Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 listopada 2016

Unikalni przeciętniacy

Guzikowcy (Knoflíkáři)
Czechy 1997
reż. Petr Zelenka
gatunek: czarna komedia

Raz na jakiś czas trafi się film, na który nawet mimo chęci nie jestem w stanie za dużo napisać czy też powiedzieć. Po prostu oglądam go,przetwarzam w mózgu to, co widziałem i potem nie znajduję słów, by w dobry sposób opisać to co widziałem. I ten film Petra Zelenki jest właśnie jednym z takich filmów. 


Oglądamy sześć luźno powiązanych ze sobą historii, których bohaterami są zwykli ludzie żyjący przeważnie w Pradze końca XX wieku, ale nie tylko gdyż poznajemy też kilkoro Japończyków i Amerykanów w opowieści z 1945. Wszystkie te opowieści łączą dziwactwa bohaterów oraz ich ogólne zmagania z egzystencją...


Jak już wspomniałem nie mamy tu do czynienia z jedną spójną historią lecz przyglądamy się  sześciu nowelom filmowym, które opowiadają odmienne od siebie historie, jednak ogólnie pokazują problemy zwykłych ludzi. Wszystko to ujęte w typowo czeski komediodramat, gdzie elementy wisielczego humoru przeplatają się z realnym tragizmem. Oparte na dialogach i absurdalnych dziwactwach i osobliwościach bohaterów niestety stoją na nierównym poziomie. Część z nich jest względnie dobra, niektóre niestety strasznie drętwe, nijakie i przedłużane na siłę. Na uwagę zasługuje na pewno pierwsza sekwencja z Japonii, gdzie Japończycy uczą się przeklinać, jednak im dalej w las tym wartych uwagi segmentów jest mniej, ostatni zaś jest naprawdę bardzo słaby. 
Ogólnie ludzie oceniają ten film dużo lepiej niż ja, więc niewątpliwie warto go obejrzeć i ocenić samemu, jak dla mnie jest to niestety tylko co najwyżej przeciętniak, choć gdyby wszystkie epizody miały siłę pierwszego byłoby o wiele lepiej.





niedziela, 26 czerwca 2016

W poszukiwaniu sensu

Zagubiona autostrada (Lost highway)
USA 1997
reż. David Lynch
gatunek: thriller

Po niedawnym seansie Mulholland Drive kontynuuje tym filmem tegotygodniowy minimaraton z filmami Davida Lyncha. Za Zagubioną autostradę zabierałem się w sumie już od dość dawna, w zeszłym roku nawet zaczynając oglądać ten film, który jednak pokonał mnie wtedy jeszcze zanim minęła jego połowa. Tym razem powróciłem do tytułu z jasnym zadaniem - obejrzeć go do końca.  


Saksofonista Fred Madison (William Pullman) trafia do więzienia za zbrodnię, której nie pamięta. Zostaje skazany za zabicie swojej żony (Patricia Arquette). Pewnego dnia strażnicy odkrywają, że w celu zamiast oczekującego na spotkanie z krzesłem elektrycznym Madisona znajduje się młody mechanik, Pete (Balthazar Getty). 


Film jest nieźle pokręcony. Ale to chyba jeden ze znaków rozpoznawczych tego mocno surrealistycznego reżysera. I tak jak to bywa w filmach Lyncha - mimo że nie ma tu ani jednego kłamstwa, nie ma też żadnej prawdy. Pozbawiony ram chronologicznych obraz jest przedstawieniem świata na granicy jawy i fikcji. Widz oczywiście nie wie z początku (a może nigdy) co jest prawdziwe, a co jest tylko wytworem umysłu bohatera. I także bez poznania interpretacji po seansie nie ma co go pochopnie oceniać. Dopiero po zapoznaniu się z tym, co autor miał na myśli (trochę jak w przypadku matury) możemy docenić całość jako taką. 
Oprócz sfiksowanej fabuły mamy tu też świetną muzykę z fenomenalnym motywem przewodnim i równie dobrą grę aktorską głównych postaci. Na uwagę zasługuje z pewnością osoba tajemniczego mężczyzny, w którego wciela się Robert Blake. Lynch tą postacią stworzył zapewne jedną z najbardziej intrygujących i niepokojących kreacji w historii kina (jak nic na równi z Nosferatu Herzoga).
Mimo wszystko jednak z dwóch całkiem podobnych filmów bardziej przypadł mi do gustu Mulholland drive, który jest bardziej przystępny i jednak łatwiejszy w odbiorze. Opisywany właśnie film jest zbyt poplątany, zbyt mało zależy od tego co zobaczymy, a za dużo pozostawia domysłom. Aczkolwiek każdy fan kina powinien kiedyś wybrać się na zagubioną autostradę żeby przekonać się sam.





niedziela, 17 kwietnia 2016

Policjanci i złodzieje

Doberman (Dobermann)
Francja 1997
reż. Jan Kounen
gatunek: sensacyjny 


Z czynnych francuskich aktorów aktualnie najbardziej lubię oglądać na ekranie Vincenta Cassela (uważam go za jednego z lepszych w swoim fachu nie tylko w Europie ale i na świecie). Dlatego w miarę regularnie staram się oglądać filmy z jego udziałem, chociaż i tak tych, których jeszcze nie zobaczyłem jest więcej.Tym razem trafiłem na film, w którym aktor gra po raz kolejny ze swą przyszłą żoną, Monicą Bellucci, więc uznałem, że to pozycja warta uwagi choćby dla tej pary. 


Nie mamy do czynienia z jakąś bardzo skomplikowaną fabułą. Gangster o pseudonimie Doberman (Vincent Cassel) wraz ze swoją głuchoniemą dziewczyną Nathalie (Monica Bellucci) dowodzi bandą złożoną z przeróżnych psychopatów. Po tym, gdy napadają na jeden z paryskich banków ścigać ich zaczyna bezwzględny inspektor Cristini (Tchéky Karyo). Zamierza wykorzystać do tego celu transwestycką prostytutkę Sonię (Stéphane Metzger).


Mamy do czynienia z filmem bardzo komiksowym w swej stylistyce. Poczynając od niektórych kadrów stylizowanych na komiksowe paski, po mocno przerysowane, groteskowe wręcz postaci wszystko układa się tu po komiksowemu właśnie. Mamy tutaj do czynienia ze starciem psychopatycznych przestępców z równie psychopatycznym policjantem, przez co granica między dobrem a złem w filmie praktycznie nie istnieje. Całość zaś jest bardzo brutalna nawet jak na film akcji. Mamy do czynienia z bezkompromisową historią przedstawioną bez żadnych ugrzecznień. Także posoka leje się tu strumieniami, niejeden mózg ląduje na ścianie, a dużą część akcji dzieje się w klubie transwestytów. Także fani wyrafinowanych i subtelnych produkcji raczej nie powinni czego tu szukać. Mnie osobiście kilka aspektów tego filmu przypadło do gustu, w kilku zaś fragmentach miałem całej produkcji serdecznie dość. Jednak jako typowo męskie kino akcji film spełnia swoją rolę całkiem dobrze. Wspomniani na wstępie Cassel i Bellucci nie odegrali tu jakichś wielkich, przełomowych ról jednak nie najgorzej wpisali się w typową dla tego filmu konwencję. Jeśli więc chce się obejrzeć nieco inne niż amerykańskie intensywne kino akcji to ten film jest wart polecenia. Ale pamiętać trzeba, że nie będzie to żadne wielkie kino.

 


wtorek, 12 kwietnia 2016

Pradawne zagrożenie

Piąty element (The Fifth Element)
Francja 1997
reż. Luc Besson
gatunek: akcji, sci - fi, komedia

Bardzo sobie cenię twórczość Luca Bessona z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. O ile najnowsze produkcje Francuza nie stoją według mnie na odpowiednio wysokim poziomie to jego filmy sprzed około dwóch dekad, od Nikity, którą niebawem chcę sobie po latach odświeżyć, przez niesamowitego Leona Zawodowca po opisywany właśnie film i Joanne D'Arc uważam, za jedne z najlepszych produkcji minionej dekady. Piąty element widziałem zaś dobre 15 lat temu więc postanowiłem je sobie przypomnieć. Jak prezentuje się po niemal 20 latach od premiery?


Przenosimy się z kamerą do rzeczywistości XXIII wieku. Tam właśnie nowojorski eks komandos, a obecnie taksówkarz Korben Dallas (Bruce Willis) wpakuje się w ratowanie świata przed zagładą, która grozi mu raz na 5000 lat,a a w którą aktualnie zamieszany jest złowrogi milioner Zorg (Gary Oldman). Kluczem do zapobiegnięcia katastrofy okaże się zaś tytułowy piąty element, Leeloo (Milla Jovovich). 


Od razu powiem, że wciąż po latach powinno dobrze bawić się przy tym filmie Bessona o ile podejdzie się do filmu odpowiednio. Należy przyjąć, że świat ukazany jako swoista antyutopia jest miejscem stworzonym z umyślnym humorem (bo raczej sam twórca nie mógł podejść do tematu poważnie) i nie należy traktować tego jako jakieś hard sci - fi, oraz co najważniejsze przymknąć oko na dość toporne, bardzo postarzałe efekty specjalne. Dzięki temu przeniesiemy się do całkiem sprawnie i pomysłowo wykreowanego świata, gdzie przez ponad dwie godziny nie ma miejsca na nudę. Ciągle się coś dzieje, widz nie dostaje ani chwili na wytchnienie, zaś towarzyszący mu przez cały film aktorzy z świetnymi Willisem, Oldmanem i Jovovich na czele doskonale dopasowują się do swych ról (uwzględnić też trzeba dobrego w roli księdza Iana Holma, którego można kojarzyć też między innymi jako starego Bilba z filmów Petera Jacksona i fenomenalnego Chrisa Tuckera w roli radiowego celebryty). 
Chociaż fabuła filmu czasem pozostawia wiele do życzenia (szczególnie główna oś fabularna dotycząca groźbie zagłady), całość jest bardzo naiwna, zaś sceny walki wyglądają trochę jak przeniesione z Power Rangers  to nie mogę ocenić filmu na mniej niż dobry. Może to zasługa dobrej gry aktorskiej, może kilku scen pokazujących miasto przyszłości, może natomiast dzięki bardzo dobrze wykreowanym postaciom. Może i świat XXIII wieku ma się tu tyle co do ewentualnej realnej przyszłości tak, jak epoka kamienia łupanego do tego, co widzieliśmy w serialu o Fredzie Flinstonie, ale jako konwencja i wizja artystyczna twórcy broni się to wciąż nieźle. Jeśli jeszcze nie widziało się tego filmu to naprawdę czas, by go nadrobić! 




sobota, 23 stycznia 2016

Problemy formalne

Klincz (Gridlock'd)
USA 1997
reż. Vondie Curtis - Hall
gatunek: komedia kryminalna 

Tupac Shakur dla fanów rapu i hip - hopowej subkultury to postać legendarna, niczym Herakles dla starożytnych Greków. Jego twórczość muzyczna, duża społeczna siła oddziaływania, awanturniczy tryb życia oraz tajemnicza śmierć w gangstersko - rapowym konflikcie sprawiła, że ten utalentowany młody człowiek stał się osobą kultową. Wielu jednak w natłoku jego działalności umyka, że 2Pac był także nieźle zapowiadający się utalentowanym aktorem, W opisywanym właśnie filmie gra pierwsze skrzypce. 


Dwaj niszowi muzycy, Stretch (Tim Roth) i Spoon (Tupac Shakur) są uzależnieni od narkotyków. Gdy w czasie sylwestrowej zabawy dają spróbować towar swej zespołowej wokalistce, Cookie (Thandie Newton) ta zapada w śpiączkę i wymaga hospitalizacji. Gdy dziewczyna leży w szpitalu koledzy dochodzą do wniosku, że ich tryb życia jest bardzo ryzykowny i należy rzucić narkotyki i udać się na odwyk. Jak się jednak okazuje urzędowe formalności sprawiają, że wcale nie będzie to takie łatwe.


Ciekawe gdzie byłaby aktorska kariera 2Paca, gdyby nie jego przedwczesna śmierć. W filmie tym pokazał się z bardzo dobrej strony. Jednak w 1997 roku, gdy ukazała się produkcja 2Pac już nie żył. Partnerujący mu w tym filmie Tim Roth jest dla mnie jednak aktorem niespełnionym. Świetnie odgrywający swą rolę w tym filmie Roth naprawdę urzeka zdolnościami mimicznymi i ogólną postawą. Całe szczęście, że czasem wykorzystuje go Quentin Tarantino, gdyż poza tym mało kiedy występuje on w głośnych produkcjach. Jednak brawo za to, że facet występuje w mniejszych, niezależnych filmach.
Sam film fabularnie prochu nie odkrywa, bazuje na wielu znanych wcześniej zabiegach znanych z innych czarnych komedii jednak ogląda się to całkiem przyjemnie. 
Temat urzędniczy i kłopoty z trafieniem głównych bohaterów na ratujący im życie odwyk to coś, co każdy Polak powinien znać z autopsji. Przecież to u nas uzyskanie czegokolwiek drogą urzędową to niemal mission impossible, jednak jak się okazuje i w USA mieli (i pewnie mają) podobne kłopoty.
Do tego obserwujemy zmagania bohaterów z narkogangserami, co jest i straszne i śmieszne. 
Filmy lat 90. często posługiwały się tematem narkotyków. Także jeśli ktoś już znudziło się oglądanie Trainspotting  a późniejszy Spun nie spełnił oczekiwań można obejrzeć ten film. Szału nie ma ale oglądanie nie boli.


poniedziałek, 30 listopada 2015

Nudy na wokandzie

Adwokat diabła (The Devil's Advocate)
USA 1997
reż. Taylor Hackford
gatunek: thriller

Są filmy uznawane za kultowe. Niektóre z nich są naprawdę wartościowymi dziełami, które warto obejrzeć więcej niż raz, wnoszą coś dla Kina i Sztuki, ich oglądanie sprawia za każdym razem satysfakcję. Są też filmy uważane za kultowe ponieważ tak się przyjęło, ktoś kiedyś tak powiedział, przypiął łatkę Wielkiego Dzieła, które sunie za tytułem niespecjalnie zasłużenie. I chociaż wiele osób może się nie zgodzić ze mną, przestać czytać czy odlajkować fanpejdż na facebooku to stwierdzam, że ten film należy do tej drugiej grupy kultowości.


Młody prawnik Kevin Lomax (Keanu Reeves) pracujący na peryferiach wielkiego świata dobrze radzi sobie w swoim zawodzie odnosząc sukcesy niejednokrotnie prowadzące do uniewinnienia ludzi, o których dobrze wie, że są winni. Jego dobre wyniki przyciągają uwagę właściciela dużej kancelarii prawnej w Nowym Jorku, niejakiego Johna Miltona (A. Pacino). Proponuje on Lomaxowi pracę w swojej firmie wiążącą się z przeprowadzką na Wschodnie Wybrzeże oraz podjęcie prestiżowych spraw. Nie zastanawiając się długo Kevin wraz ze swą młodą żoną (Charlize Theron) wyjeżdża na wschód i rzuca się w wir pracy...


Mamy do czynienia z 145 minutowym filmem z gatunku gadające głowy. W cierpiącym na syndrom Mody na sukces obrazie uczestniczymy w podsłuchiwaniu setek wymawianych przez bohaterów zdań, które wypowiadane zostają przeważnie w zamkniętych pomieszczeniach. Do tego coś, czego nie lubię prawie tak bardzo jak superbohaterów Marvela: sceny z amerykańskiego sądu. 1/3 filmu to uczestniczenie widza w tym dziwnym procederze z pogranicza szopki i trudnych spraw. Masakra.
Fabularnie film nie przypadł mi do gustu, w sumie mimo, że 95% scen to ciągłe dialogi nie potrafiłbym kilkanaście godzin po seansie powtórzyć choć jednego cytatu. Przegadane i to w dodatku przegadane o niczym. Owszem niektórzy mogą zachwycać się czymś pokroju głębokiego spojrzenia na pracę i moralność obrońców w sądach etc ale jest to co najwyżej dorabianie drugiego dna.
Aktorstwo w filmie teoretycznie powinno stać na dobrym poziomie, mamy bowiem znanego przede wszystkim z Matrixa Keanu Reevesa, cenionego Ala Pacino czy uroczą Charlize Theron jednak Reeves wypada dość nierówno, są sceny gdzie jest naprawdę bardzo dobry, by w następnym monologu zaprezentować poziom aktorski braci Mroczków. Pacino byłby bez zarzutu, gdyby nie fakt, że podobną rolę z podobnymi odzywkami i charakterem (choć tutaj z bardziej ruchliwymi oczyma) zagrał kilka lat wcześniej w Zapachu kobiety (gdzie wygłosił najbardziej pompatyczny i równie infantylny monolog w historii kina). Broni się pani Theron ale bardziej chyba za urodę niż wielką rolę.
Z filmami kultowymi jest tak, że ich renoma napędza przysparzanie dobrych ocen. Ludzie widząc ocenę a filmwebie podchodzącą w średniej pod 8/10 w ponad 330 tysiącach głosów i w ocenach znajomych ze średnią powyżej 8 zapewne myślą, że skoro wszyscy dali tak wysoko to ja też muszę dać chociaż 7 bo jeszcze pomyślą, że nie zrozumiałem i jestem ignorantem etc. I tak to się napędza. Ja jednak nie zauważyłem w tym filmie nic, co warte uwagi. Ale pewnie się nie znam. 






poniedziałek, 15 czerwca 2015

Zbrodnia w mieście grzechu

Tajemnice Los Angeles (L.A. Confidential)
USA 1997
reż. Curtis Hanson
gatunek: czarny kryminał


Film ten jest ekranizacją jednej z najbardziej znanych powieści piszącego kryminały neo - noire James'a Ellroya. Od jakiegoś czasu chciałem zapoznać się z twórczością tego autora, a przynajmniej przewertować tak zwany Kwartet z L.A. do których książka, na której oparto ten film należy. Także muszę zapoznać się bliżej z filmami na podstawie tego autora, między innymi wyciągnięta także z przywoływanego wcześniej kwartetu Czarna Dalia z Scarlett Johansson w jednej z głównych ról. 


Historia jest mocno skomplikowana. Dlatego w wielkim uproszczeniu: Mamy rok 1953, tytułowe Los Angeles. Poznajemy trójkę głównych, różniących się znacznie od siebie bohaterów pracujących w policji: młodego lizusa, kujona po szkole policyjnej, który szybko awansuje dzięki donosom na kolegów, Eda Exleya (Guy Pearce), agresywnego i narowistego Buda White'a (Russel Crowe) i będącego gwiazdą mediów Jacka Vincennesa (Kevin Spacey), którzy to muszą połączyć siły żeby rozwikłać sprawę masowego morderstwa w nocnym barze. 


Oprócz ludzi jedną z głównych ról gra tutaj samo miasto. Zepsute do szpiku kości upadłe Miast Aniołów, które dzięki swemu szybkiemu okresowi prosperity skupia na sobie migrację wielu typów spod ciemnej gwiazdy. Miasto pieniądza jawi się tutaj jako miejsce, gdzie można szybko sięgnąć szczytu, ale równie szybko spaść na sam dół. W pełnym deprawacji i gangsterki miejscu poznajemy trójkę policjantów. 3 nazwiska: Pearce, Crowe, Spacey. Obecnie ciężko byłoby komukolwiek sięgnąć w jednej produkcji po tak zacne, kasowe nazwiska. W tym filmie się to udało. Pearce jest tutaj śliskim typem karierowicza porównywalnym do roli Pazury w Psach, do tego Crowe, który robi tu to co najlepiej umie, czyli bije ludzi oraz spokojny i opanowany lubujący się w błysku fleszy Spacey. Towarzyszą im na ekranie dobra (choć czy aż na Oscara?) Kim Basinger w roli luksusowej dziwki czy choćby Danny de Vito jako tabloidowy pismak. Aktorska ekstraklasa.
Do tego mamy mistrzowską intrygę, godną talentu kasowego pisarza, który ją stworzył kilka lat wcześniej, i świetny, gęsty klimat miasta zbrodni. Dopełnia to wszystko mistrzowsko zrealizowana muzyka, która świetnie obrazuje klimat tych szalonych lat. Jako fan tego kresu, jak i pozycji noire dziwie się, że dopiero teraz się do tego filmu dobrałem. Jedyne co mogę zarzucić to chyba czas trwania. 140 minut to jednak trochę zbyt dużo. Czasem tempo siada i film staje się przez to zbyt rozlazły. Gdyby skondensować niektóre sekwencje obcinając kwadrans wyszłoby to produkcji na zdrowie. Mimo to jednak naprawdę warto obejrzeć ten film i może nawet potem sięgnąć po książkę? 






niedziela, 22 marca 2015

Nic śmiesznego


Funny Games
Austria 1997
reż. Michael Haneke
gatunek: dramat

Przemoc występuje w wielu filmach. Mimo dość pacyfistycznych poglądów nie mam nic do filmowej przemocy o ile jest ona uzasadniona fabularnie. W wielu produkcjach litrami leje się posoka, a niejeden mózg ląduje na ścianie. Jeśli nie jest to tylko brutalność dla efekciarstwa, a ma jakieś przesłanki to mimo nawet najbardziej makabrycznych scen typu gore jestem w stanie nie tylko je obejrzeć przy jedzeniu ale też pochwalić. Natomiast nie znoszę produkcji, w których przemoc jawi się jako swoista sztuka dla sztuki. W Funny Games moim zdaniem niestety tak jest.


W filmie poznajemy ułożone małżeństwo w średnim wieku (Susanne Lothar i Ulrich Muhe), które wraz z synem (Stefan Clapczynski) wybrało się na kilka dni do domku letniskowego nad jeziorem. Idyllicznie zapowiadający się pobyt zostaje zakłócony przez pojawienie się dwóch dziwnych młodzieńców (Frank Giering i Arno Frisch), którzy zaczynają panoszyć się po domu, by chwilę później uwięzić w nim jego mieszkańców, by męczyć ich zarówno psychicznie, jak i fizycznie.


Filmowi agresorzy nękający bezradną rodzinę nie są przykładowymi tępogłowymi psychopatami znanymi z innych podobnych do tego produkcji. Mamy dwóch pedantycznych lalusiów w białych strojach i rękawiczkach, którzy może sprawiają dziwaczne wrażenie, których ciężko byłoby posądzać o psychopatyczne tortury. Gnębiona rodzina ogólnie niby próbuje się bronić lecz często pozostaje zbyt bierna w stosunku do nieproszonych psychopatów. 
W filmie nie wszystkie sceny przemocy widzimy. Te najbardziej przerażające fragmenty tylko słyszymy towarzysząc w tym czasie bohaterowi wykonującemu swoje czynności w innym miejscu. Jednak zbrodnia jest zbrodnią, a po niej następuje już tylko krwawa cisza. 
Sam pomysł torturowania bogu ducha winnej rodziny to pomysł stary jak świat, jednak nigdy specjalnie nie byłem fanem tego typu filmów. Ciąg przemocy i tortur. Czy to na pewno warte oglądania? 
W sumie bohaterowie filmu nie wzbudzali ani sympatii (nieszczęsna rodzina) ani antypatii (psychopaci). Ciężko mi było identyfikować się z kimkolwiek. Żadna z postaci nie utkwiła mi specjalnie w pamięci. Tak samo, jak film, który oceniam dość negatywnie. Niezrozumiane dla mnie jest to, że produkcja ta zbiera całkiem dobre recenzje i opinie ludzi. Ja nie zauważyłem w tym filmie nic szczególnie ciekawego czy dobrego. A scena z pilotem od telewizora i jej konsekwencje to dla mnie jawna kpina. Autorzy mogliby się zdecydować czy robią naturalistyczny film typu non fiction czy jakiś powrót do przeszłości...Jest szansa, że film wam się spodoba, ja jednak odbiłem się od niego jak od ściany i z mojej strony nie polecam.