czwartek, 30 czerwca 2016

Wśród wariatów

Obłąkani (Eliza Graves)
USA 2014
reż. Brad Anderson
gatunek: thriller 

Trwająca niemal 65 lat, od 1837 do 1901 roku epoka wiktoriańska to jeden z wdzięczniejszych okresów do osadzenia filmu lub książki. Czasy rewolucji przemysłowej i szczyt brytyjskiej hegemonii imperialnej powodują, że lata te były niewątpliwie ciekawe i warte uwagi. Pomysł zaś, by akcję umieścić w szpitalu psychiatrycznym pod koniec panowania królowej Wiktorii to natomiast kolejne zdawać by się mogło dobre posunięcie. Ale czy 1+1 w filmie zawsze daje 2? Produkcja Brada Andersona pokazuje, że niekoniecznie. 


Absolwent psychiatrii z Oxfodu, Edward Newgate (Jim Sturgess) przybywa na praktyki lekarskie do położonego na uboczu szpitala psychiatrycznego dowodzonego przez doktora Lamba (Ben Kingsley) i jego pomocnika Mickeya Finna (w tej roli znany z Harry'ego Pottera David Thewlis). Uwagę Newgate przyciąga jedna z pacjentek, Eliza Graves (Kate Beckinsale). Edward wkrótce po przybyciu dokonuje zaskakującego odkrycia - znajduje zamkniętą w lochach prawdziwych pracowników szpitala z dyrektorem Saltem (Michael Caine) na czele. Okazuje się, że placówka opanowana jest przez chorych psychicznie...


Pierwsze, co mnie w tym filmie zdziwiło to rzecz dość drugorzędna ale jednak niezrozumiała. Sprawa tytułu w tym filmie i jego polskiego tłumaczenia jest dla mnie dość dziwna. Po pierwsze sama Eliza Graves nie odgrywa specjalnie wielkiej roli w tej produkcji i nie wiem dlaczego w oryginale postanowiono jej imieniem i nazwiskiem nazwać cały film. Po drugie zaś, tu pytanie do polskich dystrybutorów - gdzie znaleźli tłumaczy, którzy Eliza Graves przetłumaczyli na Obłąkanych?Wyszedł z tego pretensjonalny tytuł właściwy bardziej do horroru klasy C niż czegoś poważniejszego. Chociaż akurat patrząc na fabułę filmu Andersona trzeba przyznać, że zbyt poważnie brać Obłąkanch nie ma co.
Ciekawi mnie za to fakt, że producenci tego filmu zadbali o całkiem dobrego reżysera i naprawdę niezłą grupę aktorów z Kinsleyem, Cainem, Thewlisem czy Gleesonem w mniej lub większych rolach? I nazwiska te powinny gwarantować dobrą produkcję, jednak chyba zatrudnienie bardzo średniego (optymistycznie patrząc) scenarzysty Joe Gangemiego (Znacie jego wcześniejsze dokonania Mroźny wiatr czy Oblicza strachu? Ja też nie.). Płytki scenariusz tego filmu skutecznie zabija jego plusy powodując, że całościowo mamy co najwyżej przeciętny film, jakich wiele. Zakończenia domyśliłem się w 18 minucie, a zrobienie głównego twista fabularnego po około 25% trwania produkcji to też wykastrowanie filmu z emocji i tajemnicy. Szkoda, bo przywiązanie do detali z epoki i początkowy klimat zapowiadały więcej.


środa, 29 czerwca 2016

Dobry alfons

W pogoni (Chugyeogja)
Korea Południowa 2008
reż. Hong-jin Na
gatunek: thriller

Dla nieco bardziej wytrawnych miłośników filmu południowokoreańska kinematografia od dłuższego czasu jest coraz wyraźniejszym punktem na mapie światowego kina. Od ponad dekady filmy z tego kraju cieszą się coraz większą renomą nie tylko na swoim rynku lokalnym ale i wśród zachodnich widzów. Filmy te mają swój specyficzny klimat, dzięki czemu nie znając wcześniej występujących tam aktorów ani kraju produkcji można domyślić się, że pochodzą właśnie z ojczyzny Hyundaia. Nie inaczej jest tym razem.


Joong-ho Eom (Yoon-seok Kim) zostawił swoją pracę w policji, by zostać alfonsem. Od pewnego czasu bez słowa znikają dziewczyny, którymi się opiekuje. Gdy odkrywa, że najświeższe zamówienie pochodzi z numeru, z którego zamawiane były zaginione wcześniej kobiety rozpoczyna własne śledztwo. Udaje mu się pojmać mordercę (Jung-woo Ha), jednak nie chce on wyjawić gdzie przetrzymuje swoją najświeższą ofiarę.


Film jest w gruncie rzeczy kolejnym całkiem klimatycznym południowokoreańskim thrillerem. I nawet można byłoby odtrąbić od razu sukces tej produkcji, gdyż oprócz historii inspirowanej faktami, solidnej gry aktorskiej, naturalistycznego przedstawienia brutalności, muzyki czy ogólnego nastroju panującego w tym filmowym Seulu są tu elementy fabularne tak mocno absurdalne i zaprzeczające logice, że ogólna ocena od razu spada o co najmniej kilka punktów.
Mamy tutaj naprawdę irracjonalną pracę policji, która jest przedstawiona na poziomie umysłowym niebieskiego łosia Lumpy'ego z groteskowej animacji Happy Tree Friends. To co robią stróże prawa wobec zatrzymanego podejrzanego, który przyznał się od razu do 12 zabójstw to śmiech na sali. Wszystko od pozostawienia go w pomieszczeniu samemu z półtorametrową policjantką, niezainteresowanie się jego zakrwawioną w czasie zatrzymania koszulą czy autem niewiadomego pochodzenia, po końcowe wypuszczenie go (i nie śledzenie później) z powodu braku dowodów. Oglądanie tych zachowań w poważnym, brutalnym thrillerze deprecjonuje go w bardzo poważny sposób. A szkoda, bo film ma naprawdę dużo solidnych plusów...





poniedziałek, 27 czerwca 2016

Pogromcy duchów

Obecność 2 (The Conjuring 2: The Enfield Poltergeist)
USA 2016
reż. James Wan
gatunek: horror

Jak już przy kilku wcześniejszych okazjach wspominałem nie jestem wielkim fanem gatunku filmowego jakim jest horror. Jednak w pamięci mam film, którego sequelem jest opisywana właśnie produkcja. Pierwsza Obecność była całkiem przyzwoitym straszakiem, dodatkowo opartą w pewnym stopniu na autentycznej historii. Także gdy wyszła kontynuacja tamtego filmu postanowiłem skorzystać z okazji i po raz pierwszy udać się do kina na horror. 


Akcja filmu dzieje się w 1977 roku. Tym razem dzielni egzorcyści Ed (Patrick Wilson) i Lorraine (Vera Farmiga) Warrenowie z USA przybywają do Londynu, gdzie pewna żyjąca w dzielnicy Enfield rodzina ma kłopoty. Peggy Hodgson (Frances O'Connor) i jej dzieci mieszkają w starym domu, w którym straszy duch staruszka. Najbardziej podatna na demoniczne opętanie jest córka Peggy, Janet (Madison Wolfe).


Na początku mała dygresja na temat oglądania filmów w multipleksach. O rzeczy, która przeszkadza nie tylko podczas seansu horroru ale też każdego innego gatunku, jednak na horrorach wkurza mnie jako uważnego widza, chcącego wczuć i wsłuchać się w każdy szczegół podwójnie. Chodzi mianowicie o wszechobecne chipsy, popcorn czy colę. No na miłość boską jak mam się czegoś przestraszyć, gdy mimo budowanej starannie atmosfery grozy i wychylającej się znienacka paskudnej mordy demona i tak na każdej tego typu scenie słyszę z każdej strony chrupanie i siorbanie? Dotyczy się to też innych gatunków, bo jak trwa kinowa zagłada Żydów to i tak współwidzowie niemal jak w systemie dolby surround niszczą wczucie się w klimat i powagę chwili. Bo jak wsiąknąć w film gdy wciąż jest chrup, chrup, siorb, siorb? Jak się chce zjeść to idzie się do restauracji, napić można się w barze (w barze też można prowadzić ożywione rozmowy, podczas seansu jednak lepiej się zamknąć). Szkoda, że multipleksy same zachęcają ludzi do takiej postawy sprzedając im popcorn i inne fast foody za astronomiczne ceny.
Wracając zaś do samego filmu to mamy tu do czynienia z bardzo podobnym schematem fabularnym, jak w pierwszej części. Nawiedzony dom, ludzie w opałach, którzy potrzebują pomocy i dzielni bohaterowie w postaci rodziny Warrenów przybywający z odsieczą. Do tego wszystkie straszaki użyte w filmie są kalką tego,co widzieliśmy w innych filmach grozy nie raz i nie dwa. Latają więc meble, krzesła się przesuwają, telewizor zmienia kanały samoczynnie, a krzywa morda potwora wyskakuje znienacka po chwili ciszy (od zawsze uważałem, że gdyby nie przesadzona o wiele decybeli muzyka atakująca widza po chwili ciszy samo pojawianie się demonów jest niczym wielkim). Seria o małżeństwie Warrenów ma jednak ten plus nad innymi filmami z tego gatunku, że nie dość, iż jest oparta na faktach (które można pewnie łatwo podważyć, jednak zawsze lepsze to, niż bzdury wymyślone na poczekaniu w wytwórni), sam motyw z sympatyczną rodziną demonologów jest dobrym materiałem na film, a całość wykonania stoi po prostu na wysokim poziomie. Mamy tu do czynienia z jedną z lepszych aktorsko produkcji grozy, do tego produkcja została wykonana dobrze, powyżej przeciętności. To jak ukazano nawiedzony dom jest na pewno warte uwagi i pochwały. Szkoda, że po raz kolejny u Wana kuleje wykonanie samych jednostek paranormalnych. 
Oglądając film od razu zwróciłem uwagę na postać demonicznej zakonnicy i pomyślałem kiedy, tak jak w przypadku Annabelle powstanie oddzielny film o jej historii. I nie zdziwiłem się zbytnio, gdy po powrocie z sali kinowej przeczytałem, że prace nad produkcją Zakonnicy już trwają. Mam nadzieję, że wykonanie będzie lepsze niż film o nawiedzonej lali. 
A co do samej Obecności 2, to zapewne fanów horrorów i pierwszej części nie muszę przekonywać, czy warto obejrzeć, ale postronni widzowie, którzy nie traktują gatunku z nabożnym szacunkiem (tacy jak i ja) zapewne mogą obejrzeć film bez większych obaw, gdyż jest to zwyczajnie mocno przyzwoita produkcja. 






niedziela, 26 czerwca 2016

Ranking Tygodnia 71

I jako że jest kilka filmów do ponumerowania oraz zbliża się koniec weekendu czas na tradycyjny ranking filmów za ostatnie siedem dni.











Zbrodnia i kara

Wyspa (Ostrow)
Rosja 2006
reż. Paweł Łungin
gatunek: dramat


Filmy rosyjskie są w Polsce w dużej mierze nieznane. Ile znajdziemy osób, które wymienią choćby pięć produkcji filmowych naszych wschodnich sąsiadów? Zapewne niezbyt wiele. Rozumiejąc, że kraj ten, jak i jego obywatele nie są oględnie mówiąc zbyt lubiani należy jednak oddzielić politykę od sztuki i mimo uprzedzeń warto zagłębić się w tamtejszą kinematografię. Tak jak rodzice przekonywali mnie, że radzieckie filmy były dobre (nie mogę stwierdzić sam, bo jeszcze nie widziałem) to ja mogę zapewnić, że rosyjskie kino niekomercyjne jest warte uwagi. 


Rok 1976, Związek Radziecki. Mnich Anatol (Piotr Mamonow) żyje wśród przewodzonych przez ojca Filareta (Wiktor Suchorukow) mnichów na odizolowanej od świata wyspie. Ekscentryczny mnich od 30 lat pokutuje za zbrodnie, których się dopuścił w czasie drugiej wojny światowej: zabójstwo, zdradę i tchórzostwo. Ludzie z okolicznych wsi przybywają na wyspę po pomoc, uważając Anatola za świętego. Jednak nie wszyscy mnisi są mu przychylni (m. in. Dmitrij Diużew).


Uważam, że przemysł filmowy każdego kraju świetnie specjalizuje się w danym typie gatunkowym lub stylistyce. Dlatego nie zawsze próba przeniesienia hollywoodzkich wzorców na rodzimy grunt danego państwa wychodzi. A w większości wypadków po prostu nie wychodzi. Rosyjskie kino w swym głównym, klasycznym nurcie słynie z powolnych akcji, problemów nie ciała, a duszy bohaterów, wszystko to skąpane w litrach wódki pitej ze szklanki, wśród oparów dymu papierosowego, pośród pięknych majestatycznych dzikich lokacji lub nieprzyjemnego betonowego miasta rodem z czasów radzieckich. I także tutaj widz oczekujący szalenie pędzącej rozwałki i rozrywki nie ma czego szukać. Dostanie za to typowy dla Rosji dramat egzystencjalny o podłożu teologicznym, gdzie choć wódka się nie pojawia to inne elementy typowe dla tej kinematografii już tak. To co przykuwa uwagę odbiorcy, oprócz głęboko metafizycznej osi fabularnej (snującej się tradycyjnym, żółwim tempem) są urokliwe kadry (Oscara! Oscara za te zdjęcia) i równie pięka zimowa lokalizacja tytułowej wyspy kręconej w mieście Kiem. 
Film został zauważony przez kapitułę niszowego festiwalu Sundance, warto też by został zauważony przez ludzi, którzy szukają w filmie refleksji. Dla nich polecam. 




W poszukiwaniu sensu

Zagubiona autostrada (Lost highway)
USA 1997
reż. David Lynch
gatunek: thriller

Po niedawnym seansie Mulholland Drive kontynuuje tym filmem tegotygodniowy minimaraton z filmami Davida Lyncha. Za Zagubioną autostradę zabierałem się w sumie już od dość dawna, w zeszłym roku nawet zaczynając oglądać ten film, który jednak pokonał mnie wtedy jeszcze zanim minęła jego połowa. Tym razem powróciłem do tytułu z jasnym zadaniem - obejrzeć go do końca.  


Saksofonista Fred Madison (William Pullman) trafia do więzienia za zbrodnię, której nie pamięta. Zostaje skazany za zabicie swojej żony (Patricia Arquette). Pewnego dnia strażnicy odkrywają, że w celu zamiast oczekującego na spotkanie z krzesłem elektrycznym Madisona znajduje się młody mechanik, Pete (Balthazar Getty). 


Film jest nieźle pokręcony. Ale to chyba jeden ze znaków rozpoznawczych tego mocno surrealistycznego reżysera. I tak jak to bywa w filmach Lyncha - mimo że nie ma tu ani jednego kłamstwa, nie ma też żadnej prawdy. Pozbawiony ram chronologicznych obraz jest przedstawieniem świata na granicy jawy i fikcji. Widz oczywiście nie wie z początku (a może nigdy) co jest prawdziwe, a co jest tylko wytworem umysłu bohatera. I także bez poznania interpretacji po seansie nie ma co go pochopnie oceniać. Dopiero po zapoznaniu się z tym, co autor miał na myśli (trochę jak w przypadku matury) możemy docenić całość jako taką. 
Oprócz sfiksowanej fabuły mamy tu też świetną muzykę z fenomenalnym motywem przewodnim i równie dobrą grę aktorską głównych postaci. Na uwagę zasługuje z pewnością osoba tajemniczego mężczyzny, w którego wciela się Robert Blake. Lynch tą postacią stworzył zapewne jedną z najbardziej intrygujących i niepokojących kreacji w historii kina (jak nic na równi z Nosferatu Herzoga).
Mimo wszystko jednak z dwóch całkiem podobnych filmów bardziej przypadł mi do gustu Mulholland drive, który jest bardziej przystępny i jednak łatwiejszy w odbiorze. Opisywany właśnie film jest zbyt poplątany, zbyt mało zależy od tego co zobaczymy, a za dużo pozostawia domysłom. Aczkolwiek każdy fan kina powinien kiedyś wybrać się na zagubioną autostradę żeby przekonać się sam.





Dzikość serca

Dzika (Wild)
Niemcy 2016
reż. Nicolette Krebitz
gatunek: dramat

Korzystając z dwudniowej przerwy od meczów na EURO postanowiłem wreszcie wybrać się do kina. Postawiłem tym razem na trochę hipsterski wybór, a mianowicie wybrałem się na film, o którym praktycznie nie było wówczas żadnej nawet wzmianki w polskiej sieci (poza tytułem i nazwiskiem reżyserki). W ramach 'Wędrujących festiwali' w niszowych kinach w całej Polsce pokazali w ten dzień film wyświetlany wcześniej na m.in festiwalu Suncance. 


Młoda kobieta, Ania (Lilith Stangenberg) egzystuje gdzieś w ponurym mieście w Niemczech (wygląda to na dawne NRD). Jej życie przebiega w rytm monotonnej apatii, nie potrafi dogadać się z siostrą, czasem odwiedza umierającego w szpitalu dziadka, przesiaduje w obskurnym bloku, zaś w niedającej satysfakcji pracy jest często zaczepiana przez szefa, Borisa (Georg Friedrich). Jej nudne życie nabiera sensu, gdy w przyblokowym lasku spotyka wilka. Od tego momentu Ania zaczyna obsesyjnie pragnąć zamieszkania z nim. 


Na pewno jest to film mocno specyficzny, oryginalny, z gatunku tych, jakich jeszcze się nie widziało. Mamy tutaj szereg odważnych scen (od fantazji erotycznych z wilkiem w roli głównej, przypominających trochę to co niektóre panie robią z miodem i psami na portalu showup, po defekację na biurko szefa), których nie powstydziłaby się ani żadna część Ludzkiej stonogi czy Serbski film. Z każdą kolejną sceną obserwujemy też postępujące zdziczenie (lub szaleństwo) głównej bohaterki, która swe może i uporządkowane lub nudne życie zmienia w sposób radykalny i mocno niecodzienny. Oprócz relacji Ania - wilk ciekawie ogląda się też relacje bohaterki z Borisem (aktor go grający jak żyw przypomina standardową wersję nazistowskiego esesmana). Całość zaś wymyka się wielu standardom, przez co ciężko ocenić jednoznacznie tę produkcję. Na pewno jest to dzieło unikatowe, lecz nie pozbawione wad. Także nie jest to film przewidziany dla każdego, trzeba mieć dość otwarty umysł, by zaakceptować to, co widzi się na ekranie. Myślę jednak, że każdy miłośnik niszowego kina powinien sam wyrobić sobie opinię samodzielnie zasiadając do seansu. Choć w TVP tego raczej szybko nie puszczą. 





czwartek, 23 czerwca 2016

Witajcie w mojej bajce

Mulholland Drive (Mulholland Dr.)
USA 2001
reż. David Lynch
gatunek: thriller

Siedemdziesięcioletni obecnie reżyser David Lynch jest uważany za jednego z kultowych amerykańskich reżyserów i trudno się z tym spierać. Twórca Twin Peaks posiada wielkie stado oddanych fanów, a jego filmy mają własny, specyficzny styl. Jest jednym z tych, których dzieła albo kupuje się momentalnie i ogląda po kilka razy albo od razu nienawidzi uważając za dziwaczne. Sam na dobre w sumie dopiero zaczynam przygodę z tym twórcą i wiem, że jeśli zdecyduję się oglądać jego kolejne filmy to czeka mnie prawdziwa dzika jazda bez trzymanki.


Blondwłosa i odrobinę naiwna Betty (Naomi Watts) przybywa do Hollywood z zamiarem zostania aktorką. Pod nieobecność znanej ciotki wprowadza się do jej apartamentu. Zastaje tam w łazience tajemniczą ofiarę wypadku przedstawiającą się fałszywym imieniem Rita (Laura Harring). Dowiadując się, że ta cierpi na powypadkową amnezję postanawia pomóc kobiecie odkryć jej tożsamość. Tymczasem zdolny reżyser Adam Kesher (Justin Theroux) znajduje się pod naciskiem mafii, która zmusza go do obsadzenia w filmie pewnej aktorki...


David Lynch to z pewnością fenomen, a możliwość dogłębnego zbadania zakamarków jego umysłu to zapewne mokry sen niejednego szalonego psychiatry. Jeśli mózg reżysera działa na podobnej strukturze, jak fabuła i sposób podania tego filmu to jest to naprawdę ciekawy przypadek. Początkowo oglądając film skłaniałem się ku ocenie 3/4 w dziesięciostopniowej skali znanej z filmwebu. Później doceniając klimatyczną muzykę i dobrą grę aktorską (tutaj prym wiodą panie Watts i Harring, który stworzyły naprawdę jeden z lepszych kobiecych duetów w kinie XX wieku) pomyślałem, że filmowi należy się co najmniej 5, zaś po całym seansie nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Niechronologiczne, często sprzeczne z logiką sceny bardzo mnie irytowały. Jednak po obejrzeniu filmu zacząłem składać poszczególne detale do kupy i doszedłem do wniosku, że film jednak posiadał sens, a nawet na szczeblu fabularnym miał zachowaną logikę. Tyleż, że jest to logika snu, a sny rządzą się własnymi prawami. Dlatego też ocena całościowa wyrosła z przeciętnej na dobrą. Bo to jednak jest widowisko jedyne w swoim rodzaju. Żeby docenić wszystkie detale na pewno zaś należy obejrzeć ten film więcej niż raz. Bo film Lyncha to też cała sterta symboli, masa detali niezauważalnych na pierwszy rzut oka. Ale jednak istniejących i podświadomie budujących klimat tego dzieła. Dzieła ze wszech miar dziwnego, lecz jak najbardziej wartego polecenia. 


wtorek, 21 czerwca 2016

Nangar Khel po duńsku

Wojna (Krigen)
Dania 2015
reż. Tobias Lindholm
gatunek: dramat, wojenny

Duńskie siły zbrojne mimo skromnej liczebności 25 tysięcy aktywnych żołnierzy wysyłają swoich przedstawicieli na różne misje zagraniczne. Do Afganistanu państwo duńskie wysłało 320 żołnierzy, zaś do Iraku posłano 550 osobową załogę. Dodać do tego misję w innych krajach (m.in. 380 osób w Kosowie) wychodzi na to, że znaczny procent sił zbrojnych tego kraju służy poza swoimi granicami. Reżyser rewelacyjnego Polowania wziął na tapetę działalność wojsk swojego państwa w dalekim Afganistanie.


Claus Michael Pedersen (Pilou Asbæk) zostawia rodzinę w kraju, by wyjechać na misję w Afganistanie gdzie dowodzi swym oddziałem. W tym samym czasie jego żona Maria (Tuva Novotny) musi radzić sobie bez niego wychowując trójkę ich młodych dzieci. Na krótko przed powrotem Pedersena do kraju w stanie wyższej konieczności podejmuje decyzje, po której będzie musiał stanąć przed duńskim sądem...


Fragmenty wojenne filmu na pierwszy rzut oka przypominały swoim wykonaniem to, co widzieliśmy w serialu Canal+ Misja Afganistan. Aż zastanawiałem się czy producenci korzystali z tych samych zbudowanych na potrzeby naszej rodzimej produkcji lepianek gdzieś pod Warszawą. Ta sama struktura, podobna lokalizacja i sposób wykonania kilku lepianek afgańskich autochtonów. Ogólnie patrząc na samą warstwę wojenną tego filmu to w sumie mogę powiedzieć, że nasza Karbala na pewno nie odstawała poziomem realizacji batalistyki od duńskiego dzieła, a nawet czasem je przewyższała. A to Duńczycy, a nie Polacy doczekali się oscarowej nominacji. Film ten jednak uderza w całkiem inne tony niż wspomniany film z Bartłomiejem Topą czy też amerykańskie widowiska batalistyczne. Mamy tutaj do czynienia z bardzo kameralnym ukazaniem wojny i odczuć aktorów działań wojennych oraz ich rodzin. Także druga połowa filmu odbiega znacząco od kanonu wojennego kina skręcając mocno w dramat sądowy. I chyba ta etyczna potyczka przed sądem stanowi najbardziej emocjonującą i najlepszą część filmu Lindholma. O co dokładnie chodzi nie napiszę, całą genezę i przebieg procesu najlepiej zobaczyć samemu. 
Film ten jest filmem naprawdę niezłym jednak dla szukających mocnych wojennych wrażeń nie będzie to pozycja zadowalająca (wrogich wojsk nawet nie widać podczas nielicznych wymian ognia). W tej produkcji najsilniejszą rolą jest postawa moralna na wojnie i konsekwencje swych decyzji decydujących o życiu i śmierci innych. I właśnie część dramatyczno - sądowa wypada bardzo dobrze.  W rezultacie mamy jednak dość udaną produkcję, którą warto obejrzeć.





niedziela, 19 czerwca 2016

Ranking Tygodnia 70

I oto pierwszy w tym miesiącu ranking tygodnia. Mimo EURO udało się coś obejrzeć. Wreszcie :)











Trudne sprawy

Wszystko o mojej matce (Todo sobre mi madre)
Hiszpania, Francja 1999
reż. Pedro Almodóvar
gatunek: dramat

Pedro Almodóvar jest uważany za jednego z najważniejszych europejskich (jeśli nie światowych) reżyserów naszych czasów. Dziwne jest więc, że mimo wielu filmów tego twórcy, które mam na liście 'do obejrzenia' pierwszy, jaki widziałem to właśnie ten opisywany i to dopiero dzisiaj. Jednak jeśli wszystkie będą wyglądały podobnie jak ten to nie wiem czy chcę kontynuować znajomość z jego twórczością.


W dniu swych 17 urodzin syn Manueli (Cecilia Roth) ginie w wypadku samochodowym. Zrozpaczona kobieta wybiera się z Madrytu do Barcelony, by powiadomić o śmierci jego nie widzianego od 18 lat ojca. Pomaga jej w tym dawna znajoma, prostytutka - transwestyta Agrado (Antonia San Juan) oraz poznana na miejscu młoda zakonnica Rosa (Penélope Cruz).


Film ten jest dziwny. Dziwna jest fabuła, dziwni też są bohaterowie w niej występujący. Wkraczamy w środowisko transwestyckich prostytutek oraz kobiet, które mają z nimi dzieci. Jedna z nich jest przy tym zakonnicą. Trochę pokręcone. Gdyby tego było mało każda z postaci ma jakieś problemy. I nie są to problemy z jakimi potyka się statystyczna gimnazjalistka. Mamy więc oprócz nieślubnych dzieci z transwestyckimi prostytutkami ale też takie tematy jak AIDS i HIV, uzależnienie od narkotyków, brak matczynej miłości czy postępującego Alzheimera. Tak wiec całość, mimo kilku weselszych wstawek robi wrażenie dość ciężkiego. Jednak to dramat, a dramat rządzi się swoimi prawami i nikt tu chyba kupy śmiechu nie oczekiwał. Całość jednak ogląda się dość ciężko jako film. Ogólnie nie porwała mnie jego struktura i specyfika. Jednak miło na pewno obejrzeć młodą Penelopę Cruz w pierwszych latach jej większej kariery. Także można obejrzeć, jednakże niekoniecznie. 




Nowe porządki

Prawo i pięść
Polska 1964
reż. Edward Skórzewski, Jerzy Hoffman 
gatunek: sensacyjny, psychologiczny

W myśl powojennego ładu jak wszyscy wiemy Polska straciła wschodnią część swego przedwojennego terytorium (nowa granica na linii Curzona) dostając w zamian odebrane Niemcom tak zwane Ziemie Odzyskane, stanowiące dzisiejszą zachodnią i północną część kraju. Proces przesiedleń był dość długi i nie skończył się wraz z końcem wojny. Początki utrwalania nowego ładu możemy zaś obejrzeć w tym filmie. 


Polska tuż po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku. Na Ziemie Odzyskane przybywa więzień obozów koncentracyjnych, Andrzej Kenig (Gustaw Holoubek). Stara się on o prace u pełnomocnika rządu. Zostaje wysłany do opuszczonego przez Niemców miasteczka wraz z grupą ochotników, mając na celu zabezpieczyć w imieniu państwa tamtejsze mienie przed szabrownikami. Ekspedycją przewodzić będzie doktor Mielecki (Jerzy Przybylski).


Film ten jest określany jako jeden z nielicznych polskich westernów. I określenie to wydaje się całkiem słuszne biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich osadzona jest fabuła filmu Skórzyńskiego i Hoffmana. Jest to film starający się dobrze odwzorować problemy i postawy ludzi, którym przyszło żyć w tamtych czasach. Ich poczynania warunkują zarówno echa trudnej, wojennej przeszłości, jak i wizja przyszłości, którą może ułatwić szaber. Decydenci mieli szczęście do aktorów, gdyż obsadzenie Holoubka, jak i Gołasa, Pietruskiego czy Dobrzyńskiego to strzał w dziesiątkę. Chociaż może trochę drażnić lekko teatralna maniera Holoubka to chyba jest ona świadoma, mająca na celu odwzorowanie postaci szybko nazwanej polskim Eastwoodem. Oddzielne zdanie należy się zaś piosence będącej motywem przewodnim filmu. Nim wstanie dzień w wykonaniu Fettinga to jedna z lepszych polskich piosenek filmowych, która robi wrażenie do dzisiaj. Do dzisiaj jest ona chętnie coverowana i żyje w świadomości ludzi, co chyba świadczy samo o sobie. Oczywiście film nie ustrzegł się błędów, widać też na nim znaki czasu i brak wielkich funduszy. Najlepiej widoczne jest to w scenach akcji, podczas strzelanin, które wyglądają strasznie amatorsko, wręcz archaicznie. Także niektóre sceny odbywające się w nocy lub zaciemnieniu nie wyglądają najlepiej. Tak samo jak udźwiękowienie, które chyba jest bolączką rodzimych filmów od zawsze. Jednak mimo tych wad jest to film naprawdę niezły, wart obejrzenia. Wypada kiedyś w wolnej chwili poświęcić 90 minut na jego seans. 




Niebieskie zauroczenie

Życie Adeli (La vie d'Adèle)
Belgia, Francja 2013
reż. Abdellatif Kechiche
gatunek: dramat, erotyczny 

Tym razem będzie coś o filmie bardzo często nagradzanym i docenianym na przeróżnych festiwalach. Ta ponad trzygodzinna kobyła została doceniona przez Złote Globy, BAFTA, triumfowała w Cannes, zdobywała Cezary, zauważono go też w Polsce (nominacja do Orłów) czy wśród gremium Europejskich Nagród Filmowych. Nagród i nominacji zresztą jest tak dużo, że trudno wymienić choćby połowę z nich. Film odniósł więc sukces artystyczny i zyskał grupę fanów wśród zwykłych widzów, choć tylko w Europie, gdyż boxoffice w USA to tylko 2 miliony dolarów. Ja zaś odbiłem się od niego jak od ściany. 


Ciężko szeroko opisywać fabułę tego filmu. Jesteśmy jako widzowie świadkami kilku lat z życia tytułowej bohaterki, Adeli (Adèle Exarchopoulos), którą poznajemy, gdy ta jest w szkole średniej. Jej standardowe życie nastolatki zmienia się, gdy poznaje o kilka lat starszą, niebieskowłosą lesbijkę Emmę (Léa Seydoux), z którą wdaje się w płomienny romans, który jest zaczątkiem głębszego uczucia. 


Oglądając to czułem tutaj silne pokrewieństwo z tym, co kręci uwielbiany przez wielu Xavier Dolan. A jako że Dolan i jego produkcje skrajnie mnie odrzucają swoją nie tyle tematyką, co formą tak i ten film tunezyjskiego reżysera nie przypadł mi do gustu. Trzygodzinna epopeja opowiadająca o burzliwych losach Adeli i Emmy jest naszpikowana nijaką dłużyzną, w której nic się nie dzieje, bohaterki nie mówią nic albo gadają o dupie Maryny, zaś klamrami spinającymi całość są ocierające się o pornografię sceny lesbijskiego seksu. Dostajemy więc to co tygrysy lubią najbardziej, jednak otoczone dwuipółgodzinną mielizną mającą uchodzić za szczyt artyzmu kinowego. Jednak jak to jest już z pornosami z fabułą - fabuła nie stoi w nich na najwyższym poziomie. Niestety, gdy w filmach fikanych można ją przeklikać, by dojść do sedna, tutaj musimy męczyć się pseudoegzystencjalnymi problemami bohaterek przez ponad 150 minut. Masakra. 
Dziwi mnie metamorfoza ostatniej dziewczyny Bonda, która z babochłopa w tym filmie powróciła do swojego naturalnego wyglądu w Spectre. Dobrze na ekranie ogląda się za to Exarchopoulos (choć gorzej jeśli chodzi o napisanie jej nazwiska), którą chętnie zobaczę w innej produkcji. 
Generalnie jednak po tej trzygodzinnej przeprawie muszę powiedzieć, że mało który film w tym roku tak bardzo mnie wynudził jak właśnie ten, Film bardziej dolanowy niż u Dolana. 





Żywot nerda

Fusi 
Islandia 2015
reż. Dagur Kári
gatunek: dramat

O Islandii ostatnio zrobiło się dość głośno dzięki im nieustępliwym występom na EURO, gdzie w dwóch pierwszych meczach zdobyli dwa punkty. Biorąc pod uwagę fakt, że bramkarz reprezentacji tego kraju jest reżyserem postanowiłem więc obejrzeć jakiś film z tego kraju. Nie udało mi się natrafić na coś od tego piłkarza - reżysera, jednak dobrałem się do innego, dość nowego filmu pochodzącego z Islandii.


Tytułowy Fusi (Gunnar Jónsson) ma 40 lat i jest niemiłosiernym nerdem. Mieszka w bloku z matką i jej konkubentem, a jego głównym zainteresowaniem jest przesuwanie czołgów na zajmującej cały pokój makiecie jednej z bitew drugiej wojny światowej, zaś wielką frajdę sprawia mu kupienie zdalnie sterowanego samochodziku. Jego życie otrzymuje pewien impuls, gdy konkubent matki wręcza mu bilet na kurs tańca, gdzie Fusi poznaje Sjöfn (Ilmur Kristjánsdóttir).


Ten film to chyba cała kwintesencja życia na Islandii. Żywot na zimnej, nieprzyjaznej ziemi, gdzie Słońce pojawia się tylko na chwilę, a sama wyspa przez lata była bezludna, zaś obecnie zamieszkuje ją (oprócz uchodźców z Polski) nie więcej niż 300 tysięcy potomków wikingów. To kraina gdzie łatwo popaść w alkoholizm czy nabawić się depresji. I zarówno pocieszenie w alkoholu, jak i depresję znajdziemy w tym filmie. Filmie, w którym głównym bohaterem zamieszkującym ten ponury krajobraz jest istota nieprzystosowana społecznie. Film jest na wskroś skandynawski jeśli chodzi o klimat i społeczny sznyt całości. Szkoda, że produkcja składa się z wielu schematów, które już dawniej widzieliśmy nie raz i nie dwa. To są jakby są kalki kilku innych filmów pochodzących z tego kręgu kulturowego, choć to akurat nie dziwi, gdyż Skandynawowie zarówno w filmie, jak w literaturze lubią pochylić się nad wykluczeniami, problemami marginesu etc. Całość filmu jednak jest na przyzwoicie dobrym poziomie. Po poprzednim filmie z tego kraju, jaki obejrzałem, myślałem że produkcje islandzkie będą zawsze amatorskie. Ta jednak pokazała, że na wyspie można stworzyć niezły, profesjonalny film. Myślę, że warto spędzić te 90 minut śledząc smutne losy nerda Fusiego. 





Rodzina na swoim

Chłopcy z ferajny (Goodfellas)
USA 1990
reż. Martin Scorsese
gatunek: gangsterski

Są filmy kultowe. Filmy, które wypada znać, a nawet oglądać cyklicznie co jakiś okres. Co więcej należy uznawać też je za filmy wyjątkowe, ponadprzeciętnie dobre. Co jednak jakimś cudem ćwierć wieku od premiery nie zobaczyło się wcześniej takiego kultowego dzieła i podczas seansu nie pieje się z zachwytu? Czy należy pod presją tłumu też kiwać głową z aprobatą nad każdą sceną czy wyjść przed szereg i powiedzieć wyraźnie, że nie wszystkie elementy produkcji były tak fajne, jak miały być? Przy takim dylemacie przystanąłem podczas seansu tego 'kultowego' filmu.


Poznajemy opartą na faktach historię trwającej wiele lat przestępczej kariery Harry'ego Hilla (Ray Liotta), który już od najwcześniejszych lat życia zaczął swą posługę dla lokalnej mafii. Z biegiem lat zaprzyjaźnia się z wpływowym gangsterem Jamesem Conway'em (Robert De Niro) oraz nieprzewidywalnym Tommym DeVito (Joe Pesci). Razem dokonują szereg spektakularnych akcji.


Lubię kino i literaturę mafijno - gangsterską. Ojca chrzestnego przeczytałem już na początku gimnazjum i zrobił na mnie o wiele większe wrażenie niż momentami przynudzający film. Zakazane imperium (a przynajmniej pierwsze jego trzy sezony) uważam za najlepszy serial od czasu Rzymu. Dodatkowo uwielbiam czytać o polskiej mafii trzepakowej zarówno w megalomańskich zwierzeniach Masy, jak i innych Alfabetach mafii. Do tego przeróżne Gomorry, Syberyjskie wychowanie czy Antykiller. Tak więc myślę, że na tym temacie jako tako się znam i potrafię ocenić. Jednak klasyczny już film Scorsesego nie zrobił na mnie jakoś wielkiego wrażenia. Mimo naprawdę dobrej gry aktorskiej (wielki Joe Pesci, który w tym okresie grał też znanego wielu prześladowcy Kevina, gdy ten był sam w domu lub Nowym Jorku), naprawdę ciekawych kilku scen (między innymi najlepsze długie ujęcie w historii kina - wejście Harry'ego i Karen do restauracji). Całość jest dla mnie jednak bardzo słabo przyswajalna. Film jest pełen dłużyzn i przeciąga się w nieskończoność, chce objąć zbyt wielki przedział czasowy, przez co historia staje się niespójna. Najgorsze jest to, że mało ważne momenty doczekują się kilku - kilkunasto minutowych sekwencji, zaś istotne sceny są tylko wspominane. Coś dzieje się, jednak nie jest często pokazane nawet na drugim planie. W rezultacie oglądamy często nudnawe sceny i obchodzimy się smakiem w momentach, gdy dzieje się coś ciekawego. 
Reasumując nie mamy do czynienia z filmem złym, a raczej tylko niezłym. Oczekiwałem zobaczyć coś tak dobrego, jak nigdy a dostałem dobry film bez ogromu fajerwerków. za to z kilkoma niedogodnościami. Dlatego też jednak zawód. 





niedziela, 5 czerwca 2016

Ranking Miesiąca 17

Nie dość, że o tydzień spóźniony to jeszcze najkrótszy w historii miesięczny ranking filmów. Ale ważne, że jest.

















Ranking Tygodnia 69

Nie dość że o tydzień spóźniony to jeszcze strasznie ubogi ranking tygodnia. Ale jest i jako tako ciągłość została zachowana!






Noir komedia

Nice Guys. Równi goście (Nice guys)
USA, Wielka Brytania 2016
reż. Shane Black
gatunek: komedia kryminalna

Kiedy zobaczyłem pierwszy zwiastun tego filmu od razu wiedziałem, że jak najszybciej będę chciał udać się do kina żeby go zobaczyć. Widząc dwóch aktorów, których lubię i cenię, którzy to mają zagrać główne role w jednym z wdzięczniejszych gatunków filmowych, jakim jest komedia kryminalna, do tego w stylu retro (lata 70.!), czerpiąca silnie z klimatu mojego ulubionego noir? No po prostu nawet gdyby wyszło coś fatalnego to i tak musiałem to zobaczyć. 


Prywatny detektyw - nieudacznik Holland March (Ryan Gosling) i wykidajło do wynajęcia Jackson Healy (Russell Crowe) łączą swe siły, by odszukać pewną zaginioną dziewczynę. Początkowo prosta sprawa zaczyna się komplikować, gdy dziewczyną oraz bohaterami zaczynają interesować się też płatni mordercy...


O samej fabule tylko kilka zdań w telegraficznym wręcz skrócie, gdyż nie chciałbym psuć nikomu dość sporej przyjemności z osobistego odkrywania meandrów scenariusza filmu. To trzeba zobaczyć samemu, aby odpowiednio wsiąknąć w tą nieszablonową, wielopiętrową intrygę z kilkoma twistami fabularnymi i sporą dawką absurdu. 
Nie jest to na pewno film dla wszystkich i nie każdemu spodoba się specyficzny klimat, jakim raczą widza twórcy. Jest dużo wszelakiego mordobicia, pokaźna dawka slapsticku, nieporadni do przesady bohaterowie, których można równie szybko pokochać lub znienawidzić (na szczęście dla małej przeciwwagi dla nich pojawia się też grana przez Angourie Rice córka jednego z bohaterów - bardzo mimo ojca i wieku racjonalna).  Do tego całość kręcona jest na wzór filmów z lat 70. z odpowiednimi filtrami etc co też można kupić albo nie. 
Ja mimo że czasem miałem dość głupkowatości bohaterów, masy strzelanin w końcówce (i wielkiego mimo wszystko szczęścia protagonistów) to całość oceniam jak najbardziej pozytywnie. Brakowało mi w kinie tego typu widowisk, z takim klimatem, pomysłem i wieloma odwołaniami do czarnych kryminałów z epoki retro. 
Jak najbardziej polecam choć radzę uzbroić się w cierpliwość, gdyż kilka scen w filmie może trochę zirytować. Jednak całość jak najbardziej na plus!







Kowboje i jaskiniowcy

Bone Tomahawk
USA 2015
reż. S. Craig Zahler
gatunek: western


Po dłuższej przerwie powracam, by pokrótce opisać wreszcie filmy obejrzane jeszcze w maju. Na pierwszy ogień niecodzienna produkcja z pokręconego podgatunku nazywanego weird fiction. Dla niezorientowanych mowa tu o powstałym jeszcze w XIX wieku (wtedy oczywiście tylko literackim) połączeniu horroru, fantasy i science fiction. Jest to bardzo niszowy rodzaj sztuki, który w sumie nie ma jakichś większych reguł - ma być po prostu dziwnie i pomieszanie. I w wypadku opisywanego właśnie filmu jak najbardziej jest. 


Przenosimy się na XIX wieczny Dziki Zachód. Ze spokojnej osady porwana zostaje lekarka Samantha (urocza Lili Simmons), zastępca szeryfa oraz aresztowany chwilę wcześniej nieznajomy mężczyzna. Szybko okazuje się, że za uprowadzeniem stoi tajemnicze plemię paleolitycznych dzikusów. Szeryf (Kurt Russell), jego honorowy zastępca (Richard Jenkins), gogusiowaty Brooder (Matthew Fox) oraz ranny w nogę mąż porwanej (Patrick Wilson) ruszają na pomoc uprowadzonym.


Nie ma co szukać logicznych rozwiązań obecności prymitywnego, nieznającego mowy ludu w XIX rubieżach Ameryki Północnej i twórcy nawet nie zamierzają słowem wyjaśnić dlaczego tacy praludzie funkcjonują tam aż do tej pory stawiając opór ewolucji od kilkudziesięciu tysięcy lat (w zawrotnej liczbie jakichś 20 osobników). Po prostu należy przyjąć, że oni są i tyle. Tak samo jak obecność na Dzikim Zachodzie kosmitów czy innego Jackiego Chana w podobnych produkcjach. 
Gdy zaś zaakceptujemy taką specyficzną wizję przedstawionego świata to myślę, że jako widzowie będziemy mogli dobrze się bawić. Brutalny świat westernu pasuje do krwawego wyżynania prymitywnego szczepu w konwencji niemal typowej do gore. Zanim zaś do tego wyżynania dochodzi śledzimy wędrówkę grupy różniących się zasadniczo od siebie mężczyzn, która sama w sobie jest przedstawiona co najmniej dobrze. Debiutancki film reżysera mimo swej niskobudżetowości przyciągnął przed kamerę kilka znanych nazwisk z Russellem na czele i ten fakt cieszy (choć Russell w sumie w podobnym przebraniu biegał w tym samym czasie u Tarantina więc nie musiał wychodzić zbytnio z roli). Oczywiście film ma swoje braki i jeśli ktoś nie kupi konwencji zapewne nawet nie dokończy seansu, jednak myślę, że warto poświęcić te trochę ponad 120 minut i zobaczyć w kinie pewien powiew świeżości, jaki film ten gwarantuje.