Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B. Gleeson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B. Gleeson. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 czerwca 2016

Wśród wariatów

Obłąkani (Eliza Graves)
USA 2014
reż. Brad Anderson
gatunek: thriller 

Trwająca niemal 65 lat, od 1837 do 1901 roku epoka wiktoriańska to jeden z wdzięczniejszych okresów do osadzenia filmu lub książki. Czasy rewolucji przemysłowej i szczyt brytyjskiej hegemonii imperialnej powodują, że lata te były niewątpliwie ciekawe i warte uwagi. Pomysł zaś, by akcję umieścić w szpitalu psychiatrycznym pod koniec panowania królowej Wiktorii to natomiast kolejne zdawać by się mogło dobre posunięcie. Ale czy 1+1 w filmie zawsze daje 2? Produkcja Brada Andersona pokazuje, że niekoniecznie. 


Absolwent psychiatrii z Oxfodu, Edward Newgate (Jim Sturgess) przybywa na praktyki lekarskie do położonego na uboczu szpitala psychiatrycznego dowodzonego przez doktora Lamba (Ben Kingsley) i jego pomocnika Mickeya Finna (w tej roli znany z Harry'ego Pottera David Thewlis). Uwagę Newgate przyciąga jedna z pacjentek, Eliza Graves (Kate Beckinsale). Edward wkrótce po przybyciu dokonuje zaskakującego odkrycia - znajduje zamkniętą w lochach prawdziwych pracowników szpitala z dyrektorem Saltem (Michael Caine) na czele. Okazuje się, że placówka opanowana jest przez chorych psychicznie...


Pierwsze, co mnie w tym filmie zdziwiło to rzecz dość drugorzędna ale jednak niezrozumiała. Sprawa tytułu w tym filmie i jego polskiego tłumaczenia jest dla mnie dość dziwna. Po pierwsze sama Eliza Graves nie odgrywa specjalnie wielkiej roli w tej produkcji i nie wiem dlaczego w oryginale postanowiono jej imieniem i nazwiskiem nazwać cały film. Po drugie zaś, tu pytanie do polskich dystrybutorów - gdzie znaleźli tłumaczy, którzy Eliza Graves przetłumaczyli na Obłąkanych?Wyszedł z tego pretensjonalny tytuł właściwy bardziej do horroru klasy C niż czegoś poważniejszego. Chociaż akurat patrząc na fabułę filmu Andersona trzeba przyznać, że zbyt poważnie brać Obłąkanch nie ma co.
Ciekawi mnie za to fakt, że producenci tego filmu zadbali o całkiem dobrego reżysera i naprawdę niezłą grupę aktorów z Kinsleyem, Cainem, Thewlisem czy Gleesonem w mniej lub większych rolach? I nazwiska te powinny gwarantować dobrą produkcję, jednak chyba zatrudnienie bardzo średniego (optymistycznie patrząc) scenarzysty Joe Gangemiego (Znacie jego wcześniejsze dokonania Mroźny wiatr czy Oblicza strachu? Ja też nie.). Płytki scenariusz tego filmu skutecznie zabija jego plusy powodując, że całościowo mamy co najwyżej przeciętny film, jakich wiele. Zakończenia domyśliłem się w 18 minucie, a zrobienie głównego twista fabularnego po około 25% trwania produkcji to też wykastrowanie filmu z emocji i tajemnicy. Szkoda, bo przywiązanie do detali z epoki i początkowy klimat zapowiadały więcej.


czwartek, 24 marca 2016

Morskie opowieści

W samym sercu morza (In the Heart of the Sea)
Australia, Wielka Brytania, USA 2015
reż. Ron Howard
gatunek: dramat

Obejrzałem będąc w kinie zwiastun tego filmu kilkukrotnie i za każdym razem nie porwał mnie on zbytnio. Dlatego też minęło trochę czasu od oficjalnej premiery, nim zdecydowałem się przystąpić do seansu. Spodziewałem się filmu luźno opartego na Moby Dicku Hermana Melville'a, XIX wiecznego klasyku literatury światowej. Jednak w trakcie samego seansu okazało się, że choć postać Melville'a pojawia się w filmie to jest on bardziej wzorowany na losach załogi statku wielorybniczego Essex, które opisał wcześniej załogant Owen Chase, a historycznie do sprawy podszedł też niejaki Nathaniel Philbrick w niewydanej w Polsce książce. 


W połowie XIX wieku do domu Toma Nickersona (Brendan Gleeson) przybywa pisarz Herman Melville (Ben Whishaw) przekonując go do opowiedzenia mu historii wyprawy statku wielorybniczego Essex sprzed trzech dekad. Nickerson niechętnie wraca do tamtych czasów wspominając o swoim pierwszym rejsie pod dowództwem kapitana Pollarda (Benjamin Walker) i pierwszego oficera Owena Chase'a (Chris Hemsworth) oraz konsekwencji spotkania się z białym wielorybem...


Ciężko mi jest ocenić ten film jednoznacznie. Z jednej strony naprawdę dobrze mi się oglądało, opowiedziana w nim historia była wciągająca (a co najlepsze - prawdziwa), a aktorstwo stało na wysokim poziomie. Z drugiej zaś strony wszystko, co według Howarda i producentów miało stanowić o sile filmu moim zdaniem nie zagrało tak, jak powinno. Zaczynając od bardzo sztucznie wyglądających scen kręconych przy użyciu blue screenu, po zbyt częstą patetyczną muzykę, która towarzyszy bohaterom niemal na każdym kroku, czy naprawdę przesadną częstotliwość używania spowolnienia czasu. Niestety sceny efektów specjalnych wyglądają strasznie nienaturalnie i po prostu widać, że są robione metodą komputerową. Postaci snujące się po statku i dziwnie się zachowujące na tle sztucznego tła wyglądają bardzo słabo i mnie przynajmniej raziły. Pozytywnie zaś odebrałem sceny, gdy z samego serca morza przenosimy się do przytulnego mieszkania starego Nickersona. Naprawdę ta lokacja twórcom wyszła bardzo dobrze. Także sam klimat nadmorskiego miasteczka portowego pierwszej połowy XIX wieku wyszedł twórcom nieźle i szkoda tylko, że scen dziejących się na uliczkach miasta jest tak mało.
Sama historia opowiedziana jest całkiem wciągająco, a biorąc pod uwagę to, że mamy do czynienia z faktami tylko nieco przerobionymi na potrzeby filmu dodaje jeszcze więcej plusów dla widza. 
Ogólnie lubię filmy o tematyce marynistycznej, szczególnie dziejące się w okresie wcześniejszym niż XX wiek. Dlatego też mimo wielu braków, jakie ma film Howarda nie mogę przejść wobec niego całkiem obojętnie. Całość, choć bywa irytująca ma kilka solidnych, mocnych punktów, dzięki czemu wypada lepiej niż niezbyt według mnie dobry zwiastun. A po obejrzeniu filmu mam ochotę zagłębić się wreszcie w dzieło Melville'a, a może nawet dotrzeć do zapisków samego Chase'a Narrative of the Most Extraordinary and Distressing Shipwreck of the Whale-Ship Essex. A jeśli w kinie chodzi też o to, aby pobudzić ciekawość to opisywana produkcja najwyraźniej to założenie spełnia. Jak na blockbuster nie jest źle, umiarkowanie polecam. 






poniedziałek, 7 marca 2016

Panamscy intryganci

Krawiec z Panamy (The Tailor of Panama)
Irlandia, USA 2001
reż. John Boorman
gatunek: thriller

Różne źródła podają, że właśnie opisywany film Boormana to dramat, thriller, komediodramat czy film szpiegowski. Nie chciałbym oficjalnie u siebie zaznaczać na moim blogu wszystkich tych gatunków filmowych, gdyż mogłoby zostać to dziwnie odebrane jednak w sumie zgodzić się mogę, że produkcja ta nosi w sobie ślady każdego z wymienionych wcześniej gatunków.


W filmie poznajemy historię agenta brytyjskiego wywiadu, Andy'ego Osnarda (Pierce Brosnan), który przez swe działania zostaje karnie wysłany do Panamy, by tam poprzez dobrą pracę dla Korony wrócić do łask. Szantażem zaczyna domagać się informacji od uważanego za najlepszego lokalnego krawca, Brytyjczyka Harry'ego Pendla (Geoffrey Rush), którego żona (Jamie Lee Curtis) ma dostęp do decydentów zarządzających Kanałem Panamskim.


Film jest przesuniętą nieco w czasie adaptacją szpiegowskiej książki Johna Le Carré pod tym samym tytułem, wydanej także w Polsce. Główną (choć nietytułową) rolę gra tu Pierce Brosnan, który wciąż był w czasie nagrywania Krawca aktualnym Agentem Jej Królewskiej Mości, James'em Bondem, w którego w przyszłości wcieli się jeszcze raz. Ogólnie to gdyby nie fakt, że w opisywanym filmie trup nie ściele się tak, jak w przygodach agenta 007 i brakuje przeróżnych gadżetów to wiele Osnarda nie różni od Bonda. Awanturniczość, uwodzicielski urok, cięty dowcip i osobowość, która nie znosi gdy jej się odmawia. Cech wspólnych jest zaiste wiele. 
Oczywiście jednak przygody Osnarda to produkcja o wiele inna niż te, w jakie pakuje się James Bond. Nie mamy tu szybkich samochodów, kilku kilkunastominutowych pościgów, strzelanin, hazardu czy wstrząśniętego lecz niezmieszanego martini. Za to jest całkiem misternie prowadzona fabuła, która choć rozwija się bardzo nieśpiesznie to jest spójna i logiczna, wszystkie elementy układanki w pewnym momencie zaczynają do siebie pasować. Chociaż trzeba też uczciwie przyznać, że film można było skrócić o te 10 minut, bo czasem jest naprawdę zwyczajnie nudny, nie dzieje się absolutnie nic. 
Do obsady nie można się przyczepić, Brosnan jest tu w bardzo dobrej formie, tak samo jak Rush. Podobać może się nawet Brendan Gleeson, który jednak został jak dla mnie źle obsadzony. Bo co rudy Irlandczyk robi jako rodowity Panamczyk? Owszem, przefarbowano go z rudego na ciemniejszy kolor włosów, ale czy nie ma latynoskich aktorów do tego typu ról, trzeba brać rudzielca? Dziwna decyzja twórców, ale producenci byli z Irlandii więc pewnie chcieli mieć w filmie swoich.
Dla fanów szpiegowskich historii i dla tych, którym niespieszne tempo nie będzie przeszkadzać myślę, że mogę polecić. Jeśli woli się jednak ciągłą, nieustanną akcję to może lepiej obejrzeć co innego.






poniedziałek, 15 lutego 2016

Kto tłumaczył ten tytuł?

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (In Bruges)
USA, Wielka Brytania 2008
reż. Martin McDonagh
gatunek: komedia kryminalna, dramat

Film ten, oprócz tego, że jest solidnym kinem europejskim w znakomity sposób promuje miejsce, w którym się rozgrywa. Mimo że bohaterowie często nazywają tytułowe miasto zadupiem to podczas śledzenia fabuły widz ma możliwość obejrzenia wielu wartych zobaczenia miejsc z tego belgijskiego miasta i zapewne wiele osób po seansie zdecydowało się wybrać w podróż szlakiem bohaterów. Brugia tym samym dołączyła do grona miast, które zostały wypromowane dodatkowo dzięki sztuce filmowej. Obecnie na czoło tworzenia anglojęzycznych filmów osadzonych w europejskich miastach jest Woody Allen, który przemierzył już kawał kontynentu kręcąc swoje filmy, a mnie wciąż wkurza fakt, że ten światowej sławy reżyser chciał nakręcić film u nas, w Polsce i osadzić akcję jednego z filmów w Krakowie, do czego nie doszło bo...miasto poskąpiło na ten cel zainwestowania kilku milionów złotych. A mając tyle interesujących miejsc nasz kraj powinien móc poszczycić się tym, że obrazują nas nie tylko gdy trzeba przedstawić okres Holokaustu...No ale może kiedyś doczekamy się swoich pięciu minut, tak jak Brugia.


Dwaj zawodowi mordercy, Ray (Colin Farrell) i Ken (Brendan Gleeson) pracujący dla niejakiego Harry'ego (Ralph Fiennes) po nieudanej misji zostają przez niego wysłani do belgijskiej Brugii, gdzie mają czekać na wiadomość od swego mocodawcy. Panowie skracają sobie oczekiwania zwiedzając nowe dla siebie miasto, choć nie każdy z nich jest tym zachwycony. W pewnym momencie Harry komunikuje się z Kenem i zleca mu zlikwidowanie swego kolegi...


Pierwsze co rzuca się w oczy w tej produkcji jest fakt, w jaki potraktowano polski tytuł filmu. Jak bardzo proste w przekazie i tłumaczeniu W Brugii można było przetłumaczyć w Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i jakim cudem ktoś takiego potworka w imieniu dystrybutora zatwierdził naprawdę nie wiem. Tłumaczeniem to pewnie może zająć zaszczytne miejsce wśród takich tuzów, jak Szklana pułapka czy Wirujący seks...
Sam film jest interesującą mieszanką dramatu z komedią spod znaku humoru sytuacyjnego. Nie zawsze wszystko jest w nim wysokich lotów, są sceny, kiedy ogląda się to nieszczególnie dobrze, jednak dzięki całkiem niezłej grze aktorskiej Farrella, Gleesona i Fiennesa (oraz znanej z czwartej części kinowego Harry'ego Pottera Clémence Poésy oraz urokliwemu miastu, w jakim umiejscowiona jest akcja całość ogląda się całkiem strawnie.






niedziela, 18 stycznia 2015

Czy czarni potrafią skakać na nartach?

Gliniarz (The Guard)
Irlandia 2011
reż. John Michael McDonagh
gatunek: komedia, komedia kryminalna
zdjęcia: Larry Smith
muzyka: Calexico

Opisywany film jest jednym z wcześniejszych dzieł McDonagha, którego film pt. Calvary niedawno opisywałem. I mimo, że i reżyser i odtwórca głównej z ról (Brendan Gleeson) są tymi samymi ludźmi jest to całkiem inna produkcja. Niezmienny jednak pozostaje typowo irlandzki klimat produkcji, tak więc widz ma prawo spodziewać się przynajmniej 10% scen umiejscowionych w barach, tudzież pubach.


Gleeson gra tutaj prowincjonalnego policjanta Gerry'ego Boyla, który to nie jest zbyt kryształową postacią. Posiada cierpki język, popada w konflikty z przełożonymi, a także nie stroni od alkoholu, narkotyków i usług oferowanych przez prostytutki. W pewnym momencie w małej mieścinie, gdzie służy zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Zostaje znalezniony niezidentyfikowany trup, który być może padł ofiarą praktyk satanistycznych, w obrębie rejonu mogą przebywać przemytnicy narkotyków o horrendalnej wartości pół miliarda dolarów, w sprawie czego przybywa z USA czarnoskóry agent FBI Everett (Don Cheadle), znika także nowy policjant przybyły do osady z Dublina...


W sumie jak na komedię nie ma tutaj zbyt wiele humoru, a jak już jest to nie zawsze sprawia on wrażenie wysokich lotów. Przeważnie jest to śmianie się z zachowań seksualnych lub kwestii rasowych. 
Ogólnie jednak film ogląda się żwawo i seans mija dość szybko. Nie są to wyżyny humoru, ala na pewno coś w sam raz na nudne zimowe popołudnie. Szału nie ma, ale jednak warto.





piątek, 9 stycznia 2015

Był sobie ksiądz

Calvary
Irlandia, Wielka Brytania 2014
reż. John Michael McDonagh
gatunek: dramat
zdjęcia: Larry Smith
muzyka: Patrick Cassidy


Mając siedem lat, poznałem smak męskiego nasienia. - tymi słowami wypowiedzianymi w konfesjonale przez tajemniczego mężczyznę w kierunku księdza Jamesa (Brendan Gleeson) rozpoczyna się film. W dalszej wymianie zdań tajemniczy człowiek wyznaje, że za tydzień zamorduje on swego spowiednika. Tak zaczyna się produkcja McDonagha dokumentująca tydzień z życia księdza. Księdza niesztampowego, gdy posiadającego córkę (Kelly Reilly) z małżeństwa trwającego zanim James wstąpił w szeregi stanu duchownego.


Mimo zapowiedzianego mordu ksiądz nie panikuje i żyje sprawami własnymi, jak i problemami wiernych zamieszkujących jego parafię. Boryka się z problemem odwiedzającej go właśnie córki, która to niedawno przeprowadziła próbę samobójczą, a także stara się pomóc mieszkańcom urokliwego miasteczka położonego na irlandzkim wybrzeżu. A owi mieszkańcy to osobliwa galeria nietuzinkowych postaci. Od podstarzałego pisarza z manią własnej śmierci, przez imigranta z Afryki wszędzie widzącego rasistów, egocentrycznego milionera, policjanta - geja, męską prostytutkę, cynicznego lekarza (w tej roli znany z kreacji Littlefingera w Grze o tron  Aidan Gillen) po rzeźnika, którego żona zdradza go z każdym mężczyzną żyjącym w okolicy.
Początkowa sielska atmosfera małomiasteczkowej osady położonej w urokliwej części Zielonej Wyspy szybko zaczyna gęstnieć i widz odkrywa różne ciemne sekrety, które siedzą ukryte głęboko w jej mieszkańcach.


Cały film cechuje swoisty minimalizm. Widzowie nie powinni oczekiwać tutaj fajerwerków w postaci pędzącej niczym Pendolino akcji  czy masy efektów specjalnych. Jest to film oparty na dialogach toczonych w surowym klimacie Irlandii. Czasem film wydaje się być przegadany, jednak większość z tych dialogów stoi na bardzo wysokim poziomie i warto się wsłuchać w to co mówią bohaterzy. Bo mimo, że mówią i dyskutują ze sobą nieustannie to nie oznacza to bynajmniej, że się rozumieją. Brak zrozumienia jest jednym z motywów przewodnich tej produkcji. Produkcji na pewno nie wybitnej, ale zapadającej w pamięć i skłaniającej do refleksji. Śledząc poczynania księdza widzimy jego nieuchronną drogę do niedzielnego spotkania, które jak wiemy ma się wydarzyć. Drogę będącą swoistą via dolorosa kapłana, która w sumie znajduje nawet swe potwierdzenie w tytule. Warto poświęcić te 100 minut na ten film, choć nie jest to produkcja dla wszystkich.