wtorek, 29 listopada 2016

Just Five: Europejskie aktorki cz.1

W dzisiejszym wydaniu Just Five zaprezentuję moją krótką listę ulubionych aktorek pochodzących z Europy. Pominąłem tutaj te z Polski, gdyż dla nich w przyszłości przewiduję odrębne zestawienie. Oczywiście strasznie trudno z dziesiątek aktorek, które lubię oglądać na ekranie wybrać tylko pięć, więc zaprezentuję tylko kilka, które są jednymi z ulubionych, choć zapewne nie najlepszymi. Także starałem się wybrać te, ze średniego pokolenia. Zabraknie tutaj takich pań, jak Brigitte Bardot, Sophia Loren czy Catherine Deneuve, a nawet Monica Bellucci.Dla nich również przewiduję zestawienie w przyszłości, tak jak i dla dziewcząt poniżej 30. roku życia. Tak więc dzisiaj tylko panie w przedziale 30+ i 50-. Kolejność, jak zawsze alfabetyczna. W przyszłych częściach panie z młodszego pokolenia, a jeszcze później te starsze.

Marion Cotillard 


Ta 41-letnia Francuzka to jedna z moich ulubionych aktorek w ogóle. Chociaż aby pokazać pełnię swojego talentu musi być też odpowiednio obsadzona. Szyk i elegancja to jej znak rozpoznawczy. Idealnie nadaje się do ról pełnych uroku kobiet z przeszłości czy do lekko ckliwych dramatów społecznych. Świetnie sprawdziła się zarówno w Dwa dni, jedna noc, jak i w Makbecie. O wiele bardziej stworzona do ról w filmach budżetowych, niż wysokonakładowych widowisk.

Penélope Cruz


Jest to zapewne najbardziej rozpoznawalna hiszpańska aktorka, która z powodzeniem łączy grę w filmach hiszpańskojęzycznych, jak i tymi w Hollywood. Potrafi odnaleźć się w niemal każdej roli i gatunku: od dramatów, przez komedie, po przygodowe fantasy kończąc. Prywatnie żona Javiera Bardema oprócz wysokiej klasy gry aktorskiej do dzisiaj mimo upływających lat zachowuje oszałamiający wygląd!

Charlotte Gainsbourg


Córka Serge'a Gainsbourga jest jedną z najbardziej wszechstronnych aktorek, jakie obecnie występują na naszym kontynencie. Jedna z niewielu anglojęzycznych aktorek, która z powodzeniem występuje też we francuskich produkcjach. Znana z odważnych ról Larsa von Triera, bez problemu jednak odnajduje się w różnych gatunkach. Mimo raczej nienarzucającej się urody ma w sobie jakiś aktorski magnetyzm, który przyciąga widza do ekranu. 

Eva Green


Francuska aktorka jest według mnie jedną z najbardziej przecenianych kobiet filmu. Jednak nie trafiła tutaj tylko ze względu na imponujący dekolt. Uważam, że posiada odpowiedni talent, który nie musi być przysłaniany warunkami fizycznymi, aczkolwiek Green ma problem z dobieraniem odpowiednich ról. Czekam na kolejne produkcje z jej udziałem, a miejsce w tym zestawienie niejako na zachętę. 

Kate Winslet


Brytyjka o wciąż posągowej urodzie (mimo coraz bardziej szacownego wieku) została przez pewien czas zaszufladkowana poprzez (co prawda ważną i dobrą!) rolę w Titanicu, gdzie partnerował jej sam diCaprio. Udaje jej się zarówno odegrać rolę dramatyczną w kameralnej i teatralnej Rzezi Polańskiego, jak i w prowincjonalnej Projektantce. Nigdy nie schodzi poniżej pewnego, dobrego poziomu.









Ranking Tygodnia 89

A oto zestawienie filmów z ubiegłego tygodnia.












Powieszony

Powiesić go wysoko (Hang 'Em High)
USA 1968
reż. Ted Post
gatunek: western

Połowa lat 60. XX wieku to okres, w którym znaczną popularność zdobył Clint Eastwood. Sukcesy przyniosły mu filmy nakręcone przez Sergio Leone w Europie. Dolarowa trylogia tworząca specyficzny, europejski rodzaj antywestetnu przeszła do historii jako najważniejsze osiągnięcie nurtu spaghetti western, a Eastwood w filmach Włocha genialnie wcielił się w postać bezimiennego kowboja. Po powrocie do USA aktor też wkrótce miał zacząć grać w westernach, a pierwszym po powrocie z Europy był właśnie ten film. 


Przemierzającego wraz z bydłem Jeda Coopera (Clint Eeastwood) łapie banda kowbojów. Uznają go za złodzieja i mordercę, szybko dokonując linczu na mężczyźnie wieszając go na pobliskim drzewie. Cooper jednak zostaje uratowany przez przejeżdżającego nieopodal szeryfa, który zabiera go do miasteczka. Tam zostaje uniewinniony i podejmuje pracę jako miejscowy szeryf. Ma za zadanie złapać mężczyzn, którzy nieomal go nie zabili i przybyć z nimi pod oblicze sprawiedliwości, reprezentowane w miasteczku przez sędziego Fentona (Pat Hingle).


Dostajemy klasyczny western tamtych czasów, w którym to jeden sprawiedliwy wmieszany przypadkiem w lokalne sprawki próbuje zrobić porządek z okolicznymi mętami, przy okazji prowadząc osobistą vendettę. Jak się jednak okazuje wymierzanie sprawiedliwości nie przyjdzie łatwo, a oprócz strzelania bohater stanie przed dylematami moralnymi.
Jeśli jest się miłośnikiem gatunku i nie oglądało się wcześniej tego filmu na pewno przypadnie on do gustu. Jednak jeżeli od poprzednio oglądanych westernów odbijało się od ściany to i ten film nie zmieni znacząco odbioru tego typu filmów. 
Mamy tutaj naprawdę niezłą rolę Eastwooda, który po raz kolejny gra podobną charakterologicznie postać samotnego rewolwerowca przemierzającego Dziki Zachód. Kto jak kto, ale on, tak jak John Wayne jest właśnie stworzony do westernowych kreacji, i o ile Wayne'a widzę bardziej jako starzejącego się szeryfa, to właśnie Eastwood jest znakomitym jeźdźcem znikąd. 
Na pewno na plus można zaliczyć filmowi warstwę muzyczną, z wpadającym w ucho motywem przewodnim oraz to, w jaki sposób zbudowano miasteczko, w którym toczy się duża część filmu. Przywiązanie do detali jest jak na tego typu produkcje bardzo dobre. Także odgrywające ważną rolę sceny wieszania wypadają nieźle, co w ówczesnych czasach nie zawsze było oczywiste.
Reasumując mamy bardzo poprawny western ze srebrnej epoki tego gatunku, który sprawi radość fanom gatunku.


czwartek, 24 listopada 2016

Buszmeni

Hunt for the Wilderpeople
Nowa Zelandia 2016
reż. Taika Waititi
gatunek: przygodowy 


Kino nowozelandzkie pod postacią filmu Co robimy w ukryciu, w którym to zaangażowany jako aktor, jak i reżyser był zamieszany reżyser opisywanego właśnie filmu, czyli Taika Waititi. Licząc na kolejny oryginalny film z tego dalekiego kraju z chęcią włączyłem Hunt for the Wilderpeople. 


Nastoletni Ricky (Julian Dennison) trafia do rodziny zastępczej. Zostaje entuzjastycznie przyjęty przez Bellę (Rima Te Wiata), jednak nie znajduje uznania u jej męża, Hectora (Sam Neill). Gdy kobieta nagle umiera Ricky ma zostać zabrany przez pracownicę urzędu socjalnego, Paulę (Rachel House) do poprawczaka. Chłopak postanawia uciec do buszu...


Chociaż film ten czerpie garściami z inicjacyjnych opowieści, w których następuje zderzenie dwóch sprzecznych charakterów, które w czasie wzajemnego poznawania będą się do siebie zbliżać jest też produkcją na swój sposób oryginalną, a przez to ciekawą. Jednak specyficzne kino Nowej Zelandii i równie specyficzne poczucie humoru Waititiego odciska tutaj swoje piętno w sposób pozytywny. 
Film ten jest oprócz samej historii o życiu w buszu dwóch ludzi i pogoni na nich nieporadnych służb jest też zachętą do poznania Nowej Zelandii. Widzimy tutaj przekrój wielu ciekawych miejsc tego kraju, od pagórków zbliżonych do Shire (które też powstało przecież w tej okolicy), przez nieprzebyte lasy, góry i majestatyczne jeziora. W epoce betonu i globalizacji cudownie jest ujrzeć piękną, nieskalaną niczym przyrodę. 
Sama historia, choć czasem naprawdę błyskotliwa i wciągająca jest moim zdaniem zbyt groteskowa i banalna. Nawet jak na lekki film, jakim w istocie ma być ta produkcja zachowanie ludzi goniących bohaterów jest zbyt głupie i często razi. 
Myślę jednak, że obejrzenie tego filmu to bardzo dobry wybór na leniwy wieczór. Dostajemy optymistyczną, raczej bezstresową historię, która będzie cieszyć starszych i młodszych. Oczywiście nastolatki powinny ucieszyć się bardziej, jednak są tu momenty (przeważnie słowne) zrozumiałe bardziej dla starszych widzów. Jest nieźle. 




wtorek, 22 listopada 2016

Just Five: Niebezpieczne Kobiety

W polskich kinach trumfy aktualnie święci Pitbull. Niebezpieczne kobiety. Bohaterki filmu Vegi potrafią przyłożyć pałą, psiknąć gazem czy też operować nożem. Na ile są jednak niebezpieczne to już nie mnie oceniać. Zainspirowany podtytułem tego filmu postanowiłem skupić się tutaj na innych niebezpiecznych kobietach znanych z innych produkcji. Myślę, że bez problemu mógłbym umieścić tu ranking stu niebezpiecznych filmowych kobiet, jednak tutaj muszę wybrać tylko pięć. Tak więc trochę różnicując bohaterki przedstawię pięć z nich, chociaż wybór był wyjątkowo trudny i wiele pań musi się obejść smakiem. Bohaterki pojawiają się alfabetycznie po tytułach filmów, możliwe drobne spojlery.

Catherine Tramell - Nagi instynkt


Kipiąca seksem Sharon Stone w filmie Verhoevena jest niewątpliwie jedną z największych femme fatale w ponad stuletniej historii kina. Oskarżona o morderstwo męża rockmana milionerka - pisarka Tramell budzi w widzu niejednoznaczne uczucie. W swoich opowieściach lawiruje ona na różne tematy, a za pomocą samych ruchów ciała podporządkowuje sobie śledczych. Z całą pewnością ta kobieta jest zdolna do wszelkich wysublimowanych zbrodni. Winna czy nie? 

Daisy Domergue - Nienawistna ósemka


Portretowana przez Jennifer Jason Leigh Daisy Domergue to kobieta unikalna jak na swoje czasy. Kobiecy herszt gangu w mocno męskim świecie Dzikiego Zachodu? Byle kto by tego nie dokonał! A że przy tym jest istotą szaloną i nieprzewidywalną zarazem? Co z tego. Charakterem mogłaby obdzielić wszystkie postacie z polskich telenowel. Kwiecisty język idzie u niej w parze z niepohamowaną agresją. Trzeba mieć jaja, by spędzić z nią wieczór pod jednym dachem!

Nikita - Nikita


Anne Parillaud wcielająca się w tytułową postać zapisała się poważnie w historii kina właśnie tą rolę. Nikita to była narkomanka wyszkolona na zabójczynię działającą na zlecenie rządu. Co jak co, ale wytrenowana na śmiercionośną maszynę do zabijania kobieta jest cholernie niebezpieczna. Choć wciąż boryka się z ludzkimi odruchami potrafi wykonać najniebezpieczniejsze zadanie. Lepiej nie mieć z nią kontaktu!

Komona - Wiedźma wojny


Czy kilkuletnia dziewczynka może być niebezpieczna? Jak najbardziej, jeśli jest członkiem dziecięcego oddziału rebeliantów w którymś z afrykańskich krajów. Szczególnie jeżeli elementem jej inicjacji był rozkaz zabójstwa jej własnych rodziców. Dodać do tego, że rebelianci uważają, iż dziewczynka zapewnia im przychylność duchów sprawia, że jest szczególnie groźna dla wskazanego przez dowódców celów. 



Na pierwszy rzut oka bohaterka grana przez Rosamund Pike nie pasuje do tego zestawienia, mogąc co najwyżej grać ofiarę. Jednak Neil Patrick Harris i Ben Affleck mogą mieć o tym całkiem odmienne zdanie. Niezrównoważona psychicznie intrygantka, która nie zawaha się zabić, by zrealizować swoje cele. Tej kobiecie zdecydowanie lepiej nie wchodzić w drogę!











Nocna lektura

Zwierzęta nocy (Nocturnal Animals)
USA 2016
reż. Tom Ford
gatunek: thriller

Amy Adams przeżywa w ostatnich latach okres swojego aktorskiego prosperity. Urodzona we Włoszech 42-latka jest obecna w filmie od końcówki XX wieku, jednak dopiero niedawno przedostała się na trwałe do hollywoodzkiej pierwszej ligi, dzięki czemu załapała się do filmowego uniwersum DC (m.in Batman vs Superman), malowała Wielkie oczy, partnerowała American Hustlerowi, a w tym miesiącu widzieliśmy ją próbującą porozumieć się z kosmitami w Nowym początku. Aktorka też firmuje swą twarzą opisywany film Toma Forda.  


Prowadzą niezbyt prosperującą galerię sztuki Susan Morrow (Amy Adams) ma przy okazji nieukładające się życie osobiste. Pewnego razu dostaje przesyłkę od swego byłego męża, Edwarda (Jake Gyllenhaal), w której znajduje zadedykowaną jej powieść. Znudzona kobieta zaczyna czytać książkę stopniowo wsiąkając w życie bohatera, Tony'ego (Jake Gyllenhaal), którego życie zmienia się za sprawą napotkanych przy drodze na pustkowiu psychopatów (m.in. Aaron Taylor-Johnson i Karl Glusman).


Film dzieje się na kilku płaszczyznach: mamy więc filmową realną współczesność, oglądamy książkową fabułę oraz filmową realną przeszłość w kilku perspektywach czasowych. Jednak filmowy świat realny i świat wykreowany w filmowej książce dzięki świetnym zabiegom reżyserskim oba światy się przenikają, są spójne i wydają się idealnie symetryczne wizualnie (choćby sceny łóżkowe rzeczywistej Morrow i fikcyjnego Tony'ego - poezja!). Właśnie warstwa wizualna prezentuje się w filmie najlepiej. Oglądanie dzieła Forda jest niekłamaną przyjemnością, to jak ten świat wygląda to czysta rozkosz dla oczu! Równie świetnie prezentują się aktorzy, których dobrali producenci filmu - mamy oprócz wymienionych tutaj postaci mamy tu też, co odebrałem z wielkim entuzjazmem znanego z genialnej w moim odczuciu roli w Zakazanym imperium Michael Shannon. Plusuje u mnie także Abel Korzeniowski za świetną, klimatyczną muzykę, jaką skomponował do tego filmu.
Żeby nie było tak różowo zawiodłem się na samej warstwie fabularnej, czyli adaptacji książki Tony i Susan autorstwa Austina Wrighta. Zarówno historia nieszczęśliwego życia Susan, jak i fikcyjnego Franka, którego przygody przypominają tani sensacyjny kryminał klasy B nie odcisnęły na mnie oczekiwanego piętna i raczej szybko zapomnę o tych bohaterach.  Oczywiście można próbować szukać korelacji pomiędzy wydarzeniami zawartymi w książce,a życiu Susan i Edwarda, jednak tylko to nie ratuje całościowej fabuły.
Tak więc mamy prawdziwy wizualny majstersztyk, zrealizowany z odpowiednim smakiem i melancholijnym klimatem, mający cieszącą ucho muzykę oraz stojące na wysokim poziomie aktorstwo, jednak moim zdaniem kulejący fabularnie. Także po pewnym hype'ie krytyków oczekiwałem czegoś ponadczasowego - arcydzieło to jednak nie jest. Dostajemy jednak niezły film mający swój specyficzny klimat. Tylko tyle, lub aż tyle. 


Odyseja kosmiczna

Interstellar
USA, Kanada, Wielka Brytania 2014
reż. Christopher Nolan
gatunek: science-fiction

Christopher Nolan to istny Midas współczesnej hollywoodzkiej kinematografii. Wydawać by się mogło, że wszystko, co dotknie zmienia się w filmowe złoto - nie tylko to kasowe wyrażane w milionach dolarów pozostawionych w kinie przez widzów, ale i to wyrażane w nagrodach filmowych. Autor trylogii Batmana, Memento czy Incepcji moim zdaniem nawet jeśli zawsze znosi tylko złote jaja, to nie wszystkie z nich są nadzwyczaj strawne. A jak więc jest z opisywanym filmem?


W niedalekiej przyszłości Ziemi grozi zagłada. Większość instytucji publicznych zwija się, a ludzkość przeżywa wielki regres cywilizacyjny oczekując marnego końca. Były pilot jednostek kosmicznych, Cooper (Matthew McConaughey) przypadkowo odnajduje tajny ośrodek NASA, w którym przygotowuje się plan ewakuacji Ziemian na inną, zdatną do zamieszkania planetę. Mężczyzna zostaje przekonany przez nadzorującego program profesora Branda (Michael Caine), by pilotował on kosmiczną ekspedycję. Cooper udaje się więc w kosmos, między innymi wraz z córką profesora (Anne Hathaway). Tymczasem na Ziemi zostaje jego córka, Murph (Mackenzie Foy i Jessica Chastain)... 


Nie chcę tego filmu oceniać pod względem naukowym, gdyż na temat fizyki teoretycznej kwantowej czy jakiejkolwiek innej mam tyle pojęcia, co Neandertalczycy o trójpolówce. Z trudem przeczytałem pół Krótkiej historii czasu Hawkinga, z czego zrozumiałem może 1/5, tak więc musiałbym być bardzo zarozumiałym ignorantem, żeby stawiać się w pozycji wiedzącego lepiej, niż autorzy, których konsultantem był sam Kip Thorne, czyli ekspert od m.in. teorii tuneli czasoprzestrzennych. Czytając jednak naukowe teorie w odniesieniu do filmu eksperci twierdzą, że część z nich jest przedstawiona okej, część zaś jest tylko pseudonaukowym bełkotem na potrzeby filmu. Jednak chyba widzowie są w stanie wybaczyć to, gdyż jeśli chciałoby się oglądać tylko 100% realne filmy wybrałoby się te, o facecie w łódce (np. Śmierć w Wenecji) niż o facecie w statku kosmicznym poruszającym się po wszechświecie za pomocą dziur czasoprzestrzennych. 
Bardziej jednak razi mnie w tym filmie niekonsekwencja w działaniach jak najbardziej rzeczywistych, tych typowo ludzkich. Takich, jak na przykład wiele nieścisłości i głupich zachowań bohaterów: dla przykładu Cooper zjawiający się w tajnej bazie dostaje bez przeszkolenia ważną misję mającą uratować gatunek. Nie spojlerując napiszę tylko, że takich głupich rzeczy jest więcej. 
Wizualnie film stoi na naprawdę dobrym poziomie, efekty specjalne stworzone są fachowo (doczekały się Oscara), wszystko wygląda bardzo profesjonalnie i pasuje do podgatunku space opery. Także aktorsko produkcji nie można nic zarzucić, szczególnie zaś jestem pod wrażeniem dobrej roli młodej Foy. Chociaż uważam, że Hathaway nie została obsadzona zbyt trafnie, aktorka ta niezbyt pasuje mi do takiej roli. 
Fabularnie zaś jestem różnie. Sam wątek podróży i naukowej otoczki jest okej, chociaż autorzy niezbyt wiedzą czy chcą być bardziej science czy jednak fiction jednak te płaczliwe monologi i dylematy bohaterów są frustrujące. Film wydaje się być też odrobinę za długi. 2:50 godz to dużo, myślę, że 2:30 by w zupełności wystarczyło. 
Reasumując film ten jest imponujący w sferze wizualnej, próbuje być inteligentnym kosmiczną fantastyką (chociaż klimatem klaustrofobicznej podróży na statku nie dorasta do pięt Obcemu), w dość przystępny i atrakcyjny sposób pokazujący widzowi niektóre teorie naukowe. Jest tu jednak też sporo nieścisłości, zbyt dużo dłużyzn i przynudzających scen. Tak więc jest przyzwoicie, jednak szału nie ma. 





poniedziałek, 21 listopada 2016

Zagubiona

Zniknięcie Eleanor Rigby: Ona (The Disappearance Of Eleanor Rigby: Her)
USA 2013
reż. Ned Benson
gatunek: dramat

Świeżo po seansie Zniknięcia Eleanor Rigby: On wziąłem się za film opowiadający tę historię oczami tytułowej bohaterki. Dlatego bez zbędnych wstępów pora przejść od razu do rzeczy.


Po próbie samobójczej Eleanor (Jessica Chastain) wprowadza się do domu rodziców i mieszkającej z nimi młodszej siostry (Isabelle Huppert, William Hurt, Jess Weixler). Kobieta jednak wciąż nie może przestać myśleć o swoim mężu Conorze (James McAvoy), od którego odeszła...


Po raz kolejny dostajemy zlepek scen z życia bohaterki, które oglądamy kolejno jedna po drugiej. Część z nich wyjaśnia zachowanie widoczne w części On, część zaś przedstawia te same sceny, jednak z punktu widzenia bohaterki, nie zaś bohatera (dialogi wtedy są inne). Jednak nie oglądając wcześniej części skupiającej się na Conorze widz zasiadający najpierw do tego filmu jest świadkiem rzeczy, które są dla niego zagadką, które w tej części często nawet nie są po części tłumaczone i przez to może czuć się zdezorientowany. Film ten niestety jest tylko moim zdaniem pociętą wersją całości, przez co może ciekawie wypada w połączeniu z dwoma bliźniaczymi częściami, jednak jako samodzielne dzieło jest produktem bardzo ułomnym.  Elementem pozytywnym Jego była obecność Ciarána Hindsa, tutaj plusuje rola Violi Davis. Może część finalna, czyli Oni przedstawi wreszcie spójną historię, na co liczę, chociaż boję się oglądać po raz kolejny tą samą historię. Ona jednak wydaje się filmem gorszym niż On, a przyznam, że to jednak pewna sztuka.








niedziela, 20 listopada 2016

Ranking Tygodnia 88

I oto już 88 ranking tygodnia. Filmów było całkiem sporo, jednak co do ich jakości to generalnie szału nie było.













Zagubiony

Zniknięcie Eleanor Rigby: On (The Disappearance of Eleanor Rigby: Him)
USA 2013
reż. Ned Benson
gatunek: dramat

Mało znany reżyser młodego pokolenia, Ned Benson podjął się ambitnego projektu. W trzech filmach przedstawił on historię problemów pewnej pary, która przechodzi kryzys małżeński. Urywki tej samej historii przedstawione są w trzech częściach, które to pokazują ją z punktu widzenia jego, jej oraz ich wspólnym. Na pierwszy ogień poszedł u mnie film najkrótszy z trójki, pokazujący wydarzenia z punktu widzenia mężczyzny. 


Po próbie samobójczej Eleanor (Jessica Chastain) postanawia przynajmniej czasowo rozstać się z mężem, Conorem (James McAvoy). Mężczyzna nie może pogodzić się z zostawieniem przez żonę i przestaje sobie radzić w życiu.


Podchodziłem do tego filmu, czy też cyklu filmów z umiarkowanym optymizmem. Jednak po seansie pierwszego z nich nie jestem już przekonany, czy to jednak dobry pomysł. Dostajemy pewną częściowo zarysowaną opowieść o problematycznym związku i jeśli nie obejrzymy dwóch filmów przedstawiających tą samą historię zostajemy ze strzępkiem informacji (orientujemy się w jakimś 30-40% całości). Także te urywki nie pokazują specjalnie kondycji psychicznej bohaterów - choć możemy odczuć w pewien sposób uczucie samotności bohatera to są tylko strzępki pełnoprawnej postaci. Historia ta mnie całkiem nie porwała - dostajemy kilka poszlak, jakieś fragmenty z życia i tyle. Nie czuć tu też zbytnio chemii między bohaterami, którzy nie dostarczają widzom sympatii do nich. Dobrze ogląda się za to znanego z roli Cezara w Rzymie Ciarána Hindsa, którego zawsze miło widzieć na ekranie. Może przy kolejnych częściach zrozumiem w tej historii więcej i będę całościowo mógł ocenić to lepiej. Na chwilę obecną jednak po seansie tej części jestem na nie. 







Fanatyk

Car 
Rosja 2009
reż. Paweł Łungin
gatunek: dramat, historyczny 

Od połowy XVI wieku do początków XX stulecia Rosją władały dziesiątki carów. Ich nazwiska dla niebędących Rosjanami przeważnie nikną w mrokach dziejów (tak, jak imiona setek władców innych krajów, których nikt niezainteresowany tematem nigdy nie pozna), jednak kilku carów każdy przyzwoicie wyedukowany człowiek w naszym kraju zna - nie obcy są zapewne Mikołaj II, Piotr Wielki, Katarzyna II czy bohater opisywanego filmu, Iwan Groźny. 


Car Iwan (Piotr Mamanow) traci kontakt z rzeczywistością: twierdzi, że umie odczytywać boskie znaki, a przede wszystkim uznaje, że jest otoczony przez spiskujących przeciw niemu zdrajców, których musi wyeliminować. Sprowadzony z odległego klasztoru Filip (Oleg Jankowski) - przyjaciel władcy z młodości widząc, co wyczynia car postanawia mu się przeciwstawić. 


Już podczas trwania II Wojny Światowej legendarny reżyser Siergiej Eisenstein nakręcił swoją wersję historii Iwana Groźnego (która to nawet doczekała się aprobaty ze strony Stalina, czego nie można powiedzieć o drugiej i nigdy niepowstałej do końca części trzeciej planowanej trylogii Eisensteina o carze),której jeszcze nie miałem okazji obejrzeć. Łungin jednak stworzył na pewno film mniej monumentalny i epicki w swej tematyce, niż jego poprzednik sprzed lat. Car nie przedstawia całego życia i przemian Iwana skupiając się na urywku z jego życia, który zbiega się z ustanowieniem metropolitą Filipa. Widzimy tutaj uniwersalną dla całego świata psychozę władcy, który roi sobie w swym mniemaniu, że cały świat chce go zgładzić (za namową, jakby że inaczej polskiego króla i jego judaszowych srebrników). Rozpoczyna się więc epoka terroru i czystek. Tego typu praktyki ze strony szalonych władców, którzy bardziej nadawali się do psychiatryka niż rządzenia krajem były w sumie w mniejszym lub mniejszym stopniu obecne w każdym kraju i zamieniając realia można byłoby w podobny sposób pokazać panowanie wielu innych władców. Traf jednak chciał, że w Rosji tacy zdarzali się nadzwyczaj często. Szkoda tylko, że sam kontekst Iwana Groźnego, jako bohatera filmu jest słabo zarysowany. Nie mamy moim zdaniem właściwego backgroundu pokazującego jakąś genezę i dokonania pierwszego cara Rosji - widz rzucany jest od razu na głęboką wodę w konkretną chwilę historii, bez znajomości historii i postaci Iwana ciężko jest się połapać w sytuacji, traci się smaczki, a car jest tylko kolejnym psychopatycznym władcą, jakich w kinematografii wielu. 
Także to, co mi się nie podobało to scena batalistyczna, gdzie wojska rosyjskie mierzą się z siłami polskimi. Jest to zrealizowane bardzo słabo i dodane niejako na siłę. Lepiej dla filmu byłoby, gdyby tej sceny po prostu nie było. Mam też zastrzeżenia do skali pokazywania miasta. Moskwa była w tamtym okresie, jak na standardy XVI wieku miastem dużym, zaś bohaterowie krążą ciągle wokół kilku tych samych chatek, otoczeni garstką poddanych. 
To, co zaś w filmie gra to na pewno duet głównych aktorów, znanego z Wysypy Mamanowa i mającego polskie korzenie Olega Jankowskiego w swej ostatniej przedśmiertnej roli. Ich dobra gra aktorska zrobiła z filmu rozgrywkę na poziomie psychologicznym. W filmie swoją rolę gra także doskonale znany w Polsce Aleksandr Domagarow. Nieźle w filmie wygląda też charakteryzacja, przywiązanie do detali ubioru jest naprawdę duża. Oglądając postaci z filmu można się przenieść w pewnym momencie do zabiedzonej Rusi drugiej połowy XVI wieku.
Nie jest to łatwy film rozrywkowy dla każdego, a raczej pozycja dla koneserów, która mimo swych wad ma także kilka dobrych. Plusów wydaje się jednak być więcej, więc sądzę, że jeśli jest się zainteresowany okresem czy postacią Iwana to warto obejrzeć tę pozycję.


sobota, 19 listopada 2016

Ostatni pociąg

Zombie express (Boo-san-haeng)
Korea Południowa 2016
reż. Sang-ho Yeon
gatunek: dramat


Filmowy trend lokowania w filmowych uniwersach żywych trupów trwa nieprzerwanie od roku 1968, czyli czasu, gdy George Romero wydał na świat kultową już Noc żywych trupów. Zombie pojawiające się w filmach przedstawiano na różne możliwe sposoby, a filmowe opowieści o ich powtórnej egzystencji kręcono chyba pod każdą szerokością geograficzną, żeby przypomnieć nawet udaną zombie-komedię Juan od trupów powstałą...na Kubie. Za pomocą opisywanego właśnie filmu możemy zobaczyć zombieapokalipsę po koreańsku.


Rozwiedziony pracoholik Seok-woo (Gong Yoo) musi odwieźć córkę, Soo-an (Soo-an Kim) do jej matki. Gdy wsiadają do pociągu mających przetransportować ich na miejsce kraj nawiedza apokalipsa zombie. Zainfekowani wdzierają się na pokład maszyny...


Nie wiem jak ocenić dokładnie ten film. Mimo że podobnych produkcji omawiających plagę żywych trupów było na pęczki to orientalny klimat i ulokowanie filmu w jadącym pociągu początkowo naprawdę się sprawdzało. Momenty, gdy film był bardziej stonowanym dramatem z apokalipsą zombie w tle niż krwawą jatką były naprawdę niezłe. Niestety od połowy produkcji widzimy już tylko równię pochyłą, po której stacza się film Sang-ho Yeona. Zamienia się w pozbawioną sensu gonitwę pomiędzy ocalałymi, a zombie. Zombie będącymi w naprawdę bardzo dobrej formie i kondycji, gdyż zapieprzającymi niczym Usain Bolt bijący rekord świata na 100 metrów. O wiele bardziej wolę tradycyjne wyobrażenie żywych trupów, jako jednostek mało ruchliwych i powolnych, niż takich szalonych biegaczy (choć w World War Z akurat przystosowałem się do tego obrazu). Oprócz tych niezbyt głupich gonitw w końcówce film zamienia się w kiczowaty pseudo melodramat. To jest chyba jeszcze gorsza część filmu, niż te pogonie po pociągu/dworcu. Szkoda też, że do postaci bohaterów filmu nie da się zbytnio poczuć sympatii. Są jednowymiarowi i jacyś tacy nijacy. Co najwyżej wprowadzająca element humorystyczny postać grana przez Dong-seok Ma jest jeszcze w pewnym stopniu nieobojętna (na siłę może jeszcze jego filmowa żona portretowana przez Yu-mi Jeong, jednak tylko dlatego, że jest ona w ciąży, co wprowadza w czasie apokalipsy pewien element dodatkowego dramatyzmu). 
Naprawdę po filmie prezentowanym w Cannes spodziewałem się czegoś więcej. A tak to z rzeczy wielkich związanych z nim pozostaje tylko rozczarowanie. Nie polecam - chyba, że fanatykom zombie apokalips.








czwartek, 17 listopada 2016

Make Greece Great Again

300: Początek imperium (300: Rise of an Empire)
USA 2014
reż. Noam Murro
gatunek: akcja 

Gdy dekadę temu Zack Snyder wziął się za 300, czyli ekranizację cieszącego się sukcesem komiksu Franka Millera z miejsca film stał się hitem, który jest mile wspominany do dzisiaj. Było to coś nowego w kinie, film może dość prosty w treści ale innowacyjny w formie i narracji. Komiksowy film Snydera spodobał się więc wielu i nic dziwnego, że doczekał się kontynuacji będącej adaptacją innego komiksu Millera, Xerxesa. Aż dziw, że trzeba było czekać na niego aż 8 długich lat. 


Chcąc zrealizować marzenie ojca, władca Persji Kserkses (Rodrigo Santoro) wysyła ogromną armię, by ta podbiła Grecję. Na jej czele stoi Greczynka Artemizja (Eva Green). Grecki wódz Temistokles (Sullivan Stapleton) chce zjednoczyć wszystkie polis, by stawić czoło najeźdźcy. Próbuje też zdobyć przychylność władczyni Sparty, Gorgo (Lena Headey).


Zawsze uważałem, że język angielski w filmach umiejscowionych w czasach antycznych brzmi co najmniej śmiesznie i jest w ogóle nie na miejscu. Dlatego chylę czoła przed Melem Gibsonem, który w swoich filmach wyżyłował aktorów tak, by ci mówili łaciną,po aramejsku czy nawet w językach indiańskich. Tutaj jednak, jak w 99% przypadków autorzy poszli na łatwiznę i postaci przemawiają o dumie, honorze i wolności nowoczesną angielszczyzną (z naleciałościami amerykańskimi). Cóż, w naszym Quo Vadis Neron też zamiast kwiecistą łaciną posługiwał się językiem Słowackiego, więc można uznać, że to żadna wada. Chociaż klimatu filmowi odbiera. Gorzej jednak, jeśli te angielskie przemowy wygłaszane są przez kilku ubranych w prześcieradła hollywoodzkich aktorów, którzy prężą swe muskularne klaty na tle nieschodzącego z planu green screenu. Chyba cały film powstał w oparciu o CGI, i to CGI wyglądającym dość biednie i niestety wtórnie, gdyż większość scen wyglądało jak żywcem przeniesione z 300 Snydera. Monotonia i wtórność to znak rozpoznawczy filmu, który nie przykuwa do ekranu ani miodnymi efektami, ani ciekawymi postaciami, ani tym bardziej fabułą. Jeśli akurat nie ma utrzymanej w powolnych kadrach jatki to bohaterowie wygłaszają banalne tyrady o powinnościach Greka, umiłowaniu demokracji etc., a wszystko to w naprawdę językiem drętwym i pozbawionym odrobiny ikry i polotu. Do tego to ciągłe stosowanie slow motion woła o pomstę do nieba. Ileż można! Gdyby nakręcono ten film bez tego zbędnego pseudoefekciarstwa byłby on o 1/3 krótszy. Niestety nawet jędrne cyce Evy Green nie obroniły tej produkcji. Dla pamięci starych, dobrych 300 byłoby lepiej, gdyby kontynuacja jednak nigdy nie powstała. 




Opowieści spod celi

Prorok (Un prophète)
Francja, Włochy 2009
reż. Jacques Audiard
gatunek: dramat, kryminał 

Jeden z bardziej cenionych europejskich reżyserów kina zaangażowanego społecznie, Jacques Audiard nie jest artystom specjalnie płodnym, jednak jeśli już coś wyda, to trafia to w gusta krytyków. Francuz ma najwidoczniej talent do tworzenia filmów festiwalowych. Cannes, BAFTA, Oscary, Europejska Nagroda Filmowa, czy francuskie Cezary - nawet jeśli nie zawsze wygrywał statuetkę, to jego filmy nominacje dostają nadzwyczaj często. Jakiś czas temu opisywałem nagrodzonych w Cannes Imigrantów, teraz czas na inny film reżysera, który zwyciężył tam kilka lat wcześniej.


Młody Arab Malik (Tahar Rahim) trafia do więzienia na sześć lat. Nie mając rodziny, ani znajomości w więziennych murach niepiśmienny chłopak jest łatwym celem ataków z różnych stron. Przebywający w zakładzie gang Korsykan pod przywództwem Cesara Lucianego (Niels Arestrup) oferuje mu opiekę. Warunek jest jeden - Malik musi zabić współwięźnia...



Audiard jak zawsze przedstawia nam dość ascetyczną, oszczędną w formie i słowach historię będącą komentarzem do obecnego społeczeństwa Francji, a i może naszego kontynentu w ogóle. Tym razem zabiera widza do podniszczonego więzienia, w którym kary odbywają przedstawiciele różnych kultur i wyznań. Oglądamy tutaj cały zatrważający przekrój społeczny niewykształconych więźniów o różnych nieeuropejskich którzy z czasem zaczynają dominować w tym ośrodku penitencjarnym. Najlepiej widać to w scenach na spacerniaku, gdzie początkowo rządzą biali, którzy z każdą kolejną sceną są wypierani przez ludzi innych nacji, którzy stopniowo przejmują więzienie. Więzienie to może być równie dobrze odczytywane jako nasz kontynent, który z każdym rokiem traci swoją początkową tożsamość. 
Oprócz tej symboliki przedstawionej w więziennej inscenizacji mamy też bardziej przyziemną historię Malika, Araba, niepraktykującego Araba, który w więzieniu zaczyna pracować dla Korsykan, którzy traktują go jednak jako głupiego muzułmanina, zaś bracia w wierze i kulturze odsuwają się od niego traktując jak zdrajcę. Chłopak więc musi radzić sobie nie mając istotnego oparcia w żadnej z grup, będąc niejako w zawieszeniu między nimi. To w więzieniu zdobywa jednak i zachodnie wykształcenie, jak i zaczyna zbliżać się do swoich korzeni poznając wiarę przodków. Przemiana Malika na przestrzeni filmu jest bardzo widoczna. 
Całość szokuje mnie jednak najbardziej pod względem przedstawienia więzienia. Oglądamy zakład w jednym z bogatszych i szanowanych krajów Europy Zachodniej. Wydawało mi się, że zobaczę więzienie podobne do tego, które znajdują się w Skandynawii, jednak zastajemy coś na wzór więzień III świata. Brud, dewastacja, brzydota jest wręcz odpychający. 
Sam jednak nie jestem fanem narracji, jaką w swych filmach przedstawia Audiard. Prorok pod względem formy nie przypadł mi do gustu, ale ogólnie produkcje tego reżysera nie trafiają do mnie w sposób taki, w jaki widzą je jurorzy festiwali. 


środa, 16 listopada 2016

Więcej,dłużej,lepiej?

Pitbull. Niebezpieczne kobiety
Polska 2016
reż. Patryk Vega
gatunek: sensacyjny, komedia

Poprzedni Pitbull, czyli Nowe porządki zgromadził w kinach prawie półtora milionów widzów, co na polskie warunki jest liczbą naprawdę bardzo dobrą. Film Vegi mimo napiętego mocnymi premierami kalendarza stycznia przez dłuższy czas utrzymywał się na najwyższych najwyższych miejscach w poszczególnych tygodniach pierwszej części roku. Vega długo nie czekając zaczął kuć żelazo, póki gorące i  już w 10 miesięcy później doczekaliśmy się kontynuacji hitu z początku roku. 


Na główny plan filmu wysuwa się strażak o pseudonimie Cukier (Sebastian Fabijański), który dodatkowo jest członkiem międzynarodowego gangu motocyklowego z siedzibą w Niemczech. Poznajemy historię jego dziewczyny, noszącej pseudonim Drabina (Alicja Bachleda - Curuś), oraz kilku innych niebezpiecznych kobiet: Zuzy (Joanna Kulig), Jadźki (Anna Dereszowska) i Somalii (Magdalena Cielecka). W filmie powracają znani ze wcześniejszej części Majami (Piotr Stramowski), Olka (Maja Ostaszewska), Gebels (Andrzej Grabowski) czy Strachu (Tomasz Oświeciński).


Film jest typowym przykładem kontynuacji. Mamy w tym przypadku to samo, co we wcześniejszej wersji, tylko, że wszystkiego jest tu po prostu więcej. Już samą liczbą postaci, jakie występują w filmie mając jakieś poważniejsze role można byłoby obdzielić kilka innych filmów. Oprócz już wymienionych jest przecież między innymi dość istotna postać grana przez porzucającego koloratkę Artura Żmijewskiego. Niestety mimo dość długiego formatu filmu (135 minut) nie udało się zbyt wiarygodnie przedstawić fabuły, a same postaci i ich psychologia są ukazane w sposób wyjątkowo szczątkowy. Po raz kolejny Vega serwuje widzom film bez precyzyjnej fabuły, stawiając na luźno powiązane ze sobą opowieści - sceny z życia postaci. Może jeśli reżyser umie sprawnie prowadzić akcję, czasem dobrze wkomponuje zabawny lub ostry dialog czy odpowiednio zrealizuje sceny pościgów lepiej byłoby, gdyby skupił się właśnie na tym, prace nad scenariuszem zostawiając komu innemu. 
Co zaś do samego filmu, to dostajemy tu zlepek pościgów, strzelanin, wulgaryzmów, szybkich aut i ostrych kobiet. Postaci, które pojawiają się na ekranie mają w sobie siłę, dzięki której łatwo się do nich przywiązać i je po prostu zwyczajnie polubić. Skoro dostajemy w zasadzie to samo, co wcześniej tylko z kilkoma nowymi postaciami to można śmiało powiedzieć, że jeśli lubiło się wcześniejszy film i ten się spodoba. Jeśli jednak od styczniowego Pitbulla odbiło się od ściany, uznając to za prymitywną i pozbawioną celu rozrywkę bazującą na najniższych instynktach to nie powinno się oczekiwać czego innego po tym tytule. Biorąc pod uwagę jednak rekordy kinowe film zgromadzi sporą grupę fanów. Jak dla mnie to jednak już pomału przesyt tego samego.