Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

Szczyt narodu

Północna ściana (Nordwand)
Niemcy, Austria, Szwajcaria 2008
reż. Philipp Stölzl
gatunek: dramat, przygodowy
zdjęcia: Kolja Brandt
muzyka: Christian Kolonovits

Co jakiś czas słyszy się o próbach śrubowania rekordów w alpinizmie. Niestety przeważnie głośno robi się nie wtedy, gdy komuś uda się spektakularne wejście lecz wtedy, gdy wydarza się tragedia wspinacza lub wspinaczy. O nieudanych próbach powstają książki i kręci się filmy, podczas gdy udane często pozostają w cieniu. Ta europejska koprodukcja pokazuje retro próbę zdobycia szczytu Eiger od niedostępnej wcześniej dla człowieka strony.


Alpy Berneńskie, rok 1936. Dwóch bawarskich alpinistów (Benno Fürmann i Florian Lukas) planuje wejść najtrudniejszym szlakiem - tytułową północną ścianą na górę Eiger. Nikt przed nimi nigdy nie dokonał tego wyczynu. Ewentualny sukces tej dwójki będzie propagandowo oddziaływać, jako sukces aryjskiej rasy i całej III Rzeszy. Losy alpinistów śledzi przybyła z Niemiec dziennikarka, Luise (Johanna Wokalek).


Dużo jest filmów katastroficznych tego typu, które opowiadają o próbach zdobywania wysokich gór i tragicznych reperkusjach tegoż zdobywania. Wiele z nich jest jednak dość wtórnych, ukazują podobny okres, podobne problemy i generalnie podobne sytuacje. Opisywany właśnie film jednak trochę wyróżnia się wśród natłoku analogicznych tytułów. To co cechuje pozytywnie Północną ścianę  jest data akcji filmu. Lata trzydzieste ubiegłego wieku to (abstrahując od klimatu politycznego) epoka romantyczna alpinizmu, gdzie ludzie musieli pozostać niemal sami przeciw sile gór. Klimat retro i historyczne konotacje to duże, jeśli nie największe plusy tej produkcji. Realizatorzy także nieźle poradzili sobie z odwzorowaniem tej wyprawy, przez co z ciekawością widzowie mogą cofnąć się o ponad osiemdziesiąt lat. Także jeśli ma się ochotę na niesztampowy film o górach to jest to jak najbardziej pozycja warta uwagi. 






poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Realizm komiksowy

Mroczny Rycerz (The Dark Knight)
USA, Wielka Brytania 2008 
reż. Christopher Nolan
gatunek: akcja, thriller

Wstyd się przyznać, ale dopiero w osiem lat od premiery tego filmu pierwszy raz udało mi się go zobaczyć. A szkoda, bo chętnie udałbym się na seans kinowy drugiej części batmanowej trylogii Nolana. Ten film musi świetnie prezentować się na dużym ekranie i chyba właśnie powstał, by oglądało się go w kinie, a nie w domowym zaciszu. Wiele razy miałem okazję do tego, by obejrzeć ten film jednak niestety teraz do tego doszło. Więc poniżej kilka zdań ode mnie na temat najsłynniejszego komiksowego filmu Nolana.


Batman (Christian Bale) wraz z policjantem Jamesem Gordonem (Gary Oldman) i dobrze zapowiadającym się nowym prokuratorem okręgowym Harvey'em Dentem (Aaron Eckhart) zaprowadzają spokój na ulicach Gotham doprowadzając do aresztowania wielu przestępców. Jednak w mieście pojawia się nowy niebezpieczny wróg, wpół obłąkany i sadystyczny przestępca nazywany Jokerem (Heath Ledger).


O tym filmie napisano i powiedziano już chyba wszystko. Jest to jeden z najpopularniejszych obrazów ubiegłej dekady, który m.in za sprawą kultowej gry Ledgera w roli Jokera (i jego tajemniczej śmierci zaraz po nakręceniu zdjęć do filmu) wpisał się do kanonu najważniejszych filmów XXI wieku.  Oprócz popisów aktorskich (bo mimo popisowej, oscarowej roli Ledgera świetnie spisują się tutaj też Eckhart, Michael Cain, a i Bale nie razi) mamy film pięknie zrealizowany, w którym niemal każdy kadr mógłby zostać przerobiony na plakat. Wszystko dobrze komponuje się z nastrojową muzyką, która dochodzi do głosu w najważniejszych momentach, by perfekcyjnie zbudować napięcie. Mamy też w tym filmie nie klasyczny film superbohaterski, a pełnokrwisty thriller, w którym szaleńczo obsesyjny człowiek znikąd staje na drodze pełnego rozterek bohaterowi. Ta pełna realizmu interpretacja przygód najpopularniejszego bohatera uniwersum DC sprawia, że nie jest to zwykłe blockbusterowe filmidło ukazujące pogoń faceta w lateksowych kalesonach za clownem. To dużo, dużo więcej. Nolan przeniósł postaci z fantastycznego świata do tego naszego, rzeczywistego i zrobił to z perfekcyjną precyzją. Postać Jokera nie jest tylko dobrze zagrana, ale i świetnie wprowadzona (i później prowadzona). Tego zabrakło bardzo w najnowszym Legionie samobójców, gdzie według mnie Jared Leto wypadł dobrze, jednak jego postać została delikatnie mówiąc zgwałcona przez scenariusz. Pewnie każdy szanujący się fan filmów akcji i Batmana obejrzał już ten film i jego przekonywać do obejrzenia nie trzeba. Jednak jeśli czytają to ludzie, którzy (tak jak zresztą ja) mają awersję do blockbusterów o superludziach to piszę wam - śmiało włączajcie Mrocznego Rycerza, tego filmu nie da się nie polubić! Chociaż zamiast Batmana w roli głównej mógłby tu wystąpić spokojnie James Bond.




środa, 29 czerwca 2016

Dobry alfons

W pogoni (Chugyeogja)
Korea Południowa 2008
reż. Hong-jin Na
gatunek: thriller

Dla nieco bardziej wytrawnych miłośników filmu południowokoreańska kinematografia od dłuższego czasu jest coraz wyraźniejszym punktem na mapie światowego kina. Od ponad dekady filmy z tego kraju cieszą się coraz większą renomą nie tylko na swoim rynku lokalnym ale i wśród zachodnich widzów. Filmy te mają swój specyficzny klimat, dzięki czemu nie znając wcześniej występujących tam aktorów ani kraju produkcji można domyślić się, że pochodzą właśnie z ojczyzny Hyundaia. Nie inaczej jest tym razem.


Joong-ho Eom (Yoon-seok Kim) zostawił swoją pracę w policji, by zostać alfonsem. Od pewnego czasu bez słowa znikają dziewczyny, którymi się opiekuje. Gdy odkrywa, że najświeższe zamówienie pochodzi z numeru, z którego zamawiane były zaginione wcześniej kobiety rozpoczyna własne śledztwo. Udaje mu się pojmać mordercę (Jung-woo Ha), jednak nie chce on wyjawić gdzie przetrzymuje swoją najświeższą ofiarę.


Film jest w gruncie rzeczy kolejnym całkiem klimatycznym południowokoreańskim thrillerem. I nawet można byłoby odtrąbić od razu sukces tej produkcji, gdyż oprócz historii inspirowanej faktami, solidnej gry aktorskiej, naturalistycznego przedstawienia brutalności, muzyki czy ogólnego nastroju panującego w tym filmowym Seulu są tu elementy fabularne tak mocno absurdalne i zaprzeczające logice, że ogólna ocena od razu spada o co najmniej kilka punktów.
Mamy tutaj naprawdę irracjonalną pracę policji, która jest przedstawiona na poziomie umysłowym niebieskiego łosia Lumpy'ego z groteskowej animacji Happy Tree Friends. To co robią stróże prawa wobec zatrzymanego podejrzanego, który przyznał się od razu do 12 zabójstw to śmiech na sali. Wszystko od pozostawienia go w pomieszczeniu samemu z półtorametrową policjantką, niezainteresowanie się jego zakrwawioną w czasie zatrzymania koszulą czy autem niewiadomego pochodzenia, po końcowe wypuszczenie go (i nie śledzenie później) z powodu braku dowodów. Oglądanie tych zachowań w poważnym, brutalnym thrillerze deprecjonuje go w bardzo poważny sposób. A szkoda, bo film ma naprawdę dużo solidnych plusów...





piątek, 26 lutego 2016

W pogoni za marzeniami

Bikiniarze (Stilyagi)
Rosja 2008
reż. Walery Todorowski
gatunek: musical, melodramat


Tytułem wstępu napiszę coś o samej polskiej nazwie tego filmu. Bikiniarzami nazywano w Polsce w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia subkulturę młodzieżową, która to wzorem amerykańskich bitników. Ludzie ci charakteryzowali się odrzucaniem sztywnych norm społecznych i buntem przeciw otaczającej ich rzeczywistości. Słowniki wydawane w tamtych czasach określały bikinarzy jako młodych ludzi ubierających się ekstrawagancko, w sposób przesadnie modny. Władze krajów zza żelaznej kurtyny często pośrednio walczyły z ludźmi z tej subkultury.


Mels (Anton Szagin) wraz z oddziałem Komsomoł (radziecka organizacja młodzieżowa) pod dowództwem Katii (Eugenia Chirwiskaja) tropi spotykających się tajnie bikiniarzy. Podczas jednego z nalotu na klub, w którym ci spędzają czas chłopak goni bikiniarkę Polzę (Oksana Akinszina). Podczas tej gonitwy zakochuje się w niej i postanawia dołączyć do grupy bikiniarzy, by móc spędzać czas przy dziewczynie. Najpierw jednak musi wkraść się w łaski grupy dowodzonej przez Freda (Maksym Matwiejew)...


Ogólnie to bardzo, ale to bardzo nie lubię musicali. Filmy, w których przez ponad pół swego trwania śpiewają i tańczą są dla mnie istną katorgą. Do tego uważam, że strasznie głupie jest, gdy ktoś zaczyna idąc ulicą nucić piosenkę, a nagle całe miasto zaczyna śpiewać i tańczyć w jej rytm. Cała irracjonalność tego gatunku stawia go u mnie na jednym z najniższych miejsc wśród gatunków filmowych w ogóle. Jednak opisywany film przypadł mi do gustu. Mimo że i tak jak we wszystkich musicalach są tu sceny głupie i głupsze to całość oglądało się całkiem dobrze, a do tego część piosenek najzwyczajniej wpadła mi w ucho i nie chce wylecieć dobrych kilka dni po zakończeniu seansu. Może to za sprawą nieoklepanego do tej pory języka rosyjskiego, który nie kojarzy się z tym gatunkiem, może to sprawka naprawdę dobrej muzyki jazzowej, a może przez mnogość barw i kolorów przetaczających się w niemal każdej scenie? Nie wiem. Jednak barwy tego świata to coś, co zapada na dłużej. Bikiniarze są kolorowi, pstrokaci, nijak nie wyglądają na obywateli radzieckich z siermiężnych lat pięćdziesiątych, gdzie wszystko dookoła jest szare i monotematyczne. Ich poczynania ogląda się bardzo przyjemnie. Choć w swej Amerykańskości starają się być bardziej Amerykańscy niż Amerykanie (co pod koniec filmu zostanie im boleśnie uświadomione) to całościowy obraz sprawia, że kibicuje się tym młodym ludziom, którzy mimo że muszą pracować jak inni w kopalniach czy fabrykach po pracy wdziewają się w pstrokate kostiumy i żyją tak, jak chcą. Do tego oprócz naprawdę dobrej gry aktorskiej i muzyki mamy całkiem sympatyczną fabułę z elementami komediowymi dzięki czemu w konsekwencji na całość przygód Melsa, Polzy i innych naprawdę mile się patrzy, a ponad dwie godziny filmu mijają jak z bicza strzelił. Naprawdę polecam poświęcić ten czas na przygody dziwacznych bikiniarzy i przenieść się w ten kolorowy świat szarych lat 50.




poniedziałek, 15 lutego 2016

Kto tłumaczył ten tytuł?

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (In Bruges)
USA, Wielka Brytania 2008
reż. Martin McDonagh
gatunek: komedia kryminalna, dramat

Film ten, oprócz tego, że jest solidnym kinem europejskim w znakomity sposób promuje miejsce, w którym się rozgrywa. Mimo że bohaterowie często nazywają tytułowe miasto zadupiem to podczas śledzenia fabuły widz ma możliwość obejrzenia wielu wartych zobaczenia miejsc z tego belgijskiego miasta i zapewne wiele osób po seansie zdecydowało się wybrać w podróż szlakiem bohaterów. Brugia tym samym dołączyła do grona miast, które zostały wypromowane dodatkowo dzięki sztuce filmowej. Obecnie na czoło tworzenia anglojęzycznych filmów osadzonych w europejskich miastach jest Woody Allen, który przemierzył już kawał kontynentu kręcąc swoje filmy, a mnie wciąż wkurza fakt, że ten światowej sławy reżyser chciał nakręcić film u nas, w Polsce i osadzić akcję jednego z filmów w Krakowie, do czego nie doszło bo...miasto poskąpiło na ten cel zainwestowania kilku milionów złotych. A mając tyle interesujących miejsc nasz kraj powinien móc poszczycić się tym, że obrazują nas nie tylko gdy trzeba przedstawić okres Holokaustu...No ale może kiedyś doczekamy się swoich pięciu minut, tak jak Brugia.


Dwaj zawodowi mordercy, Ray (Colin Farrell) i Ken (Brendan Gleeson) pracujący dla niejakiego Harry'ego (Ralph Fiennes) po nieudanej misji zostają przez niego wysłani do belgijskiej Brugii, gdzie mają czekać na wiadomość od swego mocodawcy. Panowie skracają sobie oczekiwania zwiedzając nowe dla siebie miasto, choć nie każdy z nich jest tym zachwycony. W pewnym momencie Harry komunikuje się z Kenem i zleca mu zlikwidowanie swego kolegi...


Pierwsze co rzuca się w oczy w tej produkcji jest fakt, w jaki potraktowano polski tytuł filmu. Jak bardzo proste w przekazie i tłumaczeniu W Brugii można było przetłumaczyć w Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i jakim cudem ktoś takiego potworka w imieniu dystrybutora zatwierdził naprawdę nie wiem. Tłumaczeniem to pewnie może zająć zaszczytne miejsce wśród takich tuzów, jak Szklana pułapka czy Wirujący seks...
Sam film jest interesującą mieszanką dramatu z komedią spod znaku humoru sytuacyjnego. Nie zawsze wszystko jest w nim wysokich lotów, są sceny, kiedy ogląda się to nieszczególnie dobrze, jednak dzięki całkiem niezłej grze aktorskiej Farrella, Gleesona i Fiennesa (oraz znanej z czwartej części kinowego Harry'ego Pottera Clémence Poésy oraz urokliwemu miastu, w jakim umiejscowiona jest akcja całość ogląda się całkiem strawnie.






niedziela, 26 lipca 2015

Mord doskonały?

The Oxford Murders
Wielka Brytania, Hiszpania 2008
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: thriller, kryminał


No i oto mamy historyczny dwusetny post na blogu. I to w niecały rok, tak więc uważam, że jest bardzo dobrze jeśli chodzi o częstotliwość :) Na tą wiekopomną chwilę przypada notka o filmie jednego z moich ulubionych reżyserów - Alexa de la Iglesii, nad którego dziełami zachwycałem się już wcześniej (Hiszpański cyrk, Życie to jest to Las Brujas de Zugarramurdi polecam wszystkie!). Tym razem Hiszpan nakręcił film anglojęzyczny w całkiem gwiazdorskiej obsadzie. Czy mu wyszło?


Młody Martin (Elijah Wood) przybywa z USA do Oxfordu, by tam studiować matematykę. Wynajmuje mieszkanie u pewnej staruszki (, która w przeszłości pomagała w odtajnianiu Enigmy, pani Eagleton (Anna Massey) oraz trzymanej przez nią krótko córki Beth (Julie Cox). Marzeniem Martina jest poznanie wybitnego profesora Arthura Seldoma (John Hurt), który jest starym znajomym staruszki. Chłopak chciałby pisać pracę pod kierunkiem Seldoma, ten jednak nikogo nie uważa za godnego takiego przywileju. W pewnym momencie jednak Martinowi sprzyja szczęście, gdyż Seldom udaje się odwiedzić panią Eagleton. Razem wchodzą do mieszkania, gdzie zastają staruszkę zamordowaną...


Film powstał w oparciu o powieść, której nie znam więc nie wypowiem się na temat zbieżności produkcji z tekstem. Ogólnie jednak oryginał został napisany przez matematyka, więc mogę założyć, że masa naukowego lub pseudonaukowego bełkotu, jaki pojawia się w treści jest wiarygodna. W książce pewnie jest jej jeszcze więcej, jednak dla mnie jako wielkiego adwersarza królowej nauk i tak każda dyskusja matematyczna była tak niezrozumiała, że szkoda gadać.
Sama intryga kryminalna jest poprowadzona poprawnie, a co najważniejsze logicznie pod koniec wyjaśnione. Postaci, które przewijają się w śledztwie przeplatają się z losami Martina i profesora, wszyscy wydają się być dziwnie uwikłani we wszystkie poczynania bohaterów. Taką ciekawą rolę pełni tu między innymi postać pielęgniarki Lorny (Leonor Watling), która ma do zaoferowania o wiele więcej niż dorodne piersi, które w pewnym momencie przytłoczą filigranowego Wooda oraz widzów. Bardzo ciekawe są też postaci poboczne, jak na przykład Podorow czy spotkany w szpitalu ojciec chorego dziecka. Naprawdę intrygują.
Niestety zbrodniczy ciąg morderstw nie wywołuje zbytnio emocji w widzu. Wszystko to dzieje się tak po prostu, ja przynajmniej nie czułem się porażony zbrodniami, które przyjąłem po prostu jako kolejną scenę filmu. W niektórych filmach, oraz wielu książkach scena zbrodni i osoba zamordowanych szokowała i skłaniała do refleksji. Tutaj tego zabrakło. Także cała ta matematyka była moim zdaniem wciśnięta na siłę. Ogólnie mamy do czynienia z całkiem poprawnym filmem, który można obejrzeć i się nie nudzić. Trochę rozczarowała mnie kreacja Wooda, który przez większość filmu zdaje się zagubiony i przytłoczony (nie tylko obfitymi piersiami Watling). Duża w tym rola Johna Hurta, który przebija swą aktorską charyzmą odtwórcę roli Froda kilka razy. Co się zaś tyczy samego reżysera to jest to postać kręcąca filmy pokręcone, często trudne w odbiorze, takie, które albo się pokocha albo znienawidzi już na początku sensu. Tutaj mamy zaś do czynienia z inną maską de la Iglesii, nie jest sobą w swej anglojęzycznej wyprawie. Dlatego wolę go, gdy produkuje filmy w Hiszpanii. To właśnie na nie (i oczywiście Carolinę Bang) czekam z niecierpliwością. A Oxford Murders zobaczyć można ale jednak jest to film co najwyżej prawie dobry. 


Angelina w stylu retro

Oszukana (Changeling)
USA 2008
reż. Clint Eastwood
gatunek: dramat

Opisywany właśnie film dzieje się pod koniec lat XX ubiegłego wieku. Lubię bardzo okres dwudziestolecia międzywojennego i pierwszej powojennej dekady i umiarkowanie często poświęcam temu zagadnieniu czas zarówno w literaturze historycznej, prozie czy filmie. Główną osią tematyczną przeważnie są wtedy wojny gangów, prohibicja czy intrygi kryminalne w stylu noir. Tym razem jednak choć mamy lata dwudzieste tych wątków niemal zabraknie, gdyż znany wszystkim reżyser bardziej skupił się na wątku obyczajowym. Co z tego wynikło?



Główną bohaterką jest kobieta pracująca, która samotnie wychowuje dziecko, późniejsza tytułowa oszukana Christine Collins (Angelina Jolie). Jej spokojną egzystencję zaburza fakt, że pewnego dnia ginie jej syn. Po kilku miesiącach policja przekazuje jej wiadomość, że dziecko się odnalazło. Jednak szybko okazuje się, że odnaleziony chłopak nie jest synem pani Collins. Zrozpaczona matka podejmuje batalię w celu odnalezienia prawdziwego dziecka, chociaż struże prawa z kapitanem Jonesem (Jeffrey Donovan) na czele próbują jej wmówić, że odnaleziony chłopak należy do niej. Kobiecie w walce pomaga pastor Briegleb (John Malkovich). 


Pierwsze co zwraca uwagę w tym filmie i to jak najbardziej na plus to bardzo starannie i zmyślnie dobrane kostiumy. Jolie i spółka w stylowych ciuszkach z epoki, na tle ówczesnych automobili oraz innych rekwizytów prezentują się naprawdę zacnie. Za to wielki plus. Historia obyczajowa, która po pewnym czasie zyskuje pewną intrygę kryminalną (a to za sprawą między innymi znanego z House of cards Michaela Kelly'ego w roli dociekliwego detektywa) co wychodzi tej ckliwej produkcji na plus. Wątek seryjnego mordercy dzieci (który w czasie dokonywania mordów sam miał niewiele ponad 20 lat) jest zatrważający, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że mamy do czynienia z prawdziwą historią.
Gra aktorska też wygląda całkiem solidnie. Angelina Jolie dała radę zmierzyć się z epoką oraz bardziej dramatyczną rolą. Sekundujący jej Donovan, Malkovich, Kelly czy Jason Butler Harner także całkiem dobrze wypadają na ekranie. Jednak mimo że film zebrał zarówno od krytyków, jak i widzów pozytywne recenzje mnie aż tak bardzo do siebie nie przekonał. Tego typu film powinien wzbudzać większe emocje, ja zaś obserwowałem dramatyczne losy Collins beznamiętnie i niespecjalnie czekałem na rozwiązanie zagadki losów jej dziecka. A biorąc pod uwagę, że sam film trwał niemal dwie i pół godziny to trochę trzeba się naczekać. Irytowało mnie też kilka zagrywek fabularnych, które były zupełnie nielogiczne, a o których nie będę pisał, aby nie spojlerować. W miarę uważny widz powinien zauważyć to w czasie seansu i wiedzieć o co chodzi.
Nie mamy do czynienia z filmem złym ale nie powiedziałbym, że jest bardzo dobry. Jak dla mnie wyszedł film trochę wyższy niż przeciętniak w hollywoodzkim stylu. A co do Clinta Eastwooda to jednak wolałem go po drugiej stronie kamery.



czwartek, 9 lipca 2015

Mordercze instynkty

Wróg publiczny numer jeden, część 1 (L'Instinct de mort)
Francja 2008
reż. Jean-François Richet
gatunek: biograficzny, kryminał

Odkąd tylko pamiętam ciekawiły mnie biograficzne filmy pokazujące działania przestępców. Czy to westernowe poczynania Billy'ego Kida, czy to Bonnie i Clyde, czy John Dillinger fantastycznie sportretowany przez Johnny'ego Deppa we Wrogach publicznych. Filmy te zawsze cechował wspaniały klimat oraz napięta, gęsta akcja. Przy okazji smaczku dodawał fakt, że mamy do czynienia nie z fikcją, a z trochę podrasowaną, lecz prawdziwą historią. Dlatego z wielkim oczekiwaniem podszedłem do oglądania pierwszej części filmu o francuskim złoczyńcy Mesrinie. 


Głównego bohatera poznajemy pod koniec lat '50. ubiegłego wieku, gdy wraca z wojskowej służby w Algierii (która w owych czasach wciąż była francuską kolonią). Młody Jacques Mesrine (Vincent Cassel) nie chce jednak pracować za marne pieniądze w pracy załatwionej mu przez ojca, lecz dorobić się szybko majątku poprzez nielegalne interesy. Pomaga mu w tym przyjaciel Jean Paul (Roy Dupuis), który załatwia mu pracę u lokalnego ojca chrzestnego, Guida (Gérard Depardieu). Mesrine od tego czasu kradnie, porywa i zabija, jednak znajduje czas na swe wielkie miłości, żonę Sofię (Elena Anaya), a później tajemniczą i niebezpieczną przestępczynię Jeanne Schneider (Cécile De France).


Pierwsze co rzuca się w oczy w tym filmie to świetnie zarysowane realia epoki, w jakiej dzieje się akcja. Jako że pierwsza część niecnych przygód Mesrina toczy się na przestrzeni kilku dobrych lat obserwujemy kilka różnych stylizacji i wygląda to bardzo, ale to bardzo dobrze. Przewijające się w tle Francja, Hiszpania czy Kanada z dawnych lat prezentują się świetnie i choćby dla charakteryzacji warto obejrzeć film. Drugim wielkim plusem jest gra aktorska. Cassel stworzył świetną rolę, być może najlepszą w całej swej karierze. Sekundujący mu Dupuis także wspiął się na wyżyny swego talentu, a starzejący się Depardieu zagrał chyba najlepszą rolę od lat wcielając się w drugoplanową postać lokalnego bossa. Do tego wyraziste role żeńskie w postaci Anayi, a zwłaszcza charyzmatycznej choć zmagrinesowanej Schneider w wykonaniu De France to czysta poezja. Szkoda, że fabularnie film nie nadążą za klasą aktorską i charakteryzacją. Produkcja jest mocno niespójna. Ma się wrażenie, że oglądamy tylko kilka zachowanych klisz z bogatego życia Mesrina. Akcja rzuca nas z miejsca w miejsce często nie tłumacząc co, dlaczego i kiedy, przez co nie zachowując ciągłości zmusza widza do dezorientacji. Miałem wrażenie, że oglądam album ze zdjęciami, który pokazuje kilka ważnych scen ale bez odpowiedniego backgroundu jest to nieczytelne dla kogoś, kto chce poznać całą historię. Historię ciekawą i pełną napięcia i akcji, dodajmy że dobrze zrealizowanej. Ważne jest, że historia Jacquesa jeszcze się nie skończyła i zapewne w najbliższym czasie sięgnę po drugą część. Oby była spójniejsza niż jedynka czego sobie i innym jeszcze nieoglądającym tej produkcji życzę. 


piątek, 6 lutego 2015

Nie taka Północ straszna, jak ją malują.


Jeszcze dalej niż Północ (Bienvenue chez les Ch'tis)
Francja 2008
reż. Dany Boon
gatunek: komedia
zdjęcia: Pierre Aïm
muzyka: Philippe Rombi

Film ten jest kolejną w ostatnich dniach obejrzaną przeze mnie produkcją, w której możemy zobaczyć duet Boon (w roli zarówno aktora, jak i reżysera) - Merad. I jest to zupełnie inny rodzaj komedii, niż opisywane ostatnio Przychodzi facet do lekarza. Boon w swej o sześć lat młodszej i o wiele bardziej znanej Jeszcze dalej niż Północ stawia na inny typ humoru, w zabawny sposób rozprawiając się ze stereotypami. A że czasem bardzo przewidywalnie? No cóż, nie zawsze trzeba odkrywać Amerykę.


Głównym bohaterem jest tutaj poczciwy Philippe Abrams (Kad Merad), który to pracuje jako dyrektor placówki pocztowej na południu Francji. Pod wpływem żony(Zoé Félix) stara się o posadę dyrektorską w którymś z miasteczek Lazurowego Wybrzeża. Jednak gdy dowiaduje się, że gwarantowane mu wcześniej miejsce otrzymała osoba niepełnosprawna składając kolejne podanie deklaruje się jako kaleka. W czasie rutynowej kontroli oszustwo Abramsa na światło dzienne. Za karę Philippe zostaje wysłany na Północ, by objąć tam stanowisko kierownika poczty w miasteczku Bergues. Zarówno Abrams jak i jego żona obawiają się najgorszego - wszak północ Francji nie nadaje się według nich do życia, a zamieszkana jest przez nieokrzesanych chamów - alkoholików. Pełen obaw Philippe wyjeżdża do Berues i poznaje tam szybko jednego ze swych pracowników - będącego pod wpływem matki Antoine'a (Dany Boon).


Film Boona jest zabawną próbą rozprawienia się ze stereotypami, jakie krążą we Francji, gdzie mieszkający w innych rejonach ludzie uważają Północ i jej mieszkańców za coś gorszego. Jak przekona się sam Abrams oraz widzowie nie ma tam jednak minus 40 stopni Celsujusza, mieszkają tam też ludzie tacy sami jak w innych rejonach kraju. Autorzy tę misję uświadamiania tworzą doprawiając historię lekkim, nieuciążliwym humorem. Początkowy kontakt Abramsa z mieszkańcami jak twierdzi niemal innej cywilizacji będzie dostarczał widzom wiele zabawnych sytuacji. Jednak podział na 'my' i 'oni' będzie się stopniowo zacierał, co wyraźnie można zobaczyć podczas kontroli drogowych, w jakich uczestniczyć będzie główny bohater podczas weekendowych podróży do domu. 
Film nie jest przeładowany akcją, raczej snuje się wolno od punktu A do punktu B pokazując spokojne życie małomiasteczkowej Francji z wszystkimi jej wadami i zaletami. Także wątek stłamszonego przez matkę Antoine'a, który stracił ukochaną kobietę (Anne Marivin) i przez to zatracił się w alkoholu mimo tego, że strasznie wręcz przewidywalny ogląda się z ciekawością. Ogólnie poszczególne relacje między postaciami to jeden z lepszych punktów tej produkcji. 
Nie jest to typ komedii, gdzie niczym w sitcomie nagrany śmiech będzie nam podpowiadał, kiedy można się zaśmiać. Przez ponad 140 minut trwania filmu na pewno jednak każdy będzie miał okazję zaśmiać się pod nosem. Nie szaleńczym śmiechem nie do powstrzymania ale jednak. Nie znajdziemy tutaj niesmacznych żartów rodem z American Pie  czy Zemsty frajerów. Ale i nie o to przecież chodzi w takiej optymistycznej historii jaką zaserwował nam tu Dany Boon. Czas spędzony na obejrzenie tego filmu nie będzie czasem straconym.




P.S. Ciekawe jest, że w wielu krajach europejskich jest zakorzeniony podział na poszczególne części. Niemcy mają swój Zachód i Wschód (dawne NRD), Włosi Północ i Południe, a jak zauważycie w opisywanym filmie ale także w innej komedii Vive la France Francja ma takich podziałów znacznie, znacznie więcej.