Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologiczny. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 marca 2017

Złe kobiety

Kobieta-diabeł (Onibaba)
Japonia 1965
reż. Kaneto Shindô
gatunek: psychologiczny, horror
zdjęcia: Kiyomi Kuroda
muzyka: Hikaru Hayashi

Wśród twórców filmów japońskich sprzed pół wieku w świadomości obecnego widza dominują dwa nazwiska, które zawłaszczyły tamtejsze poletko filmowe na kilka dekad: legendarny Akira Kurosawa oraz Masaki Kobayashi. W tamtym okresie w tym kraju działało jednak kilku innych utalentowanych reżyserów, a wśród nich zmarły w 2012 roku w wieku stu lat  Kaneto Shindô.


Japonia epoki Edo. Od lat trwają wyniszczające wojny klanów. By przeżyć i się wyżywić mieszkające na pustkowiu dwie kobiety: teściowa (Nobuko Otowa) i synowa (Jitsuko Yoshimura) utrzymują się z zabijania w zasadzkach przechodzących przez okolicę samurajów. Pewnego dnia z wojny wraca ich sąsiad, Hachi (Kei Satô). Mężczyzna przynosi wiadomość, że syn i mąż bohaterek zginął podczas wojennej zawieruchy...

Psychologiczny horror w realiach dawnej Japonii epoki niepokojów oparty na tamtejszych wierzeniach to był dla mnie całkiem obiecujący temat. Szczególnie, że obraz, który posiada bardzo dobrą średnią ocen na filmwebie (z którą to nie zawsze się jednak zgadzam) w połączeniu z czasem realizacji filmu,który przypadł na okres japońskiego prosperity filmowego. To musiało się udać i tym samym przypaść w moje gusta. Jednak po seansie mam pewne mieszane uczucia związane z tą produkcją.
Opowieść powstała na kanwie dawnej buddyjskiej opowieści ludowej i oparta jest na znalezionej przez bohaterkę pod koniec filmu masce. Niektórzy też dopatrują się powiązania tematyki i symboliki filmu z wydarzeniami z Hiroszimy i Nagasaki. Choć dopiero właśnie od czasu zobaczenia maski klimat robi się trochę z pogranicza kina grozy to samo jej wprowadzenie nie przysporzyło według mnie jakiegoś elementu strachu. Zwrócić uwagę zaś można do odważnej, jak na lata 60. w kinie (i to azjatyckim, dość konserwatywnym wówczas) pokazanie seksualności, potrzeb erotycznych i ogólnej golizny. Ten przekaz w połączeniu z klaustrofobicznym terenem działań bohaterów to główne plusy produkcji. Nieraz zastanawiałem się, jak ten film pięknie prezentowałby się w kolorze, jednak pod koniec filmu znałem, że dobrze jest tak, jak jest. Odcienie bieli i szarości produkują specyficzny, sugestywny klimat, przez co obraz prezentuje się świetnie. Także w sumie mimo zawiedzenia się na warstwie grozy (film reklamowany jako horror powinien ją posiadać) w kilku innych elementach mogę pochwalić produkcję. Więc najlepiej chyba obejrzeć i ocenić samemu.






sobota, 3 grudnia 2016

W obozie japońskich wojowników

Listy z Iwo Jimy (Letters from Iwo Jima) 
USA 2006
reż. Clint Eastwood
gatunek: wojenny, psychologiczny

Z czasów Bitwy o Iwo Jimę pochodzi jedno z najbardziej znanych zdjęć okresu Drugiej Wojny Światowej. Clint Eastwood opowiada historię tej fotografii i ludzi, którzy się na niej znaleźli w innym, kręconym równolegle do opisywanego filmie, Sztandar chwały, który pokazuje walkę o wyspę z perspektywy zwycięskich wojsk Amerykańskich. W tym filmie zaś skupił się niemal w całości na historii obrońców wyspy. 


Generał Tadamichi Kuribayashi (Ken Watanabe) przybywa na wulkaniczną wyspę Iwo Jimę, by przejąć dowództwo nad stacjonującym tam garnizonem i przygotować go do jej obrony w wypadku amerykańskiego ataku. Wśród jego podkomendnych znajdują się między innymi mistrz olimpijski z Los Angeles Baron Nishi (Tsuyoshi Ihara) i szeregowiec Saigo (Kazunari Ninomiya).


Po kim, jak po kim, ale po zatwardziałym konserwatyście Eastwoodzie nie spodziewałem się filmu, który pokaże wrogów armii amerykańskiej, jako normalnych ludzi. Szczególnie, że wcześniej obejrzałem tegoroczny film Mela Gibsona, Przełęcz ocalonych, gdzie wrogowie Ameryki zostali kompletnie odczłowieczeni i z zachowania przypominali bardziej zwierzęta, niż ludzi. Eastwood zaś oddał sprawiedliwość walczącym dla kraju obrońcom wyspy, którzy dzielnie wytrwali w tej pozbawionej sensu i nadziei obronie. Za to wielkie słowa uznania dla reżysera. 
Film został nakręcony w nienaturalnych, poszarzałych barwach, a kolory ożywają tylko we wspomnieniach bohaterów z czasów, gdy nie musieli oni prowadzić wojny i mogli wieść swoje zwyczajne życie. Zabieg ten w dobry sposób pokazuje bezsens i niedolę wojny, szczególnie tej bezsensownej i skazanej na porażkę. Bo od początku wszyscy bohaterowie wiedzą, jak ta obrona się skończy, jednak mało kto myśli się poddać - propaganda Cesarstwa, samurajski honor, chęć niezawiedzenia rodziny i miłość do kraju każą żołnierzom walczyć do ostatniej kropli krwi. Choć w filmie dużo się strzela i wymachuje szabelką, to sceną batalistycznym daleko jest do tych, z wspomnianego już filmu Gibsona, o zdobywaniu Okinawy. Jednak Eastwood w tym wypadku nad efekty batalistyczne stawia rys psychologiczny postaci, i wychodzi mu to całkiem nieźle. Naprawdę czujemy sympatię do bohaterów i widzimy tragizm ich sytuacji. Co najważniejsze to samo powinni zobaczyć też widzowie Amerykańscy. 
Wypada też reżysera pochwalić, że nakręcił film w całości niemal anglojęzyczny, z udziałem rodzimych, japońskich aktorów, którzy nie są Amerykanami azjatyckiego pochodzenia. Wersja anglojęzyczna zabiłaby ten film. Film, który z pewnością wart jest obejrzenia. 




niedziela, 13 listopada 2016

W matni

Rozstanie (Jodaeiye Nader az Simin)
Iran 2011
reż. Asghar Farhadi
gatunek: dramat


Lubię oglądać filmy z różnych odległych, egzotycznych dla nas miejsc świata. Dzięki produkcjom z dalekich zarówno geograficznie, jak i kulturowo miejsc można w znaczny oraz przystępny sposób przybliżyć sobie wiedzę o odmiennym od naszego miejscu. Także cieszę się, że właśnie miałem po raz pierwszy okazję obejrzeć film z Iranu. I to nie byle jaki,  bo zdobywcę między innymi Oscara, Złotych Globów i Berlinale.


Simin (Leila Hatami) po latach małżeństwa postanawia się rozwieść z mężem, Naaderem (Peyman Moaadi), który to nie chce wraz z nią wyjechać z kraju. W tej sytuacji Naader musi poszukać kogoś, kto będzie zajmować się jego chorym na Alzheimera ojcem, gdy sam jest w pracy. Wybór pada na Razieh (Sareh Bayat), której mąż (Shahab Hosseini) nie wie, że ta podjęła pracę...


Jak na nasze, europejskie warunki Iran może wydawać się krajem strasznie konserwatywnym (i jeszcze ta Islamska Rewolucja z lat 70.), jednak w islamskim kręgu kulturowym mimo wielu restrykcji jest to kraj liberalny, nawet dla kobiet. Rządzący tam szyici są o wiele bardziej wyrozumiali, niż wahabicka Arabia Saudyjska (gdzie kobiety właśnie walczą o prawo do prawa jazdy...na rower, a jest to raczej walka skazana na porażkę). W Iranie 60% studentów to kobiety, co stanowi pierwsze miejsce na świecie pod tym względem. Więc mimo dziwnych dla europejczyków zasad ubierania nie jest tam tak źle, a kobiety mogą sobie nawet pozwolić na rozwód, który jest punktem startowym tej pogmatwanej historii. Bo samo rozstanie w tym filmie jest tylko przyczynkiem do wielu kolejnych wydarzeń i trudnych sytuacji i wyborów, przed którymi staną bohaterowie. Bohaterowie będący, co ważne prawdziwymi ludźmi z krwi i kości, a nie tylko sztucznymi, papierowymi postaciami wymyślonymi na potrzebę filmu. Naprawdę jak mało kiedy zżyłem się zarówno z Naaderem, z Simin, jak i z osobą, która może na ich początkowej decyzji stracić najwięcej, czyli z ich córką portretowaną przez córkę reżysera, Sarinę Farhadi. Trochę zdziwiło mnie obsadzenie do roli 11 latki niemal dwudziestoletniej dziewczyny, ale to chyba jedyna sprawa w filmie, która mi się nie spodobała. W konflikcie pomiędzy rodzicami jej postaci poznając ich racje naprawdę ciężko wskazać mi mojego faworyta. Polubiłem i jedną i drugą postać. Jednak fabuła jest tak skonstruowana, że sama separacja małżeństwa schodzi często na drugi plan. Wszystko to za sprawą kolejnej pary - Razieh i Hodjat wprowadzają kolejną plątaninę trudnych spraw i problemów bohaterów. Nie wolno też zapomnieć o świetnie zagranej roli niedołężnego ojca głównego bohatera, którego kreacja nie raz zagra widzom na emocjach.
Dostajemy ciężki, pozbawiony fajerwerków film z kraju na pozór egzotycznego, jednak serwującego nam historię uniwersalną. Taką, która mogłaby, przy zamienieniu scenografii i kilku detali przydarzyć się w każdym miejscu na świecie. Wielu krytyków uznało ten film, za najważniejszy w chwili powstania obraz XXI wieku. Nie widziałem jeszcze wielu wartościowych filmów z tego okresu, więc na pewno nie wydam w tej sprawie żadnej opinii, jednak wiem, że o opisywanym właśnie filmie nie przyjdzie mi prędko zapomnieć. Pozycja obowiązkowa dla fanów dojrzałego kina. 



środa, 9 listopada 2016

Enigma

Jestem mordercą 
Polska 2016
reż. Maciej Pieprzyca
gatunek: thriller, psychologiczny


 Patrząc na polski biznes filmowy coraz bardziej rośnie serce. Robi się coraz więcej filmów (a komedie romantyczne nie stanowią już większości), praktycznie co weekend ma miejsce rodzima premiera, poziom tych filmów rośnie w górę, a i dzięki coraz większym budżetom widz ma wrażenie oglądać bardziej dopracowane dzieła. Co ważne też ludzie chętnie wybierają się do kin na polskie filmy, czego dowodem są boxoffice'owe liczby - takie filmy, jak Wołyń, Ostatnia rodzina, Pitbull, Moje córki krowy, Planeta singli czy nawet Smoleńsk prowadziły w weekendowych zestawieniach zostawiając za sobą zagraniczną konkurencję. Nowy film Pieprzycy liczbą widzów im nie dorównał, jednak po raz kolejny dostajemy dobre polskie kino.


Lata 70. ubiegłego wieku. Po Śląsku i Zagłębiu grasuje seryjny morderca kobiet. Major Stępski (Piotr Adamczyk) wyznacza nowym koordynatorem sprawy milicjanta na dorobku, Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). Dzięki pomocy nowych technologii ekipa Jasińskiego ogranicza listę potencjalnych sprawców. Wkrótce milicjanci zatrzymują Wiesława Kalickiego (Arkadiusz Jakubik)...


Film jest fabularnie inspirowany wydarzeniami rzeczywistymi związanymi ze sprawą Wampira z Zagłębia, grasującemu pół wieku temu mordercy 14 kobiet, którym uznano Zdzisława Marchwickiego. Pieprzyca jest fanem teorii, iż skazano niewinnego człowieka i zresztą nakręcił niemal dwie dekady temu dokument pokrywający się z nazwą tego filmu, w którym stawiał pod znakiem zapytania winę Marchwickiego. W duchu wątpliwości i pewnego moralnego niepokoju osadzona jest też opowiedziana w filmie historia Kalickiego.
Mamy tutaj dobrze odwzorowany portret psychologiczny kierującego sprawą milicjanta. Początkowo jest pełnym ideałów człowiekiem, który chce schwytać przestępce. Angażuje do tego całe swoje życie, stawia na nowatorskie metody, które w konsekwencji sprawiają, że udaje się zatrzymać wytypowanego przestępce, który zachowuje się dziwnie, nie ma nic na swą obronę, zdarza mu się mataczyć, a dodatkowo pogrąża go zdzirowata żona i przedmioty znalezione w jego domu. Nie ma jednak twardych dowodów na jego winę. Dlatego też oglądamy funkcjonariusza, którego zaczynają dręczyć wyrzuty sumienia wygaszane za pomocą hektolitrów wódki i setek papierosów. Także niewątpliwy awans społeczny, gratyfikacja finansowa i szacunek zwykłych ludzi, jak i władz działają na Jasińskiego korumpująco, przez co ten coraz bardziej odżegnuje się od dawnych ideałów...
Scenografowie i charakteryzatorzy spisali się na medal. Dostajemy tutaj skondensowaną wersję PRLu lat 70. ubiegłego wieku w wersji mini. Oprócz skręconych na wzór ówczesnych papierosów (których wypalono na planie 6000) czy alkoholi możemy podziwiać tutaj takie zdobycze małej stabilizacji, jak kolorowe telewizory czy komputer Odra. Wszystko to plus dopasowane ubiory i fryzury z epoki świetnie oddają ducha naszego kraju sprzed 40 lat. 
Także aktorsko oglądamy naprawdę dobre widowisko. Jest tu miejsce dla dobrych, acz nieopatrzonych jeszcze aktorów, jak główna postać grana przez Mirosława Haniszewskiego (choć ten może się kojarzyć niektórym z Piotrem Cyrwusem) czy Michał Żurawski. Także aktorzy bardziej doświadczeni i znani, jak Agata Kulesza, Arkadiusz Jakubik czy osoba, o którą najbardziej się obawiałem, czyli Piotr Adamczyk dają radę. Szczególne brawa dla Kuleszy, która wcieliła się w rolę żony Kalickiego - świetna rola. Jakubik zaś, jak już zdążył w ostatnich latach przyzwyczaić wypadł bardzo dobrze - jego wersja podejrzanego mimo że oszczędna w środkach wyrazu jest postacią tajemniczą i nieodgadnioną, w sumie ciężko przez to stwierdzić, czy jest winny, czy nie.
 Reasumując dostajemy naprawdę dobry dreszczowiec z pogłębionym rysem psychologicznym, który jest świetnie przedstawiony pod względem przeniesionej epoki, jak i równie dobrze zagrany. Warto wybrać się do kina!





sobota, 10 września 2016

Master and servant

Duke of Burgundy. Reguły pożądania (The Duke of Burgundy)
Wielka Brytania 2014
reż. Peter Strickland
gatunek: dramat, psychologiczny 

Duke of Burgundy to anglojęzyczna nazwa motyla o łacińskiej nazwie Hamearis lucina w Polsce zaś znanego, jako wielena plamowstęg. Nie znam etymologii nazwy tego występującego niemal w całej Europie owada, dlatego nie mogę powiedzieć dlaczego Anglicy nazwali go Księciem Burgundii, zaś w naszym kraju ma taką dziwną nazwę.W każdym razie posłużył on za tytuł opisywanego właśnie filmu o intymnych przeżyciach badaczki motyli.


Poznajemy historię badaczki motyli Cynthii (Sidse Babett Knudsen) oraz jej relacji z młodszą od siebie Evelyn (Chiara D'Anna). W pierwszej scenie obserwujemy przybycie Evelyn do domu Cynthii. Obserwujemy, jak młodsza z kobiet usługuje starszej, jest przez nią rugana, zaś na samym końcu przez nią ukarana (przez pissing). Jak się szybko okazuje prawdziwe oblicze ich relacji jest diametralnie różne.


Od dawna chciałem obejrzeć ten film i to mimo relatywnie niskich ocen zarówno od widzów, jak i zajmujących się ocenianiem filmów bardziej profesjonalnie. Mam tak, że żadne słowa nie są mnie w stanie zachęcić lub zniechęcić do filmu, gdyż z gustem (a szczególnie w odniesieniu do dziesiątej muzy) jest tak, że przeżycia i opinie innych mogą być diametralnie różne od mojej własnej. Dlatego też czytając branżową prasę staram się przewertować wszystko, prócz recenzji (te dopiero po seansie opisywanego filmu - przeważnie zaś moje odczucia są zupełnie inne od tych recenzentów). Także dałem szansę i temu średnio ocenianemu filmowi i ... moja ocena jest jeszcze niższa niż ta statystyczna, oparta na 2300 głosów użytkowników Filmwebu czy jeszcze wyższa średnia z IMDb, która obejmuje niemal 7500 głosów. 
Może po prostu nie jestem przekonany do tego typu filmów, które swoje oczywiste braki chcą chować za filarami artyzmu (lub w tym przypadku pseudoartyzmu). Nic mnie tak nie razi jak bezsensowne sceny wyrwane z kontekstu wrzucone jako przerywnik od właściwej akcji, które to mają pokazać jaki to górnolotny film właśnie oglądamy. Tutaj mamy więc na przykład kilka scen z przybliżeniami motyli, zarówno pojedynczych osobników, jak i całego roju (można dostać epilepsji!). To przebiło nawet (nie)sławną scenę z pokazem penisów w Nimfomance.
Także warstwa fabularna bardzo szwankuje. Film jest senny i w sumie nic się w nim nie dzieje. Sceny, które mają szokować ogląda się bez większych emocji czekając, aż wreszcie ujrzy się napisy końcowe. Samo odgrywanie poszczególnych ról wypływa w fabule bardzo szybko i potem już nic ciekawego czy zaskakującego się nie dzieje. Oglądamy próby przystosowania się i narzucenia swojej woli przez bohaterkę, która kieruje się miłością do drugiej z kobiet. Czy ta miłość jest odwzajemniona? Jeśli tak, to jak to się wyraża? I jaka jest cena tej miłości? Takie pytania mogłyby płynąć z tego filmu. I w sumie płynąć próbują, jednak robią to na tyle dobrze zakamuflowane, że widz często nie zdaje sobie z nich sprawy. Pomysł na film bardzo dobry, jednak jego wykonanie to całkiem spore rozczarowanie.  




niedziela, 19 czerwca 2016

Nowe porządki

Prawo i pięść
Polska 1964
reż. Edward Skórzewski, Jerzy Hoffman 
gatunek: sensacyjny, psychologiczny

W myśl powojennego ładu jak wszyscy wiemy Polska straciła wschodnią część swego przedwojennego terytorium (nowa granica na linii Curzona) dostając w zamian odebrane Niemcom tak zwane Ziemie Odzyskane, stanowiące dzisiejszą zachodnią i północną część kraju. Proces przesiedleń był dość długi i nie skończył się wraz z końcem wojny. Początki utrwalania nowego ładu możemy zaś obejrzeć w tym filmie. 


Polska tuż po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku. Na Ziemie Odzyskane przybywa więzień obozów koncentracyjnych, Andrzej Kenig (Gustaw Holoubek). Stara się on o prace u pełnomocnika rządu. Zostaje wysłany do opuszczonego przez Niemców miasteczka wraz z grupą ochotników, mając na celu zabezpieczyć w imieniu państwa tamtejsze mienie przed szabrownikami. Ekspedycją przewodzić będzie doktor Mielecki (Jerzy Przybylski).


Film ten jest określany jako jeden z nielicznych polskich westernów. I określenie to wydaje się całkiem słuszne biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich osadzona jest fabuła filmu Skórzyńskiego i Hoffmana. Jest to film starający się dobrze odwzorować problemy i postawy ludzi, którym przyszło żyć w tamtych czasach. Ich poczynania warunkują zarówno echa trudnej, wojennej przeszłości, jak i wizja przyszłości, którą może ułatwić szaber. Decydenci mieli szczęście do aktorów, gdyż obsadzenie Holoubka, jak i Gołasa, Pietruskiego czy Dobrzyńskiego to strzał w dziesiątkę. Chociaż może trochę drażnić lekko teatralna maniera Holoubka to chyba jest ona świadoma, mająca na celu odwzorowanie postaci szybko nazwanej polskim Eastwoodem. Oddzielne zdanie należy się zaś piosence będącej motywem przewodnim filmu. Nim wstanie dzień w wykonaniu Fettinga to jedna z lepszych polskich piosenek filmowych, która robi wrażenie do dzisiaj. Do dzisiaj jest ona chętnie coverowana i żyje w świadomości ludzi, co chyba świadczy samo o sobie. Oczywiście film nie ustrzegł się błędów, widać też na nim znaki czasu i brak wielkich funduszy. Najlepiej widoczne jest to w scenach akcji, podczas strzelanin, które wyglądają strasznie amatorsko, wręcz archaicznie. Także niektóre sceny odbywające się w nocy lub zaciemnieniu nie wyglądają najlepiej. Tak samo jak udźwiękowienie, które chyba jest bolączką rodzimych filmów od zawsze. Jednak mimo tych wad jest to film naprawdę niezły, wart obejrzenia. Wypada kiedyś w wolnej chwili poświęcić 90 minut na jego seans. 




piątek, 20 listopada 2015

Pocztówka spod celi

Git
Polska 2015
reż. Kamil Szymański
gatunek: dramat, psychologiczny 

W każdej chwili w więzieniach w naszym kraju przebywa około 80 tysięcy ludzi a 30 tysięcy kolejnych czeka na opróżnienie sal więziennych, by samemu powylegiwać się na pryczy. To w skali 36 milionowego kraju oczywiście nie jest jakiś duży odsetek ludności (1/3 procenta) ale daje nam to realnie patrząc dość sporą grupę ludzi, którzy zaludniliby całe średniej wielkości polskie miasto. W naszej kinematografii była ponad dekadę temu naprawdę dobra produkcja opowiadająca o więziennym półświatku, jaką była pewnie wielu dobrze znana Symetria. Po latach posuchy doczekaliśmy się kolejnego filmu dziejącego się w smutnych więziennych murach. 


Telewizyjny dziennikarz śledczy (Tomasz Boruszczak) dostaje za zadanie zrobienie wywiadu z osadzonym w więzieniu w Łęczycy Młodym (Arkadiusz Detmer), który właśnie zabił szykującego się do wyjścia na wolność przywódcę więziennego pawilonu oraz swojego współlokatora spod celi, Kubę (Włodzimierz Matuszak). Co ciekawe Kuba kilka dni przed śmiercią udzielił wywiadu temu samemu dziennikarzowi...


Jest to film krótki, tylko trochę ponad 70 minutowy więc zdradzanie obszerniej fabuły mijałoby się z celem. Większość czasu spędzimy wraz z lokatorami nieczynnego od 9 lat więzienia w Łęczycy śledząc wydarzenia z 1997 roku, kiedy to rozgrywa się akcja produkcji. Akcja dodajmy inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, które natchnęły początkującego reżysera do nakręcenia filmu. Filmu, który co ciekawe jest też pracą dyplomową swego twórcy. Już za to należą się brawa, że autor zdecydował się wydłużoną etiudę zaprezentować szerszemu odbiorcy na terenie sieci kin studyjnych w całym kraju. Bo film ten mimo kilku wad ogląda się naprawdę dobrze i cieszy fakt, że tak zaczynający reżyser może w przyszłości dokonać dzieł naprawdę dobrych. 
Mamy tutaj naprawdę dobrą psychologiczną rozgrywkę między granym przez znanego z Plebanii w w roli księdza Matuszaka , jego młodym towarzyszem z celi, a sposobiącym się do objęcia władzy nad więźniami pawilonu Ruskiem (Grzegorz Kowalczyk). Wszystko z zachowaną bardzo dobrze grypserą i w obskurnych realiach zakładu. Do tego fani wspomnianej Symetrii ucieszą się widząc głównego bohatera tamtego filmu, tam Świeżaka, tutaj jako Młodego. Oprócz niego w obu filmach przewijał się też Grzegorz Kowalczyk. Debiutowi Szymańskiego co prawda brakuje do tamtego filmu, jednak należy docenić to, że dysponując małymi środkami stworzył doby film niezależny.
Naprawdę cieszy oko charakteryzacja bohaterów, którzy wyglądają niezbyt miło. Więzienne tatuaże, które nie tylko zdobią (lub szpecą) ciała ale są też informacją o ich posiadaczu. Naturalnie wypadająca grypsera i stroje dopełniają obrazu  miejsca, w którym dzieje się akcja. Sam Matuszak swą rolą wreszcie uciekł od sutanny, z jaką widzowie kojarzą go od 15 lat. Film nie odbije się raczej wielkim echem, ale zainteresowani zobaczą inny image aktora. Niestety jak to na produkcję niezależną nie wszystko wygląda tak dobrze. Razi gra aktorska niektórych postaci. O ile drewniana aktorka grająca prezenterkę telewizyjną w 3 planowej roli jeszcze ujdzie, to obsadzeni w bardziej istotnych rolach dziennikarz i komendant więzienia nijak nie mogą się obronić. Wypadają bardzo, ale to bardzo słabo i aż nie chce się ich słuchać.
Ogólnie jednak zachowując wszystkie proporcję uważam, że jak na film dyplomowy mamy do czynienia z produkcją dobrą, ciekawą i przy okazji oryginalną. Warto jest odwiedzić mury zakładu w Łęczycy i poznać historię jego mieszkańców.





środa, 11 marca 2015

Mniejsze zło

Druga szansa (En chance til)
Dania 2014
reż. Susanne Bier
gatunek: dramat, thriller, psychologiczny
zdjęcia: Michael Snyman
muzyka: Johan Söderqvist

Wiele filmów, które trafiają obecnie do dystrybucji kinowej to przeładowane akcją i efektami specjalnymi wydmuszki bez większego sensu. Najważniejsze żeby było kolorowo i spektakularnie. Są to produkcje, nie przeczę widowiskowe i wręcz samo się oglądające. Wystarczy mieć oczy, mózg dla współczesnego widza przeważnie nie jest obowiązkowy. O takich filmach szybko się jednak zapomina mając co najwyżej w pamięci kilka kadrów z co bardziej widowiskowymi akcjami lub kultowymi wypowiedziami bohaterów. Są też filmy, które mimo wybuchów, efekciarstwa i milionów wydanych w produkcję potrafią skłonić widza do refleksji, a to co się przed chwilą obejrzało zostaje w nim na długo. Do tego rodzajów filmów zaliczyć mogę najnowszą produkcję pani Bier.


Fabuła koncentruje się na losach policjanta Andreasa (znany przede wszystkim z roli Królobójcy w Grze o Tron Nikolaj Coster-Waldau). Wraz ze swym zawodowym partnerem Simonem (Ulrich Thomsen) udaje się na miejsce zgłoszenia przemocy domowej.  W zapuszczonej melinie spotyka awanturującego się agresywnego frustrata - narkomana Tristana (w tej roli kolejny znany skandynawski aktor Nikolaj Lie Kaas, m.in. Kobieta w klatce czy Zupełnie inne love story), którego Andreas kilka lat temu posadził w więzieniu. W obskurnym mieszkaniu znajdują też pobitą konkubinę mężczyzny (May Andersen), ale także ku swemu zdziwieniu strasznie zaniedbane kilkutygodniowe dziecko tej patologicznej pary. Zamknięte w szafie. Jak się później okaże dziecko nie zostało nigdzie zarejestrowane, jednak nie zabrano go od dysfunkcyjnych rodziców. Andreas oprócz pracę łączy z byciem świeżo upieczonym ojcem. Wraz z żoną Anną (Maria Bonnevie). Pewnej nocy dochodzi do tragedii - dziecko policjanta umiera. Andreas postanawia podmienić swojego martwego syna z dzieckiem Tristana.,,


Autorzy serwują nam tutaj zderzenie światów. Mamy poukładany, otoczony miłością i dostatkiem dom Andreasa oraz obskurną melinę, w której żyje agresywny Tristan wraz ze swoją kochanką Sanne. Gdy w rodzinie Andreasa praktykuje się wspólne spacery i przejażdżki po urokliwych terenach Danii, głównym sposobem spędzania wolnego czasu Tristana i Sanne jest odurzanie się alkoholem i narkotykami. Gdy syn Andreasa zaczyna płakać jest niezwłocznie uspokajany, natomiast za to samo przewinienie biedne dziecko Tristana może co najwyżej trafić do szafy. Reżyserka wraz ze scenarzystą w czasie seansu stawiają pytanie czy można wyrokować, kto okaże się lepszym rodzicem, czy to z jakiego środowiska się pochodzi ma wpływ na dziecko? 
Gdy Andreas podmienia w końcu swojego zmarłego syna na żywego lecz zaniedbanego chłopca bałem się, że autorzy pójdą złą drogą, w której mężczyzna będzie udawał, że to ciągle to samo dziecko, a jego najbliżsi nie zauważą różnicy (wszak wszystkie małe dzieci są podobne do Ryszarda Kalisza, ale jednak jedno do drugiego już mniej). Na szczęście tak się nie dzieje, a dzięki kilku zabiegom fabularnym wszystko niemal idealnie trzyma się kupy.
Mamy do czynienia ze błędnym kołem, w których każda decyzja głównego bohatera powoduje kolejne wydarzenie i efekt domina. Sytuacja niemal jak z greckiej tragedii. 
Słowo należy się też realizacji. Bardzo spodobały mi się zdjęcia do filmu. Niemal każdy kadr po zatrzymaniu mógłby być wycięty i przerobiony na bardzo ładne zdjęcie, które zdobiłoby czyjś pokój. Do tego bardzo dobrze dobrane plenery, a całość dopełniona przez muzykę, której prawie w filmie nie ma, jednak gdy już się pojawia to jest taka, jaka powinna być. Dodając grę aktorską, w której uświadczymy jednych z najlepszych europejskich aktorów naszych czasów daje to razem bardzo dobry rezultat. 
Film ma pewne błędy, scenariusz czasem nie jest spójny jednak polecam każdemu obejrzenie tego filmu. Mnie autorzy kupili swoją produkcją. Duże brawa, bo historia Andreasa zostanie w pamięci na dłużej (co w natłoku oglądanych filmów nie jest wcale takie łatwe).




środa, 4 lutego 2015

Baby naprawdę są jakieś inne

Mroczny przedmiot pożądania (Cet obscur objet du désir)
Francja 1977
reż. Luis Buñuel
gatunek: psychologiczny, dramat
zdjęcia: Edmond Richard
muzyka: Richard Wagner

Buñuel swoimi filmami wyprzedził epokę, w której tworzył. Nikt wcześniej niż Hiszpan nie pokazywał w ten sposób psychologicznej strony ludzkiej seksualności ale także destrukcyjnej siły miłości. Autor takich filmów, jak opisywana już wcześniej Piękność dnia, ale także Dzienników panny służącej, Drogi mlecznej czy Widma wolności potrafił przenieść na ekran najmroczniejsze strony ludzkiej duszy, które siedzą w niej poukrywane nawet w najszlachetniejszych z cech. Szkoda tylko, że przez wielu obecnie jest to reżyser niesłusznie zapomniany a wręcz nieznany.


Głównym bohaterem fabuły jest tutaj zamożny i podstarzały Mathieu Faber (Fernando Rey), który wraca pociągiem z Sewilli do Paryża. Jeszcze przed odjazdem opuszcza na chwilę przedział, który zajmuje z matką z dzieckiem, znajomym swego kuzyna oraz karłem, by oblać przez drzwi powstrzymującą go przed podróżą młodą kobietę. Po tym wydarzeniu opowiada współpasażerom historię znajomości z oblaną przed chwilą dziewczyną. Mathieu zaczyna się zwierzać obcym ludziom ze swych perypetii miłosnych z poznaną kilka miesięcy wcześniej osiemnastoletnią Hiszpanką Conchitą (Carole Bouquet i Ángela Molina). Jest to historia fascynacji od pierwszego wejrzenia. Obejmująca kilkumiesięczną walkę o uczucie dużo młodszej od siebie dziewczyny, którą Mathieu próbuje zdobyć na wszelkie sposoby. Począwszy od komplementów, po codzienne odwiedziny, drogie prezenty i wyznania miłości. Conchita jednak co chwilę zmienia swe zdanie, raz jest zauroczona Faberem, raz z nienawiścią odgania go od siebie zarzucając mu niecne zamiary. Nawet gdy wyznaje mu miłość i dzieli z nim wspólne łoże nie pozwala załamanemu Mathieu na nic więcej (chociaż on twierdzi tłumacząc się kuzynowi, że wystarczy mu tylko to, że ona jest obok). Kobieta wciąż zwodzi starszego mężczyznę, obiecuje, by chwilę później odebrać nadzieję, kusi, aby następnie doprowadzić do jeszcze większego rozczarowania swego wybranka. Ciężko jest przewidzieć jej kolejny krok. Ale dzięki temu widz z niecierpliwością przygląda się, czekając na to co będzie dalej...


Przedstawiona historia dzieje się na tle zradykalizowanej zachodniej Europy, przez którą w tamtych czasach przewinęło się wiele grup i organizacji terrorystycznych. Oglądając produkcję Buñuel uświadamiamy sobie, że wybuchające bomby, samochody pułapki czy ostrzeliwanie ulic nie przyszło do nas wraz z 11 września 2001 roku. Problem ten istniał wiele wcześniej.
Reżyser zastosował tutaj sprytne rozwiązanie obsadzając w roli Conchity dwie różne aktorki. Zmieniają się w poszczególnych scenach, aby zobrazować zmienność kobiecej natury. Biedny mężczyzna w postaci Mathieu musi się zmagać z dwoma obliczami tej samej postaci. Całkiem od siebie odmiennymi. Autor pokazuje tutaj, że nigdy nie można przewidzieć zachowania i następnego kroku kobiety.
 Z zaangażowaniem widzowie będą wpatrywać się w historię snutą z punktu widzenia mężczyzny. Bo przecież narratorem jest Faber. Pod koniec filmu mamy umotywowane zachowanie Conchity, która sama wyjaśnia czym się kierowała przyjmując takie a nie inne postawy. Gdyby to ona była narratorką całej produkcji, pewnie wszystko wyglądałoby inaczej. Pod koniec okazało się jednak, że ostatnie zdanie należy zawsze do mężczyzny. Nawet jeśli będzie to 'masz rację, skarbie'. 





P.S. Przykre jest to, że na początku filmu podróżujący pociągiem ludzie wyrażają swe oburzenie, że ów pociąg nabrał JUŻ trzy minuty opóźnienia. 



czwartek, 2 października 2014

Wojna nie kończy się po ostatnim strzale

Drabina Jakubowa (Jacob's Ladder)
USA 1990
reż. Adrian Lyne
gatunek: psychologiczny, horror
zdjęcia: Jeffrey L. Kimball
muzyka: Maurice Jarre

Głównym bohaterem jest tutaj grany przez znanego z późniejszej głównej roli w Skazanych na Shawshank Tima Robinsa - Jacob Singer. Jacoba poznajemy w krótkiej reminiscencji, jako żołnierza walczącego w Wietnamie. Obraz ten jest jednak niepełny i pozbawiony kluczowych scen. Następnie akcja przenosi nas kilkanaście lat naprzód, gdzie będący już weteranem Singer pracuje jako listonosz, żyje w konkubinacie z Jezebel (Elizabeth Peña), a przede wszystkim cierpi na dręczące go koszmary, które w pewnym momencie zaczynają pojawiać się nie tylko we śnie, ale i na jawie...



Rzadko kiedy widz ma do czynienia z filmem tak mrocznym, przygnębiającym i ciężkim w odbiorze. Film, w którym gęstą atmosferę beznadziejności można kroić nożem. Gdzie nawet przez moment nie można dostrzec choć skrawka optymizmu płynącego z ekranu. Taką ciężką produkcją jest właśnie Drabina Jakubowa. Niepokój to słowo klucz dla dzieła Lyne'a. Od początku z niepokojem właśnie śledzimy poczynania Jacoba zmierzającego krętą drogą do zagłady. Przez swą tematykę i sposób, w jaki został zrealizowany nie jest to produkcja do każdego.
Początkowo oglądając Drabinę Jakubową myśli się, że będziemy mieli do czynienia z dramatem, później można skłaniać się do gatunku, jakim jest horror, lecz szybko można też wpaść na pomysł, że to film psychologiczny. I ciężko jest wybrać dominujący gatunek tej produkcji, gdyż bardzo często zmienia się to w czasie akcji. 


Jeśli kojarzycie sławną japońską serię gier (i później też filmów) Silent Hill, to wiedzcie, że autorzy zainspirowali się zamieszczonymi w Cichych Wzgórzach pokracznymi potworami i atmosferą właśnie dzięki opisywanej obecnie produkcji. Gdy będziecie oglądać scenę w szpitalu od razu połapiecie się w czym rzecz. 
Gra aktorska stoi tu na wysokim poziomie, a to za sprawą Robinsa i towarzyszącej mu Peñii. Warto też zauważyć, że w roli jednego z synów Singera wystąpił dobrze znany w naszym kraju Kevin sam w domu, czyli Macaulay Culkin.
Ogólnie jeśli ktoś ma ochotę na ciężkie kino, które nie pozostawi mu po seansie zbyt dużo dobrych wspomnień, tylko trochę refleksji to warto sięgnąć po ten film, by dowiedzieć się co stało się z oddziałem Sinera w Wietnamie. Jeśli zaś ktoś chce spędzić wieczór z uśmiechem na twarzy, to nie jest to produkcja dla niego.   


poniedziałek, 22 września 2014

Wesoła jest praca w burdelu

Piękność dnia (Belle de jour)
Francja 1967
reż. Luis Buñuel
gatunek: dramat, psychologiczny 
zdjęcia: Sacha Vierny

Séverine (Catherine Deneuve) wiedzie dostatnie życie u boku przystojnego i zamożnego męża (w tej roli Jean Sorel) . Mimo pozornej szczęśliwości w związku nie czuje się zadowolona z życia. Gdy przyjaciółka opowiada jej, że ich wspólna znajoma pracuje w domu publicznym Séverine na początku nie kryje oburzenia. Po pewnym czasie coraz częściej myśli jednak o tym przybytku, by w pewnym momencie sama zacząć pracę jako prostytutka przyjmując pseudonim Piękność dnia..



Film nie stara się ani gloryfikować ani potępiać samej moralności pracy w zawodzie prostytutki, jednak pokazuje codzienność pracy w burdelu. Mamy tutaj do czynienia z całą paletą ludzkich zachowań i dewiacji. Każdy z klientów domu publicznego ma inne preferencje, nieraz bardzo dziwaczne. Główna bohaterka musi odnaleźć się w nowej roli, poznać motywacje współpracownik i pogodzić wszystko z normalnym życiem. Z czasem jednak zaczyna bać się odkrycia ze strony męża, jednak ciężko jej też porzucić swą pracę.


Mamy tu do czynienia z filmem, w którym dużą rolę odgrywa symbolika. Wyraźnie widać odwołania do rozważań Freuda, ale też wnikliwy kinoman zaobserwuje ich dużo więcej. Trzeba tylko je odkryć i odpowiednio połączyć. 
Reżyser przeniósł na ekran powieść Josepha Kessela o tym samym tytule pozwalając tym samym poznać szerszej widowni zapoznanie się z Séverine. Zatrudniona do roli głównej bohaterki Catherine Deneuve była w tamtych czasach ideałem kobiecego piękna, tak więc Buñuel dał radość milionom mężczyzn na całym świecie obsadzając ją w tej roli. 
Ogólnie film po latach nie zatracił swych walorów, tematyka wciąż pozostaje aktualna, a fani filmów psychologicznych, Deneuve i francuskiego kina na pewno spędzą z Séverine dobrze spędzone 100 minut.