Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia kryminalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia kryminalna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 kwietnia 2017

Kiepscy mordercy

Małżeńskie porachunki (Dræberne fra Nibe)
Dania 2017
reż. Ole Bornedal
gatunek: komedia kryminalna
zdjęcia: Dan Laustsen
muzyka: Joachim Holbek

Lubię skandynawskie filmy, zwłaszcza te pochodzące z Danii i Szwecji. Przeważnie to mroczne kryminały wzorowane na tamtejszej literaturze mistrzów gatunku, dramaty społeczne lub pełne sarkazmu i ironii specyficzne komedie. Jest z czego wybierać. Gdy dowiedziałem się, że do polskich kin wchodzi duńskie połączenie komedii i kryminału wiedziałem już, że muszę to zobaczyć. Szczególnie, że dodatkowego smaczku dodawał udział w filmie polskiego aktora, Marcina Dorocińskiego.


Dwaj szemrani przedsiębiorcy, Ib (Nicolas Bro) i Edward (Ulrich Thomsen) mają problemy ze swoimi żonami. Te (Mia Lyhne i Lene Maria Christensen) odmawiają im seksu i ogólnie są dla nich w ich mniemaniu zbyt zołzowate. Mężczyźni dochodzą do wniosku, że aby uratować swoje życie trzeba się rozwieść. Jednak, gdy prawnik informuje ich ile kosztować ich będzie rozwód Ib i Edward wpadają na inny pomysł - taniej będzie pozbyć się żon za pomocą płatnego zabójcy. Po spożyciu nadmiernej ilości alkoholu Edward wynajmuje mordercę ze Wschodu, Igora (Marcin Dorociński). 


Oczekiwałem po tym filmie sporo. Niestety choć miewał on zabawne momenty i posiada kilka ciekawych scen nie dostarczył on tego, czego się spodziewałem. Niestety choć liczyłem na coś niestandardowego, nowego i innowacyjnego dostałem kalkę z filmów podobnego typu. Kalkę pełną schematów i uproszczeń, gdzie w sumie bardzo szybko wiadomo, jak potoczy się akcja i co zobaczymy za kilka scen. Po prostu odgrzewany kotlet, jakich pełno w kinie zarówno amerykańskim, jak i europejskim. Cieszy fakt wystąpienia w kolejnej zagranicznej produkcji Dorocińskiego, choć niech nikogo nie zwiedzie polski plakat (na którym jest tylko on) i zapowiedzi. Chociaż aktor ma całkiem sporą rolę jest tylko drugim planem, a w oryginalnych duńskich plakatach i zapowiedziach nawet nie występuje z imienia i nazwiska. Jego postać niestety jednak potraktowana jest mocno stereotypowo i szkoda, bo liczyłem na coś więcej niż wiecznie pijanego Ruska, który oprócz brutalności i upicia się nie ma nic innego do zaoferowania. Ogólnie stereotypy to coś, wokół nieustannie orbituje i fabuła filmy, jak i zawarte w nim gagi i ogólnie humor. Niestety często jest to żart prymitywny, bardzo niskich lotów i bardziej po drodze mu do niesławnych amerykańskich komedii, niż do inteligentnych europejskich filmów komediowych, jakie wciąż (choć coraz rzadziej) występują na rynku. Także niestety chociaż nie jest to film zły rozczarowałem się, licząc w sumie nie wiem na co dobrego. Da się to oglądać, czasem można się szczerze zaśmiać, jednak film ten nie pozostanie w pamięci na zbyt długo. Zmarnowany potencjał.





czwartek, 5 stycznia 2017

Ostatnia akcja

Ryuzo i siedmiu najemników (Ryûzô to 7 nin no Kobun Tachi)
Japonia 2015
reż. Takeshi Kitano
gatunek: komedia kryminalna

Takeshi Kitano uchodzi za jednego z bardziej znanych wciąż żyjących reżyserów i aktorów. Jego popularność wykracza poza Kraj Kwitnącej Wiśni czy cały kontynent docierając też z powodzeniem do Europy czy Ameryki. Jednak na Zachodzie bardziej popularne są jego dosadne, brutalne filmy o tematyce mafijnej lub własna adaptacja przygód Zatoichiego (opisywałem ją zresztą w tym miejscu). W rodzinnym kraju Kitano jednak słynie też z przypadającego do gustu Japończyków humoru i jest autorem kilku komediowych produkcji. O jednej z nich (prezentowanej nawet na Warszawskim Festiwalu Filmowym) właśnie będzie krótko ode mnie. 


Tytułowy Ryuzo (Tatsuya Fuji) jest dawnym członkiem yakuzy, Niegdysiejsza sława brutalnego gangstera z wieloma latami odsiadki na koncie na nikim nie robi już wrażenia, a mężczyzna jest już tylko pogardzanym przez rodzinę balastem. Gdy rodzina syn z rodziną opuszczają dom zostawiając Ryuzo na pewien czas samego ten kontaktuje się z dawnym znajomym, Masą (Masaomi Kondo). Gdy mężczyźni spotykają swego byłego kompana, Mokichiego (Akira Nakao) postanawiają skontaktować się z innymi pozostałymi przy życiu członkami swej grupy...


Jeśli ktoś kiedyś choćby przy pomocy youtube'a widział urywek japońskiego telewizyjnego show rozrywkowego, ten wie, że Japończycy mają bardzo hmm specyficzne, by nie powiedzieć głupie poczucie humoru, które nijak nie współgra ani z tym europejskim, ani nawet amerykańskim. Dlatego też choć inne filmy Kitano zyskały uznanie i na naszym kontynencie, to zapewne pełne slapsticku komedie nie miałyby wystarczająco dużej siły przebicia. 
I ten film właśnie poniekąd jest taką mieszaniną dość refleksyjnych tematów (w mniejszości) z japońską jazdą bez trzymanki w kierunku kloacznego humoru. Naprawdę gdyby film pokierować trochę inaczej mielibyśmy potencjał na naprawdę dobry, dający do myślenia lekki film o przemijaniu i zmianach zachodzących na świecie. Przecież historia ośmiu niegdyś wpływowych, złych mężczyzn, którzy z upływem czasu stali się już tylko marnymi odbiciami siebie sprzed lat, którzy są po części zapomniani i odrzucenie przez społeczeństwo miałaby szansę stać się czymś naprawdę dobrym. Także liczne sceny, gdzie próbuje się wykorzystywać staruszków znaną i w naszym kraju metodą na wnuczka (i w kilka innych sposobów) są naprawdę dobre. Tak jak i zestawienie dawnych opierających się na pewnych kodeksach bandziorów z zastępującymi ich po czasie przestępcach w krawatach i garniturach. Niestety czym dalej, tym gorzej i z każdą kolejną sceną (z nielicznymi wyjątkami) droga, którą obrał Kitano w tym filmie mnie dziwiła i często żenowała. Nie licząc z trzech naprawdę śmiesznych akcentów nie potrafiłem się utożsamić z tym humorem. Dlatego też ogólnie uważam, że nie jest źle, jednak niestety dobrze też nie. Średniak będący produkcją dla odważnych kinomaniaków.





niedziela, 4 grudnia 2016

Nieświęty

Zły Mikołaj (Bad Santa)
USA 2003
reż. Terry Zwigoff
gatunek: komedia kryminalna

Jako że zbliżają się już Mikołajki, a przy okazji wypadł leniwy, niedzielny wieczór postanowiłem obejrzeć jakąś lekką komedię z postacią Mikołaja w tle. Wybór padł na Złego Mikołaja, także dlatego, że akurat niedawno na ekrany zawitała po 13 latach jego kontynuacja i w przypadku, gdyby film mi się spodobał chętnie bym się wybrał na dwójkę. Ale raczej z tego zrezygnuję.


Zapijaczony seksoholik Willie (Billy Bob Thornton) i jego wspólnik, karzeł Marcus (Tony Cox) sezonowo napadają sklepy na terenie całej Ameryki, w których przed skokiem zatrudniają się w charakterze galeriowego Mikołaja i jego elfa...


Ciężko m tutaj pisać o tym filmie szerzej. Jest to kolejna amerykańska produkcja niskich lotów, jakich wyszło w minionych latach wiele. Mamy tutaj pseudożarty z seksu, karłów, niepełnosprawnych, dużo wulgarności, pijaństwa i uzależnienia od seksu głównego bohatera, który co gorsza przeważnie pije/klnie/dupczy przy dzieciach. Do tego dochodzi schemat złego nieudacznika życiowego, który pod wpływem spotkanej pogardzanej istoty odrobinę zmienia się na lepsze i próbuje pomóc swemu podopiecznemu. Motyw znany w kinie od wieku.  Były może dwa krótkie momenty typowo sytuacyjne, kiedy to uśmiechnąłem się pod wpływem sceny, jednak mało który tak krótki film upływał mi w tak wolnym tempie. Jeśli na 6 grudnia szuka się prymitywnej rozrywki - to ten film może kogoś zainteresować. Innym odradzam. Chociaż Thorntonowi trzeba przyznać jedno - w swojej roli wypadł naprawdę dobrze.





niedziela, 5 czerwca 2016

Noir komedia

Nice Guys. Równi goście (Nice guys)
USA, Wielka Brytania 2016
reż. Shane Black
gatunek: komedia kryminalna

Kiedy zobaczyłem pierwszy zwiastun tego filmu od razu wiedziałem, że jak najszybciej będę chciał udać się do kina żeby go zobaczyć. Widząc dwóch aktorów, których lubię i cenię, którzy to mają zagrać główne role w jednym z wdzięczniejszych gatunków filmowych, jakim jest komedia kryminalna, do tego w stylu retro (lata 70.!), czerpiąca silnie z klimatu mojego ulubionego noir? No po prostu nawet gdyby wyszło coś fatalnego to i tak musiałem to zobaczyć. 


Prywatny detektyw - nieudacznik Holland March (Ryan Gosling) i wykidajło do wynajęcia Jackson Healy (Russell Crowe) łączą swe siły, by odszukać pewną zaginioną dziewczynę. Początkowo prosta sprawa zaczyna się komplikować, gdy dziewczyną oraz bohaterami zaczynają interesować się też płatni mordercy...


O samej fabule tylko kilka zdań w telegraficznym wręcz skrócie, gdyż nie chciałbym psuć nikomu dość sporej przyjemności z osobistego odkrywania meandrów scenariusza filmu. To trzeba zobaczyć samemu, aby odpowiednio wsiąknąć w tą nieszablonową, wielopiętrową intrygę z kilkoma twistami fabularnymi i sporą dawką absurdu. 
Nie jest to na pewno film dla wszystkich i nie każdemu spodoba się specyficzny klimat, jakim raczą widza twórcy. Jest dużo wszelakiego mordobicia, pokaźna dawka slapsticku, nieporadni do przesady bohaterowie, których można równie szybko pokochać lub znienawidzić (na szczęście dla małej przeciwwagi dla nich pojawia się też grana przez Angourie Rice córka jednego z bohaterów - bardzo mimo ojca i wieku racjonalna).  Do tego całość kręcona jest na wzór filmów z lat 70. z odpowiednimi filtrami etc co też można kupić albo nie. 
Ja mimo że czasem miałem dość głupkowatości bohaterów, masy strzelanin w końcówce (i wielkiego mimo wszystko szczęścia protagonistów) to całość oceniam jak najbardziej pozytywnie. Brakowało mi w kinie tego typu widowisk, z takim klimatem, pomysłem i wieloma odwołaniami do czarnych kryminałów z epoki retro. 
Jak najbardziej polecam choć radzę uzbroić się w cierpliwość, gdyż kilka scen w filmie może trochę zirytować. Jednak całość jak najbardziej na plus!







środa, 13 kwietnia 2016

Złodziejskie uczucia

Focus
USA 2015
reż. Glenn Ficarra, John Requa
gatunek: komedia kryminalna

Zawsze lubiłem oglądać na ekranie występującego w tym filmie Willa Smitha. Trochę nadużył mojego widzowskiego zaufania fatalnym 1000 lat po Ziemi, którego nawet nie dałem rady obejrzeć do końca, jednak całokształt ma wciąż imponujący. Dodatkowo w filmie tym występuje urocza Margot Robbie, która bardzo spodobała mi się w zwiastunie do Legionu samobójców więc chciałem zobaczyć, jak radzi sobie w innej roli niż ta z Wilka z Wall Street. Trailer Focusa nie zrobił na mnie większego wrażenia, jednak chciałem wreszcie przekonać się, jak wypada finalna, całościowa wersja. 


Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana i trudna w odbiorze. Jess (Margot Robbie) próbuje okraść Nicky'ego (Will Smith). Nie wie jednak, że mężczyzna jest doświadczonym oszustem, który szybko odkrywa jej zamiary. Zauroczona zdolnościami Nicky'ego dziewczyna prosi go o terminowanie u niego sztuki złodziejstwa. Ten pozwala dołączyć Jess do swej szajki. Wkrótce zacznie ich łączyć wzajemne uczucie. 


Film jest pod każdym względem poprawny. Posiada bardzo sztampowy, niezaskakujący i pełen różnych nielogiczności ale znośny scenariusz, dobrą hollywoodzką grę aktorską, ciekawe miejsca, w których toczy się akcja. Ogólnie jednak oglądając film przypomniało mi się stwierdzenie męczenie buły. Ten film właśnie jest takim męczeniem buły. Wciąż ogląda się w sumie to samo, film bazuje na jednakowych schematach, w sumie dość powtarzających się podobnych do siebie sytuacji. Także bohaterom idzie wszystko przewidywalnie i jakby za łatwo. Niestety oprócz uroczej głównej aktorki, na którą miło się patrzy nie ma w nim też nic, co go jakoś wyróżnia z ogromu pozostałych produkcji, jakimi potencjalni widzowie są zasypywani. Jakbym miał wspomnieć o jakiejś jednej scenie, która zrobiła na mnie wrażenie, to naprawdę nie wiedziałbym, co wybrać, gdyż takich scen po prostu nie było. Niestety to powoduje, że to jest film, o którym dość łatwo będzie zapomnieć i to dość szybko. Obejrzeć można to bez większego bólu zębów, gdyż w gruncie rzeczy to solidna produkcja, która nie ma wielkich błędów formalnych. Jako luźny film na równie luźny wieczór - pozycja jak najbardziej warta zastanowienia, jednak ciężko oczekiwać czegoś przełomowego.




poniedziałek, 15 lutego 2016

Kto tłumaczył ten tytuł?

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (In Bruges)
USA, Wielka Brytania 2008
reż. Martin McDonagh
gatunek: komedia kryminalna, dramat

Film ten, oprócz tego, że jest solidnym kinem europejskim w znakomity sposób promuje miejsce, w którym się rozgrywa. Mimo że bohaterowie często nazywają tytułowe miasto zadupiem to podczas śledzenia fabuły widz ma możliwość obejrzenia wielu wartych zobaczenia miejsc z tego belgijskiego miasta i zapewne wiele osób po seansie zdecydowało się wybrać w podróż szlakiem bohaterów. Brugia tym samym dołączyła do grona miast, które zostały wypromowane dodatkowo dzięki sztuce filmowej. Obecnie na czoło tworzenia anglojęzycznych filmów osadzonych w europejskich miastach jest Woody Allen, który przemierzył już kawał kontynentu kręcąc swoje filmy, a mnie wciąż wkurza fakt, że ten światowej sławy reżyser chciał nakręcić film u nas, w Polsce i osadzić akcję jednego z filmów w Krakowie, do czego nie doszło bo...miasto poskąpiło na ten cel zainwestowania kilku milionów złotych. A mając tyle interesujących miejsc nasz kraj powinien móc poszczycić się tym, że obrazują nas nie tylko gdy trzeba przedstawić okres Holokaustu...No ale może kiedyś doczekamy się swoich pięciu minut, tak jak Brugia.


Dwaj zawodowi mordercy, Ray (Colin Farrell) i Ken (Brendan Gleeson) pracujący dla niejakiego Harry'ego (Ralph Fiennes) po nieudanej misji zostają przez niego wysłani do belgijskiej Brugii, gdzie mają czekać na wiadomość od swego mocodawcy. Panowie skracają sobie oczekiwania zwiedzając nowe dla siebie miasto, choć nie każdy z nich jest tym zachwycony. W pewnym momencie Harry komunikuje się z Kenem i zleca mu zlikwidowanie swego kolegi...


Pierwsze co rzuca się w oczy w tej produkcji jest fakt, w jaki potraktowano polski tytuł filmu. Jak bardzo proste w przekazie i tłumaczeniu W Brugii można było przetłumaczyć w Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i jakim cudem ktoś takiego potworka w imieniu dystrybutora zatwierdził naprawdę nie wiem. Tłumaczeniem to pewnie może zająć zaszczytne miejsce wśród takich tuzów, jak Szklana pułapka czy Wirujący seks...
Sam film jest interesującą mieszanką dramatu z komedią spod znaku humoru sytuacyjnego. Nie zawsze wszystko jest w nim wysokich lotów, są sceny, kiedy ogląda się to nieszczególnie dobrze, jednak dzięki całkiem niezłej grze aktorskiej Farrella, Gleesona i Fiennesa (oraz znanej z czwartej części kinowego Harry'ego Pottera Clémence Poésy oraz urokliwemu miastu, w jakim umiejscowiona jest akcja całość ogląda się całkiem strawnie.






niedziela, 24 stycznia 2016

Rodzina zadaniowa

Millerowie (We're the Millers)
USA 2013
reż. Rawson Marshall Thurber
gatunek: komedia kryminalna

Lubię filmy z Jasonem Sudeikisem. Produkcje te są zazwyczaj dość zabawne i niezobowiązujące, posiadają lekki i ogólnie wesoły klimat, nie są przy tym zbyt prymitywne i wulgarne, jak to niekiedy amerykańskie komedie. Do tego aktor ten, który w sumie na ekranie pojawia się od niecałej dekady ma pewien komediowy talent sprawiający, że chcę się go oglądać mimo, że nie strzela wciąż głupich min etc. Dlatego też z ciekawością włączyłem opisywany właśnie film, gdzie Jason zagrał główną rolę.


Drobny dealer narkotykowy David (Jason Sudeikis) pada ofiarą napadu i traci towar oraz zyski ze sprzedaży. By nie narażać się na gniew swego szefa, Brada (Ed Helms) zgadza się przeszmuglować towar z Meksyku do USA. Wpada na pomysł, by wynająć kilkoro ludzi z okolicy i udać się do Meksyku jako rodzina turystów, gdyż wtedy kontrole graniczne są mniejsze. Postanawia zatrudnić striptizerkę Rose (Jennifer Aniston), młodego sąsiada - frajera (Will Poulter) oraz okoliczną bezdomną Casey (Emma Roberts). Razem ruszają do Meksyku jako rodzina Millerów.


Film ten nie jest specjalnie ambitnym sposobem spędzania wolnego czasu. Akcja jest przewidywalna, fabuła toczy się w ramach dawno ustalonych komediowych standardów i nic a nic praktycznie nie jest w stanie zaskoczyć widza. Sam film posiada wiele nielogiczności i niespójności fabularnych, niektóre rzeczy dzieją się za szybko, inne za wolno. Jednak wszystkie te minusy nie wpływają szczególnie znacząco na to, jak odbieramy film, gdyż jest to po prostu niezobowiązująca forma rozrywki i dostarcza to, co powinna - w jakimś sensie bawi. Jest kilka naprawdę zabawnych scen, jak choćby nauka całowania, do tego ogląda się to bez znużenia, ciągle w sumie się coś dzieje, nie ma większych przestojów. Oczywiście całość ma tą nieznośną moralizatorską końcówkę, typową dla tego typu produkcji, jednak niestety taka już specyfika gatunku. 
Aktorstwo w filmie stoi na naprawdę niezłym poziomie, z postaciami ukazanymi na ekranie można się zżyć, a nawet czarne charaktery w postaci Jednookiego (Matthew Willig) i Chacona (Tomer Sisley) wypadają udanie. Do tego, gdy na ekranie pojawia się zdziwaczała rodzina Fitzgeraldów (Nick Offerman, Kathryn Hahn i Molly C. Quinn) mamy gwarancję kolejnej dawki komizmu. 
Reasumując nie ma tu niczego, czego wcześniej się nie widziało, całość jest jednak podana w taki sposób, że jest idealnym filmem na weekendowy wieczór. 




sobota, 23 stycznia 2016

Problemy formalne

Klincz (Gridlock'd)
USA 1997
reż. Vondie Curtis - Hall
gatunek: komedia kryminalna 

Tupac Shakur dla fanów rapu i hip - hopowej subkultury to postać legendarna, niczym Herakles dla starożytnych Greków. Jego twórczość muzyczna, duża społeczna siła oddziaływania, awanturniczy tryb życia oraz tajemnicza śmierć w gangstersko - rapowym konflikcie sprawiła, że ten utalentowany młody człowiek stał się osobą kultową. Wielu jednak w natłoku jego działalności umyka, że 2Pac był także nieźle zapowiadający się utalentowanym aktorem, W opisywanym właśnie filmie gra pierwsze skrzypce. 


Dwaj niszowi muzycy, Stretch (Tim Roth) i Spoon (Tupac Shakur) są uzależnieni od narkotyków. Gdy w czasie sylwestrowej zabawy dają spróbować towar swej zespołowej wokalistce, Cookie (Thandie Newton) ta zapada w śpiączkę i wymaga hospitalizacji. Gdy dziewczyna leży w szpitalu koledzy dochodzą do wniosku, że ich tryb życia jest bardzo ryzykowny i należy rzucić narkotyki i udać się na odwyk. Jak się jednak okazuje urzędowe formalności sprawiają, że wcale nie będzie to takie łatwe.


Ciekawe gdzie byłaby aktorska kariera 2Paca, gdyby nie jego przedwczesna śmierć. W filmie tym pokazał się z bardzo dobrej strony. Jednak w 1997 roku, gdy ukazała się produkcja 2Pac już nie żył. Partnerujący mu w tym filmie Tim Roth jest dla mnie jednak aktorem niespełnionym. Świetnie odgrywający swą rolę w tym filmie Roth naprawdę urzeka zdolnościami mimicznymi i ogólną postawą. Całe szczęście, że czasem wykorzystuje go Quentin Tarantino, gdyż poza tym mało kiedy występuje on w głośnych produkcjach. Jednak brawo za to, że facet występuje w mniejszych, niezależnych filmach.
Sam film fabularnie prochu nie odkrywa, bazuje na wielu znanych wcześniej zabiegach znanych z innych czarnych komedii jednak ogląda się to całkiem przyjemnie. 
Temat urzędniczy i kłopoty z trafieniem głównych bohaterów na ratujący im życie odwyk to coś, co każdy Polak powinien znać z autopsji. Przecież to u nas uzyskanie czegokolwiek drogą urzędową to niemal mission impossible, jednak jak się okazuje i w USA mieli (i pewnie mają) podobne kłopoty.
Do tego obserwujemy zmagania bohaterów z narkogangserami, co jest i straszne i śmieszne. 
Filmy lat 90. często posługiwały się tematem narkotyków. Także jeśli ktoś już znudziło się oglądanie Trainspotting  a późniejszy Spun nie spełnił oczekiwań można obejrzeć ten film. Szału nie ma ale oglądanie nie boli.


niedziela, 20 grudnia 2015

Kłopotów ciąg dalszy

Szefowie wrogowie 2 (Horrible Bosses 2)
USA 2014
reż. Sean Anders
gatunek: komedia kryminalna 


To chyba pierwszy przypadek filmu pełnometrażowego, który jako kontynuację obejrzałem niemal zaraz po tym, jak zakończyłem seans pierwszej części. Na pewno jest to pierwsza taka rzecz na tym blogu. Jednak bohaterowie występujący w Szefowie wrogowie  okazali się być na tyle sympatyczni, że zdecydowałem się jak najszybciej poznać ich dalsze losy skoro już twórcy dali nam taką możliwość.


Po wydarzeniach znanych z pierwszej części przyjaciele Nick (Jason Bateman), Kurt (Jason Sudeikis) i Dale (Charlie Day) postanawiają zostać sami sobie szefami i założyć własny biznes. Pomóc im w tym ma wynaleziony przez nich samych prysznic z kilkoma dodatkowymi funkcjami. Szybko znajdują oni inwestora, który pomaga im uzyskać kredyt i obiecuje zakupić całą partię produktu. Kiedy jednak mężczyźni wyrabiają się z normą i udają się z tą wiadomością do inwestora Berta Hansona (Christoph Waltz) okazuje się, że ten ich oszukał i teraz zamierza zniszczyć ich firmę przy okazji zabierając towar i patent na niego za darmo. Zrozpaczeni mężczyźni postanawiają porwać syna Hansona, Rexa (Chris Pine).


Film niestety nie ma już świeżości i potencjału, jaki posiadał jego poprzednik. Co prawda wciąż jeszcze potrafi przysporzyć widzowi uśmiechu i pewnej całkiem solidnej dawki dobrej zabawy to nie robi tego w ten sposób, jaki robiła część poprzednia. Wyraźnie widać już, że powtarzanie pewnej konwencji zbyt długo nie przynosi tego samego efektu: zestaw zgranych kart nie daje tego samego wrażenia, gdy wtedy, gdy widzi się je po raz pierwszy. Fabuła jest słabsza niż części pierwszej, która była jakaś taka bardziej przyswajalna i lżejsza. Tutaj bohaterom kibicuje się już w mniejszym stopniu niż wcześniej. Dobrze chociaż, że do oprócz obecnego wroga w postaci zagranego przez Waltza Hansona wciąż jako widzowie mamy dostęp do polubionych w poprzedniej części postaci granych przez Kevina Spacey, Jennifer Aniston czy Jamiego Foxxa, którzy w dużym stopniu ratują produkcję. 
Film ten ma wciąż swoje plusy, pewne żarty dalej bawią jednak myślę, że lepiej będzie jeśli producenci poprzestaną na dwóch filmach z tymi bohaterami i tymi specyficznymi żartami. Na trzecią część prawie tego samego jednak już nie wystarczy, a lepiej zachować naprawdę dobrze napisanych i zagranych bohaterów w pamięci jako uczestników dobrych filmów.




Sposób na szefa

Szefowie wrogowie (Horrible Bosses)
USA 2011
reż. Seth Gordon
gatunek: komedia kryminalna 

Od dłuższego czasu miałem chrapkę na obejrzenie tego filmu. Chciałem zobaczyć jakąś lekką komedię z pewną dawką kryminalnej intrygi i akurat opis tego filmu przekonywał, że tutaj można coś takiego znaleźć. Do tego kadra aktorska zaangażowana w ten projekt wyglądała z wszech miar zachęcająco. Tak więc w cztery lata po premierze kinowej wreszcie dostąpiłem możliwości zmierzenia się z okropnymi szefami.


Trzej przyjaciele Nick (Jason Bateman), Dale (Charlie Day) i Kurt (Jason Sudeikis) mają podobne w problemy w osobach swoich przełożonych. Dave Harken (Kevin Spacey), Julia Harris (Jennifer Aniston) i Bobby Pellit (Colin Farrell) nieustannie doprowadzają ich do furii poprzez swoje zachowanie. Mężczyźni postanawiają więc wyeliminować swoich szefów. Pomóc im w tym ma przestępca znany jako Matkojebca (Jamie Foxx).


Film naprawdę dobrze się ogląda. Fabuła jest absorbująca i sprawia, że widz niemal momentalnie wsiąka w klimat produkcji. W zasadzie nie licząc trochę naiwnej końcówki wszystko układa się logicznie (jak na standardy komediowe) i przejrzyście. Doskonała w tym zasługa też aktorów wcielających się w główne role. Z trójki przyjaciół wyróżnia się chyba najbardziej mający problemy z szefową - seksoholiczką postać grana przez Charliego Day'a. Naprawdę jest przekonujący w swej nieporadności. Day od niemal początku z miejsca potrafi kupić sympatię widza. Także w rolach szefów mamy do czynienia z małym majstersztykiem. Spacey, Aniston jak i Farrell są tacy, jak być powinni. Szczególnie Farrell i jego charakteryzacja powoduje antypatię oglądających. Na szczególną uwagę zasługuje też w swojej roli Foxx.
Poziom żartów jest różny, zdarzają się sceny, gdy humor jest raczej niższych lotów, jednak twórcy nigdy nie przesadzają z nadmiarem tego typu atrakcji. Ogólnie przez niemal cały film jest zabawnie i interesująco. Za to przecież świat kocha komedie. A tu mamy przykład dobrze poprowadzonej, lekko szalonej, lekko ordynarnej ale nie przekraczającej granicy obrzydzenia dobrze zagranej komedii. Warto.





poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Złodzieje specjalnej troski






Kradnąc Rembrandta (Rembrandt)
Dania 2003
reż. Jannik Johansen
gatunek: komedia kryminalna 

Pamiętacie całkiem nieźle oceniany polski film z 2004 roku pod tytułem Vinci? Juliusz Machulski nakręcił komedię kryminalną opowiadającą o planach kradzieży najcenniejszego dzieła sztuki znajdującego się w naszym kraju, czyli leżakującej za pancerną szybą w Muzeum Czartoryskich Damy z Łasiczką. Na pomysł filmowej kradzieży cennego malowidła wpadł też rok wcześniej od naszego reżysera Jannik Johansen, co zaowocowało dość nieszablonowym włamem do jednego ze skandynawskich muzeów, w celu nielegalnego pozyskania obrazu Rembrandta.



Mick (Lars Brygmann) jest nieudacznikiem. Prowadzi życie zatwardziałego kryminalisty, jednak nigdy nie może pochwalić się zawodowymi sukcesami. Za to często musi zostawić swoją partnerkę - byłą gwiazdę porno z powodu kolejnych kilkumiesięcznych odsiadek. Przy wyjściu z więzienia mija przeważnie swojego akurat opuszczającego zakład penitencjarny syna, równie nieporadnego w gangsterce Toma (Jakob Cedergren). Pewnego razu  kuzyn Micka, Jimmy (Nicolas Bro) opowiada im o prostym zleceniu dotyczącym kradzieży pewnego obrazu wiszącego w lokalnym muzeum. Jako że wartość obrazu jest niewielka, a sam obiekt słabo chroniony to wyzwanie wydaje się niezbyt trudne do realizacji. Mick zabiera na akcję kolegę - nałogowego hazardzistę Kennetha (Nikolaj Coster-Waldau) jednak mężczyźnie przez pomyłkę kradną nie ten obraz, co trzeba. Okazuje się jednak, że skradli jedyne znajdujące się w Danii dzieło Rembrandta, warte kilkanaście milionów. Zaczynają więc szukać kogoś, kto odkupi od nich obraz na poszukiwanie którego wyrusza miejscowa policja.


Złodzieje i gangsterzy przeważnie nie sprawiają zbyt miłego wrażenia i nie są osobami, które warto spotkać na swej drodze. Jednak z głównymi postaciami tego filmu jest zupełnie inaczej. Od początku kibicujemy tym fajtłapom, którzy mimo że stoją na bakier z prawem nie są z natury złymi ludźmi. Z bardzo dużą satysfakcją ogląda się ich nieporadne działania oraz słucha historii ich życia.
Warstwa fabularna nie zawsze jest dopracowana do perfekcji i bywają momenty dłużyzn czy spłycenia humoru, jednak ogólnie te 100 minut spędza się szybko i z pewną satysfakcją z seansu. 
Mamy tutaj prawie wszystko co powinno być w filmie tego typu. Dające się lubić, wiarygodne postaci główne, groteskowego gangstera, zdeterminowane służby prawa, ciekawy scenariusz i kilka innych tego typu rzeczy. Szkoda, że nikt nie przygotował do tej pory żadnych napisów do tego filmu, mimo już 12 lat od jego powstania.
Nie jest to broń boże żadne wielkie kino, o którym będzie się mówiło przez lata, jednak warto sobie zobaczyć ten obraz, gdyż to kawałek sympatycznego kina gatunkowego z kraju, gdzie naprawdę potrafią robić solidne filmy. 




piątek, 13 marca 2015

Między nami psychopatami

7 psychopatów
Wielka Brytania 2012
reż. Martin McDonagh
gatunek: komedia kryminalna 
zdjęcia: Ben Davis
muzyka: Carter Burwell

Kilkanaście dni temu, przy okazji opisywania anglojęzycznego debiutu irańskiej reżyserki Marjane Satrapi - filmu Głosy przeróżni psychopaci są jednym z głównych tematów wykorzystywanych w filmach. Czasem ich historie opisywane są w filmach gore, czasem w dramatach psychologicznych, filmach akcji, często w mrocznych thrillerach czy horrorach, a raz na jakiś czas maniacy przydają się do fabuły komedii. I tak jest akurat w tym przypadku.


Ciężko jest chociaż w kilku zdaniach opisać fabułę, jaka rozgrywa się w filmie. Dzieje się tak, gdyż śledząc losy hollywoodzkiego scenarzysty Martiego (Colin Farrell), który jednak cierpi na brak weny twórczej i oprócz tytułu przyszłego scenariusza do filmu nie wymyślił nic więcej. Z czasem mamy do czynienia z filmem w filmie, gdzie realne wydarzenia będą przeplatały się z powstającymi w głowie filmowca i jego przyjaciół wizjami przyszłej fabuły tworzonej przez niego produkcji. W realnym świecie Martiemu będą chcieli pomóc Billy (Sam Rockwell) oraz Hans (Christopher Walken). Obaj panowie zajmują się porywaniem psów, by później za sowite znaleźne oddawać je właścicielom. Traf chce, że pewnego dnia Billy porywa pieska należącego do psychopatycznego bossa lokalnego gangu (Woody Harrelson). Ten oczywiście zamierza odzyskać swojego zwierzaka...


Film nie posiada swojej w pełni spójnej linii fabularnej. Akcja toczy się od przypadku do przypadku żonglując wydarzeniami realnymi, jak i tymi z powstającego scenariusza filmowego. Mamy tutaj do czynienia ze schematem znanym z filmów porno - jakaś miałka fabuła jest obowiązkowym przerywnikiem między poszczególnymi właściwymi akcjami. 
Z czasem, gdy poznajemy kolejnych pojawiających się w filmie tytułowych psychopatów zaczynamy dostrzegać, że ich losy dziwnie splatają się z losami głównych bohaterów występujących w realnej części filmu. Strasznie to wszystko pomieszane i nie mające zbyt wielkiego ani sensu, ani wytłumaczenia. Kilka krwawych scen jest zrobionych strasznie nienaturalnie. Eksplodujące głowy, wybuchy etc. - nie wygląda to zbyt przekonująco. 
Mamy też polski akcent w produkcji. Grany przez Walkena przyjaciel Martina jest Polakiem. Niestety oprócz tego, że ma czarną żonę to nosi typowo polskie imię Hans.
Ogólne złe wrażenia z filmu próbuje ratować dobra gra aktorska wymienianego już Walkena oraz świetnego Harrelsona. Na plus zaliczyć mogę też nawiązać początkowe nawiązanie do Zakazanego Imperium, z aktorami występującymi w tej produkcji. Ale jednak oczekiwałem czegoś więcej, od kilku miesięcy zabierałem się za tę produkcję i jednak to co widziałem nie dało zbyt wielkiej satysfakcji. 

 



niedziela, 18 stycznia 2015

Czy czarni potrafią skakać na nartach?

Gliniarz (The Guard)
Irlandia 2011
reż. John Michael McDonagh
gatunek: komedia, komedia kryminalna
zdjęcia: Larry Smith
muzyka: Calexico

Opisywany film jest jednym z wcześniejszych dzieł McDonagha, którego film pt. Calvary niedawno opisywałem. I mimo, że i reżyser i odtwórca głównej z ról (Brendan Gleeson) są tymi samymi ludźmi jest to całkiem inna produkcja. Niezmienny jednak pozostaje typowo irlandzki klimat produkcji, tak więc widz ma prawo spodziewać się przynajmniej 10% scen umiejscowionych w barach, tudzież pubach.


Gleeson gra tutaj prowincjonalnego policjanta Gerry'ego Boyla, który to nie jest zbyt kryształową postacią. Posiada cierpki język, popada w konflikty z przełożonymi, a także nie stroni od alkoholu, narkotyków i usług oferowanych przez prostytutki. W pewnym momencie w małej mieścinie, gdzie służy zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Zostaje znalezniony niezidentyfikowany trup, który być może padł ofiarą praktyk satanistycznych, w obrębie rejonu mogą przebywać przemytnicy narkotyków o horrendalnej wartości pół miliarda dolarów, w sprawie czego przybywa z USA czarnoskóry agent FBI Everett (Don Cheadle), znika także nowy policjant przybyły do osady z Dublina...


W sumie jak na komedię nie ma tutaj zbyt wiele humoru, a jak już jest to nie zawsze sprawia on wrażenie wysokich lotów. Przeważnie jest to śmianie się z zachowań seksualnych lub kwestii rasowych. 
Ogólnie jednak film ogląda się żwawo i seans mija dość szybko. Nie są to wyżyny humoru, ala na pewno coś w sam raz na nudne zimowe popołudnie. Szału nie ma, ale jednak warto.





poniedziałek, 12 stycznia 2015

Bolesny powrót

Dom Hemingway 
Wielka Brytania 2013
reż. Richard Shepard 
gatunek: dramat,  komedia kryminalna
zdjęcia: Giles Nuttgens
muzyka: Rolfe Kent

Początkowo sugerując się samym tytułem spodziewałem się filmu, który w jakiś sposób będzie nawiązywał lub w ogóle dotyczył znanego pisarza Ernesta Hemingwaya. Jednak już pierwszy monolog tytułowego bohatera (bo Dom to nie żaden budynek tylko skrót imienia Domingo) wyprowadził mnie z błędu i uświadomił z jaką produkcją będę miał do czynienia. A że w początkowym ujęciu przebywający w więzieniu Dom gloryfikuje przez około dwie minuty swojego penisa i jego zasługi dla świata (penisa, nie Doma) podczas więziennego seksu oralnego z kolegą wiadomo już, że będzie niecodziennie, choć jednocześnie niezbyt wybitnie (chociaż zapewnienie Hemingwaya, że na cześć jego penisa będą nazywać szkoły całkiem ciekawe, nie powiem).


W rolę Doma wciela się będący głównym plusem tej produkcji Jude Law. Jego socjopatyczny bohater nie jest wcale podobny do wcześniejszych ról tego aktora, jak np. Zajcewa z Wroga u bram czy doktora Watsona z Sherlocka Holmesa. I bardzo dobrze, bo przecież zaszufladkowanie w określonym typie roli to dla aktora najgorsze, co może się przytrafić!
Tak więc tytułowy bohater będący w przeszłości utalentowanym kasiarzem wychodzi z więzienia po 12 letniej odsiadce. Jako, że nie wydał swego pracodawcy wyjeżdża wraz z przyjacielem Dickim (Richard Grant) do Francji, gdzie czeka na niego dawny szef - pan Fontaine (Damian Bichir) wraz z należną mu częścią łupu. Oczywiście nie wszystko idzie po myśli Hemingwaya i zaczynają się kłopoty (w sumie temu bohaterowie kłopoty nigdy się nie kończą więc w sumie ciężko powiedzieć, że się zaczynają).
Na dodatek Dom musi odnowić relacje ze swoją córką Evelyn (w tej roli znana jako Daenerys w Grze o Tron Emilia Clark), która solidnie go nienawidzi, a poza tym jak się okazuje ma dziecko z Senegalczykiem. 


Film o pieniaczu Hemingwayu został nakręcony przez Richarda Sheparda, który do tej pory kojarzony był przede wszystkim jako reżyser serialowy. To on dał światu takie produkcje, jak Brzydula Betty, Dziewczyny czy Zabójcze umysły. Generalnie i w pracy nad produkcją pełnometrażową poradził sobie całkiem nieźle.
Opowieść o Hemingwayu, którego głównymi celami w życiu są alkohol, pieniądze, ćpanie i dziwki w basenie ma swoje plusy i minusy, ale w sumie ogląda się to dobrze. Jude Law swoją rolą pokazuje swą klasę aktorską, dzięki czemu chce się oglądać poczynania jego (anty)bohatera. Scenariusz klasy B i dopełniająca wszystko solidna ekranizacja dają całej produkcji solidną końcową ocenę. Reasumując jest to idealny, stosunkowo krótki (90 minut) film na wieczór, który czasem potrafi rozśmieszyć, a czasem zażenować. Nie jest bardzo dobrze, ale i tak powyżej przeciętnej.