Pokazywanie postów oznaczonych etykietą U. Thomsen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą U. Thomsen. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 stycznia 2018

Samotność pedofila

Cisza (Das Letzte Schweigen)
Niemcy 2010
reż. Baran bo Odar
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Nikolaus Summerer
muzyka: Michael Kamm

Ostatnimi czasu oglądam ciekawy niemiecki serial wyprodukowany dla Netflixa noszący tytuł Dark. Reżyserem serialu jest pochodzący ze Szwajcarii Baran bo Odar. Tak się akurat złożyło, że przed rozpoczęciem oglądania pierwszego niemieckiego serialu produkowanego przez i dla Netflixa widziałem film pełnometrażowy stworzony przez tego reżysera kilka lat wcześniej. I teraz kilka zdań będzie właśnie o nim. 


W 1986 roku zostaje zgwałcona i zamordowana dziewczynka o imieniu Pia. Sprawcy tej zbrodni nigdy nie wykryto. Po niemal ćwierć wieku w podobny sposób ginie inna dziewczynka, Sinnika, a policja podejrzewa działania tego samego sprawcy. W śledztwo angażuje się śledczy David Jahn (Sebastian Blomberg), zaś działania policji czujnie śledzi Timo Friedrich (Wotan Wilke Möhring), który zna tożsamość sprawcy sprzed lat, Duńczyka Peera Sommera (Ulrich Thomsen).


Film Barana bo Odara nie jest typowym kryminałem. Przynajmniej dla mnie, gdyż za jeden z wyznaczników filmów/książek tego gatunku jest moim zdaniem to, że morderca (czy ogólniej mówiąc sprawca, nie zawsze przecież chodzi o mord) nie jest początkowo znany. Tutaj praktycznie od samego początku wiemy kto i w sumie dlaczego, możemy się zastanawiać tylko ewentualnie kto w jakim stopniu odpowiedzialności. 
Jednak nie dyskwalifikuje to filmu Szwajcara, gdyż w jego dziele nie chodzi o to kto czy nawet dlaczego robił drugiemu co sobie nie miłe tylko bardziej skupia się na emocjach bohaterów, oddawania ich rozterek, wahań psychicznych i nastrojów. Tutaj leży chyba prawie największa siła filmu. Największą zaś są piękne kadry, artystyczne zdjęcia, niemal poetycka praca kamery. Film ten jest po prostu świetny pod względem wizualnym. 
Tempo filmu natomiast jest dość nierówne, rwane. Pierwsza połowa wlecze się, wręcz nudzi, trzeba czasem ze sobą walczyć, by nie odejść od ekranu (na szczęście piękne zdjęcia powstrzymują od wstania), zaś druga część przyspiesza i sprawia, że od tego momentu ogląda się to emocjonująco. 
Cieszy fakt, że bo Odar nie ocenia, nie stawia od początku tezy, pod którą robi cały film. Bardziej sprawia wrażenie neutralnego dokumentalisty - stawia kamerę i przygląda się swoim bohaterom. Trudne, skłaniające do refleksji ciężkie gatunkowo kino bliskie wizualnej perfekcji. Warte obejrzenia.





sobota, 22 kwietnia 2017

Kiepscy mordercy

Małżeńskie porachunki (Dræberne fra Nibe)
Dania 2017
reż. Ole Bornedal
gatunek: komedia kryminalna
zdjęcia: Dan Laustsen
muzyka: Joachim Holbek

Lubię skandynawskie filmy, zwłaszcza te pochodzące z Danii i Szwecji. Przeważnie to mroczne kryminały wzorowane na tamtejszej literaturze mistrzów gatunku, dramaty społeczne lub pełne sarkazmu i ironii specyficzne komedie. Jest z czego wybierać. Gdy dowiedziałem się, że do polskich kin wchodzi duńskie połączenie komedii i kryminału wiedziałem już, że muszę to zobaczyć. Szczególnie, że dodatkowego smaczku dodawał udział w filmie polskiego aktora, Marcina Dorocińskiego.


Dwaj szemrani przedsiębiorcy, Ib (Nicolas Bro) i Edward (Ulrich Thomsen) mają problemy ze swoimi żonami. Te (Mia Lyhne i Lene Maria Christensen) odmawiają im seksu i ogólnie są dla nich w ich mniemaniu zbyt zołzowate. Mężczyźni dochodzą do wniosku, że aby uratować swoje życie trzeba się rozwieść. Jednak, gdy prawnik informuje ich ile kosztować ich będzie rozwód Ib i Edward wpadają na inny pomysł - taniej będzie pozbyć się żon za pomocą płatnego zabójcy. Po spożyciu nadmiernej ilości alkoholu Edward wynajmuje mordercę ze Wschodu, Igora (Marcin Dorociński). 


Oczekiwałem po tym filmie sporo. Niestety choć miewał on zabawne momenty i posiada kilka ciekawych scen nie dostarczył on tego, czego się spodziewałem. Niestety choć liczyłem na coś niestandardowego, nowego i innowacyjnego dostałem kalkę z filmów podobnego typu. Kalkę pełną schematów i uproszczeń, gdzie w sumie bardzo szybko wiadomo, jak potoczy się akcja i co zobaczymy za kilka scen. Po prostu odgrzewany kotlet, jakich pełno w kinie zarówno amerykańskim, jak i europejskim. Cieszy fakt wystąpienia w kolejnej zagranicznej produkcji Dorocińskiego, choć niech nikogo nie zwiedzie polski plakat (na którym jest tylko on) i zapowiedzi. Chociaż aktor ma całkiem sporą rolę jest tylko drugim planem, a w oryginalnych duńskich plakatach i zapowiedziach nawet nie występuje z imienia i nazwiska. Jego postać niestety jednak potraktowana jest mocno stereotypowo i szkoda, bo liczyłem na coś więcej niż wiecznie pijanego Ruska, który oprócz brutalności i upicia się nie ma nic innego do zaoferowania. Ogólnie stereotypy to coś, wokół nieustannie orbituje i fabuła filmy, jak i zawarte w nim gagi i ogólnie humor. Niestety często jest to żart prymitywny, bardzo niskich lotów i bardziej po drodze mu do niesławnych amerykańskich komedii, niż do inteligentnych europejskich filmów komediowych, jakie wciąż (choć coraz rzadziej) występują na rynku. Także niestety chociaż nie jest to film zły rozczarowałem się, licząc w sumie nie wiem na co dobrego. Da się to oglądać, czasem można się szczerze zaśmiać, jednak film ten nie pozostanie w pamięci na zbyt długo. Zmarnowany potencjał.





wtorek, 25 października 2016

Iluzja

Jabłka Adama (Adams æbler)
Dania 2005
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: dramat, czarna komedia

Są filmy, które od wielu miesięcy zalegają na liście tych do obejrzenia, a nigdy nie ma się okazji, by w końcu rozpocząć ich seans. Tak było tym właśnie opisywanym filmem Andersa Thomasa Jensena. Mimo że pochodzi on z cenionego przeze mnie kinematograficznie kraju, występują w nim aktorzy, których lubię, a sam film jest oceniany bardzo wysoko przez społeczność kinomaniaków jakoś ciągle coś mnie blokowało i film musiał czekać bardzo długo na chwilę mojego seansu. Aż do teraz.


Neonazista Adam (Ulrich Thomsen) przybywa na resocjalizację do wiejskiej parafii zarządzanej przez pastora Ivana (Mads Mikkelsen). Spotyka tam arabskiego bandytę Khalida (Ali Kazim) i przestępce z nadwagą, Gunnara (Nicolas Bro), który przebywają tam z tego samego powodu co on. Adam dostaje od Ivana zadanie, by w czasie pobytu doglądał jabłek rosnącym na przykościelnym drzewie, z których później ma upiec ciasto. 


Sam opis początkowej fabuły, jaki pokrótce przedstawiłem wyżej jest dopiero punktem startowym do dalszej opowieści i sam w sobie jest też dość mało logiczny. Bo neonazista resocjalizowany przez nakaz pieczenia ciasta? Nie brzmi to zbyt poważnie. Jednak tego typu mocno niepoważne zadanie to dopiero jeden z wielu surrealistycznych pomysłów pastora Ivana. Przez cały film poznajemy jego ogląd na otaczający go świat, który później (lub wcześniej) jest konfrontowany z rzeczywistością, mocno odbiegającą od punktu widzenia duchownego. Właśnie to wypieranie rzeczywistości przez postać Mikkelsena to główna oś filmu, przyczynek zarówno do dramatycznych sytuacji, jak i uśmiechu, gdyż niektóre sytuacje są naprawdę mocno kuriozalne (tak samo jak ich wytłumaczenie przez Ivana). 
Film dość jasno i bez jakiegoś krycia bazuje na biblijnej historii Hioba i w swój sposób ukazuje walkę dobra ze złem. Te chrześcijańskie wątki są tutaj na miejscu.pasują do opowieści (wszak bohater jest dodatkowo chrześcijańskim duchownym) i nie jest to w żaden sposób moralizowanie na siłę. Po prostu wszystko jest zgrabnie wplecione w narrację. 
Sądzę, że tego filmu nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach, a napisanie czegoś więcej zniszczy wszystkie smaczki do samodzielnego odkrywania w czasie seansu. Napiszę więc, że warto poświęcić 90 minut na obejrzenie przygód Ivana i Adama. Film prezentuje mocno specyficzny humor, czasem dość wisielczy, jednak wyłaniający się z niego przekaz jest w gruncie rzeczy optymistyczny. Nie jest to film, który wyląduje na liście ścisłego topu ulubionych produkcji, jednak na pewno nie rozczaruje swoim poziomem. Szkoda tylko tak małej roli Nikolaja Lie Kaasa.




niedziela, 28 sierpnia 2016

Matka, żona i kochanka

Komuna (Kollektivet)
Dania 2016
reż. Thomas Vinterberg
gatunek: dramat


Tytułową komuną jak podaje Wikipedia historycznie była wspólnotą mieszczan toczących w XI-XIII wieku walkę o uniezależnienie się od władzy feudałów. Po zdobyciu praw miejskich komuny obejmowały władzę samorządową w mieście. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX w. komunami zaczęto nazywać miejsca zamieszkiwane przez niezwiązanych ze sobą ludzi, popularne wśród hippisów. W filmie poznajemy losy komuny z drugiego znaczenia tego słowa.


Erik (Ulrich Thomsen) dziedziczy w spadku po ojcu duży dom. Chce go szybko sprzedać, jednak po namowach żony, Anny (Trine Dyrholm) postanawia tam zamieszkać z nią i ich córką, Freją. Z powodu wysokich opłat za mieszkanie kobieta postanawia urządzić w domu komunę. Wkrótce wprowadzają się tam Ole (Lars Ranthe), Allon (Fares Fares), Steffen (Magnus Millang) z żoną i synem oraz Mona. Jednak sytuacja komplikuje się, gdy po pewnym czasie Erik wikła się w romans ze swoją studentką, Emmą (Helene Reingaard Neumann). 


Ciężko mi jednoznacznie ocenić film twórcy znakomitego Polowania z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. Mam pewien problem z tą produkcją, chociaż z każdą chwilą po seansie myśląc o tym filmie oceniam go za każdym razem trochę wyżej niż początkowo. Film jest generalnie dramatem czy nawet dramatem obyczajowym, choć w pewnych momentach próbuje pozować na komedię. Oczywiście dramatycznych sytuacji jest tak na oko cztery, pięć razy więcej niż tych zabawnych. Mówi się czasem słońce, czasem deszcz. Tutaj bardziej pasuje jednak czasem deszcz a czasem deszcz. 
Tytułowa komuna  obecnie pewnie by szokowała, jednak film przenosi nas do lat 70. ubiegłego wieku, gdzie tego typu grupy były często spotykane na Zachodzie. Komuna ta w filmie pełni jednak rolę drugoplanową, gdyż na pierwszym froncie akcji mamy relacje między małżeństwem Erika i Anny. Kobieta znudzona swoim dotychczasowym życiem rozkręca machinę, która z kwadransa na kwadrans działa destrukcyjnie zarówno na jej związek, jak i na nią. Psychologia postaci i ich motywacje są tutaj chyba najlepszym, co film ma do zaoferowania. Dostajemy typowe dla Skandynawii kino poruszające ważne społecznie tematy. Sądzę, że dla fanów spokojnie budowanej akcji, stopniowego wprowadzania napięcia i innych właściwych dla stereotypowej kinematografii skandynawskiej będzie to pozycja godna polecenia. 





środa, 11 marca 2015

Mniejsze zło

Druga szansa (En chance til)
Dania 2014
reż. Susanne Bier
gatunek: dramat, thriller, psychologiczny
zdjęcia: Michael Snyman
muzyka: Johan Söderqvist

Wiele filmów, które trafiają obecnie do dystrybucji kinowej to przeładowane akcją i efektami specjalnymi wydmuszki bez większego sensu. Najważniejsze żeby było kolorowo i spektakularnie. Są to produkcje, nie przeczę widowiskowe i wręcz samo się oglądające. Wystarczy mieć oczy, mózg dla współczesnego widza przeważnie nie jest obowiązkowy. O takich filmach szybko się jednak zapomina mając co najwyżej w pamięci kilka kadrów z co bardziej widowiskowymi akcjami lub kultowymi wypowiedziami bohaterów. Są też filmy, które mimo wybuchów, efekciarstwa i milionów wydanych w produkcję potrafią skłonić widza do refleksji, a to co się przed chwilą obejrzało zostaje w nim na długo. Do tego rodzajów filmów zaliczyć mogę najnowszą produkcję pani Bier.


Fabuła koncentruje się na losach policjanta Andreasa (znany przede wszystkim z roli Królobójcy w Grze o Tron Nikolaj Coster-Waldau). Wraz ze swym zawodowym partnerem Simonem (Ulrich Thomsen) udaje się na miejsce zgłoszenia przemocy domowej.  W zapuszczonej melinie spotyka awanturującego się agresywnego frustrata - narkomana Tristana (w tej roli kolejny znany skandynawski aktor Nikolaj Lie Kaas, m.in. Kobieta w klatce czy Zupełnie inne love story), którego Andreas kilka lat temu posadził w więzieniu. W obskurnym mieszkaniu znajdują też pobitą konkubinę mężczyzny (May Andersen), ale także ku swemu zdziwieniu strasznie zaniedbane kilkutygodniowe dziecko tej patologicznej pary. Zamknięte w szafie. Jak się później okaże dziecko nie zostało nigdzie zarejestrowane, jednak nie zabrano go od dysfunkcyjnych rodziców. Andreas oprócz pracę łączy z byciem świeżo upieczonym ojcem. Wraz z żoną Anną (Maria Bonnevie). Pewnej nocy dochodzi do tragedii - dziecko policjanta umiera. Andreas postanawia podmienić swojego martwego syna z dzieckiem Tristana.,,


Autorzy serwują nam tutaj zderzenie światów. Mamy poukładany, otoczony miłością i dostatkiem dom Andreasa oraz obskurną melinę, w której żyje agresywny Tristan wraz ze swoją kochanką Sanne. Gdy w rodzinie Andreasa praktykuje się wspólne spacery i przejażdżki po urokliwych terenach Danii, głównym sposobem spędzania wolnego czasu Tristana i Sanne jest odurzanie się alkoholem i narkotykami. Gdy syn Andreasa zaczyna płakać jest niezwłocznie uspokajany, natomiast za to samo przewinienie biedne dziecko Tristana może co najwyżej trafić do szafy. Reżyserka wraz ze scenarzystą w czasie seansu stawiają pytanie czy można wyrokować, kto okaże się lepszym rodzicem, czy to z jakiego środowiska się pochodzi ma wpływ na dziecko? 
Gdy Andreas podmienia w końcu swojego zmarłego syna na żywego lecz zaniedbanego chłopca bałem się, że autorzy pójdą złą drogą, w której mężczyzna będzie udawał, że to ciągle to samo dziecko, a jego najbliżsi nie zauważą różnicy (wszak wszystkie małe dzieci są podobne do Ryszarda Kalisza, ale jednak jedno do drugiego już mniej). Na szczęście tak się nie dzieje, a dzięki kilku zabiegom fabularnym wszystko niemal idealnie trzyma się kupy.
Mamy do czynienia ze błędnym kołem, w których każda decyzja głównego bohatera powoduje kolejne wydarzenie i efekt domina. Sytuacja niemal jak z greckiej tragedii. 
Słowo należy się też realizacji. Bardzo spodobały mi się zdjęcia do filmu. Niemal każdy kadr po zatrzymaniu mógłby być wycięty i przerobiony na bardzo ładne zdjęcie, które zdobiłoby czyjś pokój. Do tego bardzo dobrze dobrane plenery, a całość dopełniona przez muzykę, której prawie w filmie nie ma, jednak gdy już się pojawia to jest taka, jaka powinna być. Dodając grę aktorską, w której uświadczymy jednych z najlepszych europejskich aktorów naszych czasów daje to razem bardzo dobry rezultat. 
Film ma pewne błędy, scenariusz czasem nie jest spójny jednak polecam każdemu obejrzenie tego filmu. Mnie autorzy kupili swoją produkcją. Duże brawa, bo historia Andreasa zostanie w pamięci na dłużej (co w natłoku oglądanych filmów nie jest wcale takie łatwe).