Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T. Roth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T. Roth. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 stycznia 2016

Problemy formalne

Klincz (Gridlock'd)
USA 1997
reż. Vondie Curtis - Hall
gatunek: komedia kryminalna 

Tupac Shakur dla fanów rapu i hip - hopowej subkultury to postać legendarna, niczym Herakles dla starożytnych Greków. Jego twórczość muzyczna, duża społeczna siła oddziaływania, awanturniczy tryb życia oraz tajemnicza śmierć w gangstersko - rapowym konflikcie sprawiła, że ten utalentowany młody człowiek stał się osobą kultową. Wielu jednak w natłoku jego działalności umyka, że 2Pac był także nieźle zapowiadający się utalentowanym aktorem, W opisywanym właśnie filmie gra pierwsze skrzypce. 


Dwaj niszowi muzycy, Stretch (Tim Roth) i Spoon (Tupac Shakur) są uzależnieni od narkotyków. Gdy w czasie sylwestrowej zabawy dają spróbować towar swej zespołowej wokalistce, Cookie (Thandie Newton) ta zapada w śpiączkę i wymaga hospitalizacji. Gdy dziewczyna leży w szpitalu koledzy dochodzą do wniosku, że ich tryb życia jest bardzo ryzykowny i należy rzucić narkotyki i udać się na odwyk. Jak się jednak okazuje urzędowe formalności sprawiają, że wcale nie będzie to takie łatwe.


Ciekawe gdzie byłaby aktorska kariera 2Paca, gdyby nie jego przedwczesna śmierć. W filmie tym pokazał się z bardzo dobrej strony. Jednak w 1997 roku, gdy ukazała się produkcja 2Pac już nie żył. Partnerujący mu w tym filmie Tim Roth jest dla mnie jednak aktorem niespełnionym. Świetnie odgrywający swą rolę w tym filmie Roth naprawdę urzeka zdolnościami mimicznymi i ogólną postawą. Całe szczęście, że czasem wykorzystuje go Quentin Tarantino, gdyż poza tym mało kiedy występuje on w głośnych produkcjach. Jednak brawo za to, że facet występuje w mniejszych, niezależnych filmach.
Sam film fabularnie prochu nie odkrywa, bazuje na wielu znanych wcześniej zabiegach znanych z innych czarnych komedii jednak ogląda się to całkiem przyjemnie. 
Temat urzędniczy i kłopoty z trafieniem głównych bohaterów na ratujący im życie odwyk to coś, co każdy Polak powinien znać z autopsji. Przecież to u nas uzyskanie czegokolwiek drogą urzędową to niemal mission impossible, jednak jak się okazuje i w USA mieli (i pewnie mają) podobne kłopoty.
Do tego obserwujemy zmagania bohaterów z narkogangserami, co jest i straszne i śmieszne. 
Filmy lat 90. często posługiwały się tematem narkotyków. Także jeśli ktoś już znudziło się oglądanie Trainspotting  a późniejszy Spun nie spełnił oczekiwań można obejrzeć ten film. Szału nie ma ale oglądanie nie boli.


niedziela, 17 stycznia 2016

Gadatliwi gniewni

Nienawistna ósemka (The Hateful Eight)
USA 2015
reż. Quentin Tarantino
gatunek: western

Od kilku miesięcy szeroko zapowiadany ósmy film Quentina Tarantino był właśnie tym filmem, na który czekałem najbardziej. Katowałem zwiastuny, które były jednymi z najlepiej zrobionymi trailerami ostatnich lat, przez których oglądanie jeszcze bardziej zwiększałem swoje oczekiwanie na film, słuchałem piosenek wykorzystywanych w tychże zwiastunach (polecam Hold on, I'm coming w wykonaniu Welshly Arms). Oczekiwania były więc względem tej produkcji bardzo wygórowane. I wreszcie nastał dzień premiery, gdy mogłem pognać do kina. 


Bezdroża stanu Wyoming w kilka lat po Wojnie Secesyjnej. Łowca nagród, major Warren (Samuel L. Jackson) zatrzymuje pędzący do miasta Red Rock dyliżans kierowany przez O.B. Jacksona (James Parks). Pasażer tegoż dyliżansu, John Ruth zwany Szubienicą (Kurt Russell) transportujący do miasteczka złapaną przestępczynię Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh) zgadza się go podwieźć do miasta. Chwilę później dołącza do nich podający się za nowego szeryfa Red Rock Chris Mannix (Walton Goggins). Z racji zbliżającej się zawiei śnieżnej mężczyźni postanawiają przeczekać kilka dni w znajdującej się na drodze do miasta Pasmanterii Minnie. Tam zamiast właścicielki zastają Meksykanina Boba (Demián Bichir), kata Oswalda Mobreya (Tim Roth), tajemniczego kowboja (Michael Madsen) oraz starego oficera wojsk konfederacji (Bruce Dern). Szybko staje się jasne, że nie wszyscy będą mogli wyjść z pasmanterii żywi. 


Dostajemy film typowy dla Tarantino, tyle że w skali ultra. Wszystkiego jest tu więcej i dobitniej. Mamy więc trzygodzinny film, którego pierwsze części (film jest podzielony na 6 nierównych części) są niemiłosiernie przegadane, zaś druga połowa filmu to oprócz gadania typowo tarantinowskie sceny z pogranicza gore. Do tego mamy świetny, jak zawsze u autora soundtrack, w którym znajduje się miejsce zarówno dla White Stripes i Jacka White'a ale też dla świetnego Ennio Morricone nominowanego słusznie za film do Oscara (w samym filmie nie pojawia się zbyt często, choć dość długa czołówka z majestatyczną muzyką Włocha wbija w fotel, cały geniusz twórcy wychodzi słuchając muzyki z filmu, którą można legalnie odsłuchać choćby na Spotify). 
W poprzednich dwóch filmach reżysera wystąpiło kilku sławnych i kasowych aktorów (Brad Pitt w Bękartach wojny, Jamie Foxx czy Leonardo DiCaprio w Django), którzy swymi nazwiskami na pewno zrobili lepszy wynik napędzając ludzi do kina, tutaj zaś mamy do czynienia z aktorami tarantinowskimi oraz takimi, których magia nazwiska przygasła. Jednak aktorsko jest to film zagrany co najmniej bardzo dobrze. Ciężko doczepić się do kogokolwiek personalnie (może do pojawiającego się w kilku scenach Channinga Tatuma). Świetnie wypada jak zawsze Jackson (chciałbym posłuchać audiobooka czytanego przez niego), Russell, w życiowej formie jest Leigh, do tego bardzo przekonujący Roth i Goggins oraz co ważne ciekawa rola Derna. Klasa.
Wielu ludzi może zniechęcić metraż i przegadanie jednak jak dla mnie sam film byłby jeszcze lepszy gdyby odjąć scen strzelanin i krwi, jakie lubi nam serwować zawsze reżyser. Nie ma tu według mnie ani grama dialogów o niczym (co zdarzało mu się wcześniej). Do tego wrażenie robi scenografia i charakteryzacja. Wszystko praktycznie dzieje się w dwóch miejscach (dyliżans i chata) jednak jak to zostało zrealizowane! Duża zasługa też w tym nominowanego do Oscara autora zdjęć, który pokazał nam trzygodzinną pogadankę w zamkniętej scenerii w sposób genialny. I to na taśmie 70 mm, która odeszła do lamusa w czasach lądowania na księżycu. 
Znalazłyby się słabe strony filmu, zakończenie mogłoby być moim zdaniem inne, tak samo jak i część intrygi jednak ciężko mi powiedzieć, że coś w tym filmie jest faktycznie złe. Dostajemy kawał naprawdę mocnego filmu, który warto a nawet trzeba obejrzeć. Najlepiej na wielkim ekranie, bo telewizor czy nie daj boże ekran laptopa nie odda siły tej produkcji.




niedziela, 10 stycznia 2016

Szybcy i wściekli

Wściekłe psy (Reservoir Dogs)
USA 1992
reż. Quentin Tarantino
gatunek: thriller

Druga połowa stycznia zapowiada się w naszych kinach fascynująco. Liczba filmów, na które chciałby wybrać się na salę kinową między 15 a 30 dniem tego miesiąca jest wręcz przytłaczająca. Filmy polskie (Pitbull, Excentrycy), europejskie (Labirynt kłamstw, Syn Szawła, Dziewczyna z portretu, Moja miłość) czy amerykańskie (Nienawistna ósemka czy Zjawa) to prawdziwy filmowy wysyp produkcji dla mnie typowo z kategorii must watch. I oczekując na czekające od przyszłego tygodnia wydarzenia postanowiłem nadrobić trochę zaległości. Przed zbliżającym się wielkimi krokami nowym filmem Tarantino postanowiłem odświeżyć sobie film, który zbudował jego pozycję na rynku kultowych reżyserów Hollywood. 


Film opowiada historię kilku nieznających się nawzajem gangsterów wynajętych przez mafiozów w postaci Joe Cabota (Lawrence Tierney) i jego syna Eddiego (Chris Penn) do napadu na sklep jubilerski. Po nieudanej akcji pozostali przy życiu bandyci udają się do opuszczonego magazynu, by omówić przyczyny wtopy. Pan Biały (Harvey Keitel), Pan Różowy (Steve Buscemi), Pan Blondyn (Michael Madsen) i poważnie ranny Pan Pomarańczowy (Tim Roth) dochodzą do wniosku, że wśród nich jest osoba, która zakapowała całą akcję...


Ten film Tarantina urósł na przestrzeni dwóch dekad od powstania do miana kultowej legendy na równi z Pulp fiction. Przyjęło się uważać, że jest to dzieło bardzo dobre jeśli nawet nie wybitne i wszystkie inne określenia, które nie mają podobnej retoryki wielu ludzi ma za obrazoburcze. A ja niespecjalnie poważam rzekomą wielką jakość Wściekłych psów i wspomnianego filmu Pulp fiction nakręconego dwa lata później. O wiele bardziej do mnie przemawiają dwa ostatnie filmy tergo reżysera, czyli Django i Bękarty wojny. Także bez entuzjazmu patrzyłem na Kill Billa. Jednak czekam z niecierpliwością na monumentalną w długości (kto teraz robi trzygodzinne filmy?) Nienawistną ósemkę, której fabularne umiejscowienie oraz znaczna część aktorska wydaje mi się trochę bliskie właśnie opisywanemu filmowi. Filmowi, który posiada niekwestionowane walory w postaci bardzo dobrze obsadzonej warstwy aktorskiej. Keitel jest jednym z najlepszych aktorów wszech czasów, a i Buscemi czy Roth robią tu dobrą grę. Jednak oprócz aktorskich popisów nie ma tutaj jakoś specjalnie wiele do zaoferowania. Film jest przegadany (na szczęście niezbyt długi) a same dialogi nie są (jak twierdzą niektórzy) jakoś specjalnie wybitne. Ciągi wyzwisk, przekleństw i gadaniu o niczym to moim zdaniem nie powód, by uważać produkcję za dialogowo ponadprzeciętną. Sama fabuła też mimo wszystko odkrywcza nie jest i w sumie niezbyt angażuje widza, nie obchodziło mnie w pewnym momencie zbytnio kto okaże się kapusiem. Do plusów zaś należy dodać warstwę muzyczną, co w sumie nie dziwi, gdyż to u tego reżysera zawsze dobrze współgrało z filmem. Myślę, że ogólnie mamy do czynienia z filmem niezłym jednak nie aż tak dobrym jak to się przyjęło uważać. Obejrzeć można ale nie sądzę, żebym chciał kiedyś do tego wrócić.