Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. Eastwood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. Eastwood. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 grudnia 2017

Witamy w piekle

Mściciel (High Plains Drifter)
USA 1973
gatunek: western
reż. Clint Eastwood
zdjęcia: Bruce Surtees
muzyka: Dee Barton

Kilka dni temu opisywałem inny oglądany przeze mnie film duetu aktorsko-reżyserskiego Clint Eastwood - Clint Eastwood. Krwawa profesja nie zrobiła na mnie jednak zbyt dużego wrażenia. Dlatego też cofnąłem się do czasów, kiedy Eastwood był w lepszej formie zarówno jako aktor, jak i reżyser. I gdzie nie po raz pierwszy ani ostatni wciela się w bezimiennego rewolwerowca na Dzikim Zachodzie. 


Nieznany nikomu kowboj (Clint Eastwood) przybywa do znajdującego się na peryferiach Dzikiego Zachodu miasteczka Lago. Mieszkańcy mieściny wynajmują go do ochrony przed wypuszczoną właśnie zgrają bandytów, którzy zapewne przybędą do Lago w celu zemszczenia się na jego obywatelach...


Chociaż fabularnie film ten nie przypadł mi zbytnio do gustu, trochę przez prostotę schematów, a trochę niepasujące do westernu wątki hmm jednak trochę paranormalne to duży zachwyt wzbudziło u mnie to, jak pokazano samo miasteczko i życie jego mieszkańców. Jak w niewielu innych filmach widz ma wrażenie dosłownego wejścia w samo serce tych kilku niedbale zbitych chałup szumnie i na wyrost nazywanych w westernach miastem. Zarówno plugawy saloon, jak choćby budynek kowala czy zakład fryzjerski oraz inne miejsca - to wszystko jest realne i żyje. Klimat miasteczka oraz pokazanie kręcących się po nim ludzi - to jest to, co buduje ten film Eastwooda. Do tego prosta i racjonalnie patrząc dość nielogiczna historia, która jednych zadowoli, a innych nie oraz naprawdę przyzwoita gra aktorska. Jeśli dołoży też garść pojedynków na rewolwery, mordobicie i kilka innych niezbędnych dla gatunku scenek mamy w rezultacie niezły western. Tylko tyle i aż tyle. Jak dla mnie warto obejrzeć choćby dla poczucia klimatu Lago i wsiąknięcia w jego małomiasteczkowe życie. 








niedziela, 10 grudnia 2017

Stary człowiek i (jeszcze) może

Krwawa profesja (Blood Work)
USA 2002
reż. Clint Eastwood
gatunek: kryminał, sensacyjny
zdjęcia: Tom Stern
muzyka: Lennie Niehaus 

Jak już zapewne przy kilku okazjach wspomniałem lubię i cenię sobie Clinta Eastwooda zarówno aktorsko, jak i w roli reżysera (co najwyżej nie podoba mi się przeważnie jego postawa polityczna, jednak nie o tym jest ten blog i nie mieszam dziedziny filmowej z politycznym bagnem). Obecnie już dobiegający do dziewięćdziesiątki Eastwood częściej produkuje się jako reżyser, więc warto przypomnieć film z jego wcześniejszych dokonań w tej dziedzinie.


Doświadczony agent FBI Terrell McCaleb (Eastwood) podczas pościgu za przestępcą dostaje zawału i ledwie odratowany udaje się na zasłużoną emeryturę. Po pewnym czasie zgłasza się do niego matka zamordowanej dziewczyny (Wanda De Jesus) prosząc go, by pomógł złapać sprawcę. McCaleb po wielu prośbach decyduje się zabrać za sprawę. Do pomocy werbuje mieszkającego nieopodal znajomego, Buddy'ego (Jeff Daniels). 


Lubię Eastwooda w filmach, gdzie kreuje podobnych bohaterów, jak tutaj (na przykład cykl przygód Harry'ego Callahana). \Wydaje się on odpowiednią osobą na swoim miejscu, czując się jak ryba w wodzie w rolach działających na granicy prawa policjantów, detektywów etc. Niestety w opisywanym filmie Clint jest już dobrze po siedemdziesiątym roku życia i widać, że to łabędzi śpiew jego aktorskiego twardego, policyjnego emploi. O ile w scenach statycznych, dialogowych jest on wciąż starym, dobrym Eastwoodem znanym z wcześniejszych dokonań, to jednak przekombinowane sceny akcji w jego wykonaniu kłują w oczy. Gorzej jest jednak jeszcze w scenach hmm romansowych, które też mają tu miejsce w wykonaniu aktora-reżysera. Nie byłoby to takie rażące, gdyby ów romans nawiązany był z kobietą około 60. letnią, jednak Clint wybiera sobie kobiecinę ponad trzydzieści lat od siebie młodszej. No trochę nie na miejscu. 
Także fabularnie jest średnio - film, choć zaczyna się całkiem obiecująco (nie licząc scen akcji w wykonaniu Clinta), to później zaczyna kuleć, zaś tendencyjna i przewidywalna końcówka również nie jest szczytem wyrafinowania. 
Reasumując dostajemy przeciętny film ze starzejącym się gwiazdorem. Film, jakich wiele w temacie więc raczej tylko dla fanów gatunku lub (oraz) reżysera-aktora. 




środa, 15 listopada 2017

Zagraj to jeszcze raz, Clint

Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollaro in più)
Włochy, Hiszpania, RFN 1965
gatunek: western
reżyseria: Sergio Leone
zdjęcia: Massimo Dallamano
muzyka: Ennio Morricone

Lubię westerny. Lubię filmy zrobione przez Sergia Leone. Lubię grę aktorską Clinta Eastwooda. A jeszcze bardziej lubię muzykę filmową skomponowaną przez Ennia Morricone. W opisywanym przeze mnie filmie występują wszystkie wymienione przeze mnie wyżej punkty. I na tym mógłbym w sumie skończyć pisać o tym filmie i po prostu polecić go tym, którzy jakimś dziwnym trafem jeszcze go nie widzieli. No ale jednak kilka zdań wypada napisać.


Do miasteczka na Dzikim Zachodzie przybywa bezimienny rewolwerowiec (Clint Eastwood). Jako łowca nagród poluje on na bandytę o przezwisku Indio (Gian Maria Volontè). Traf chce, że łotra chce złapać także inny łowca, pułkownik Mortimer (Lee Van Cleef). Po pewnym czasie obaj panowie zwierają szyki, by wspólnie dopaść przestępcę...



Jak w większości filmów z gatunku westernów sama fabuła nie jest specjalnie odkrywcza i lotna, a raczej pretekstowo i dość prosto służy do tego, by popychać akcję do przodu. W tym wypadku nie jest to jednak duży minus, gdyż cała siła filmu (jak i większości obrazów Leone i westernów jako takich w ogóle) tkwi w specyficznym klimacie, który niejako sprawia, że nie oglądamy po przygód bohaterów z poziomu umiejscowionego przed telewizorem fotela, a po prostu przenosimy się w miejsca, gdzie toczy się akcja. Czy to do spelunowatego saloonu, czy też na będącą niemą świadkininą strzelaniny pustynię - po prostu tam jesteśmy. Leone tak jak mało kto potrafił przenieść widza w wykreowany w swej wyobraźni świat kowbojów, przestępców i łowców nagród i za to wieczna mu chwała. Dodać do tego naprawdę dobre kreacje aktorskie Eastwooda (który po raz kolejny u reżysera gra tą samą postać, zresztą nie po raz ostatni, a i po zakończeniu przygody z Leone przyjdzie mu wcielić się w podobne persony), a zwłaszcza Van Cleefa, idealną pracę kamery i świetne zdjęcia (tu niemal każdy kadr można powiesić sobie na ścianie jako obrazek) oraz klimatyczną muzykę genialnego jak zawsze Morricone i mamy naprawdę western niemal idealny. Za dość schematyczną fabułę i niezbyt wyszukane dialogi trzeba niestety obniżyć ocenę całości, jednak dla miłośników gatunku jak najbardziej pozycja obowiązkowa. I nie tylko dla nich. 




sobota, 3 grudnia 2016

W obozie japońskich wojowników

Listy z Iwo Jimy (Letters from Iwo Jima) 
USA 2006
reż. Clint Eastwood
gatunek: wojenny, psychologiczny

Z czasów Bitwy o Iwo Jimę pochodzi jedno z najbardziej znanych zdjęć okresu Drugiej Wojny Światowej. Clint Eastwood opowiada historię tej fotografii i ludzi, którzy się na niej znaleźli w innym, kręconym równolegle do opisywanego filmie, Sztandar chwały, który pokazuje walkę o wyspę z perspektywy zwycięskich wojsk Amerykańskich. W tym filmie zaś skupił się niemal w całości na historii obrońców wyspy. 


Generał Tadamichi Kuribayashi (Ken Watanabe) przybywa na wulkaniczną wyspę Iwo Jimę, by przejąć dowództwo nad stacjonującym tam garnizonem i przygotować go do jej obrony w wypadku amerykańskiego ataku. Wśród jego podkomendnych znajdują się między innymi mistrz olimpijski z Los Angeles Baron Nishi (Tsuyoshi Ihara) i szeregowiec Saigo (Kazunari Ninomiya).


Po kim, jak po kim, ale po zatwardziałym konserwatyście Eastwoodzie nie spodziewałem się filmu, który pokaże wrogów armii amerykańskiej, jako normalnych ludzi. Szczególnie, że wcześniej obejrzałem tegoroczny film Mela Gibsona, Przełęcz ocalonych, gdzie wrogowie Ameryki zostali kompletnie odczłowieczeni i z zachowania przypominali bardziej zwierzęta, niż ludzi. Eastwood zaś oddał sprawiedliwość walczącym dla kraju obrońcom wyspy, którzy dzielnie wytrwali w tej pozbawionej sensu i nadziei obronie. Za to wielkie słowa uznania dla reżysera. 
Film został nakręcony w nienaturalnych, poszarzałych barwach, a kolory ożywają tylko we wspomnieniach bohaterów z czasów, gdy nie musieli oni prowadzić wojny i mogli wieść swoje zwyczajne życie. Zabieg ten w dobry sposób pokazuje bezsens i niedolę wojny, szczególnie tej bezsensownej i skazanej na porażkę. Bo od początku wszyscy bohaterowie wiedzą, jak ta obrona się skończy, jednak mało kto myśli się poddać - propaganda Cesarstwa, samurajski honor, chęć niezawiedzenia rodziny i miłość do kraju każą żołnierzom walczyć do ostatniej kropli krwi. Choć w filmie dużo się strzela i wymachuje szabelką, to sceną batalistycznym daleko jest do tych, z wspomnianego już filmu Gibsona, o zdobywaniu Okinawy. Jednak Eastwood w tym wypadku nad efekty batalistyczne stawia rys psychologiczny postaci, i wychodzi mu to całkiem nieźle. Naprawdę czujemy sympatię do bohaterów i widzimy tragizm ich sytuacji. Co najważniejsze to samo powinni zobaczyć też widzowie Amerykańscy. 
Wypada też reżysera pochwalić, że nakręcił film w całości niemal anglojęzyczny, z udziałem rodzimych, japońskich aktorów, którzy nie są Amerykanami azjatyckiego pochodzenia. Wersja anglojęzyczna zabiłaby ten film. Film, który z pewnością wart jest obejrzenia. 




wtorek, 29 listopada 2016

Powieszony

Powiesić go wysoko (Hang 'Em High)
USA 1968
reż. Ted Post
gatunek: western

Połowa lat 60. XX wieku to okres, w którym znaczną popularność zdobył Clint Eastwood. Sukcesy przyniosły mu filmy nakręcone przez Sergio Leone w Europie. Dolarowa trylogia tworząca specyficzny, europejski rodzaj antywestetnu przeszła do historii jako najważniejsze osiągnięcie nurtu spaghetti western, a Eastwood w filmach Włocha genialnie wcielił się w postać bezimiennego kowboja. Po powrocie do USA aktor też wkrótce miał zacząć grać w westernach, a pierwszym po powrocie z Europy był właśnie ten film. 


Przemierzającego wraz z bydłem Jeda Coopera (Clint Eeastwood) łapie banda kowbojów. Uznają go za złodzieja i mordercę, szybko dokonując linczu na mężczyźnie wieszając go na pobliskim drzewie. Cooper jednak zostaje uratowany przez przejeżdżającego nieopodal szeryfa, który zabiera go do miasteczka. Tam zostaje uniewinniony i podejmuje pracę jako miejscowy szeryf. Ma za zadanie złapać mężczyzn, którzy nieomal go nie zabili i przybyć z nimi pod oblicze sprawiedliwości, reprezentowane w miasteczku przez sędziego Fentona (Pat Hingle).


Dostajemy klasyczny western tamtych czasów, w którym to jeden sprawiedliwy wmieszany przypadkiem w lokalne sprawki próbuje zrobić porządek z okolicznymi mętami, przy okazji prowadząc osobistą vendettę. Jak się jednak okazuje wymierzanie sprawiedliwości nie przyjdzie łatwo, a oprócz strzelania bohater stanie przed dylematami moralnymi.
Jeśli jest się miłośnikiem gatunku i nie oglądało się wcześniej tego filmu na pewno przypadnie on do gustu. Jednak jeżeli od poprzednio oglądanych westernów odbijało się od ściany to i ten film nie zmieni znacząco odbioru tego typu filmów. 
Mamy tutaj naprawdę niezłą rolę Eastwooda, który po raz kolejny gra podobną charakterologicznie postać samotnego rewolwerowca przemierzającego Dziki Zachód. Kto jak kto, ale on, tak jak John Wayne jest właśnie stworzony do westernowych kreacji, i o ile Wayne'a widzę bardziej jako starzejącego się szeryfa, to właśnie Eastwood jest znakomitym jeźdźcem znikąd. 
Na pewno na plus można zaliczyć filmowi warstwę muzyczną, z wpadającym w ucho motywem przewodnim oraz to, w jaki sposób zbudowano miasteczko, w którym toczy się duża część filmu. Przywiązanie do detali jest jak na tego typu produkcje bardzo dobre. Także odgrywające ważną rolę sceny wieszania wypadają nieźle, co w ówczesnych czasach nie zawsze było oczywiste.
Reasumując mamy bardzo poprawny western ze srebrnej epoki tego gatunku, który sprawi radość fanom gatunku.


niedziela, 26 lipca 2015

Angelina w stylu retro

Oszukana (Changeling)
USA 2008
reż. Clint Eastwood
gatunek: dramat

Opisywany właśnie film dzieje się pod koniec lat XX ubiegłego wieku. Lubię bardzo okres dwudziestolecia międzywojennego i pierwszej powojennej dekady i umiarkowanie często poświęcam temu zagadnieniu czas zarówno w literaturze historycznej, prozie czy filmie. Główną osią tematyczną przeważnie są wtedy wojny gangów, prohibicja czy intrygi kryminalne w stylu noir. Tym razem jednak choć mamy lata dwudzieste tych wątków niemal zabraknie, gdyż znany wszystkim reżyser bardziej skupił się na wątku obyczajowym. Co z tego wynikło?



Główną bohaterką jest kobieta pracująca, która samotnie wychowuje dziecko, późniejsza tytułowa oszukana Christine Collins (Angelina Jolie). Jej spokojną egzystencję zaburza fakt, że pewnego dnia ginie jej syn. Po kilku miesiącach policja przekazuje jej wiadomość, że dziecko się odnalazło. Jednak szybko okazuje się, że odnaleziony chłopak nie jest synem pani Collins. Zrozpaczona matka podejmuje batalię w celu odnalezienia prawdziwego dziecka, chociaż struże prawa z kapitanem Jonesem (Jeffrey Donovan) na czele próbują jej wmówić, że odnaleziony chłopak należy do niej. Kobiecie w walce pomaga pastor Briegleb (John Malkovich). 


Pierwsze co zwraca uwagę w tym filmie i to jak najbardziej na plus to bardzo starannie i zmyślnie dobrane kostiumy. Jolie i spółka w stylowych ciuszkach z epoki, na tle ówczesnych automobili oraz innych rekwizytów prezentują się naprawdę zacnie. Za to wielki plus. Historia obyczajowa, która po pewnym czasie zyskuje pewną intrygę kryminalną (a to za sprawą między innymi znanego z House of cards Michaela Kelly'ego w roli dociekliwego detektywa) co wychodzi tej ckliwej produkcji na plus. Wątek seryjnego mordercy dzieci (który w czasie dokonywania mordów sam miał niewiele ponad 20 lat) jest zatrważający, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że mamy do czynienia z prawdziwą historią.
Gra aktorska też wygląda całkiem solidnie. Angelina Jolie dała radę zmierzyć się z epoką oraz bardziej dramatyczną rolą. Sekundujący jej Donovan, Malkovich, Kelly czy Jason Butler Harner także całkiem dobrze wypadają na ekranie. Jednak mimo że film zebrał zarówno od krytyków, jak i widzów pozytywne recenzje mnie aż tak bardzo do siebie nie przekonał. Tego typu film powinien wzbudzać większe emocje, ja zaś obserwowałem dramatyczne losy Collins beznamiętnie i niespecjalnie czekałem na rozwiązanie zagadki losów jej dziecka. A biorąc pod uwagę, że sam film trwał niemal dwie i pół godziny to trochę trzeba się naczekać. Irytowało mnie też kilka zagrywek fabularnych, które były zupełnie nielogiczne, a o których nie będę pisał, aby nie spojlerować. W miarę uważny widz powinien zauważyć to w czasie seansu i wiedzieć o co chodzi.
Nie mamy do czynienia z filmem złym ale nie powiedziałbym, że jest bardzo dobry. Jak dla mnie wyszedł film trochę wyższy niż przeciętniak w hollywoodzkim stylu. A co do Clinta Eastwooda to jednak wolałem go po drugiej stronie kamery.