, 21 grudnia 2016

Miasteczko w bezczasie

Ederly
Polska 2015
reż. Piotr Dumała
gatunek: surrealistyczny

Na ostatni film przed świętami wybrałem się do kina na film, który był wyświetlany na festiwalu rodzimych filmów w Gdyni w sekcji produkcji eksperymentalnych. Także już przed seansem oczekiwałem czegoś innego, niż większość rzeczy jakie widziałem.


Do miasteczka Ederly przybywa konserwator zabytków Słow (Mariusz Bonaszewski), który ma wykonać renowację figury w miejscowym kościele. Zatrzymuje się na noc u pewnej rodziny, gdzie starsza kobieta (Helena Norowicz) i jej syn (Piotr Skiba) biorą go za dawno zaginionego syna i brata. Gdy Słowowi nie udaje się wyjaśnić, że zaszła pomyłka, po nocy spędzonej w domu udaje się do miejscowego księdza (Wiesław Cichy)...


Film Dumały dzieje się w nieokreślonym miejscu i czasie. W sumie pojęcie czasu w Ederly ciężko jest stwierdzić. Mimo że bohaterowie korzystają z komórek i telewizorów to korzystają też ze służby (dobra rola Aleksandry Popławskiej), posługują się świecami, a niektóre przedmioty są żywcem wyjęte sprzed ponad pół wieku. Wrażenie, że Ederly wprost jest zawieszone w bezczasie potęguje percepcja w jego postrzeganiu poszczególnych bohaterów - dla księdza bohater przebywa w miasteczku już pół roku, zaś dla mieszkańców domu zjawił się on dopiero dwa dni wcześniej. Nie da się tego pojąć i trzeba po prostu zaakceptować to tajemnicze miejsce jakim jest. 
Służy filmowi nakręcenie go w czarno-białej tonacji. Nadaje to obrazowi klimatu i specyfiki enigmatycznego filmu - w kolorze byłoby o to ciężej. Także na plus trzeba zaliczyć reżyserowi to, że w większej mierze skorzystał z aktorów nie kojarzonych z ekranów (a nawet gdy pojawia się znany przecież dość dobrze i przeważnie charakterystyczny Janusz Chabior to wygląda on trochę inaczej niż zazwyczaj).  Aktorzy stanęli na wysokości zadania kreując swe role bardzo dobrze. 
I chociaż niemal całość poczynań Słowa, który konformistycznie próbuje przystosować się do narzucanych mu przez mieszkańców Ederly ról ogląda się nieźle, to moim zdaniem szwankuje w filmie zakończenie. Oczekiwałem jednak czegoś innego. Jednak i bez tego jest to film, który z czystym sumieniem można obejrzeć, jest to całkiem innego niż oferuje nam obecnie polskie kino głównego nurtu.




piątek, 2 grudnia 2016

Osadnicy

Colonia 
Francja, Luksemburg, Niemcy 2015
reż. Florian Gallenberger
gatunek: dramat, thriller 

Przeróżne zamachy stanu i rewolucje to okres przeważnie straszny i pełen chaosu, a często dobra zmiana, która dokonuje przewrotu okazuje się znacznie gorsza, krwawa i represyjna niż obalany poprzednik. Tak było w Chile, gdzie legalny rząd Salvador Allende został obalony przez wspieranego przez USA Augusto Pinocheta. Po latach jednak okazuje się, że na motywach krwawej historii może powstać dobry film pokazujący te czasy. 


Chile, rok 1973. Stewardessa Lena (Emma Watson) przybywa do kraju i pędzi na spotkanie z przebywającym tam chłopakiem, Danielem (Daniel Brühl), który zajmuje się agitacją na rzecz prezydenta Allende. Gdy dochodzi do zamachu stanu, podczas którego prezydent ginie,a władzę przejmuje Pinochet zaczynają się zatrzymania zwolenników obalonego rządzącego. Daniel zostaje złapany przez wojsko i zostaje wysłany do Colonii Dignidad, prowadzonej przez Niemca Paula Schäfera,(Michael Nyqvist) który każe się nazywać Piusem pseudoreligijnej sekty kooperującej z nową władzą.


Rozliczanie wojskowej dyktatury Pinocheta chyba najlepiej zostawić samym Chilijczykom, co zresztą wychodzi im całkiem nieźle, choćby na przykładach filmów Pablo Larraína. Dlatego opisywana właśnie anglojęzyczna europejska koprodukcja (co ciekawe - bez udziału krajów anglojęzycznych) choć pokazuje wydarzenia z czasów początków dyktatury nie skupia się na samych Chilijczykach,a na działającej na pustkowiu sekcie, z której przez lata zdołało uciec tylko pięciu tam mieszkających. Nieznana szerszemu gronu ludzi działalność Schäfera to przyczynek do naprawdę ciekawej (choć strasznej) opowieści, którą Gallenberger przekuł na naprawdę solidny film. Film będący udaną mieszanką dramatu z thrillerem, który w dodatku inspirowany jest prawdziwą działalnością realnej sekty. Sposób, w jaki przedstawiona jest tytułowa kolonia naprawdę potrafi zdołować i zjeżyć włos na skórze - miejsce zostało ukazane naprawdę demonicznie. Wysoką jakość dopełniają także aktorzy, z których najlepiej wypada nie promowana najbardziej, lecz tylko niezła Watson, a Daniel Brühl, który naprawdę skradł show. Do tego dochodzi naprawdę psychopatyczny Nyqvist oraz Richenda Carey, której postać jest chyba jeszcze bardziej szokująca niż Schäfer.
Niestety nie wszystko wygląda tak różowo, i film ma swoje minusy. Najbardziej moim zdaniem szwankuje końcówka, wręcz żywcem wyjęta z Operacji Argo. Tak jak tam czepiałem się końcowego pościgu na lotnisku, tak i tutaj uznaję go za niepotrzebni i dodający zbędnego i taniego napięcia. Jednak jest to i tak bardzo dobra koprodukcja europejska, pokazująca nieznaną historię w sposób przystępny dla obecnego widza. Warto!





czwartek, 1 grudnia 2016

Cobain odbrązowiony

Kurt Cobain: Montage of Heck
USA 2015
reż. Brett Morgen
gatunek: dokumentalny

Istniejąca w latach 1987 - 1994 grunge'owa grupa muzyczna Nirvana do dzisiaj ma wielu swoich zagorzałych fanów. Sam niejednokrotnie sięgam od czasu do czasu po kilka pozostałych po zespole utworów. To, co do teraz przyciąga do zespołu jest nie tylko jej muzyka, lecz także osoba frontmana - Kurta Cobaina. I jak mówi nam sam tytuł to jego osobie poświęcony jest ten film. 


Przez ponad dwie godziny filmu oglądamy historię życia Kurta Cobaina, czy to na archiwalnych filmach i fotografiach, czy wysłuchując jego bliskich lub na animowanych pseudofabularnych wstawkach. 


Kurt Cobain to jedna z ciekawszych postaci świata muzyki lat 90.ubiegłego wieku, a zespół, który stworzył zapisał się trwale w historii popkultury. To więc bardzo ciekawa postać, która z powodzeniem mogłaby doczekać się dobrego filmu czy to dokumentalnego, czy też fabularnego. Niestety opisywany film ciężko uznać za dobry. Mamy tutaj połączenie gadających głów (rodzice, była dziewczyna, żona i kolega z zespołu), z fragmentami filmów z domowych archiwów bohatera, a także jego rysunki i zapiski. Na dodatek jest są jeszcze animowane fabularne dodatki, które pokazują kilka wydarzeń z życia Cobaina. Zarówno ze zwierzeń znających go ludzi, jak i z pozostawionych przez niego filmów i notatek oraz z animowanych filmików postać Cobaina jawi się jako niezbyt sympatyczny, zblazowany narkoman, do którego ciężko czuć jakąkolwiek sympatię. Jest to kolejna postać ze świata muzyki, której twórczość robi wrażenie,jednak prywatnie jest małym człowiekiem. Niestety też film robi słabe wrażenie. Jest chaotyczny, niespójny i zwyczajnie wybrakowany. Zabrakło tutaj najważniejszych szczegółów z życia postaci, jak formowanie się zespołu, tego, jak wyglądała chemia wśród muzyków, czy też sprawa samej śmierci Cobaina. Film oprócz pozostawienia ambiwalentnych uczuć do bohatera, nie zostawia po sobie nic więcej.





niedziela, 13 listopada 2016

Totalna kimdzongilizacja

Pod opieką wiecznego Słońca (V paprscích slunce)
Czechy, Niemcy, Rosja, Korea Północna, Łotwa 2015
reż. Witalij Manski
gatunek: dokumentalny

Czytając liczbę państw, które brały udział w produkcji tego filmu można zauważyć oprócz dość standardowych Niemiec, Rosjan czy Czechów trochę mniej znaną filmowo Łotwę oraz kraj będący największym zaskoczeniem - Koreę Północną. A to za sprawą faktu, iż reżyser postanowił udać się do tego państwa, by nakręcić życie codzienne zwykłych ludzi. 


Wraz z kamerą obserwujemy życie przygotowującej się do wstąpienia do Unii Dzieci (komunistyczna młodzieżówka w Korei Płn.) Zin-mi oraz jej rodziców mieszkających w stolicy kraju, Pjongjangu. Szybko jednak okazuje się, że rodzina ta tylko odgrywa reżyserowaną przez koreański reżim pokazową rolę...


Korea Północna to jeden z najbardziej odizolowanych państw świata. Komunistyczny Raj dynastii Kimów wprawdzie otwiera się coraz bardziej na pochodzących z Zachodu turystów, jednak wydaje się, że wszystko to, co będą oni zobaczyć to jedna wielka mistyfikacja zaplanowana na potrzeby wycieczek.
Reżyser Manski widząc we wcześniejszych, całkiem licznych filmach dokumentalnych o tym państwie nie jednostki, a tylko całe masy ludzkie zapragnął nakręcić film o losie przeciętnej rodziny północnokoreańskiej. Co zadziwiające, udało mu się dostać zgodę na nakręcenie tego filmu, jednak to, co zaplanowali dla niego słudzy reżimu zawstydziłoby nawet twórców pamiętnego Truman Show. W północnokoreańskiej stolicy Manski spotkał się z podstawioną rodziną, która zamieszkała w nie swoim mieszkaniu, podjęła inny zawód, niż ten wykonywany na co dzień, a wszystkie swoje kwestie musiała powtarzać, do czasu, aż koreański koordynator był z nich w pełni zadowolony. Koreańczycy myśleli, że reżyser nakręci dla nich film propagandowy, który później pokaże w Rosji, jednak Manski oszukał Azjatów. Ci nie zdawali sobie sprawy, że gdy nikt nie obsługuje kamery, w której dodatkowo nie świeci się czerwona lampka ta może wciąż nagrywać. I tak szybko ujawniła się szokująca manipulacja ze strony decydentów Korei Północnej. Jednak uczestniczymy też w życiu wstępującej do Unii Dzieci dziewczynki, między innymi oglądając zajęcia szkolne, w których bierze udział. To dobitny i smutny przykład indoktrynacji, jakiej poddawani są Koreańczycy od dziecka do późnej starości. Ich życie ogranicza się do chwalenia Umiłowanych przywódców, a kult jednostki i restrykcje są na poziomie, na jakim nigdy nie było to spotykane ani w Związku Radzieckim, ani w Chinach,a czasy PRLu przy tym, co jest w Korei to czysta, niczym nieskażona sielanka. 
Chociaż ryzykowne zachowanie ze strony Manskiego opłaciło się, dając rezultat w postaci tego szokującego, choć wartościowego filmu, to było też skrajnie nieodpowiedzialne. Za nielegalne nagrywanie mogą ucierpieć występujący w filmie ludzie, z małą Zin-mi i jej rodzicami włącznie. W chorym kraju nigdy nie wiadomo, co może spotkać tych ludzi. Jednak skoro ten film już istnieje to warto zobaczyć życie i manipulacje stosowane w tym opresyjnym systemie. Do refleksji.




Bachor

Dzieciństwo wodza (The Childhood of a Leader)
Francja, Węgry, Wielka Brytania 2015
reż. Brady Corbet
gatunek: dramat

Od czasu, gdy przeczytałem o powstawaniu tego filmu miałem chrapkę na obejrzenie go najszybciej, jak się tylko da. Film zapowiadał się ciekawie zarówno pod względem fabularnym, jak i aktorskim, a poza tym został osadzony w ciekawych realiach. Mimo że przegapiłem jego przedpremierowy pokaz na lokalnym festiwalu, to wybrałem się na jego premierowy weekend w kinie. Okazało się po raz kolejny, że moje oczekiwania były zbyt duże, niż to, co dane mi było zobaczyć.


Młody Prescott (Tom Sweet) przybywa wraz z rodzicami do Francji, gdzie jego ojciec (Liam Cunningham) jest jednym z negocjatorów powojennego ładu w Europie. Zaniedbywany przez radykalnie katolicką matkę (Bérénice Bejo) chłopiec spędza czas z nauczycielką francuskiego (Stacy Martin) i gospodynią (Yolande Moreau). Z każdą chwilą staje się przy tym coraz bardziej nieznośny...


Film Corbeta nawet nie próbuje kryć tego, że aspiruje do czegoś więcej, niż bycie kolejnym filmem dla zwykłych zjadaczy chleba. Młody amerykański reżyser jednak przesadza z udowadnianiem na siłę artyzmu filmu, serwując widzom wręcz metafizyczne sceny w każdym dogodnym do tego (wg niego) momencie. W rezultacie dostajemy film przeszarżowany, który może być dobrym przykładem triumfu formy nad treścią. Interludia i uwertury w stylu bardziej uduchowionych produkcji Wernera Herzoga mijają się tutaj z wysublimowanymi kadrami, przypominającymi zachwyt nad portalem w Imieniu róży. Ta fetyszyzacja wręcz różnych kopuł, czy nabożne przedstawianie procesji jest pozbawione jakiegokolwiek sensu i powodu, czysta sztuka dla sztuki. Także uduchowiona, rozdmuchana, wręcz barokowa muzyka nijak nie pasuje do tego, co widzimy na ekranie. Dzięki temu wedle zamysłu sceny powinny być bardziej podniosłe, jednak wypada to śmiesznie, a końcowa sekwencja wręcz męczy.
Fabularnie zapowiadało się o wiele więcej, niż dostajemy. Chciałem otrzymać psychologicznie pogłębioną analizę dzieciństwa tytułowej postaci, jednak dostałem tylko jakąś wyciętą namiastkę, nędzną wersję demo oczekiwań. Bohater staje się dyktatorem, gdyż rodzice mimo zapewnień o stanowczości pozwalają mu za dużo, przez co dopuszcza się takich czynów, jak nie zjedzenie obiadu czy zamknięcie się w pokoju. Tego typu zachowania dotyczą 95% dzieci w jego wieku jednak...
Na plus można zaliczyć na pewno warstwę aktorską. Do znanego z Gry o tron Cunninghama dołączają zimna jak lód Bejo i nieźle wypadający tu Pattinson. Zawsze miło też zobaczyć na ekranie nimfomankę Martin i Moreau. Jednak to chyba za mało, by mówić, że film jest chociaż niezły.






czwartek, 27 października 2016

Chińskie opowieści

Wojna imperiów (Tian Jiang Xiong Shi)
Chiny 2015
reż. Daniel Lee
gatunek: przygodowy (?)


Myślicie, że na świecie kinowe weekendy otwarcia należą zawsze do filmów z Hollywood? Może kiedyś tak było, jednak obecnie trendy są takie, że zdarza się to raczej sporadycznie? Pytanie, jakie filmy w takim razie konkurują z tymi z USA? Nie są to filmy bollywoodzkie, tym bardziej nie nollywoodzkie (produkowane w Nigerii), nawet nie rosyjskie dramaty egzystencjalne ani nie polskie komedie romantyczne. Więc co? Najczęściej kinowy prym wiodą chińskie blockbustery, z których tegoroczny lider zarobił w samych Chinach ponad pół miliarda dolarów. Opisywany właśnie film w zeszłym roku na chińskim rynku w pierwszy weekend zyskał około pół miliarda złotych, co dało mu 15 miejsce na tamtejszym rynku w 2005 roku. Sumy szalone, ale jak jest w takim razie z jakością?


Bliżej nieokreślona czasowo starożytność. Hou An (Jackie Chan) jest pokojowo nastawionym strażnikiem Jedwabnego Szlaku. Zostaje on ze swym oddziałem karnie zesłany na budowę miasta na pograniczu szlaku. Pewnego dnia w miejsce budowy dociera...rzymski legion pod dowództwem Lucjusza (John Cusack). Wkrótce Azjata i Rzymianin będą musieli stawić czoło wspólnemu wrogowi, niewdzięcznemu i zdradzieckiemu Tyberiuszowi (Adrien Brody).


Ten film jest tak bardzo zły, że nawet nie wiem od czego zacząć punktowanie go. Naprawdę nie spodziewałem się filmu na miarę najlepszych dzieł Ridleya Scotta, jednak po filmie za 65 milionów dolarów, którym do chińskich gwiazd dołączają zdobywca Oscara i kilku innych dość znanych 'zachodnich' nazwisk oczekiwałem jakiejś tam choć śladowej przyzwoitości. Nic z tego.
Już abstrahując od głupawej fabuły z przybyciem kilku legionów rzymskich do centrum Państwa Środka (badania dowodzą, że Rzymianie faktycznie mogli dostać się i nawet osiedlić w tamtych rejonach, jednak okoliczności tego były całkiem inne, dla zainteresowanych polecam niesponsorowany artykuł do przeczytania w tym miejscu). Rzymianie w filmie po dotarciu po wielu dniach podróży przez pustynie w katastrofalnych warunkach są ogoleni, pełni sił (choć zdarza im się mdleć z głodu), starannie umyci i o nienagannie czystych szatach. W dzień po dotarciu do budowanego właśnie miasta wznoszą w kilka dni wszystkie niezbędne do zakończenia budowy budowle, nie zdejmując przy tym zbroi. Nawet, gdy później siedzą w więzieniu robią to w pełnym uzbrojeniu. Wyposażeni w broń kłującą zadają nią sieczne obrażenia...takich dziwacznych rzeczy jest wiele więcej. Postaci rzymskie mówią w języku angielskim zapewne grającym tutaj łacinę. Językiem tym oczywiście bez trudu porozumiewa się sam bohater grany przez Jackiego Chana...Przymykając oczy na brak trudności w porozumiewaniu się warto zaznaczyć, że bohaterowie nie mówią normalnie. Oni zawsze wypowiadają górnolotne frazesy właściwe dla ostatnich przed śmiercią zdań największych filozofów. Pompatyczność dialogów i monologów poraża, aż mdli od słuchania bądź czytania napisów. W sferze aktorskiej mamy też porażkę. O ile może Jacki Chan wywiązał się ze swojego zadania, a Cusack wypada w kratkę przeplatając lepsze sceny z gorszymi to rola Brody'ego woła o pomstę do nieba. Zmanierowany, zniesmaczony, wykrzywiony w grymasie czy też wiecznym zdziwieniu - nie da się na to patrzeć. Wydaje się, że w każdej scenie cierpi musząc grać w tym filmie, a wielka gaża jaką musiał zgarnąć wcale nie zdaje mu się tego rekompensować. Lubię tego aktora, jednak to co tutaj zaprezentował to istny majstersztyk złego aktorstwa. Do tego wszystkiego dodać należy też fatalny montaż i ogólny sposób przedstawienia. Liczne spowolnienia, tak zwana epicka muzyka i rwące kadry - technicznie klapa. Minusów jest wiele, wiele więcej jednak myślę, że dość wymieniłem, by przestrzec przed oglądaniem tego dzieła. No chyba, że jest się Chińczykiem - im ewidentnie się spodobało. Ewentualnie hardcorowi fani Bollywood też znajdą może tu coś dla siebie.







środa, 26 października 2016

Blokowiska strachu

Dama pikowa. Mroczny rytuał (Pikovaya dama. Chyornyy obryad)
Rosja 2015
reż. Swiatosław Podgajewski
gatnek: horror

Co jak co ale Rosja raczej nie kojarzy się z horrorem. Przynajmniej jeśli mówimy tu o gatunku filmowym. O ile w kraju tym rozwinął się całkiem dobrze dramat społeczny pokazujące niedolę i smutek mieszkańców, dramaty egzystencjalne czy filmy historyczne, a nawet całkiem przyzwoite swego czasu sci-fi lub film wojenny to kino grozy jest gatunkiem stosunkowo mało eksploatowanym na tamtejszym rynku. Dlatego z chęcią zabrałem się za seans przedstawiciela tego mało występującego gatunku.


Grupa nastolatków pod wpływem opowieści o pewnym duchu próbuje go przywołać. Gdy jeden z nich umiera w dziwnych okolicznościach ojciec (Igor Chripunow) Ani (Alina Babak) próbuje odkryć 
co jest tego przyczyną. 


Zawsze mnie zastanawiał w horrorach fakt przywoływania diabła/demona/potwora/upiora przez ludzi, którzy niby nie wierzą w jego istnienie jednak wiedzeni ciekawością i tak próbują go sprowadzić. Mimo że wiedzą oczywiście, że jeśli przybędzie do naszego ludzkiego wymiaru to w żadnym dobrym celu, przeważnie przecież zabija lub nawiedza wszystko co znajdzie w pobliżu. Ale i tak ciekawość zwycięża i zaczynają się kłopoty. W tym filmie jest oczywiście tak samo.
O samej produkcji nie ma zbytnio co się rozpisywać, gdyż nie wnosi ona nic nowego do gatunku, a jest tylko solidnie wykonaną kalką znanych pomysłów z filmów grozy klasy B. Jeśli widziało się filmy pokroju Mamy lub Ringu czy masy jeszcze słabszych tego typu produkcji to na pewno wie się, czego można się spodziewać po Damie pikowej. Oczywiście na plus działa tutaj niespotykany rosyjski klimat i akcja dziejąca się zasadniczo na terenie rozległych blokowisk z minionego systemu. Także aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie, czego nie można niestety powiedzieć o efektach specjalnych. Widać gołym okiem, że twórcy nie dysponowali pokaźnym budżetem, a wszystkie straszaki wykonano na poziomie tych sprzed co najmniej dekady. Także jest to film-ciekawostka, pełen wiele razy wykorzystywanych i od dawna znanych pomysłów, który z racji swojego pochodzenia może zainteresować fanów tego typu filmów. Inni mogą sobie spokojnie darować, chociaż nie sposób odmówić filmowi pewnego specyficznego klimatu. Czyli nihil novi sub sole w oryginalnym środowisku. 







niedziela, 16 października 2016

Barany i ludzie

Barany. Islandzka opowieść (Hrútar)
Islandia 2015
reż. Grímur Hákonarson
gatunek: dramat

W ostatnim czasie o Islandii zaczęło robić się całkiem głośno i to nie ze względu na erupcję wulkanu Eyjafjallajökull i związane z tym komplikacje dla połowy świata, a w sprawach pozytywnych. Szczególnie dobrze idzie im w sporcie: a to piłkarze nożni dochodzą do ćwierćfinału EURO (a i w eliminacjach do mistrzostw świata idzie im obecnie dobrze), a to drugi raz kwalifikują się na koszykarski Eurobasket. Oprócz tego wypuszczają w świat coraz lepsze filmy. Jakiś czas temu opisywałem pokrótce Fusiego, teraz zaś czas na kolejny tytuł z tego mającego (co warto zaznaczyć) trochę ponad 300 tysięcy mieszkańców kraju.


Mieszkający nieopodal siebie na islandzkim pustkowiu leciwi już bracia Gummi (Sigurður Sigurjónsson) i Kiddi (Theódór Júliusson) nie odzywają się do siebie od około czterdziestu lat, a szczątkowe wiadomości przekazują sobie listownie poprzez biegającego między ich domami psa. Każdy z braci szczyci się swą własną hodowlą owiec. Pewnego dnia jednak odkryta zostaje nękająca zwierzęta choroba, a weterynarze podejmują decyzję o zabiciu wszystkich lokalnych stad.


Pierwsze co rzuca się w oczy to polski tytuł filmu. A właściwie idiotyczna druga część. W każdym kraju przetłumaczono po prostu film zostawiając nazwę zwierzęcia. U nas ktoś musiał dopisać nieszczęsną Islandzką opowieść. Po co? Tego chyba nigdy się nie dowiemy. Całe szczęście jednak, że to raczej pojedyncza praktyka i nie mamy potworków w stylu Oldboy. Koreańska opowieść, Lewiatan. Rosyjska opowieść, Nebraska. Amerykańska opowieść czy inny Miś. Polska opowieść. 
Mamy do czynienia z typowo skandynawskim kinem (i to w dodatku jego ekstremalną, islandzką odmianą) więc wartkiej akcji tutaj raczej nie zobaczymy. Mamy za to minimalistyczną, niemal ascetyczną historię wypraną z niepotrzebnych słów, dziejącą się gdzieś na krańcu świata. Wkraczamy w mikrokosmos twardych ludzi, którzy prędzej okażą swe uczucia zwierzętom niż drugiemu człowiekowi. Sama historia jest fabularnie prosta i przypomina nieco Lynchowską Prostą historię. Jednak ukazanie konfliktu dwóch stetryczałych braci z zamiłowaniem do baranów i owiec tak, by ktoś chciał to oglądać wymagało od twórców pewnego talentu. Udało się to dzięki przede wszystkim pięknym kadrą i dopasowanej do nich muzyce. Szczególnie zapadają w pamięć panoramy okolicy, po których przemieszczają się ludzie i zwierzęta, a wszystko to doprawione jest nastrojową muzyką. Lokalizacja islandzkich rubieży wspaniale pasuje do tego filmu i wprawia w klimat melancholii: mamy tu zawarty w kilku kadrach cały majestat jak i grozę tej okolicy. Także pokazanie cyklu życia lokalnej społeczności opartego na symbiozie z hodowaną zwierzyną zostało przedstawione bardzo uczciwie. Oczywiście można się czepiać dużej ilości niedopowiedzeń i faktu, że wiele spraw trzeba spróbować sobie wytłumaczyć samemu, gdyż twórcy milczą na różne ważne tematy zostawiając widzów w niewiedzy. Także ta spowolniona do granic akcja może czasem irytować. Ale skoro akcja jest taka, jakie jest życie na tej wyspie to chyba nie może to być za duży minus, prawda?