Zieloni rzeźnicy (De Grønne slagtere) Dania 2003 reż. Anders Thomas Jensen gatunek: komedia, dramat zdjęcia: Sebastian Blenkov muzyka: Jeppe Kaas
Po obejrzanym w zeszłym miesiącu filmie Mężczyźni i kurczakipostanowiłem kontynuować moją filmową przygodę ze skandynawskimi czarnymi komediami. Tym razem udało mi się sięgnąć po kolejny film z Danii, który jednak pochodzi z wcześniejszej dekady niż przytoczony chwilę temu tytuł.
Svend (Mads Mikkelsen) i Bjarne (Nikolaj Lie Kaas) pracują jako rzeźnicy w rzeźni prowadzonej przez Holgera (Ole Thestrup). Mężczyźni są jednak niezadowoleni z tego, jak traktuje ich pracodawca więc zwalniają się i otwierają własną sklep mięsny. Na ten cel pozbywają się wszystkich oszczędności, poza tym Bjarne decyduje się na poddanie eutanazji swojego brata, który od lat pozostaje w śpiączce. Dzięki temu trafi do niego kolejna część spadku po rodzicach. Gdy udaje się w końcu otworzyć sklep interes nie idzie najlepiej. Przynajmniej do czasu, gdy Svend serwuje potrawę z...mięsa człowieka.
Ten kto oglądał wcześniejsze filmy Andersa Thomasa Jensena powinien szybko odnaleźć się także w nieco groteskowych realiach i tej produkcji. Reżyser wspomnianych już wcześniej Mężczyzn i kurczaków oraz Jabłek Adamaserwuje po raz kolejny swoje autorskie kino oparte na miksie komedii, dramatu oraz pewnego rodzaju ironicznego absurdu. Po raz kolejny też oglądamy żelazny zestaw duńskich aktorów, którzy pojawiają się niemal w każdej znaczącej produkcji z tego kraju. Jest więc i Mads Mikelsen, który choć urodą normalnie nie grzeszy to w tym filmie ucharakteryzowany jest wręcz odpychająco, jest Nikolaj Lie Kaas czy też w jednej z mniejszych, choć znaczących ról pojawia się Nicolas Bro. Każdy z wymienionych panów jest dobrym aktorem więc i tutaj trzymają poziom dzięki któremu łatwo uwierzyć w opowiadaną w filmie historię.
W produkcji tej wszystko idzie dobrze, gdy realizowana jest ta makabryczno-komediowa jej część. Można się wtedy uśmiechnąć i z satysfakcją oglądać dalsze losy nieudaczników, jakimi są główni bohaterowie. Niestety ciężej ogląda się dalszą część filmu, który w pewnym momencie skręca z drogi komedii w ścieżkę dramatu rodzinnego. Może i poruszany temat jest ważny, jednak trochę kłóci się z trupio-lekką formą pierwszej części filmu. Gdyby twórcy szli dalej drogą komediową tylko trochę wplatając dramatyczne wstawki myślę, że osiągnęliby więcej. A tak mamy w rezultacie film tylko niezły. Choć fani skandynawskich filmów z pogranicza komedii i dramatu powinni go jak najbardziej obejrzeć.
Mężczyźni i kurczaki (Mænd og høns) Dania, Niemcy 2015 reż. Anders Thomas Jensen gatunek: komedia, dramat zdjęcia: Sebastian Blenkov muzyka: Frans Bak
Lubię skandynawskie komedie. Oglądając je wiem, że nie będę miał do czynienia z humorem podobnym do fekalno-seksistowskich bromanców rodem z USA, czy mdłych komedii romantycznych jakie masowo wytwarza polski przemysł filmowy. Komedie z krajów skandynawskich są przeważnie mocno ironiczne, czasem groteskowe czy przerysowane i pełne wisielczego humoru. Te słodko-gorzkie opowieści z północy generalnie zasługują na filmowy znak jakości. Tu mamy kolejny tego przykład.
Diametralnie od siebie różni Elias (Mads Mikkelsen) i Gabriel (David Dencik) po śmierci mężczyzny, którego uznawali za ojca dowiadują się, że zostali w dzieciństwie adoptowani. Trafiając na ślad swojego biologicznego ojca postanawiają złożyć mu wizytę. W domu na wyspie, na której mieszka staruszek zastają swoich pozostałych braci Gregora (Nikolaj Lie Kaas), Josefa (Nicolas Bro) i Franza (Søren Malling). Specyficznie zachowujący się mężczyźni nie dopuszczają gości do swojego rodziciela...
To co rzuca się w oczy już niemal od samego początku filmu to jego klimat. Jest naprawdę niesamowity, urzekający i wciągający. Film Jensena ma tą właśnie trudną do opisania rzecz, która sprawia, że po prostu chce się go oglądać. Później zaś, gdy dwoje bohaterów zaczyna poznawać swoją przyszywaną rodzinę oraz dom rodzinny ojca już w ogóle ciężko oderwać się od ekranu. Wielka w tym zasługa scenarzystów ale też speców od kostiumów i całej dekoracji. Szczególnie, że bardzo ważny w kontekście całości jest sam dom, w którym dzieje się akcja oraz jego okolice zamieszkane przez tytułowe kurczaki, gęsi, byki i inną faunę. Dom jest zaś pełnoprawnym bohaterem filmu i z ciekawością wraz z przybyszami poznajemy każdy jego zakamarek. Silną stroną filmu są także postaci drugoplanowe w osobach przyrodnich braci bohaterów - intrygujące połączenie troglodytów z intelektualistami. Dodając do tego niebanalny lecz pozbawiony obrażających inteligencję widza humor pozbawiony tematów tabu i olewający poprawność polityczną i mamy przepis na komedię doskonałą. Nic tylko oglądać. A przy okazji zobaczyć Nikolaja Lie Kaasa i Madsa Mikkelsena w innych niż zazwyczaj rolach.
Flaskepost fra P Dania, Niemcy, Norwegia, Szwecja 2016 reż. Hans Petter Moland gatunek: kryminał, thriller zdjęcia: John Andreas Andersen muzyka: Nicklas Schmidt
Po Kobiecie w klatce i Zabójcach bażantóww zeszłym roku do skandynawskich kin wkroczyła kolejna część ekranizacji serii książek Jussiego Adlera-Olsena. Jako że poprzednie części były bardzo solidnie zrealizowanymi kryminałami to z pewnym oczekiwaniem zasiadłem do tej koprodukcji.
Tym razem do ekipy zasiadającej w Departamencie Q trafia tajemniczy list w butelce sprzed lat. Carl Mørck (Nikolaj Lie Kaas) i Assad (Fares Fares) będą musieli działać w nieprzychylnym środowisku sekty religijnej oraz zmierzyć się z mordercą, który od lat porywa i morduje dzieci (Pål Sverre Hagen).
W poprzednich częściach główną rolę w duecie Carl - Assad odgrywał bohater grany przez Lie Kassa. Tym razem środek ciężkości nieznacznie przesuwa się w stronę odtwarzanej przez Faresa Faresa postaci Assada. Lubię obu bohaterów, tak jak i obu aktorów jednak wydaje mi się, że wcześniej Assad świetnie dopełniał Carla pozostając przy tym jednak na drugim planie. Sądzę jednak, że zmiana ta ma swoją podstawę w oryginale książkowym, więc ciężko traktować to jako minus w kontekście filmu.
Niestety oprócz tego szczegółu jest też wiele innych spraw, które niezbyt mi się spodobały i choć zapewne także wynikają z treści książki to trzeba przez nie obniżyć ocenę adaptacji. W porównaniu do poprzednich filmów (i zapewne książek, których nie miałem okazji przeczytać) fabuła jest tutaj mało lotna i w ogólnym rozrachunku niezbyt ciekawa. Cały wątek mordercy niezbyt angażuje i ogląda się to bez większych emocji. Czarny charakter jest zwyczajnie nudny, sztampowy, a jego historia nie przykuwa do ekranu. Dobrze, że został chociaż odegrany przez Hagena, który jest takim typowym skandynawskim aktorem typu Babyface killer. Ogólnie z całości filmu mogę właśnie pochwalić tylko trójkę aktorską, dzięki czemu jako tako chce się oglądać całość. Niestety najsłabsza część serii. Pozostaje nadzieja, że kolejna odsłona wypadnie lepiej.
W rok po zekranizowaniu Kobiety w klatce Mikkel Nørgaard wydał kolejną część przygód członków Departamentu Q. Ciesząca się sporym zainteresowaniem w Skandynawii, wydana także w Polsce seria kryminałów Jussiego Adlera - Olsena została godnie zaprezentowana na dużym ekranie dzięki pierwszemu filmowi z cyklu. Oczekiwania względem kolejnego filmu były więc duże. Czy reżyser sprostał zadaniu? O tym w krótkiej notce dowiecie się poniżej.
Ponownie śledzimy losy skromnego Departamentu Q, którego za zadanie jest zamykać stare sprawy. Dowódca departamentu, Carl Mørck (Nikolaj Lie Kaas) wracając z policyjnej imprezy natyka się na pijanego mężczyznę, który prosi go o przeczytaniu wysłanych przez niego listów. Mający dużo zadań na głowie Carl spławia go, jednak gdy nad ranem dowiaduje się, że ów mężczyzna był dawnym inspektorem policji, a obecnie leży w wypełnionej krwią wannie po popełnieniu samobójstwa zajmuje się dręczącą tego mężczyznę sprawą. Okazuje się, że chodzi o zamordowanie dwójki dzieci policjanta przed dwudziestu laty. W sprawie tej jest wiele niejasności, a zmarły policjant na prowadził w tej kwestii własne śledztwo. Z jego ustaleń wynika, że zamieszany w zbrodnię może być obecnie wpływowy biznesmen Ditlev Pram (Pilou Asbæk), a prawdę o zajściu może znać niejaka Kimmie Lassen (Danica Curcic). Kobiety tej jednak nie widziano od momentu popełnienia zbrodni. Mørck wraz ze swym partnerem Assadem (Farres Farres) i nową sekretarką (Johanne Louise Schmidt) zamierzają wyjaśnić tę sprawę.
Warstwa fabularna rozgrywa się dwutorowo. W czasie postępów w dokonywanych przez Departament Q poznajemy w retrospekcjach losy bohaterów zajścia sprzed dwudziestu lat, które doprowadziły do mordu. I o ile od początku wiemy mniej więcej kto jest winny temu feralnemu zdarzeniu i tak z ciekawością oglądamy film, gdyż nie zawsze jednak chodzi o to 'kto' ale też 'dlaczego' i 'jak'. Oś fabularna kręcąca się wokół poszukiwanej Kimmie stanowi naprawdę mocny punkt produkcji. Zanim poznamy jej późniejsze losy oglądamy bohaterkę tę w czasach szkolnych (w młodą Lassen wciela się świetnie Sarah-Sofie Boussnina). Fabuła tej części wydaje mi się lepsza od tego, co widzieliśmy w Kobiecie w klatce.
Rasowy kryminał wiąże się też z posiadaniem kilku wyrazistych archetypów postaci. Mamy detektywa - policjanta. Mający ciężkie życie prywatne Mørck jest postacią iście Chandlerowską. W długim płaszczu i z papierosem wygląda jak nowsza wersja Philipa Marlowe'a. Od początku do końca mamy do czynienia z bohaterem, który jest jedynym sprawiedliwym w świecie wypełnionym złem i występkiem. Towarzyszący mu Assad w świetnej kreacji Faresa Faresa wprowadza pewien minimalny luz i pewną dawkę humoru do produkcji, która jednak niesie ze sobą bardzo negatywne przesłanie. Sama sceneria mówi nam co to za typ produkcji. Mamy do czynienia z wieloma odcieniami szarości i czerni, zarówno w budownictwie i oświetleniu, ale także w ubiorze i ludzkich duszach.
Jest to specyficzny kryminał, który na skandynawską modłę toczy się raczej nieśpiesznie, wolno. Jednak z każdym dialogiem jesteśmy bliżej wyjaśnienia sprawy. Mamy kilka zwrotów akcji, w których widzimy jak zaszczuta jednostka potrafi zmienić się ze zwierzyny w łowcę. I ruszyć w swój bój, choćby ostatni.
Bardzo podoba mi się rola Lie Kaasa, który sprawnie potrafi lawirować między kreacjami twardych policjantów, jak tutaj, a brutalnych troglodytów spod ciemnej gwiazdy, jak na przykład w Drugiej szansie. Czekam na więcej filmów z nim w rolach głównych. A Zabójców bażantów z czystym sercem polecam każdemu, kto ma ochotę na mocną produkcję pozbawioną optymistycznego przesłania.
Andriej Czikatiło. Nic wam to nazwisko nie mówi? Może to i lepiej. Andrzej znany też jest jako Rzeźnik z Rostowa. Został on oskarżony i skazany na śmierć za 53 morderstwa na dzieciach. Zabijał bo tylko to powodowało u niego erekcję. Jego działalność kryminalna przypada na lata 80. ubiegłego wieku, natomiast opisywany właśnie film dzieje się trzydzieści lat wcześniej. Dlaczego o nim jednak piszę? Ponieważ książkowy Child 44 inspirowany był działalnością tego pana i postawą, jaką władza radziecka przyjęła wobec jego zbrodni. Gdyby ktoś chciał obejrzeć film stricte o Czikatiło musi się więc zabrać za co innego: Obywatel X i Morderca ze wschodu.
Poznajemy losy bohatera wojennego, a obecnie pracownika radzieckiej bezpieki ery stalinizmu, Leo Demidowa (Tom Hardy). Z racji chwalebnej przeszłości i wykonywanego zawodu obraca się wśród elit narodu. Leo jest nieszczęśliwie żonaty z Raisą (Noomi Rapace), którą przełożeni nakazują mu śledzić pod zarzutem szpiegostwa. W pewnym momencie dziecko jego przyjaciela z frontu i pracy - Alieksieja (Fares Fares) zostaje znalezione martwe. Rodzina zmarłego upiera się, że dziecko zostało zamordowane, jednak zgodnie z doktryną państwową w ZSRR nie było morderstw więc sprawa zostaje zakwalifikowana jako wypadek. Gdy Leo nie znajduje haków na swoją żonę zostaje wysłany przez przełożonego majora Kuzmina (Vincent Cassel) do pracy w milicji w prowincjonalnym Wolsku, a jego miejsce w strukturach bezpieczeństwa zajmuje napalony na jego żonę Wasilij (Joel Kinnaman). W Wolsku Demidow trafia pod dowództwo generała Nestorowa (Gary Oldman) i szybko odkrywa, że martwe dzieci w okolicy nie są umierają w wyniku wypadków...
Szedłem na film w przekonaniu, że zaserwują nam twardy kryminał w epoce stalinizmu. Jednak wątek samego śledztwa i spraw morderstw schodzi na drugi, a czasem i na trzeci plan. O wiele bardziej autorzy skupiają się tu na przedstawieniu totalitaryzmu i wniknięciu w samo jądro ciemności ludzkiej duszy. Chociaż nie licząc wiszących gdzieniegdzie portretów wujka Stalina jest to totalitaryzm strasznie niesprecyzowany. Gdyby czerwone gwiazdy zamienić na swastyki, a obrazy Stalina na wizerunek Adolfa Hitlera mielibyśmy w sumie to samo. Jeśli film w głównej mierze ma skupić się na okropieństwach ery totalitaryzmu oczekuje się, że ten totalitaryzm zostanie sprecyzowany i spersonifikowany zgodnie z prawdą. Bardziej od samego śledztwa też będzie tu trzeba słuchać oficjalnych doktryn, wedle których mordowanie to wymysł imperializmu, a w zdrowym społeczeństwie ZSRR jest to nie do pomyślenia. W ogóle zdrowe społeczeństwo ZSRR zostało pokazane jako banda katów, donosicieli i sprzedawczyków. Nie dziwię się, że w Rosji wstrzymano dystrybucję filmu, oni w porównaniu do Polaków nie lubią, gdy przedstawia ich się aż tak jednoznacznie negatywnie. Bohaterowie książki (a potem i filmu, który opisuję) są tak zajęci kapowaniem lub uciekaniem przed oprawcami, że nie mają czasu nawet na rytualne i zwyczajowe w tym kręgu kulturowym picie wódki. A wystarczy obejrzeć chociaż współczesnego Lewiatana,filmu ponoć antysystemowego i również mającego problemy z dystrybucją na terenie Rosji, że Rosjanin na samej wodzie nie pociągnie. Autorom książki jak i filmu zabrakło jednak chyba tej przysłowiowej rosyjskiej duszy, żeby do tego dojść. Co dziwne w obsadzie aktorskiej jest nawet miejsce dla Szwedo - Libańczyka, a zabrakło choć jednego prawdziwego Rosjanina. W rezultacie część postaci brzmi jak Sherlock Holmes, część jak Strażnik Teksasu, a część mówi z lepszym lub gorszym wschodnim akcentem. O ile Tom Hardy daje radę, to niektórzy brzmią jak typowi wschodni oponenci Jamesa Bonda. Dziwi mnie Gary Oldman, który w pewnych kwestiach posługuje się swoją normalną mową, by w kolejnej scenie mówić typowym wschodnim akcentem.
Co do aktorstwa to w sumie nie mam nic do zarzucenia. Główni bohaterowie są przekonujący w swych rolach, zarówno ci wzbudzający sympatię (Fares Fares), jak i antypatię (Kinneman, Cassel). Trochę na uboczu stał jednak wklejony na plakaty Gary Oldman, a szkoda, bo kilka scen miał niezłych. Jeśli jednak on stał na uboczu, to co trzeba powiedzieć o naszej Agnieszce Grochowskiej, której rola sprowadził się do płaczliwego wykrzyczenia swych żalów. Bardzo cieszyła mnie natomiast obecność Charlesa Dance'a i Nikolaja Lie Kaasa. Role drugo, lub nawet trzecioplanowe, ale jednak miło, że się pokazali. Także wielki plus za obsadę.
Mamy do czynienia z dobrymi aktorami i ciekawą charakteryzacją oraz lokacjami. Niestety bardzo zawiodła mnie sama fabuła. Stereotypowe pokazanie Imperium Zła oraz całkiem nielogiczny i marginalny wątek kryminalny to największe minusy. Książki nie czytałem, ale dowiedziałem się, że tam morderca miał powód do zabijania, zostawiał tropy i był w pewien sposób powiązany z bohaterem. W filmie zmienili to, przez co wyszło jak wyszło.
W ogóle odnoszę wrażenie, że powstał w rezultacie film polityczny. Główny bohater, który w sumie próbuje walczyć z systemem i jest może nie kryształowy ale przynajmniej stara się być dobry jest Ukraińcem, Putin to obecne wcielenie Stalina, pokazany na wstępie Wielki Głód mógłby się wpisywać w aneksję Kremla i zielone ludziki etc etc. Może to nadinterpretacja i teoria spiskowa, ale tak jakoś mi się to kojarzy wszystko ze sobą.
Wstawiam trailer międzynarodowy, anie polski, gdyż nasz jest wypaczony pod pryzmatem roli Grochowskiej. Oglądając go mamy wrażenie, że ona jest tu pierwszoplanową postacią. Niestety w zwiastunie praktycznie pokazano całość jej roli. Co do samego tytułu to nie wiem czemu Child 44 zamieniono na System. Czyżby wszystko co w nazwie ma 44 zostało zawłaszczone przez Powstanie Warszawskie?
Pamiętacie całkiem nieźle oceniany polski film z 2004 roku pod tytułem Vinci? Juliusz Machulski nakręcił komedię kryminalną opowiadającą o planach kradzieży najcenniejszego dzieła sztuki znajdującego się w naszym kraju, czyli leżakującej za pancerną szybą w Muzeum Czartoryskich Damy z Łasiczką. Na pomysł filmowej kradzieży cennego malowidła wpadł też rok wcześniej od naszego reżysera Jannik Johansen, co zaowocowało dość nieszablonowym włamem do jednego ze skandynawskich muzeów, w celu nielegalnego pozyskania obrazu Rembrandta.
Mick (Lars Brygmann) jest nieudacznikiem. Prowadzi życie zatwardziałego kryminalisty, jednak nigdy nie może pochwalić się zawodowymi sukcesami. Za to często musi zostawić swoją partnerkę - byłą gwiazdę porno z powodu kolejnych kilkumiesięcznych odsiadek. Przy wyjściu z więzienia mija przeważnie swojego akurat opuszczającego zakład penitencjarny syna, równie nieporadnego w gangsterce Toma (Jakob Cedergren). Pewnego razu kuzyn Micka, Jimmy (Nicolas Bro) opowiada im o prostym zleceniu dotyczącym kradzieży pewnego obrazu wiszącego w lokalnym muzeum. Jako że wartość obrazu jest niewielka, a sam obiekt słabo chroniony to wyzwanie wydaje się niezbyt trudne do realizacji. Mick zabiera na akcję kolegę - nałogowego hazardzistę Kennetha (Nikolaj Coster-Waldau) jednak mężczyźnie przez pomyłkę kradną nie ten obraz, co trzeba. Okazuje się jednak, że skradli jedyne znajdujące się w Danii dzieło Rembrandta, warte kilkanaście milionów. Zaczynają więc szukać kogoś, kto odkupi od nich obraz na poszukiwanie którego wyrusza miejscowa policja.
Złodzieje i gangsterzy przeważnie nie sprawiają zbyt miłego wrażenia i nie są osobami, które warto spotkać na swej drodze. Jednak z głównymi postaciami tego filmu jest zupełnie inaczej. Od początku kibicujemy tym fajtłapom, którzy mimo że stoją na bakier z prawem nie są z natury złymi ludźmi. Z bardzo dużą satysfakcją ogląda się ich nieporadne działania oraz słucha historii ich życia.
Warstwa fabularna nie zawsze jest dopracowana do perfekcji i bywają momenty dłużyzn czy spłycenia humoru, jednak ogólnie te 100 minut spędza się szybko i z pewną satysfakcją z seansu.
Mamy tutaj prawie wszystko co powinno być w filmie tego typu. Dające się lubić, wiarygodne postaci główne, groteskowego gangstera, zdeterminowane służby prawa, ciekawy scenariusz i kilka innych tego typu rzeczy. Szkoda, że nikt nie przygotował do tej pory żadnych napisów do tego filmu, mimo już 12 lat od jego powstania.
Nie jest to broń boże żadne wielkie kino, o którym będzie się mówiło przez lata, jednak warto sobie zobaczyć ten obraz, gdyż to kawałek sympatycznego kina gatunkowego z kraju, gdzie naprawdę potrafią robić solidne filmy.
Druga szansa (En chance til) Dania 2014 reż. Susanne Bier gatunek: dramat, thriller, psychologiczny zdjęcia: Michael Snyman muzyka: Johan Söderqvist
Wiele filmów, które trafiają obecnie do dystrybucji kinowej to przeładowane akcją i efektami specjalnymi wydmuszki bez większego sensu. Najważniejsze żeby było kolorowo i spektakularnie. Są to produkcje, nie przeczę widowiskowe i wręcz samo się oglądające. Wystarczy mieć oczy, mózg dla współczesnego widza przeważnie nie jest obowiązkowy. O takich filmach szybko się jednak zapomina mając co najwyżej w pamięci kilka kadrów z co bardziej widowiskowymi akcjami lub kultowymi wypowiedziami bohaterów. Są też filmy, które mimo wybuchów, efekciarstwa i milionów wydanych w produkcję potrafią skłonić widza do refleksji, a to co się przed chwilą obejrzało zostaje w nim na długo. Do tego rodzajów filmów zaliczyć mogę najnowszą produkcję pani Bier.
Fabuła koncentruje się na losach policjanta Andreasa (znany przede wszystkim z roli Królobójcy w Grze o Tron Nikolaj Coster-Waldau). Wraz ze swym zawodowym partnerem Simonem (Ulrich Thomsen) udaje się na miejsce zgłoszenia przemocy domowej. W zapuszczonej melinie spotyka awanturującego się agresywnego frustrata - narkomana Tristana (w tej roli kolejny znany skandynawski aktor Nikolaj Lie Kaas, m.in. Kobieta w klatce czy Zupełnie inne love story), którego Andreas kilka lat temu posadził w więzieniu. W obskurnym mieszkaniu znajdują też pobitą konkubinę mężczyzny (May Andersen), ale także ku swemu zdziwieniu strasznie zaniedbane kilkutygodniowe dziecko tej patologicznej pary. Zamknięte w szafie. Jak się później okaże dziecko nie zostało nigdzie zarejestrowane, jednak nie zabrano go od dysfunkcyjnych rodziców. Andreas oprócz pracę łączy z byciem świeżo upieczonym ojcem. Wraz z żoną Anną (Maria Bonnevie). Pewnej nocy dochodzi do tragedii - dziecko policjanta umiera. Andreas postanawia podmienić swojego martwego syna z dzieckiem Tristana.,,
Autorzy serwują nam tutaj zderzenie światów. Mamy poukładany, otoczony miłością i dostatkiem dom Andreasa oraz obskurną melinę, w której żyje agresywny Tristan wraz ze swoją kochanką Sanne. Gdy w rodzinie Andreasa praktykuje się wspólne spacery i przejażdżki po urokliwych terenach Danii, głównym sposobem spędzania wolnego czasu Tristana i Sanne jest odurzanie się alkoholem i narkotykami. Gdy syn Andreasa zaczyna płakać jest niezwłocznie uspokajany, natomiast za to samo przewinienie biedne dziecko Tristana może co najwyżej trafić do szafy. Reżyserka wraz ze scenarzystą w czasie seansu stawiają pytanie czy można wyrokować, kto okaże się lepszym rodzicem, czy to z jakiego środowiska się pochodzi ma wpływ na dziecko?
Gdy Andreas podmienia w końcu swojego zmarłego syna na żywego lecz zaniedbanego chłopca bałem się, że autorzy pójdą złą drogą, w której mężczyzna będzie udawał, że to ciągle to samo dziecko, a jego najbliżsi nie zauważą różnicy (wszak wszystkie małe dzieci są podobne do Ryszarda Kalisza, ale jednak jedno do drugiego już mniej). Na szczęście tak się nie dzieje, a dzięki kilku zabiegom fabularnym wszystko niemal idealnie trzyma się kupy.
Mamy do czynienia ze błędnym kołem, w których każda decyzja głównego bohatera powoduje kolejne wydarzenie i efekt domina. Sytuacja niemal jak z greckiej tragedii.
Słowo należy się też realizacji. Bardzo spodobały mi się zdjęcia do filmu. Niemal każdy kadr po zatrzymaniu mógłby być wycięty i przerobiony na bardzo ładne zdjęcie, które zdobiłoby czyjś pokój. Do tego bardzo dobrze dobrane plenery, a całość dopełniona przez muzykę, której prawie w filmie nie ma, jednak gdy już się pojawia to jest taka, jaka powinna być. Dodając grę aktorską, w której uświadczymy jednych z najlepszych europejskich aktorów naszych czasów daje to razem bardzo dobry rezultat.
Film ma pewne błędy, scenariusz czasem nie jest spójny jednak polecam każdemu obejrzenie tego filmu. Mnie autorzy kupili swoją produkcją. Duże brawa, bo historia Andreasa zostanie w pamięci na dłużej (co w natłoku oglądanych filmów nie jest wcale takie łatwe).