Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Te Wiata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Te Wiata. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Antypody strachu

Areszt domowy (Housebound)
Nowa Zelandia 2014
reż. Gerard Johnstone
gatunek: horror, komedia
zdjęcia: Simon Riera
muzyka: Mahuia Bridgman-Cooper

Filmy kręcone w Nowej Zelandii są w naszym kraju dość dobrze znane. Między innymi tolkienowskie trylogie Petera Jacksona Władcy Pierścieni i Hobbita, które były kręcone właśnie na tym krańcu świata. Oprócz tego jednak współczesne kino nowozelandzkie oferuje całkiem niezłą rozrywkę, czego przykładem są filmy Taiki Waititiego (Co robimy w ukryciu czy Hunt for the Wilderpeople). Dlatego też z dużym entuzjazmem podszedłem do opisywanego właśnie filmu z Nowej Zelandii.


Po popełnienia przestępstwa sąd skazuje niepokorną Kylie (Morgana O'Reilly) na areszt domowy. Pod prawnym przymusem musi wrócić do domu swojej matki Miriam (Rima Te Wiata). Kylie nie może dogadać się zarówno z matką, jak i jej nowym partnerem. Co gorsza Miriam uważa, że dom, w którym mieszkają jest nawiedzony...


Filmy z Nowej Zelandii mają swój własny, unikalny styl, w którym specyficzny humor miesza się z równie absurdalnymi, groteskowymi poważniejszymi scenami rodem z tragikomedii. Nie inaczej jest w filmie Johnstone'a, który również jest miksem gatunkowym. Niestety jednak w moim odczuciu niezbyt strawnym. Owszem, mamy tutaj liczne nawiązania do horroru, wszystko jest też polane typowo nowozelandzkim specyficznym klimatem. Jednak kino to nie matematyka. Tutaj 2+2+2 niekoniecznie zawsze musi dać sześć. W tym wypadku jest po prostu zwyczajnie za dużo grzybów w tym barszczu - co scenę mamy inną horrorową kalkę, gdzie oglądamy na przemian mroczne historie wynikające z przeszłości, złowrogich sąsiadów - morderców, nawiedzone pomieszczenia, sceny egzorcyzmów i trzaskające drzwi etc etc. Jest tego po prostu za dużo i człowiek z czasem staje się zmęczony. Sama fabuła,która początkowo wciąga jest przez to po pewnym czasie coraz bardziej marginalna i nużąca. Także kilka dużych nieścisłości i luk w historii sprawia, że widz zaczyna się coraz mniej angażować w nazbyt wydumaną całość. Na domiar złego sytuacji nie ratuje główna bohaterka, która irytuje niemal w każdej scenie. Wiecznie niezadowolona, bufoniasta heroina o wyglądzie młodej, zirytowanej Kayah denerwuje i zwyczajnie nie sposób jej polubić. 
Całość ma pewien oryginalny klimat (o co w sumie trudno biorąc pod uwagę fakt, jak nie oryginalnymi schematami się posługuje) jednak ogólnie można uważać ten film za zawód. Oczekiwałem czegoś lepszego.


czwartek, 24 listopada 2016

Buszmeni

Hunt for the Wilderpeople
Nowa Zelandia 2016
reż. Taika Waititi
gatunek: przygodowy 


Kino nowozelandzkie pod postacią filmu Co robimy w ukryciu, w którym to zaangażowany jako aktor, jak i reżyser był zamieszany reżyser opisywanego właśnie filmu, czyli Taika Waititi. Licząc na kolejny oryginalny film z tego dalekiego kraju z chęcią włączyłem Hunt for the Wilderpeople. 


Nastoletni Ricky (Julian Dennison) trafia do rodziny zastępczej. Zostaje entuzjastycznie przyjęty przez Bellę (Rima Te Wiata), jednak nie znajduje uznania u jej męża, Hectora (Sam Neill). Gdy kobieta nagle umiera Ricky ma zostać zabrany przez pracownicę urzędu socjalnego, Paulę (Rachel House) do poprawczaka. Chłopak postanawia uciec do buszu...


Chociaż film ten czerpie garściami z inicjacyjnych opowieści, w których następuje zderzenie dwóch sprzecznych charakterów, które w czasie wzajemnego poznawania będą się do siebie zbliżać jest też produkcją na swój sposób oryginalną, a przez to ciekawą. Jednak specyficzne kino Nowej Zelandii i równie specyficzne poczucie humoru Waititiego odciska tutaj swoje piętno w sposób pozytywny. 
Film ten jest oprócz samej historii o życiu w buszu dwóch ludzi i pogoni na nich nieporadnych służb jest też zachętą do poznania Nowej Zelandii. Widzimy tutaj przekrój wielu ciekawych miejsc tego kraju, od pagórków zbliżonych do Shire (które też powstało przecież w tej okolicy), przez nieprzebyte lasy, góry i majestatyczne jeziora. W epoce betonu i globalizacji cudownie jest ujrzeć piękną, nieskalaną niczym przyrodę. 
Sama historia, choć czasem naprawdę błyskotliwa i wciągająca jest moim zdaniem zbyt groteskowa i banalna. Nawet jak na lekki film, jakim w istocie ma być ta produkcja zachowanie ludzi goniących bohaterów jest zbyt głupie i często razi. 
Myślę jednak, że obejrzenie tego filmu to bardzo dobry wybór na leniwy wieczór. Dostajemy optymistyczną, raczej bezstresową historię, która będzie cieszyć starszych i młodszych. Oczywiście nastolatki powinny ucieszyć się bardziej, jednak są tu momenty (przeważnie słowne) zrozumiałe bardziej dla starszych widzów. Jest nieźle.